Od demokracji do demokratury

Utworzono: środa, 25 wrzesień 2019 Anna Leszkowska Drukuj E-mail


sztumski nowyW powszechnym przekonaniu ustrój demokratyczny polega na tym, że większość społeczeństwa decyduje o funkcjonowaniu państwa. Większość rozumie się tu najprościej, czyli w aspekcie ilościowym, jako przeważającą liczbę elementów jakiejś zbiorowości ludzi.

Większość w społeczeństwie powinno stanowić ok. 70% (dwie trzecie) jednostek wchodzących w jego skład. (To wynika z rozkładu naturalnego, którego reprezentacją geometryczną jest krzywa Gaussa). Jednak takie pojęcie większości utraciło właściwy sens w wyniku zrelatywizowania go w zależności od tego, czemu lub komu ma służyć.
Zrelatywizowane pojęcie większości stało się narzędziem manipulacji i dezinformacji i wypacza istotę demokracji rozumianej tradycyjnie. Ustrój demokratyczny, w którym rządzi większość społeczeństwa rozumiana inaczej niż tradycyjnie, jest faktycznie demokratycznym tylko z nazwy. W rzeczywistości jest jego karykaturą, atrapą, albo formą zdegenerowaną. Dlatego coraz częściej krytykuje się demokrację i akceptuje ją jako zło konieczne: demokracja jest zła, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju.

Wygrana mniejszość, przegrana większość

Zdarza się, że w wyniku wyborów parlamentarnych jakaś partia uzyskuje liczbę głosów elektoratu wystarczającą do tego, by mieć taką większość w parlamencie, która po pierwsze, jest w stanie przegłosować wszystkie uchwały niezależnie od głosów opozycji i po drugie, pozwala liderowi tej partii powołać jednopartyjny rząd większościowy i stanąć na jego czele.
W związku z tym, lider partii zwycięskiej jest przekonany o tym, że jego partia i rząd:

• W pełni reprezentują społeczeństwo,

• Działają dla dobra wspólnego i mogą spełnić oczekiwania całego społeczeństwa i zapewnić mu dobrostan.

• Powołane są do uszczęśliwiania obywateli, choćby wbrew ich woli.

• Mają prawo narzucać swoją ideologię, swoje normy i swój sposób sprawowania władzy całemu społeczeństwu.

• Spełniają rolę misji dziejowej lub opatrznościowej, a nie posługi wobec społeczeństwa.

Społeczeństwo - z wyjątkiem niektórych jednostek i organizacji - godzi się z tym, gdyż wie, że po pierwsze, zwycięzca z reguły zagarnia wszystko, a po drugie, jest to zgodne z zasadą funkcjonowania ustroju demokratycznego, czyli sprawowania władzy większości nad mniejszościami.
Czy na pewno zwycięska większość ma prawo do tego wszystkiego? Raczej nie, jeśli poprawnie rozumie się pojęcie większości. Ale partia rządząca pojmuje większość według swego uznania, jak jej wygodnie. Dla niej większością może być nawet mniej niż połowa elektoratu.
Partia polityczna, której liczba członków wynosi od około jednego do kilku, czy też kilkunastu procent całej populacji państwa, albo tylko osób uprawnionych do głosowania, nie ma żadnej podstawy, aby pretendować do reprezentowania całego społeczeństwa, wypowiadać się w jego imieniu, ustanawiać akty prawne przez parlament zdominowany przez nią, ani liczyć się z interesami ogółu, ich poglądami, zwyczajami, wartościami itd.
Na przykład, w Polsce liczba członków poszczególnych partii politycznych waha się od kilku tysięcy do nieco ponad 100 tys. członków, tj. od 0,03 do 0,37 procent populacji liczącej ok. 37 mln. (Aktualnie, według stanu z grudnia 2018 r., rządząca partia PiS liczy 37 400 członków tj. 0, 09% populacji kraju liczącej 37, 8 mln, albo 0,12% spośród 30 mln ludzi uprawnionych do głosowania.) Podobnie jest w innych krajach demokratycznych.
W Niemczech największe partie liczą: SPD - 438 tys. członków i CDU 415 tys. członków, tj. odpowiednio 0,53% i 0,51% populacji liczącej 82 mln. W Hiszpanii Partia Socjalistyczna liczy 460 tys. członków, a Partia Ludowa - 707 tys. członków, tj. odpowiednio 0,97% i 1,6% populacji liczącej 47 mln. Lepiej jest w USA. Tam Partia Republikanów liczy 32,8 mln członków, a Partia Demokratów - 44,7 mln członków, tj. odpowiednio 11% i 15% populacji liczącej 308,74 mln.

