Ochrona zabytków (el)

Co na listę dziedzictwa?

Utworzono: czwartek, 30 wrzesień 2010 akt

Co z Polski należałoby wpisać na listę dziedzictwa niematerialnego UNESCO?

Wypowiedź dr. Piotra Dahliga, muzykologa i etnografa, kierownika Katedry Etnomuzykologii w Instytucie Muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim

Czytaj więcej...

Inżynier zbudował ... zabytek

Utworzono: sobota, 10 grudzień 2011 Anna Leszkowska

Z Jerzym Jasiukiem, dyrektorem Muzeum Techniki w Warszawie rozmawia Anna Leszkowska

Kończy się epoka industrialna. Zostajemy z problemem nieużytecznych już hal fabrycznych, kopalni, maszyn i urządzeń, które jednak świadczą o naszym rozwoju i warto byłoby je z tego powodu zachować. Na czym polega inność takich zabytków?

Zabytki techniki mają swoją specyfikę. W odróżnieniu od zabytków sztuki architektury, czy zabytków piśmiennictwa - które powstawały i były użytkowane zawsze z twórczej potrzeby stworzenia sobie przez człowieka estetycznego otoczenia, czy miejsca do bytowania - te powstawały dla określonych celów: bądź produkcyjnych, bądź usługowych (np. transport). I kiedy te pierwsze nabierają szlachetnej patyny czasu, na ogół nie wpływa to na ich sposób użytkowania. Natomiast w przypadku zabytków techniki i przemysłu - w momencie, kiedy obiekt staje się historyczny - traci codzienną wartość użytkową. I wówczas powstaje problem: co z nim zrobić?


To pytanie zadajemy sobie każdej zimy odnośnie mostu w Wyszogrodzie, który jest już zabytkiem, ale i spełnia jeszcze swoje funkcje użytkowe. Mimo walorów historycznych i krajobrazowych, trzeba go będzie rozebrać, gdyż zagraża bezpieczeństwu nowego mostu.

W ochronie zabytków techniki trzeba brać pod uwagę wiele kryteriów: walory usytuowania, wartość pamiątkową i inne. Most w Wyszogrodzie ma swoją ciekawa historię, wskutek nieustannych walk z wodami rzecznymi, fragmentarycznych zniszczeń i nieustannej odbudowy, jako że był przez wiele lat jedyną przeprawą rzeczną w tej okolicy. Jednak z punktu widzenia konstrukcyjnego nie jest on jednolity. Czyli nie można powiedzieć, że jakiś czas temu był on przykładem postępu w dziedzinie budownictwa mostowego, nawet drewnianego. Ale walorem jego jest właśnie jego historia, oryginalność. Jest to inna sytuacja niż w przypadku mostu pod Łowiczem, projektowanego przez prof. Bryłę , a zbudowanego w latach 1928-29 - pierwszego w Europie mostu o konstrukcji spawanej.

Jednakże przy każdej koncepcji ochrony zabytku trzeba też brać pod uwagę praktyczne możliwości zachowania tego obiektu i jego wartość dla kultury. W przypadku mostu w Wyszogrodzie - moim zdaniem - należałoby zachować jakiś jego fragment w charakterze pomnika mostu, przypominającego, że była taka przeprawa i jak ona wyglądała. Może powinno to być jedno przęsło, może jakaś jego część odpowiednio zakonserwowana, zaopatrzona w odpowiedni, trwały zapis jego dziejów. Bowiem zachowanie całego mostu jest niemożliwe: i z powodu bezpieczeństwa nowowybudowanej przeprawy i z racji ogromnych kosztów. Gdyby stworzyć tam swoisty Disneyland i reklamować ten najdłuższy drewniany most w Europie, to może dałoby się takie przedsięwzięcie zbilansować.


Przewodniczy Pan komisji Ministerstwa Kultury i Sztuki inwentaryzującej zabytki kultury technicznej. Czy te prace polegają tylko na dokumentowaniu tego typu obiektów, czy też mają swój ciąg dalszy w postaci działań konserwatorskich, ewentualnie propozycji zmiany użytkowania zabytku?


