Kres demokracji

Utworzono: czwartek, 26 listopad 2020 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

Jeśli demokracja nie upadnie z jakiejś przyczyny zewnętrznej, to rozpadnie się samoczynnie w wyniku naturalnej ewolucji za sprawą pogardy dla jej kluczowych wartości.


Ostatnie stadium rozwoju demokracji zachodniej

sztumski nowyPocząwszy od Starożytności, ustrój demokratyczny („demokracja") przeszedł dwie fazy ewolucji - wzrostu i szczytu, a teraz znajduje się w fazie schyłkowej. Faza wzrostu obejmowała okres od demokracji ateńskiej do nowożytnej w okresie kształtowania się gospodarki kapitalistycznej. Apogeum osiągnęła demokracja w czasach rozkwitu gospodarki liberalnej.
Faza schyłkowa rozpoczęła się po I wojnie światowej. Zaczęła ona przyśpieszać po II wojnie światowej, a jeszcze bardziej od około trzydziestu lat.

Wiele zjawisk wskazuje na to, że demokracja znalazła się już w zaawansowanym stanie obumierania. Świadczą o tym następujące symptomy:

• Transformacja demokracji bezpośredniej w coraz bardziej pośrednią (przedstawicielską).
• Wieloosobowe uczestnictwo w zarządzaniu krajem zmienia się w mniejszościowe,
• Rządy większości zamieniają się w rządy nielicznych wybrańców.
• Prawo przekształca się w bezprawie, sprawiedliwość w niesprawiedliwość, równość w zróżnicowanie, a ład społeczny w chaos.
• Postępujące wyobcowanie się władzy od społeczeństwa (suwerena).
• Zanik troski o dobro wspólne.
• Konwersja „rządów mędrców" w „rządy głupich".
• Pogarda dla podstawowych wartości demokracji.

Symptomy te są efektem czynników obiektywnych (postępu technicznego, gospodarczego oraz cywilizacyjnego i wzrostu populacji światowej) oraz subiektywnych (zaniku rewerencji dla klasycznych wartości demokracji).

Powszechnie uznaje się życie, wolność, własność prywatną, równość, sprawiedliwość, pokój i bezpieczeństwo za klasyczne wartości demokracji zachodniej. Przestrzeganie ich nakazują konstytucje państw demokratycznych. Okazuje się, że mimo to coraz bardziej masowym zjawiskiem staje się pogardzanie nimi. Nie respektują ich ani rządzący, ani poddani, którzy nota bene kierują się „demokratyczną" zasadą odwołującą się do równości ludzi: „Co wolno wojewodzie, to i tobie narodzie". (Dawna zasada: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie narodzie" obowiązywała w ustrojach autorytarnych i nadal tam obowiązuje.

Ustrój demokratyczny nie zapewnia bezpieczeństwa i wolności

W wyniku gwałtownego wzrostu ludności świata w XX wieku (od 3,5 miliardów do 7,6 miliardów) zwiększyła się znacznie gęstość zaludnienia, ponieważ niewiele przybyło terenów nadających się do zamieszkania. W związku z tym, jak i dzięki postępowi w sferze komunikacji i transportu, pokaźnie skróciły się odległości geometryczne, społeczne i komunikacyjne oraz czas przepływu informacji. Wydawałoby się, że powinno to wpłynąć na wzrost bezpieczeństwa. Wszak bliski i szybszy kontakt powinien zapewnić pomoc w razie potrzeby.
Niestety, tak nie jest. Bowiem ze wzrostem zagęszczenia zmniejsza się zainteresowanie innymi osobami i rośnie obojętność oraz egoizm, a wraz z tym nieudzielanie pomocy.
W rezultacie ma się do czynienia z dziwną sytuacją. Z jednej strony, w otoczeniu wielu ludzi każdy czuje się bardziej bezpiecznym, a z drugiej strony, jest się wtedy potencjalnie bardziej zagrożonym, gdyż wśród wielu ludzi, a zwłaszcza w tłumie, jest bardziej prawdopodobne spotkanie się ze złoczyńcą. Poza tym bycie w tłumie jest niezwykle ryzykowne i niebezpieczne, ponieważ jego zachowanie szybko zmienia się, jest nieracjonalne i nieprzewidywalne.