A więc, jeśli jakaś partia twierdzi, że reprezentuje całe społeczeństwo lub jego większość, to kłamie. Podobnie ma się sprawa ze zdobyciem większości głosów w wyborach parlamentarnych, gdy tę większość odniesie się do całej populacji kraju, a zwłaszcza tylko do tych, którzy faktycznie uczestniczyli w wyborach, czyli do frekwencji wyborczej. Dla przykładu, przy frekwencji 50,92% zdobycie 5,71 mln głosów przez PiS stanowi 38,57% populacji, 19% uprawnionych do głosowania i 15,43% faktycznie głosujących. Jak mają się te liczby do większości społeczeństwa, skoro żadna nie przekracza chociażby 50%? Faktycznie jest to tylko niby-większość.

Fikcja rządów ludu

Kiedy mowa o większości w państwie demokratycznym, to nie chodzi tylko o jej aspekt ilościowy, lecz także o jakościowy. Wszak w klasycznej (antycznej) demokracji w skład demosu wchodziły wyłącznie społeczności wolnych obywateli, dorosłych mężczyzn, stałych mieszkańców zamieszkujących dany dem, lub wywodzących się zeń oraz prawidłowo wywiązujących się z obowiązków wobec społeczeństwa. A zatem, jeśli demokracja oznaczała rządy demosu, to nie wszystkich mieszkańców i nie całej populacji zamieszkującej demy.
Również później w historii prawo głosu (elekcji) miały wyselekcjonowane elity. Zawsze należeli do nich ludzie światli i mądrzy. Dopiero od XX w. prawa wyborcze uzyskali prawie wszyscy. Wtedy antyczny demos utożsamiono z „ludem”, w skład którego weszły również tzw. klasy (warstwy) niższe, liczebniejsze od elit. W związku z tym reprezentantami społeczeństw stały się masy charakteryzujące się nikłą świadomością polityczną, słabym wykształceniem, niskim poziomem kultury („kultura masowa”), naiwnością, irracjonalnością, wiarą w zabobony, posłuszeństwem wobec instytucji i hierarchów kościelnych i zwykłą głupotą.
Te nieoświecone masy, dzięki „demokratycznym wyborom” zapewniającym im niby-większość, zaczęły rządzić mniejszościowymi elitami ludzi światłych. Tak było w krajach socjalistycznych (demokracji ludowej), gdzie „masom ludowym” (tłumowi) powierzono rolę reprezentowania społeczeństwa i wpływu na rządy. Z upływem czasu coraz bardziej ograniczano ją aż do postaci karykaturalnej i pozornej.
Faktycznie we wszystkich krajach demokratycznych udział mas w rządach i ich wpływ na losy państw był i nadal jest fikcyjny. W skład rządów tych krajów wchodziły jednostki wywodzące się z klas niższych, niewykształcone i nieprzygotowane do rządzenia. (W 1964 r. w związku z powołaniem Lucjana Motyki na stanowisko ministra kultury krążyła w Krakowie taka anegdota. Gdy jego matka (żona piekarza z Bieńczyc) dowiedziała się o tym, powiedziała: „Oj, Lucek, gdybym wiedziała, że zostaniesz ministrem, posyłałbym cię do szkół”).

W istocie „demokracje ludowe” były dyktaturami rządów monopartyjnych - partii komunistycznych liczących miliony członków, które też uzurpowały sobie prawo do sprawowania władzy w imieniu całego społeczeństwa. Teraz w skład rządów demokratycznych wchodzą wyłącznie przedstawiciele tzw. klasy politycznej, jednostki arcybogate (oligarchowie), intelektualiści i celebryci. A w rzeczywistości rządzą z ukrycia odpowiednio silne grupy nacisku, którym daleko do większości.