Program dotyczący zabezpieczania zabytków techniki rozpoczął się w początkach 1995r. i obejmował - w pierwszej kolejności - inwentaryzację zabytków w postaci zakładów przemysłowych i usługowych objętych procesami restrukturyzacyjnymi lub których byt gospodarczy był zachwiany. Ponadto wykonywaliśmy dokumentację obiektów i wnioskowaliśmy o trwałe zachowanie i otoczenie prawną ochroną części z nich. Chodziło też o stworzenie składnic ruchomych zabytków techniki - maszyn, narzędzi, urządzeń, itp. Program - choć jeszcze się nie skończył - przyniósł bardzo bogate rezultaty: oględzinom poddaliśmy kilka tysięcy zakładów przemysłowych i usługowych i zdokumentowaliśmy je. Było to działanie pionierskie - nikt wcześniej tego nie robił, a przynajmniej w takiej skali. I ten Przegląd jeszcze trwa - chociażby dlatego, że z przyczyn finansowych nie można było prac zintensyfikować.

Inwentaryzacja i dokumentacja zabytków kultury technicznej ma jednak ciąg dalszy: jeśli znaleziono obiekty ruchome, które przeszkadzały w funkcjonowaniu zakładu, komisja wnioskowała o umieszczanie ich w składnicach istniejących przy muzeach. Np. w Opatówku pod Kaliszem - przy Muzeum Historii Przemysłu, w Zabrzu - przy Muzeum Górnictwa Węglowego, w Chlewiskach k/Szydłowca - przy Zabytkowej Hucie Żelaza, oddziale Muzeum Techniki. Co prawda, kiedy zmienił się podział administracyjny kraju, byt pewnej liczby muzeów może być zagrożony, gdyż podczas przygotowywania reformy nikt o nich nie pomyślał.

W przypadku obiektów nieruchomych, dużych, komisja wnioskowała, aby pewna ich liczba - niewielka, z powodów ekonomicznych - pozostała i służyła jako skanseny.

Tak się stało m.in. w Bóbrce pod Krosnem, gdzie Stowarzyszenie Naukowo - Techniczne Inżynierów i Techników Przemysłu Naftowego i Gazowniczego stworzyło Muzeum Przemysłu Naftowego im. Ignacego Łukasiewicza. Było to ze wszech miar zasadne, bowiem obejmowało ochroną pierwszą w Europie i na świecie kopalnię ropy (kopalnie w Pensylwanii powstały trzy lata później).

Trzeba jednak pamiętać, że w dużych obiektach mamy do czynienia nie tylko z elementami technicznego wyposażenia, ale i architekturą przemysłową. O ile te pierwsze można zabezpieczyć w sposób dość prosty i mało kosztowny, tak już z budynkami, halami fabrycznymi sprawa nie jest łatwa. Na ogół próbuje się je wykorzystać do celów innych niż dotychczas. Przykładem niech będzie jeden z dworców w Paryżu - d’Orsay - w którym stworzono muzeum malarstwa. W Szwecji z kolei jeden z przemysłowych budynków zamieniono na cele mieszkalne. U nas takim przykładem jest Wielki Młyn w Gdańsku, który został zniszczony w czasie wojny. Stowarzyszenie Elektryków Polskich chciało w nim kiedyś urządzić muzeum energetyki, ale to nie doszło do skutku. Obecnie jest w nim hala targowa i szkoda, bo obiekt ma wspaniałe tradycje, a ponadto posiada wielki atut do wykorzystania turystycznego. Otóż budynek - z dwóch stron otoczony wodą - miał kiedyś po 6 kół wodnych. I ich zrekonstruowanie byłoby wielką atrakcją turystyczną w Gdańsku. Są też przykłady wykorzystania budynków przemysłowych na cele muzealne, np. w Łodzi - fabryka Geyerów mieści teraz Muzeum Włókiennictwa, w Opatówku - zakłady włókiennicze zmieniły się w Muzeum Historii Przemysłu. Dawne wozownie tramwajowe wykorzystuje się do celów wystawienniczych, jak to się dzieje w Krakowie, a pewnie będzie też i we Wrocławiu, gdzie z kolei dawny Dworzec Świebodzki pełni funkcje teatru. W Warszawie, jedna z hal dawnych zakładów Norblina została zamieniona na teatr (Scena Prezentacje), a inne - na ekspozycję motoryzacyjną Muzeum Techniki. Z kolei wiadomo mi, że hala drewniana Dworca Głównego w Warszawie, gdzie obecnie mieści się Muzeum Kolejnictwa, będzie rozebrana, gdyż na tym terenie - który PKP sprzedaje - przewidziano dużą handlową inwestycję. Nabywca jednak ponoć gwarantuje pewną przestrzeń dla Muzeum Kolejnictwa.


