Jak wygiąć, a nie złamać?

Utworzono: środa, 29, marzec 2017 Anna Leszkowska Drukuj E-mail


Z prof. Adamem Koseskim, rektorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku rozmawia Anna Leszkowska

- Panie Profesorze, jakie perspektywy czekają uczelnie niepubliczne w przypadku wejścia w życie któregoś z trzech projektów reformy szkolnictwa wyższego?

prof.A,Koseski1- Trudno to jednoznacznie określić, ponieważ wielu elementów w tej nowej strategii szkolnictwa wyższego brakuje. Polskie uczelnie zarówno publiczne, jak i niepubliczne, (w moim przekonaniu jest ich zbyt dużo), mają zróżnicowany poziom. Wynika to z polityki oświatowej, edukacyjnej oraz naukowej po 89 roku. Utworzono wówczas ponad 350 uczelni niepublicznych, które w wielu przypadkach nie osiągnęły nawet poziomu dobrej szkoły średniej.
Przez te lata cześć słabych uczelni upadła. W rezultacie polityki państwa uczelnie niepubliczne – poza nielicznymi – nie mają w istocie szans w rywalizacji z uczelniami publicznymi. O uczelniach niepublicznych zapominali zresztą nawet ich rektorzy, jeśli tylko obejmowali stanowiska ministerialne, jak min. Barbara Kudrycka, czy obecny wicepremier i min. Jarosław Gowin.

Uczelnie niepubliczne były bardzo potrzebne w początkach lat 90., kiedy do szkolnictwa wyższego, kształcącego wcześniej ok. pół miliona młodzieży, przyszło ok. 2 mln studentów. To było edukacyjne tsunami. Dzisiaj, kiedy mamy coraz mniej kandydatów na studia, co związane jest i z naszym członkostwem w UE i niżem demograficznym, ten rodzaj szkolnictwa przestał odpowiadać na wyzwania rozwoju gospodarczego. Nie jest ono innowacyjne, wobec czego część niepublicznych uczelni straciła rację bytu.
Tym bardziej, że uczelnie te często uważa się za rozdające dyplomy, choć często są to dyplomy dobre, więc pod tym względem tak nie różnicowałbym wyższych szkół publicznych i niepublicznych, bo w wielu przypadkach o jakości studiów decydują ci sami profesorowie. Trudno sobie wyobrazić, żeby ten sam profesor na uczelni niepublicznej przekazywał studentom mniej wiedzy niż na publicznej.

Patrząc na strategię odpowiedzialnego rozwoju, nie dziwię się ministrowi Gowinowi, że podchodzi do reformy szkolnictwa wyższego bardzo ostrożnie, z wielką rozwagą i roztropnością, i spowalnia te wszystkie radykalne rozwiązania, które nie poprawiają stanu polskiej nauki – nb. ciągle niedofinansowanej, bo przeznaczamy na nią grubo poniżej 1% PKB.
Każda z poprzednich trzech reform w tym zakresie miała ulepszyć system i wprowadzić nas na światowe, a przynajmniej europejskie salony, także ta planowana teraz. Ale moim zdaniem, flancowanie na grunt polski rozwiązań z USA, Niemiec, Francji, krajów skandynawskich jest błędem, bo mamy swoje tradycje. Nawet rozwiązań najlepszych nie należy mechanicznie przenosić w polskie realia.

Nie jestem zwolennikiem twardego trzymania się standardów, jakie wypracowaliśmy przed kilkudziesięcioma laty, ale reformy - zwłaszcza w tak delikatnej materii jak szkolnictwo wyższe czy nauka - muszą być wprowadzane w sposób niezwykle ostrożny. To jest bardzo czuła materia i można błyskawicznie zniszczyć wszystko, a budowa trwa latami. Na wykształcenie dobrej klasy profesora trzeba kilkanaście lat, zwłaszcza w naukach humanistycznych.
W naszym szkolnictwie jest bowiem tak, jak śpiewał Wojciech Młynarski o leszczynie: jak ją za mocno przygiąć w lewo, to w prawo się odgina, a jak za mocno przygiąć w prawo, to odbije w lewo. Chińczycy mówią, że aby wyprostować, trzeba wygiąć. Pytanie tylko do jakiego momentu można wygiąć, żeby systemu nie złamać?