Ze wzrostem „gęstości społecznej" rośnie także ilość oddziaływań wzajemnych między ludźmi. Są oni coraz bardziej uwikłani w wiele sieci zależności i dlatego mają coraz mniej swobody. Oprócz tego ich wolność zmniejsza się wskutek inwigilacji przez służby bezpieczeństwa (zwłaszcza w czasach terroryzmu), sztuczne satelity szpiegowskie (krąży ich około czterech tysięcy dookoła Ziemi) i szpiegujące programy internetowe.

Ograniczanie wolności wywołuje naturalny odruch obronny w postaci ksenofobii i agresji. W socjosferze, jak w przyrodzie (fizyce) obowiązuje „reguła przekory" Heinricha Lenza, która zapewnia homeostazę systemom społecznym: „Zmiany zachodzące w systemach społecznych eliminują przyczyny dokonywania się ich".
Paradoksalnie w neoliberalizmie narodziło się neoniewolnictwo (p. Marsz ku wolności czy pęd ku zniewoleniu? SN 4/2011, Pęd ku zniewoleniu, SN 5/2011) i szerzy się, mimo, że w demokracji liberalnej każdy jest wolny na mocy prawa, a przynajmniej tak mu się zdaje. Nie ogranicza się ono tylko do jednego wymiaru formalnoprawnego - podziału na panów i niewolników, ma więcej wymiarów, płaszczyzn i form i nie jest nigdzie oficjalnie uznawane. Niewolnikami czyni się ludzi pośrednio na mocy prawa (np. kobiety, którym odmawia się prawa dysponowania swoim ciałem) i skrycie.

Zniewolenie ogarnęło niemal wszystkie sfery życia i dokonuje się coraz szybciej w skali globalnej. Ludzie stają się niewolnikami z tytułu zajmowanej pozycji w hierarchii społecznej lub zawodowej. Są też „niewolnikami" rozmaitych przedmiotów i organizacji, (urządzeń codziennego użytku, pieniądza, banków, reklamy, mass mediów, mody, narkotyków, czasu zegarowego oraz standardów zachowań narzucanych przez kodeksy etyczne i prawne oraz kanony public relations), które wyalienowały się tak dalece, że wymknęły się spod kontroli i zaczęły „rządzić". Ulegają niewoli w postaci terroru głupoty, wulgarności, chamstwa, kłamstwa i brzydoty. Zniewala ich religia (przykazania. klauzula sumienia), ekonomia (rynki), ideologia, ukryta cenzura oraz rzeczywistość wirtualna (Internet, komputery).
Niewolnictwo rozwija się w związku z emigracją zarobkową do krajów bogatych. Formą niewolnictwa jest handel ludźmi w dziedzinie sportu (np. piłkarzami) i medycyny (handel narządami ludzkimi i sprzedaż zwłok, tzw. skór, do zakładów pogrzebowych). Tak więc, w „wolnym świecie" rośnie liczba niewolników.

Demokracja nie sprzyja życiu i pokojowi

Klasycznymi wartościami demokracji są: życie w ogóle i życie bez wojen, ale nie respektuje się ich. Na całym świecie mnożą się konflikty zbrojne i ataki terrorystyczne, które pochłonęły już więcej ofiar niż II wojna światowa. Jedne ogniska wojen likwiduje się, albo czasowo wygasza, ale w ich miejsce powstają nowe i groźniejsze. Zastępują one trzecią wojnę światową i ewentualne kolejne. Liczba ofiar i zniszczenia nie liczą się, bo świat jest przeludniony, a na odbudowie i zbrojeniach można dobrze zarabiać. Ważne, żeby w tym niby-pokoju, czy raczej „pełzającej wojnie światowej", coraz lepiej rozwijał się biznes.

Wartość życia ludzkiego obniża się permanentnie. Życiem ludzkim gardzi się nie tylko w czasie wojen, ale również za sprawą szerzącej się „cywilizacji śmierci" w warunkach pokoju. Walnie przyczyniają się do tego gry komputerowe, gdzie zabijanie ludzi jest chlebem powszednim i nie robi już wrażenia na grających, oraz prasa kolorowa i telewizja, w których pokazuje się zabijanie ludzi z byle jakich powodów. Nawet okrutne opisy i sceny zabijania spowszedniały już. Im są one drastyczniejsze, tym większą zapewniają poczytność i oglądalność, a w konsekwencji zysk dla redakcji, stacji telewizyjnych i producentów filmowych.