I w ten sposób doszliśmy do związków kapitału z kulturą... Czy nowi inwestorzy pomagają utrzymać zabytki, czy też dążąc do maksymalnego zysku stanowią ich najpoważniejsze zagrożenie?


Mamy takie niepokojące sygnały - niekoniecznie sięgając zabytków techniki, ale choćby zachowania charakteru urbanistycznego miasta. Tak było m.in. w Warszawie na pl. Piłsudskiego, gdzie planowano zbudować kilkunastopiętrowy obiekt hotelowo-handlowy. Na szczęście do tego nie doszło dzięki zdecydowanej postawie ministra kultury, Kazimierza Dejmka, ale pojawiły się następne koncepcje - i to nawet bardzo znanych architektów. W przypadku zabytków techniki też istnieją bardzo silne naciski, aby je likwidować - zwłaszcza jeśli są usytuowane w bardzo atrakcyjnych punktach. Takie naciski sam odczułem w przypadku zakładów Norblina, które proponowano zburzyć, a na tym miejscu wybudować wielopiętrowy biurowiec.

Natomiast jeśli chodzi o inne, bardziej oryginalne wykorzystanie zabytków - takie propozycje zdarzają się niezwykle rzadko. A jeśli już - to wymagałoby to daleko idących przeróbek budowlanych, zmieniających niekiedy bryłę zabytkowego obiektu.


Z czego wynika taka postawa?


Z braku ambicji, żeby stworzyć coś nowego, rzeczywiście oryginalnego. Prościej jest wznieść zupełnie nowy obiekt, niestety, często gorszy architektonicznie, ale dobrze służący użytkownikom. Natomiast wpasowanie się z nowymi funkcjami do obiektu zabytkowego jest sprawą bardzo trudną - choćby z powodu ograniczeń, jakie stawia przed inwestorem konserwator. Ale przecież mimo to są przypadki bardzo dobrego wykorzystania takich obiektów - np. małe elektrownie wodne, którym ich dawne funkcje potrafili przywrócić (z ogromnym wysiłkiem) nowi właściciele. Podobnie jest z wykorzystaniem dawnych młynów - albo na cele produkcyjne, albo na urządzanie w nich np. restauracji.


Czy w swojej pracy w komisji spotykają się państwo z zainteresowaniem samorządów lokalnych takimi obiektami? Z chęcią ich urządzenia na nowo?


Rzadko, a jeśli już to dotyczy to tylko osób prywatnych, które mają pomysł na wykorzystanie takich obiektów do celów turystycznych lub gastronomicznych. Natomiast nie interesują się tym samorządy. A wielkim problemem - zwłaszcza na ziemiach zachodnich - jest bardzo duża liczba obiektów fabrycznych - niekiedy o wielkiej wartości historycznej, w których istniejace zakłady są w katastrofalnej, albo pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i nie wiadomo, co z nimi robić. I to dotyczy głównie zakładów przemysłu włókienniczego - bo ten przemysł po ponad 100 latach prosperity nagle upada.


Czy takie zakłady można uratować w sytuacji, kiedy kupuje je zagraniczny inwestor?


Niestety, ministrowie zawiadujący w imieniu skarbu państwa tym majątkiem - choć byli informowani o zabytkowym charakterze wielu obiektów - nie zrobili nic, aby zagwarantować im prawną ochronę. A wystarczyłoby - przy sprzedaży danego obiektu - sporządzić ekspertyzę jego wartości historycznej i określić obowiązki przyszłego nabywcy w tym względzie. Dopiero program MKiS - stworzony na wniosek Muzeum Techniki - nieco te sprawy porządkuje. Nasze informacje mogą być podstawą do wszczęcia procesu uznania obiektu za zabytkowy i wprowadzenia go do rejestru zabytków. A takich obiektów nie można niszczyć - niestety, to prawo nie zawsze jest przestrzegane. Widać to chociażby w walcowniach cynku na Śląsku, wpisanych do rejestru zabytków, które mimo to uległy dewastacji, gdyż uznano, że to MKiS winno łożyć na ich utrzymanie. Tymczasem utrzymanie obiektu zabytkowego to sprawa użytkownika, co lekceważyły przez lata PGR-y dewastujące użytkowane

zabudowania dworskie, a ostatnio - Agencja Rolna Skarbu Państwa. Wiele dewastacji dokonano na terenie dawnego województwa wałbrzyskiego, podczas procesów restrukturyzacyjnych. Bo w trakcie takich działań - mimo nadzoru konserwatora - wyrywano wszystko, co tylko dało się sprzedać, nie oglądając się na prawo. I takich przykładów można przytoczyć wiele.


W jaki sposób należałoby uporządkować sprawy zachowania zabytków techniki w skali kraju?


Uważam, ze należy wprowadzić zasadę zachowania w centrum przemysłowym jeden - dwa obiekty szczególnie charakterystyczne - jako dokumenty

historyczne, rezerwaty, utrzymywane przez państwo. Na terenie Górnego Śląska należałoby zatem zachować jeden zespół dokumentujący górnictwo węgla kamiennego. To samo należałoby zrobić w Zagłębiu Wałbrzyskim, w Częstochowskim. Inne winny być utrzymywane przez lokalnych użytkowników i nadzorowane przez urzędy konserwatorów.


Kiedy i czym zakończy się Program, którym Pan kieruje?


Program nie jest w tej chwili ograniczony w czasie, bo każdy rok dostarcza nowych materiałów. Natomiast powinien się zakończyć możliwie bogatą dokumentacją obiektów technicznych o dużej wartości historycznej. Będzie to z pewnością jedyne źródło informacji o takich zabytkach. Ponadto winien pomóc konserwatorom w decydowaniu o wpisie obiektu do rejestru zabytków i właściwemu zabezpieczeniu ruchomych obiektów techniki w składnicach. Jeżeli program byłby podtrzymany przez ministerstwo, winien przynieść rezultaty odnośnie sugestii innego wykorzystania zabytkowych obiektów przemysłowych, czy usługowych. Winna tu być przedstawiona oferta przedstawiająca możliwości nowego urządzenia takich obiektów. W Polsce mamy wielką liczbę np. starych gazowni, czy młynów już nieprzydatnych, które można zaadaptować do innych celów - i tutaj można byłoby przedstawić jakąś ofertę ich zagospodarowania.

Dziękuję za rozmowę.

99-01-24

Koszmarny lifting

Utworzono: piątek, 27 luty 2009 Janina Słomińska

Koszmarny lifting

 Z prof. Bogumiłą Roubą, kierownikiem Zakładu Konserwacji Malarstwa i Rzeźby Polichromowanej UMK w Toruniu, rozmawia Janina Słomińska

Rouba m- Dlaczego złoszczą Panią czerwone, równiutkie dachówki na gotyckich kościołach? Dlaczego zżyma się Pani na widok bajecznie kolorowych XVIII-wiecznych kamieniczek? Dlaczego nie lubi Pani bielusieńkich ścian w muzealnych wnętrzach?

- Bo wprowadzają niezdrowy kontrast między starym a nowym. Prawo kontrastu jest bezwzględne. Prowadzi do estetycznej degradacji oryginału. Stara polichromia obmalowana współczesnymi farbami wygląda jak brudna plama. Kolorowe połacie dachówek na pokryciu starego kościoła odbierają świątyni autentyczność. Współczesne tynki i farby zbyt nasycone i zbyt jednorodne, nałożone bez wyczucia i znawstwa tajemnych sposobów dawnych malarzy, dekomponują tektonikę bryły budowli, pozbawiają pałace i budynki reprezentacyjne wartości i historycznej prawdy. Przesadnie gładkie, wyprowadzone na ostry kant tynki pokryte farbami na bazie bieli tytanowej, na barokowych kamieniczkach dają efekt plastikowej folii na tekturowym pudełku.

- Dlaczego tak się dzieje?

- Jest tak  zapewne dlatego, że konserwacja zabytków powszechnie mylona jest z renowacją. Jest tak dlatego, że nie mamy nawyku systematycznego wykonywania działań profilaktycznych i zabezpieczających. Zamiast na bieżąco łatać dziury i ratować bezcenną oryginalną materię budynku, czekamy aż drewno zgnije, stary tynk odpadnie, cegła się wykruszy i wszystko trzeba będzie wymienić.  Wtedy robimy kapitalny remont i powstaje kolejna atrapa. Już nie świadectwo historii, a świadectwo braku umiejętności dbania o nią. Tymczasem świat ceni oryginał. Przemysł turystyczny zarabia ogromne pieniądze na tym, że oferuje autentyk. Po to ludzie jeżdżą do Włoch, Francji, Grecji, do Egiptu...