Wiele pytań rodzi np. propozycja tworzenia trzech typów uczelni: dydaktycznych, badawczych i dydaktyczno-badawczych. Bo jeśli uczelnia będzie tylko badawcza, powielająca działania placówek PAN, to kto ma kształcić specjalistów?
Z kolei, jeśli mówimy o uczelniach badawczo-dydaktycznych, to czy będą się one koncentrowały na badaniach czy dydaktyce? A jeśli uczelnia będzie tylko dydaktyczna, to co zrobimy z zatrudnionymi w niej profesorami, którzy mają aspiracje badawcze? A jeśli wszyscy przejdą do uczelni badawczych czy badawczo-dydaktycznych?
Poza tym podział szkół wyższych na trzy typy nie oznacza, że cała uczelnia będzie mieć określony charakter. Np. na uczelni badawczej co najwyżej pewne jej wydziały będą zajmować się badaniami. Będą też wydziały mocne i słabe.

Można tu przytoczyć przykład Niemiec, gdzie nawet niektóre uczelnie klasycznie zawodowe mogą mieć uprawnienia do nadawania doktoratu. Zróżnicowanie doktoratów, co proponują autorzy projektu z poznańskiego UAM, u nas jednak już jest. Bo doktorat doktoratowi nierówny – w wielu przypadkach doktorat jest równy habilitacji, a bywa że habilitacja z trudem trzyma poziom doktoratu.

Nie wiadomo więc, jak określać z góry, w sposób biurokratyczny, które uczelnie zaliczymy do badawczych? I na jakiej podstawie? Czy skupimy wszystkich specjalistów tylko w uczelniach państwowych i badawczych? Jak je podzielić?
Ta propozycja oznacza w pewnym stopniu pasywność, zakonserwowanie istniejącego układu, bo człowiek o wybitnych zdolnościach, zaczynający pracę w uczelni dydaktycznej, będzie mieć zamkniętą drogę rozwoju naukowego.

Kolejna niejasność dotyczy tego, co proponuje Instytut Allerhanda. O ile dobry jest pomysł angażowania naukowców na kontrakty, umowy okresowe, to już propozycja mobilności naukowców – zmuszanie doktorów do podejmowania pracy w placówce innej niż zostali wykształceni - budzi wątpliwości. Bo która uczelnia zgodzi się wypromować doktora po to, żeby natychmiast oddać go innej? A poza tym, jeśli mamy wolny rynek, to ta mobilność jest naturalna.

- Mobilności kadr, choćby w granicach Polski, domagają się od lat głównie ci, którzy sami nie zmienili nigdy miejsca pracy…

- No właśnie, najlepiej niech kolega migruje... Zwłaszcza, że Polska nie jest takim krajem, żeby świeżo upieczeni doktorzy mieli wiele propozycji zatrudnienia z ośrodków ich satysfakcjonujących naukowo.

Obecnie coraz mniej młodych ludzi wybiera karierę naukową, bo jest to droga żmudna, a pułap kariery – przynajmniej w humanistyce – osiąga się dość późno. Młodzi dzisiaj chcą robić karierę błyskawicznie, nie mają ochoty czekać do habilitacji, która dopiero stabilizuje człowieka zawodowo i finansowo. W humanistyce np. trzeba swoje przeczytać i napisać.

Myślę, że powinniśmy odejść od dzielenia uczelni na publiczne i niepubliczne, a na dobre i złe. Ale z drugiej strony, część uczelni niepublicznych, które wybijają się ponad poziom, też skłania się do tego, aby np. ograniczyć i skoncentrować nadawanie stopni naukowych tylko w tych uczelniach. I tu jest pytanie: kto będzie to wyznaczał? A jak podzielić na jednostki badawcze czy badawczo-dydaktyczne uczelnie artystyczne, czy wychowania fizycznego?
A co z biurokracją, którą wprowadziła min. Kudrycka, a obiecał ją ograniczyć min. Gowin? Okazuje się, że dzisiaj wypełnienie arkusza osiągnięć profesorskich jest ponad siły przeciętnie przygotowanego profesora - tylko nieliczni sobie z tym radzą. Wielu woli ten czas poświęcić na pisanie artykułów, czy recenzji, a o wypełnianie ankiety proszą sekretarki, które się lepiej orientują w tych zawiłościach.

- Jak wyglądają w tych trzech projektach relacje między szkolnictwem publicznym a niepublicznym?

- To nie jest powiedziane. Podczas spotkań z poprzednimi ministrami szkolnictwa wyższego i z obecnym ministrem o uczelniach niepublicznych mówi się niewiele, a niekiedy wcale. Cała dyskusja nakierowana jest na uniwersytety i politechniki.
Zresztą, gdyby rozpatrywać współpracę uczelni niepublicznych z publicznymi, jest ona niemożliwa z wielu powodów. Uniemożliwiają ją przede wszystkim przepisy finansowe. Nie można też połączyć uczelni niepublicznej z publiczną. Są nawet trudności z połączeniem dwóch uczelni niepublicznych. Te kwestie wymagają zmian, bo uczelnie niepubliczne są składnikiem systemu edukacji.

Uczelnie niepubliczne dokonały pewnego przełomu w szkolnictwie wyższym, choć w nauce ich rola jest mniejsza z uwagi na ograniczone możliwości finansowe i niskie dotacje. Uczelnie niepubliczne rzadko zdobywają granty, coraz rzadziej. A jeśli chodzi o uczelnie humanistyczne, których wśród szkół niepublicznych jest większość, to właściwie wcale ich nie mają. Humanistyka w Polsce wymagałaby nieco wyższego finansowania, ponieważ była i jest zaniedbana. Co ciekawe, wszyscy, którzy do tego dopuścili byli humanistami – jednak, mówiąc żartobliwie, kiedy wdrapali się na dach, to wciągnęli za sobą drabinę.

- Dla uczelni humanistycznych, ale nie tylko, propozycja Instytutu Allerhanda jest trudna do przełknięcia z uwagi na typowo rynkowe podejście, ale w szkołach niepublicznych tego typu myślenie nie było obce.

- Z jednej strony, jesteśmy przyzwyczajeni do systemu tradycyjnego, idei uniwersytetu bolońskiego, jednak z drugiej strony, uczelnie niepubliczne uwzględniały w swojej działalności takie elementy, jak szybkość działania, podejmowanie decyzji często ryzykownych, które w warunkach wyżu demograficznego dawały dobre rezultaty.
Dzisiaj żaden rektor czy kwestor tego nie zaryzykuje, bo nie ma studentów. Stąd z propozycjami Instytutu Allerhanda byłbym niesłychanie ostrożny. Bo te propozycje może i są dobre, ale na razie nie w polskich realiach. Uczelnie nie są przedsiębiorstwami, które mają przynosić zysk. Przekonali się już o tym ci rektorzy szkół niepublicznych, którzy właśnie postawili tylko na zysk. Uczelnie te miały bardzo niski poziom, nie przestrzegały standardów nauczania – liczyły się tylko pieniądze. Były to w wielu przypadkach wręcz pralnie pieniędzy.

- Czy rektorzy szkół niepublicznych wypracowali jakieś swoje stanowisko w sprawie tej reformy?

- Są próby porozumienia, przy Lewiatanie jest komisja, w której dzielimy się swoimi spostrzeżeniami, ale to nie przynosi praktycznie żadnych rezultatów, gdyż presja ze strony rektorów uczelni niepublicznych i tego sektora jest słaba w porównaniu z siłą oddziaływania rektorów uczelni publicznych i KRASP. Na uczelniach niepublicznych studiuje ok. 600 tys. studentów, a na publicznych – ok. 1,5 miliona.
Myślę, że słabością całego polskiego szkolnictwa, nie tylko publicznego, jest to, że nie rozpatrujemy go jako ciągu kształcenia, systemu obejmującego naukę od przedszkola po doktorat. A warto byłoby się przyjrzeć, co się dzieje w szkołach średnich, jakich one absolwentów wypuszczają i jakich kandydatów na studia otrzymują uczelnie.

Minister Gowin podszedł do reformy szkolnictwa wyższego dość łagodnie – nie odrzuca, ani tym bardziej nie potępia w czambuł tego, co było. Sądzę, że przy tej reformie niektóre elementy z przedstawionych projektów mogłyby wejść w życie, ale należałoby najpierw to sprawdzić, żeby nie popsuć całego systemu. To powinien być program pilotażowy w kilku uczelniach typu uniwersyteckiego, politechnicznego, szkoły muzycznej, medycznej, sportowej, humanistycznej, publicznej i niepublicznej. Zobaczmy, jak to będzie działać np. przez rok i jeśli się sprawdzi – wprowadźmy reformę we wszystkich uczelniach.
Dziękuję za rozmowę.

Odsłony: 67