Dlaczego kościół katolicki nie przeciwstawia się ostro temu procederowi, tak, jak w przypadku aborcji? Chyba dlatego, że ekonomia zdominowała religię do tego stopnia, że najwyższą wartością religijną stał się pieniądz. Dowodzi tego nagminna symonia, czyli kupczenie świętościami: godnościami i urzędami kościelnymi, sakramentami oraz dobrami duchowymi. Nic dziwnego, że na coraz większą skalę dokonuje się zabójstw, a mordercami z błahych przyczyn są młodociani i dzieci; że rośnie liczba samobójstw, również wśród młodzieży; że lekceważy się zdrowie i życie, jak nigdy wcześniej; że rośnie liczba wypadków samochodowych ze skutkiem śmiertelnym w wyniku brawury i głupoty młodocianych kierowców.

Demokracja nie zapewnia równości

W toku ewolucji społecznej postępują procesy dywersyfikacji i stratyfikacji, w wyniku czego rozwijają się nierówności społeczne. Dywersyfikacja rodzi szereg „nierówności poziomych" ze względu na różne kategorie społeczne, parametry i kryteria: płeć, wiek, pochodzenie etniczne i regionalne itd. A stratyfikacja rodzi „nierówności pionowe" (hierarchiczne) w obrębie grup społecznych (klas, warstw, grup zawodowych itp.), które pozostają ze sobą w relacjach nadrzędności lub podporządkowania.

Ustrój demokratyczny, który głosi równość obywateli, nigdzie jeszcze nie zniwelował nierówności społecznych, raczej spotęgował je. Ze względu na prawo pogłębiają się różnice między „równymi" i „równiejszymi", ze względu na hierarchię społeczną - między władzą i poddanymi, a ze względu na bogactwo - między biednymi i bogatymi. (Nawet w USA liczba osób żyjących w ubóstwie wynosiła w 2019 r. 33,984 mln na ogólną liczbę ludności 324,754 mln (10,46%) i żaden rząd niczego nie zrobił dla likwidacji tego zjawiska).
Demokracja nie zlikwidowała podziałów klasowych, tylko w wyniku nadużycia językowego, jakim jest substytucja semantyczna, zamieniono nazwę „klasa" na nazwę „warstwa". Dzięki temu złagodzono pojęcia sprzeczności klasowej i walki klas, które są silą napędową rewolucji (u Karola Marksa - rewolucji socjalistycznej).
Na domiar złego wykreowała jeszcze klasę pośredników (ajentów), bez których nie da się niczego załatwić (p. W. Sztumski, Powszechne pośrednictwo, czyli nowa klasa wyzyskiwaczy, Sprawy Nauki, Nr 11, 2013). Wprawdzie pośrednicy i faktorzy byli też dawniej, ale było ich stosunkowo niewielu i tylko nieliczni zamożni ludzie korzystali z ich usług. Nigdy nie byli grupą tak znaczącą i liczną, jak teraz.

Pośredniczenie stało się intratnym zajęciem, bo przynosi duże zarobki dzięki wyzyskowi producentów, usługodawców i konsumentów za sprawą narzucanych marż. Pośrednictwo jest wielostopniowe, jeden pośrednik nie wystarcza. Na przykład, konsumenta od wytwórcy dzieli łańcuch pośredników, którzy zajmują się skupem, transportem, logistyką, dostarczaniem do hurtowni, dystrybucją do magazynów i sklepów. Każdy z nich nalicza sobie jakąś marżę. W związku z tym cena sprzedaży różni się znacznie od kosztu produkcji.
Podobnie w administracji; każdy władca - kierownik, dyrektor, prokurator, sędzia, poseł, senator, komendant policji, minister itd. - nie kontaktuje się bezpośrednio z interesantami, jak dawniej, tylko za pośrednictwem rzecznika. To jest m. in. przyczyną przerostu zatrudnienia w administracji.
Oczywiście, płacą za to rzesze podatników. Do roli pośredników ograniczyły się sklepy, apteki i lekarze pierwszego kontaktu (rodzinni). Nie można kupić u sprzedawcy w sklepie towaru wystawionego w hali sprzedaży, tylko trzeba go zamawiać u pośrednika-sprzedawcy i długo czekać na realizację zamówienia przez producenta lub hurtownika. Podobnie w aptekach, gdzie nawet kupno pospolitego leku wymaga zamówienia go w hurtowni przez farmaceutę. Nawet lekarz pierwszego kontaktu jest pośrednikiem między pacjentem i specjalistami (tylko „lekarz ostatniego kontaktu" nie jest pośrednikiem).

Demokracja nie dba o dobro wspólne

Społeczeństwa stają się coraz bardziej heterogeniczne w konsekwencji procesów różnicujących. To uniemożliwia zdefiniowanie, a jeszcze bardziej realizację jakiegoś wspólnego celu, np. dobra wspólnego. Dobrem wspólnym jest wartość zbiorowa pewnych grup danego społeczeństwa, którą chcą one osiągnąć przy udziale pozostałych grup, które starają się przekonać do uznania swoich interesów za ich własne.
Możliwość osiągnięcia dobra wspólnego opiera się na złudnym założeniu, jakoby można było uznać jakąś wartość heteronomiczną za wspólną w wysoce heterogenicznym społeczeństwie. Dlatego nie powiodły się próby urzeczywistnienia ideałów dobra wspólnego, proponowanych przez filozofów, ideologów i przywódców religijnych. Mimo, że udało się skupić wokół tego magicznego hasła nawet większość społeczeństwa, która naiwnie uwierzyła w jego realizację, kierując się nadzieją na poprawę doli swojej i potomków.

Ten sukces trwał dopóty, dopóki nie rozczarowano się niepowodzeniem i nie przekonano się, że z wysiłków całej wspólnoty największe korzyści czerpały tylko grupy uprzywilejowane. W ostatnich latach próbuje się, gdzieniegdzie nawet z powodzeniem, restytuować i realizować ideę dobra wspólnego* głównie za sprawą polityków-populistów. Z jednej strony, chcą oni zbić na tym kapitał polityczny, zjednoczyć społeczeństwo na bazie wspólnego działania i nie dopuścić do rozwoju sprzeczności wewnętrznych, które mogłyby doprowadzić do zmiany rządu lub ustroju. A z drugiej strony - przesadnie nadużywając zasady „dziel i rządź" - prowadzą do coraz głębszych i antagonistycznych podziałów społecznych. Poza tym, obiecując zbyt wiele bez pokrycia i możliwości spełnienia obietnic, coraz bardziej tracą zaufanie i zniechęcają ludzi do siebie.

We współczesnej demokracji szerzy się pogarda dla sprawiedliwości i porządku społecznego

Z wyjątkiem niewielu krajów narasta poczucie niesprawiedliwości w różnych sferach życia społecznego, przede wszystkim ze względu na prawo. Nie chodzi tu o niesprawiedliwe przepisy prawne, chociaż one też dyskryminują ludzi, zwłaszcza grupy mniejszościowe, tylko ich wybiórcze interpretacje (wykładnie), o nieskuteczność prawa i naginanie go do sytuacji. Winna jest temu coraz większa relatywizacja prawa w zależności od norm moralnych, światopoglądu, przekonań religijnych politycznych a także upolitycznienie wszystkich szczebli instytucji prawnych (włącznie z Prokuraturą Generalną, Trybunałem Stanu i Sądem Najwyższym) w wyniku obsadzania stanowisk kierowniczych przez członków partii rządzącej. Tak było w „demokratycznych" Niemczech hitlerowskich i w równie „demokratycznych" krajach socjalistycznych.

Zjawiska te nasilają się proporcjonalnie do degeneracji ustroju demokratycznego i przyczyniają się do deflacji praworządności. Coraz częściej wyroki sądów bywają stronnicze, podyktowane względami politycznymi, partyjnymi, ideologicznymi lub światopoglądowymi. Aresztuje się bezprawnie, inwigiluje i zastrasza niewygodnych i niesfornych opozycjonistów i uczestników manifestacji. Ściga się i surowo karze biednych obywateli i drobnych przestępców, a nie bogaczy i wielkich aferzystów, zwłaszcza powiązanych z kręgami rządowymi, w myśl zasady: „Ukradniesz złotówkę - jesteś złodziejem, ukradniesz miliony - jesteś sprytnym biznesmenem i masz duże szanse dostać się do władz”. A jeśli jakaś partia ma w parlamencie większość i rządzi absolutnie, to może sobie pozwolić na sobiepańskie absolutne bezprawie, nawet na lekceważenie konstytucji.

Wskutek wadliwej praworządności, niesprawiedliwości, wzrostu nierówności i podziałów społecznych (również z innych powodów) załamuje się porządek społeczny. Ciemiężone, ignorowane i okłamywane przez rząd grupy społeczne tracą cierpliwość po przekroczeniu granic tolerancji. Organizują samorzutnie lub z inicjatywy partii opozycyjnych, manifestacje, pochody i strajki, by wywrzeć presję na władze i w ten sposób dochodzić swych praw oraz by zwrócić na siebie uwagę przez społeczności międzynarodowe i szukać wsparcia za granicą.
Te demonstracje, chociaż legalne, naruszają porządek w miarę tego, jak długo trwają, jak są masowe i dotkliwe i jak służby porządkowe (policja) są bezsilne. Jeśli są masowe, długotrwałe, niekontrolowane i trudne do opanowania, pogrążają kraj w narastającym chaosie.

Demokracja obumiera proporcjonalnie do wzrostu głupoty rządzących i ich wyborców

W czasach antycznych rządy sprawowała starszyzna i mędrcy, ponieważ ufano, że ze względu na doświadczenie życiowe i wiedzę będą podejmować najlepsze decyzje. W ustrojach monarchistycznych rządzili królowie i arystokracja, a więc ludzie wówczas oświeceni i najlepiej wykształceni (jeśli zdarzali się wśród nich analfabeci, jak np. Karol Wielki, Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, to mieli mądrych doradców).
W ustrojach republikańskich i demokratycznych w skład rządów wchodziło wciąż więcej ludzi przypadkowych, często niekompetentnych. W naszych czasach jest ich coraz więcej, zwłaszcza najbogatszych. Największe szanse powodzenia w wyborach mają kandydaci, których stać na najkosztowniejsze kampanie wyborcze albo którzy mają ogromne poparcie lobbystów krajowych lub międzynarodowych (np. wybory pierwszego prezydenta USA, Abrahama Lincolna prawie nic nie kosztowały, następnych prezydentów - kilkaset tysięcy dolarów, a ostatniego, Donalda Trumpa, już ponad miliard dolarów. W Polsce, w 2010 r. wybory prezydenckie kosztowały ponad 107 mln złotych. Pięć lat później - ponad 147 mln zł., a w 2020 r. - ponad 400 milionów zł.).

W „wolnych" wyborach władzę się kupuje, a nie wybiera. Dlatego wybory stały się fikcją. Są potrzebne politykom dla legitymizacji ich władzy nie przez większość społeczeństwa, lecz przez większość wyborców przekupionych w taki lub inny sposób. Kto za pieniądze sprzedaje siebie (ciało, duszę, wizerunek, zasady moralne, ideały, cnoty), ten się prostytuuje, o ile prostytucję rozumie się w innych wymiarach niż tylko w seksualnym. Wobec tego w czasach obecnej demokracji ma się do czynienia z powszechnym zjawiskiem prostytuowania się polityków, którzy sprzedają się finansjerze. Niestety, żaden z nich nie ma wyrzutów sumienia, ani skrupułów moralnych lub religijnych, że stał się „dziwką polityczną" i nie przeszkadza mu to w dalszej karierze. Od skrupułów moralnych ważniejsze są korzyści materialne, albo ambicjonalne (wybujale ego).

Tak zwana klasa polityczna nie ma już żadnej klasy. W teraźniejszej demokracji rządzą oligarchowie, którzy faktycznie decydują o losach państwa i jego obywateli. Często nie piastując żądnych stanowisk rządzą z ukrycia, jak szczury lub tchórze, jak szare eminencje, na wzór szefów mafii lub gangów. Te osobniki ustanawiają wygodne dla siebie ustawy, politykę wewnętrzną, zagraniczną, finansową i gospodarczą, nie licząc się ze społeczeństwem, a tym bardziej z dobrem wspólnym. Jest wiec tak, jak w starożytnym Rzymie: „Złodzieje dobra prywatnego żywot spędzają w kajdanach, a złodzieje dobra publicznego – w złocie i purpurze” (Aulus Gellius).

Rośnie też liczba głupich w rządach, a kolejni władcy są głupsi od poprzednich. Na domiar złego, chcą jak najdłużej rządzić. To im się udaje dzięki odpowiednim przepisom prawnym i ogłupianiu (mamieniu) elektoratu. Jest tak, jak kiedyś w cesarstwie rzymskim: „Niejednego głupca chroni jego urząd” (Cyceron).
Dlaczego głupi władcy wypierają mądrych? Po pierwsze, dlatego, że głupim łatwo można manipulować. Toteż lobbyści biznesowi działający w interesach finansjery (krajowej i zagranicznej), sponsorującej kampanie wyborcze, popierają pretendentów do rządu i parlamentu, którzy zapewnią im nieskrępowaną działalność. Krótko mówiąc, rządzić powinny marionetki w rękach finansjery. Po drugie, w coraz głupszym społeczeństwie trudno znaleźć mądrych pretendentów do władzy. Społeczeństwo było, jest i będzie coraz bardziej ogłupiane przez władców. Ostatnio, coraz bardziej natarczywie, intensywnie i skutecznie za pomocą najnowszych środków przekazu masowego, wspomaganych komputerami i sztuczną inteligencją.

W związku z tym głupota szerzy się niewyobrażalnie w przyspieszonym tempie, proporcjonalnie do osiągnięć psychologii społecznej i techniki propagandy. Liczba głupich rośnie w postępie wykładniczym nie tylko wskutek ogłupiania przez władców, ale również dlatego, że dziedziczy się, gdyż zazwyczaj głupi rodzice płodzą głupsze od siebie potomstwo. Wskutek tego zmniejsza się stosunek mądrych do głupich, który dwadzieścia lat temu wynosił dwadzieścia procent (p. Carlo M. Cippola, The Basic Laws of Human Stupidity), a teraz zapewne zmalał wbrew temu, że ludzi wykształconych, nawet na poziomie akademickim, przybywa szybko i ponad miarę. Jest to spowodowane niekompatybilnością wykształcenia i mądrości - dyplom ukończenia studiów nie jest certyfikatem mądrości.

Na dodatek, spośród niewielu mądrych jest coraz mniej chętnych do władzy. Są tak mądrzy, że wiedzą, iż władza ogłupia i nie jest im do niczego potrzebna. A więc, z konieczności wybiera się do władz ludzi głupich, którzy nie mają odpowiedniej wiedzy ani kompetencji menadżerskich, ekonomicznych i politycznych. Ci jeszcze bardziej ogłupiają społeczeństwo, bo sądzą, że głupimi łatwiej się rządzi, Jednak mylą się, bo głupi zachowują się nieracjonalnie, nieprzewidywalnie i zaskakująco. Dlatego nie zawsze można na nich polegać.
Historia potwierdza, że głupie rządy w głupim społeczeństwie (np. Jakobinów w Komunie Paryskiej i Rad Ludowych w socjalizmie) nie zdały egzaminu i doprowadziły do rozpadu państwa. Teraz też na to się zanosi w państwach zarządzanych przez głupków, bo „Władza pomnożona przez głupotę równa się samozagładzie" (René Delary, Macht x Dummheit = Selbstzerstörung: Wie viel "Mensch" erträgt der Planet?).

Demokracja i światopogląd

Pierwszej przyczyny niepowodzenia w realizacji modelu demokracji zachodniej i w przestrzeganiu kluczowych dla niej wartości jak i w doprowadzeniu jej do upadku upatruję w tym, że pojawiła się i rozwija się w państwach podporządkowanych dyktatowi kościoła katolickiego i że nie zdołała wyzwolić się spod niego. Jej nieszczęściem jest to, że wyrosła na fundamencie światopoglądu ukształtowanego przez religię judeochrześcijańską i że wdrażał ją początkowo kościół protestancki (podstawowe koncepcje demokratyczne i egalitarne rozwinęli najpierw postkalwiniści - baptyści, metodyści, zielonoświątkowcy mennonici itp.), a potem katolicki, który nadal kontroluje jej rozwój, i że nie będzie w stanie uwolnić się od jego hegemonii.
Zresztą taki sam los spotkałby ją, gdyby jej bazą wyjściową była inna religia monoteistyczna, np. islam. Dlatego, że w religiach monoteistycznych obowiązuje hierarchiczny system wartości, który charakteryzuje się pozornymi dualizmami - wartości boskich i ludzkich, nadprzyrodzonych i naturalnych, ponadhistorycznych i historycznych. Dlatego pozornymi, że wartości boskie, nadprzyrodzone i ponadczasowe są ważniejsze od ludzkich, naturalnych i czasowych.

Na szczycie piramidy wartości w religiach monoteistycznych stoi jakiś bóg, np. w judaizmie Jahwe, albo trójjedyny Bóg w katolicyzmie. Pod nim znajduje się jakiś prorok (człowiek, który podobno miał bezpośredni kontakt sensualny z bogiem, np. Mojżesz, Mahomet). Dalsze miejsca zajmują wartości religijne i ogólnoludzkie, ale interpretowane w duchu wiary w boga: życie (dla boga), wiara (w boga), nadzieja (na życie wieczne), miłość (głównie do boga), uczciwość, miłosierdzie, rzetelność, pokora, bezinteresowność, samokontrola, niezłomność, spokój, wielkoduszność, bojaźń Boża, gotowość do cierpienia (jak Chrystus), mądrość, cierpliwość, wierność, odwaga, współczucie, sprawiedliwość, dobroć, przyjaźń, dziękczynność, odpowiedzialność, pilność, posłuszeństwo (przede wszystkim wobec kościoła) i odpuszczanie (win, grzechów).

Jedne z tych wartości zaczerpnięto z katechizmu, drugie są ogólnoludzkie. Z tego względu państwa są demokratycznymi tylko ze względu na nazwę, a faktycznie są państwami wyznaniowymi w mniejszym lub większym stopniu w zależności od tego, jak wiele jest w nich ludzi wierzących fanatycznie i jak dalece ich rządy zabiegają o względy i interesy kościoła. Prawdziwa demokracja zachodnia może rozwijać się tylko w państwach świeckich, gdzie systemy wartości religijnych (hierarchiczne) obowiązują tylko we wspólnotach religijnych i nie wolno ich narzucać na siłę całemu społeczeństwu.

System wartości chrześcijańskich jest niekompatybilny z klasycznymi wartościami demokracji. Demokracja jest bowiem ustrojem, w którym ludzie i rzeczy są wybieralne. Wobec tego wybierać można też wartości, jakimi chce się kierować w życiu - raz takie, raz inne, zależnie od okoliczności. Takiej swobody wyboru nie ma w hierarchicznym systemie wartości religijnych, tylko w równościowym systemie wartości wywodzących się ze światopoglądu świeckiego.
Hierarchiczna struktura religijnego systemu wartości przeczy równościowej strukturze prawodawstwa demokratycznego. W demokracji nie wolno „praw ziemskich”, czyli stanowionych przez ludzi, wywodzić ostatecznie z „niebiańskich źródeł” i uznawać je za podporządkowane prawom stanowionym przez Boga (zwanych oszukańczo „naturalnymi"), który rzekomo przekazał je ludziom w postaci tablic kamiennych. Za to nadaje się ona na fundament ustrojów niedemokratycznych - patriarchalnych, monarchistycznych, autorytarnych i totalitarnych.
Wiesław Sztumski

* W ponad stu minionych latach zawiodły idee dobra wspólnego głoszone przez narodowych socjalistów (nazistów) w Niemczech oraz ideologów socjalizmu w różnych krajach. W pierwszym przypadku, dobrem wspólnym było osiągnięcie dobrobytu w wyniku podbojów i eksploatacji zasobów naturalnych i siły roboczej w krajach podbitych, a w drugim - zniesienie klas i wyzysku w wyniku rewolucji socjalistycznej. W obu wypadkach masy ludzi biednych i zacofanych zaufały ideologom, dzięki czemu rządy nazistów przetrwały dwanaście lat, a komunistów - aż osiemdziesiąt.

 

Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji.

 

Odsłony: 404
Our website is protected by DMC Firewall!