 

Willa rzymska w Casale Fot 1 P1040830_m.jpg
Ruiny Villa Romana del Casale di Piazza Armerina na Sycylii. Zadaszenia nad poszczególnymi częściami ruin  maksymalnie oszczędzają  substancje zabytku. Umieszczone wewnątrz pochylnie i pomosty umożliwiają zwiedzanie bez zagrożenia dla zabytkowych mozaik. Polacy deklarują miłość do zabytków, ale nie dbają o nie. Zamiast na bieżąco łatać dziury, czekają aż budynek się rozsypie. Wtedy go remontują, wymieniają starą cegłę na nową i powstaje… kolejna atrapa historii.


- Czy Polacy tego nie rozumieją?

- Najczęściej refleksja i żal przychodzą po niewczasie, kiedy zabytek już został zniekształcony. Wtedy właściciel żałuje. Wie, że stracił bezpowrotnie coś cennego, ale jest już za późno. A przecież zbiór zabytków jest zbiorem skończonym. Nikt dziś nie zbuduje gotyckiej katedry. Jeśli nierozsądną decyzją usytuowania podziemnego parkingu na terenie zabytkowej Starówki, doprowadzimy do zmiany stosunków wodnych na tym terenie, jeśli  zaczną w wyniku tego pękać mury jednego czy drugiego kościoła, to nie starczy nam sił i pieniędzy, aby te budowle ratować.

Smuci mnie, kiedy krótkowzroczna ekonomia bierze górę nad rozsądkiem. Zamiast wierzyć, że zabytki są naszym wspólnym majątkiem, który latami będzie nam przynosił dochód, robimy wiele, aby źródła naszych pieniędzy ograniczać. To prawda, że kiedy grozi katastrofa, Polacy mobilizują się do ratowania. Tyle, że zabytki nie lubią być ratowane. One chcą być użytkowane tak, aby nie było potrzeby wyciągania ich z opresji.

- Z tego co Pani mówi, wynika, że źródłem polskich kłopotów z zabytkami są nasze przywary i niewiedza. Za mało mamy konserwatorów zabytków?

- Źle zorganizowaliśmy profilaktykę konserwatorską. Oddając zabytki prywatnym właścicielom, nie stworzyliśmy systemu narzędzi prawnych zapewniających ich bezpieczeństwo w nowych rękach. W rezultacie na pracowników służb konserwatorskich spadła ogromna praca „uczenia" każdego z właścicieli z osobna, co może, a czego nie może zrobić z zabytkiem.
Ta „działalność dydaktyczna" pochłaniała mnóstwo czasu a rezultaty dawała i daje zróżnicowane - za każdym razem zależne bowiem od zdolności i „nauczyciela" i „ucznia". Nałożyły się na to niefortunne eksperymenty początków transformacji w postaci wprowadzenia do sztuki konserwacji brutalnych prawideł konkurencji, przetargów, nierealnych terminów wykonywania zadań. W następstwie kilkakrotnych reorganizacji, fatalnego w
skutkach wcielenia w administrację zespoloną, a wreszcie chronicznych niedostatków płacowych, doszło do dramatycznego osłabienia służb konserwatorskich.

 

Fot. 4  Wlochy Termini Imerese Duomo_m.jpg Fot. 3  Polska_m.jpg
 Włochy… Fasada katedry w Termini Imerese po pracach remontowych. Farba nie zniszczyła estetycznej spójności. Sztywne, współczesne tynki o ostrych kantach na historycznym budynku są przekłamaniem. Dawniej murarze tak nie pracowali


Dziś energia środowiska jest dodatkowo marnotrawiona na skutek zdominowania metod pracy przez filozofię nieufności. Zjawisko to rozpleniło się zresztą w całym naszym życiu. Skupianie się na tym, czy w kosztorysie prawidłowo została wyceniona każda taczka ziemi, każdy litr środka do iniekcji, trwające miesiącami sprawdzanie i weryfikowanie dokumentów itp., stwarza pozorne wrażenie troski o zabytek. W gruncie rzeczy częściej go niszczy, niż pomaga. Uciekają bowiem terminy technologiczne, spóźnione prace wykonuje się w zimie bez szans na ich trwałość. Najgorsze zaś jest to, że zazwyczaj nie starcza już sił, pieniędzy i energii na kontrolowanie tego, co rzeczywiście trzeba pieczołowicie nadzorować - merytoryczną poprawność prac!

- Kto zatem najczęściej decyduje o sposobie prowadzenia remontu w zabytkowym obiekcie?

Konserwator Wojewódzki wydaje tzw. wytyczne konserwatorskie, które podpowiadają jak powinny zostać zrealizowane prace, by zabytek na tym zyskał a nie stracił, ale o tym, czy te wytyczne są i jak są realizowane w największej mierze decyduje inwestor i jego  doradcy, a w przypadku zabytków architektury - Inżynierowie i architekci. Dramat polega na tym, że młodych inżynierów kształci się do pracy ze współczesnymi materiałami budowlanymi. Nie uczy się ich starych technik budowlanych, ani pracy ze starym obiektem zabytkowym. Mamy świetny system akademickiego kształcenia konserwatorów dzieł sztuki, za to system kształcenia konserwatorów architektury praktycznie nie istnieje, a droga nabywania uprawnień do pracy w obiektach architektury pozostawia bardzo wiele do życzenia. Brakuje również rzemieślników. „Padło" średnie szkolnictwo zawodowe szkolące na potrzeby konserwacji architektury. Absolwenci tych szkół wiedzieli, jak zrekonstruować gotycki tynk, a jak położyć tynk barokowy... Dziś prawie nikt nie potrafi tego zrobić.

- Zwykłemu śmiertelnikowi trudno jest uwierzyć, że wrogiem zabytku mogą być współczesne materiały budowlane ...

- Opowiem pani bardzo smutną historię gotyckiego, kamiennego kościoła, dla którego razem z zespołem ekspertów przeprowadziliśmy badania, przeanalizowaliśmy dokumenty, kroniki, stare fotografie. Okazało się, że historia ostatniego stulecia to właściwie jeden wielki ciąg błędów. Zaczęło się na początku XX wieku, kiedy do spójnej struktury starego kościoła zaczęła wkraczać nowoczesność. Wtedy to, na zewnątrz murów, utwardzono betonem ziemię. W momencie, kiedy położono wokół kościoła płyty betonowe, zaczął się problem z wodą odpryskową. Krople deszczu, padając na twarde podłoże, odbijały się od niego i lądowały na tynkach tuż przy ziemi. Wilgotne tynki zaczęły wkrótce odpadać. Zastosowano więc jeszcze nowocześniejsze rozwiązanie - dół murów kościoła naprawiono cementowymi, mocnymi i twardymi tynkami. Woda natychmiast poszła wyżej.
W rezultacie, po kilkunastu latach, konieczna była kolejna interwencja. Ekipy remontowe skuły tynki, wysmołowały mur do wysokości półtora metra, założyły bitumiczną izolację i nowe tynki. Efekt? Woda poszła w ścianach jeszcze wyżej. Szybciej, bo z wnętrza świątyni wyrzucono stare, ceramiczne posadzki i zastąpiono je lastriko. Skutek? Tynki w środku kościoła także zaczęły odpadać. Wcześniej nie było tak źle, ponieważ woda odparowywała między ceramicznymi płytami. Teraz nie miała szans. Wędrowała do góry cegłą, spoinami kamiennego muru. W dodatku w latach 70. kolejni budowniczowie założyli we wnętrzu gipsowe wyrównanie ścian i pomalowali je farbą emulsyjną, która, jak już dziś powszechnie wiadomo, nie przepuszcza wody. Nadto wprowadzono do kościoła ogrzewanie nawiewne. Ogrzewanie to, przy każdym włączeniu,  powoduje gwałtowny skok temperatury powietrza. Ale mury nie nagrzewają się tak szybko. W czasie mszy zgromadzeni ludzie wydychają parę. Para osadza się na zimnych ścianach i skrapla.