Przedwyborcze machinacje

Wpływ mas na takie rządy ujawnia się głównie w czasie wyborów parlamentarnych i sprowadza do oddawania głosów na partie, z których wywodzą się późniejsze rządy. Potem ten wpływ zanika. O masach rządy zapominają, nie pamiętają, że dzięki nim rządzą i ignorują je. Elity polityczne przypominają sobie o masach przed wyborami. Wtedy, w celu pozyskania ich sobie, prześcigają się w głoszeniu populistycznych haseł i robią - częściej tylko obiecują, że zrobią - wszystko dla dobra mas i zaspokojenia ich potrzeb nawet z nadwyżką („świadczenia plus”). A masy, zawsze łaknące panem et circensis (jadła, picia i taniej rozrywki) i doszczętnie otumaniane przez propagandystów, którzy zawłaszczyli mass media, łatwowiernie wierzą w hasła wieszczące „dobre zmiany” - równie złudne jak istnienie raju.

Propagandyści i manipulanci społeczni doskonale wiedzą o tym, że o decyzjach wyborców bardziej decydują czynniki subiektywne - psychiczne, osobowościowe i świadomościowe, takie jak przekonania, poglądy, nadzieja, wiara, emocje, światopogląd, upodobania, przekora itp. Dlatego, by wymusić na elektoracie pożądane decyzje wyboru, skupiają się przede wszystkim na sferze podmiotowej wyborców, na długotrwałym (nawet w czasie poprzedzającym kampanie wyborcze) i intensywnym oddziaływaniu na ich świadomość za pomocą sugestywnych spotów, banerów, plakatów, filmów, listów do wyborców itp. narzędzi marketingu i reklamy. Coraz częściej spotykają się też z wyborcami, by face to face, tj. bardziej przekonująco, składać im obietnice tym bardziej skuteczne, im mniej konkretne, realne i odlegle w czasie.

Dobór sposobów i środków pozyskiwania wyborców podyktowany jest przekonaniem, że przeważająca większość wyborców nie lubi wysiłku intelektualnego (myślenia logicznego, krytycznego lub racjonalnego), woli iść na łatwiznę i dokonywać wyborów na podstawie kryteriów irracjonalnych. Nie kieruje się mądrością, ani zdrowym rozsądkiem, lecz emocjami, intuicją, zaufaniem i nadzieją oraz takimi kryteriami wyboru, jak image kandydata, sugestywność jego wypowiedzi, zgodność składanych przez niego obietnic z własnymi oczekiwaniami na lepsze warunki życia, itp., a także stereotypami, uprzedzeniami i nieuzasadnioną sympatią lub awersją.
Lansowaniu myślenia irracjonalnego i odwracaniu uwagi od realiów sprzyjają ludyczne wiece i mitingi wyborcze z fajerwerkami i występami estradowymi „pod publiczkę”.
Decyzje podejmowane pod wpływem czynników subiektywnych są wielce podatne na różne deformacje poznawcze: niepełną wiedzę, fałszywe obrazy i wyobrażenia, fikcje itp. Dlatego większą wagę przywiązuje się do form przedstawiania programów wyborczych aniżeli do ich treści oraz do wizerunku kandydatów, aniżeli do ich kompetencji.

Świadomy wybór wymaga posiadania odpowiedniej wiedzy o tym, kogo, co, dlaczego i po co się wybiera oraz wiedzę o skutkach zamierzonego wyboru. Jeśli takiej wiedzy się nie ma, to wybiera się na „chybił-trafił”, często popełniając błędy. Z tego względu w kampanii wyborczej tworzy się coraz więcej szumu informacyjnego. Wskutek tego przestrzeń publiczną nasyca się dezinformacjami (fake newsami) na temat kandydatów i programów. Chodzi o to, by wyborcy pogubili się w informacjach i nie potrafili odróżnić prawdy od fałszu.
Nie da się wykluczyć tego, że w nieodległej przyszłości oddziaływanie na świadomość da się zastąpić oddziaływaniem na podświadomość za pomocą technik opracowywanych przez neurofizjologów mózgu: promieniowania elektromagnetycznego, telepatii lub poddźwięków (Hyposonic Sound System) stosowanych już w niektórych supermarketach. Dzięki temu da się jeszcze skuteczniej wymuszać pożądane decyzje wyborców. A wtedy wybory staną się po prostu parodią, jak w dawniejszych państwach totalitarnych.