 

Fot 2 maj 2007_m.jpg Fot. 9_m.jpg
Współczesne farby, zbyt nasycone i zbyt jednorodne,  dekomponują tektonikę bryły budowli, na której nie widać przestrzenności pilastrów i gzymsów a jedynie figury białe i czerwone

Ściany wnętrza odnowionego za ciężkie (europejskie) pieniądze  wymalowano współczesnymi farbami. W rezultacie cenne malowidło na sklepieniu  zdegradowano do  brudnej plamy

 

Dziś ten kościół jest zagrzybiony od sufitu po posadzkę. Trzeba zacząć ciężką pracę „odkręcania" wprowadzanych kolejno unowocześnień i ich skutków.

Spotykam, niestety, wiele takich obiektów. Bo to jest tak... Zabytek jest integralną strukturą. To pojęcie integralności odnosi się nie tylko do estetyki, ale również techniki. Integralność techniczna dotyczy budynku jako całości - materiałów, z jakich go stworzono, otoczenia, w którym budynek zlokalizowano. Nie można przy tym, precyzyjnym jak zegarek mechanizmie, bezkarnie majstrować...

W przeszłości błędy brały się z niewiedzy, nieznajomości praw rządzących materią zabytków. Dziś nie błądzimy już tak bardzo. Dzięki rozwojowi nauki konserwatorskiej potrafimy obiektywnie oceniać materiały i metody, którymi się posługujemy, a mechanizmy niszczenia materii zabytków zostały na tyle dobrze poznane, że wiemy już jak wydłużać czas, w którym pozostają one niezmienione.

Tyle że wiedza konserwatorska często przegrywa w starciu z niesprzyjającą zabytkom rzeczywistością.

- Dlaczego zatem ta wiedza tak często przegrywa? Czyja to wina, że jest tak elitarna?

 W naszej polskiej rzeczywistości, stworzonej po transformacji i sprywatyzowaniu większości zabytków, ostateczna skuteczność ochrony, jej praktyczna realizacja zależy w ogromnej mierze od woli, świadomości, kultury ich właścicieli i użytkowników. Właściciele to jednak dziś ogniwo w procesie konserwatorskim stwarzające wiele wyzwań. Najczęściej zakupili zabytki w celach komercyjnych i tak też chcą je wykorzystywać. Starają się maksymalizować zyski, zmniejszając koszty. W przypadkach prac adaptujących do nowych funkcji, niemal zawsze oszczędza się, rezygnując z wcześniejszych badań i analiz wartości zabytkowych.

Z dzisiejszej perspektywy wyraźnie widać jak wielkim błędem było u początków transformacji wycofanie się przez państwo z finansowania badań i prac pozwalających na prawidłowe przygotowanie całego procesu konserwatorskiego. Przerzucenie kosztów badań na właściciela, zrodziło łatwe do przewidzenia konsekwencje. Powszechną praktyką stało się dziś wykonywanie poważnych prac albo bez żadnych badań, albo z badaniami niedostatecznymi. Niedostatek badań i brak analizy konserwatorskiej sprawia, że już u podstaw nie dostrzega się w pełni potencjału tkwiącego w zabytku, a przez to w projektach nieobecne są wątki tworzenia nowych wartości poprzez "dodawanie do istniejących". W efekcie powstają projekty, w których zabytek potraktowany zostaje jedynie jako tworzywo do przekształcania.

Znakomite przykłady umiejętnego wplatania zabytków we współczesne życie, trafnego korzystania z ich potencjału, ale bez obniżania ich wartości spotkać można w wielu krajach - w Anglii, Hiszpanii, Włoszech. W Polsce niestety nagminnie obserwujemy "rabunkowe" traktowanie zabytków, degradujące je dla osiągania doraźnych korzyści i efektów komercyjnych. Oznacza to bolesny regres w stosunku do wspaniałych tradycji polskiej myśli konserwatorskiej i społecznego szacunku dla zabytków.

- Co trzeba zrobić, abyśmy nie zniszczyli tego, co oszczędziły nam wojny?

- Teoretycznie Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z 2003 r. daje narzędzia do skutecznej ochrony, praktycznie jednak narzędzia te nie działają, albo działają niedostatecznie. W rezultacie służby konserwatorskie stały się dziś „pierwszym i ostatnim bastionem" obrony zabytków - niestety obrywającym ciosy z każdej strony, wikłanym w dziesiątki konfliktów.  Żeby więc nie utracić zabytków, trzeba wzmocnić służby konserwatorskie - organizacyjnie, merytorycznie i finansowo. Trzeba wprowadzić prawny wymóg projektu konserwatorskiego, bowiem dziś, wobec braku precyzyjnych uregulowań prawnych, projekt prac w zabytku w zasadzie może, przynajmniej w jakimś zakresie, przygotować każdy i tak się, niestety, dzieje!

- Na przykład?

- Projektowaniem prac zaczęły zajmować się np. firmy wyspecjalizowane w zdobywaniu funduszy unijnych, rozmaite spółki, agencje rozwoju lokalnego itp. Inżynierowie - świetni znawcy swoich specjalności - przygotowują projekty drenaży przy zabytkowych kościołach, instalacji elektrycznych, grzewczych itp. Całkowicie nieobeznani z problematyką zabytków, popełniają przy tym niekiedy wręcz szkolne błędy.

Ponadto... Aby zachować nasze zabytki, trzeba postawić na profilaktykę, na codzienną dbałość o nie, by nie doprowadzać do stanu, w którym wymagają ratowania totalnym remontem. Bo wtedy wkraczają handel i ekonomia. Rolę projektantów przebiegu konserwacji przejmują, w wielu wypadkach, przedstawiciele i doradcy firm oferujących osuszanie, systemy tynków renowacyjnych, farby elewacyjne itp. Są oni doskonałymi znawcami materiałów i technologii, które sprzedają, ale nie są ani przygotowani, ani uprawnieni do rozstrzygania, jaki materiał i jaką technologię należy zastosować w danym zabytku!

Pomoc doradcy działającego z ramienia i na koszt firmy jest wygodna, bo zwalnia i właściciela i Wojewódzkiego Konserwatora Zabytów z jakichkolwiek kosztów przygotowania projektu (doradcy techniczni są etatowymi pracownikami firm sprzedających materiały lub usługi), ale stwarza patologiczną sytuację, kiedy już nie lekarz, nawet nie farmaceuta, a sprzedawca leków decyduje o terapii.

- Jakie są tego skutki?

-  Drenaże i osuszenia wykonywane w sposób nieprzemyślany zachwiały statykę dziesiątków zabytkowych budowli. Dachy z perfekcyjnie gładkiej, „plastikopodobnej" dachówki mamy na najcenniejszych zabytkach romańskich, na gotyckich katedrach, na Wawelu! Tynki wyprowadzone na ostry kant zniszczyły już estetykę naszych najpiękniejszych miast. Im bardziej kochany jest zabytek, tym „pieczołowiciej" się go odnawia, pozbawiając wartości historycznych i autentyczności. W krajach, które od dawna żyją z zabytków  nikt się nie sili, aby zrobić coś nowego ze starego, bo tam szanują autentyczność i „klimat" wytwarzany przez zabytki.. Nowe rzeczy kupuje się w supermarkecie. Śladów działania czasu w supermarkecie nie kupi się za żadne pieniądze.

Musimy obudzić z letargu właścicieli zabytków. To oni bowiem nie mają świadomości, że godząc się na taki sposób przeprowadzania prac zmniejszają wartość własnego majątku, niszczą atrakcyjność zabytków, sprawiają że stają się one niekonkurencyjne na rynku turystycznym. I nie chodzi tu nawet o to, że zabytek odnowiony traci szansę wejścia na Listę Światowego Dziedzictwa, gdzie autentyczność i integralność to dwa podstawowe wymogi i warunki wpisu! Chodzi o to, że zapraszanie gości do hotelu w zabytkowym pałacu, w którym pokoje są identyczne jak w każdym sieciowym, współczesnym hotelu na świecie, zapraszanie turystów do historycznego miasta, gdzie wszystko wygląda jak spod igły  - sprawia, że ludzie czują się oszukani, odbiera satysfakcje obcowania z czymś szczególnym. Ludzie przyjadą raz, ale nie powrócą tu więcej.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

oem software

Lubuskie Carcassonne

Utworzono: wtorek, 11 sierpień 2009 Anna Leszkowska
Polskich odpowiedników francuskiego Carcassonne - okazałych średniowiecznych fortyfikacji obronnych - jest kilka, ale w województwie lubuskim tylko fortyfikacje w Strzelcach Krajeńskich, leżących na starym szlaku łączącym Berlin z Królewcem, mogą w pełni zasługiwać na tę nazwę. Choćby dlatego, że zachowały się niemal w pełnym obwodzie i są najlepiej zachowane w regionie.

Czytaj więcej...

Our website is protected by DMC Firewall!