Z reguły w opracowywaniu programów wyborczych celowo unika się klarownych elementów ilościowych i racjonalnych i terminów realizacji haseł, żeby utrudnić dokonanie dobrego wyboru. A jeśli się je umieszcza, to za pomocą danych statystycznych, których wartość poznawcza jest mała. Jak wiadomo, statystyki są mało wiarygodne i mogą być dowolnie interpretowane.

Głupcy lub bandyci

W czasach współczesnych, do sprawowania rządów w coraz większym stopniu pretendują dwie kategorie ludzi, które profesor University of California w Berkeley Carlo Cippola nazwał „głupimi” i „bandytami”*
Jedni to tacy, którzy sami nie korzystają z niczego i nie pozwalają korzystać innym, a drudzy tylko sami chcą korzystać ze wszystkiego kosztem innych. Obie kategorie postrzegane są pejoratywnie, ponieważ zazwyczaj jednym brak odpowiedniego wykształcenia, kariery zawodowej, kompetencji, doświadczenia w zarządzaniu, kreatywności, znajomości języków obcych itp., a drugim - empatii, skrupułów i poszanowania innych ludzi („gorszego sortu”).
„Głupi” liczą na to, że przechytrzą „bandytów”, z kolei „bandyci” pragną legalnie (na podstawie stanowionego przez siebie prawa i konstytucji w zależności od okoliczności) zawłaszczyć władzę nad ogółem obywateli.

Propagandzie „głupich” mało kto wierzy, bo głupi nie jest przekonujący. Dlatego tylko nieliczni głosują na nich. Bardziej przekonujący są cwani (inteligentni i racjonalni) „bandyci”; oni wygrywają wybory i tworzą rządy. Są to najpierw rządy demokratyczne, ale wkrótce stają się tylko formalnie (z nazwy) i na pozór demokratyczne, ponieważ szybko przekształcają się w autorytarne lub dyktatorskie, a przywódcy partii rządzących - w jednostki powszechnego kultu („kult jednostki”).
Najnowsza historia dostarcza wielu przykładów potwierdzających taki scenariusz. Rządy „głupich” oraz/lub „bandytów” wiodą do narastającej dezintegracji społeczeństwa, niepotrzebnych podziałów oraz antagonizmów społecznych, nietolerancji i nienawiści wyrażanej masowo w postaci hejtu. Wskutek tego w coraz większym stopniu postępuje proces zanikania demokracji, który w końcu doprowadzi do jej kolapsu w wyniku przekształcenia się w „demokraturę”. Ta zbitka słowna może oznaczać zarówno parodię demokracji (demo-karykaturę), jak jej zaprzeczenie (demo-dyktaturę).
Wiesław Sztumski

* Głupi ludzie wyrządzają szkodę innym, chociaż sami nie odnoszą z tego żadnych korzyści, a nawet narażają się na straty. Głupota jest „przywilejem” wszystkich grup społecznych, nie zależy od innych cech człowieka i jest równomiernie rozłożona, zgodnie ze stałą proporcją.
Badania pokazały, że proporcja „głupich” do „mądrych” w każdej grupie jest stała i wynosi przeciętnie 4 do 5.
„Bandyci” realizują własne interesy nawet ze szkodą dla dobra publicznego. Wielu z nich, jak socjopaci, psychopaci , niepatologiczni „szarpacze” i amoraliści, działają z pełną świadomością negatywnych konsekwencji dla społeczeństwa. Ich działania są racjonalne, ale jest to paskudna racjonalność. (Zob. C. M. Cippola, The Basic Laws Of Human Stupidity, (Spring 1987). Whole Earth Review. (Retrieved 28 July 2013).

Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

 

Odsłony: 203
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd