Wspomnienia (el)

500 laboratoriów- 500 przygód

Utworzono: wtorek, 21, kwiecień 2009 Wiktor Niedzicki

Trudne jest życie proroka. Jesienią 1985 roku, po kilku emisjach programu „Laboratorium" usłyszałem, że ta „nowość" utrzyma się na antenie najwyżej 3 miesiące. Autorowi (mnie) brakowało doświadczenia telewizyjnego, nie było współpracowników, a środki techniczne były mocno ograniczone. Założenie, że program ma promować polskich naukowców i inżynierów nie dawało przecież nadziei na ciekawe materiały.Tymczasem minęły 24 lata i dziś przygotowuję już 500, jubileuszowe wydanie „Laboratorium". Promocja dokonań naszych uczonych stała się celem mojego życia.

Czytaj więcej...

Czym Lipce bogate...

Utworzono: sobota, 10, grudzień 2011 Anna Leszkowska

Tutaj może zwieść turystę typowy krajobraz dużej wsi: domy wzdłuż głównej ulicy, sady, sklepiki, urząd gminny, etc.

Przejeżdżając pociągiem na trasie Częstochowa – Warszawa – możliwe, że nie zauważy nawet nazwy mijanej stacji: Lipce Reymontowskie. I nie będzie wiedzieć, że związek tego miejsca z osobą pisarza ma nie tylko odbicie w nazwie wsi. Inne „koligacje” pozna dopiero wówczas, kiedy zajdzie w gościnne, lipieckie progi, z wielką pieczą dbające o pamiątki po Reymoncie.
 

Nie ma ich tu wiele – pisarz często zmieniał miejsce zamieszkania, jego rzeczy, przedmioty, jakich używał uległy rozproszeniu, rękopisy zostały „rozparcelowane” przez duże, narodowe biblioteki i muzea. Zachował się tu za to duch jego twórczości – zarówno w regionalnym muzeum, jak i w amatorskim zespole im. Władysława St. Reymonta – jednym z dwóch w Polsce, które działają od lat 30-tych. Lipiecki zespół to prawdziwy rodzynek: od prawie 70 lat rozsławia nie tylko imię swojego patrona, ale i kulturę wsi tego regionu. Powstał w 1932 i od początku jego członkami byli mieszkańcy Lipiec, którzy pamiętali jeszcze pisarza.
Rok później (24.09.1933 ) zespół wystawił „Wesele Boryny”, w którym wykorzystano fabułę powieści „Chłopi” – spektakl obejrzało wówczas prawie trzy tysiące widzów – mieszkańców Lipiec i okolicznych wsi. W 1935 roku, w dziesiątą rocznicę śmierci Reymonta, zespół wystawił „Wesele Boryny” w Domu Sejmikowym w Skierniewicach. Rozgłośnia Polskiego Radia transmitowała widowisko dla słuchaczy w kraju i za granicą. Jeszcze większy rozgłos przyniosły zespołowi liczne (270) tournée – w kraju i za granicą oraz ekranizacja „Chłopów”, w której członkowie zespołu brali udział. Fenomenem zespołu jest jego wielopokoleniowa tradycja - tańczyło w nim i śpiewało ponad 350 osób, a dwie jego członkinie są w nim od początku! A jak tańczą i śpiewają!
 

Obecny Boryna (trzeci z rzędu, bo Jaguś było 8) to zawodowo – twórca i kustosz Muzeum Czynu Zbrojnego, utworzonego z prywatnych kolekcji militariów dwa lata temu. Zgromadził on w budynku dawnego urzędu gminy pokaźną kolekcję broni, umundurowania, wyposażenia wojskowego, orderów i odznaczeń ze wszystkich formacji walczących na tym terenie w okresie II wojny. Obecnie muzeum jest utrzymywane ze skromnych funduszy Gminnego Ośrodka Kultury, podobnie jak i zespół. Fundacja im. Władysława Reymonta, która powstała w 1998 r. nie jest w stanie skutecznie wspierać takich inicjatyw.
 

Dużo bardziej okazałe jest natomiast Muzeum im. Władysława Reymonta, będące oddziałem Muzeum Mazowsza Zachodniego w Żyrardowie. Mieści się ono w byłej manufakturze włókienniczej założonej pod koniec XX wieku przez przybyłą do Lipiec rodzinę Winklów. W zakładzie gręplowano, przędziono i farbowano wełnę oraz tkano słynne łowickie pasiaki. Wyrabiano też wełniane swetry, skarpety i rękawice. Dziś zostały z niego tylko wspaniale odrestaurowane w 1989 r. budynki (były bardzo zniszczone) z unikatowym wyposażeniem maszynowym (o dziwo, wszystko przetrwało wojnę).
 

Muzeum powstało w 1982 r., a jego początkiem była Izba Regionalna, stworzona przez miejscowych miłośników tradycji, a także z inicjatywy Muzeum Okręgowego w Żyrardowie. Rok później przekształcono Izbę w Muzeum, w którym zgromadzono eksponaty z dziedziny kultury materialnej Lipiec. Są tu stroje, hafty, tkaniny, wyposażenie wnętrz chłopskich, a także materiały i pamiątki związane z Reymontem. Tych oryginalnych nie jest wiele: bryła soli, którą pisarz otrzymał w darze od górników soli z Wieliczki podczas dożynek w 1925 r. w Wierzchosławicach, oraz tablica z numerem domu (11) w Przyłęku, pochodząca z budynku, w którym Reymont mieszkał. Tyle, co nic, ale wystarczająco, aby zachęcić do przyjazdu do Lipiec – wsi kochającej pamiątki przeszłości, ale i nowoczesnej.

Anna Leszkowska

Korsyka – dzika wyspa

Utworzono: sobota, 10, grudzień 2011 Anna Leszkowska

Dla turysty Korsyka kojarzy się głównie z miejscem urodzin Napoleona, choć fakt ten powinien mieć najmniejsze znaczenie przy ocenie walorów tej wyspy.


O Napoleona pytają wszyscy turyści: nie tylko z Polski. Chcą znać historię jego pobytu na wyspie, dzieje jego rodziny i ich wzajemne relacje. To dla profesjonalnego przewodnika oznacza kilkanaście minut opowieści o tym, że cesarz Europy urodził się w Ajaccio (dzisiejsza stolica wyspy) w 1769 r, w roku, kiedy Francuzi przejęli wyspę od Genueńczyków i że nigdy nie miał do niej szczególnego sentymentu. Podobnymi uczuciami darzą go do dzisiaj mieszkańcy Korsyki, dla których nie Napoleon (nb. na chrzcie dano mu imię Napoleone, które zmienił na francuskie Napoleon), ale generał Paoli jest narodowym bohaterem. Miarą popularności obu postaci jest liczba pamiątek z nimi związanych – praktycznie w każdym mieście napotyka się albo pomnik, albo tablicę upamiętniającą wolnościowy zryw wojsk generała Paolego – właśnie w roku przyjścia na świat Napoleona.
 

Ów rok nie był szczęśliwy także dla ojca Napoleona, Carla – początkowo bliskiego towarzysza Paolego. Po przegranej bitwie korsykańczyków z Francuzami pod Ponte Nuovo, Carlo uciekł z ciężarną żoną, Letycją w obawie przed zwycięzcami. Szybko jednak wszedł w łaski Francuzów i jako nowy arystokrata wystarał się o bezpłatną naukę dla swoich dzieci na kontynencie (a miał ich ośmioro). Na Korsykę młody Napoleon powrócił po ukończeniu nauki w akademii wojskowej w Brienne i Paryżu, w wieku 20 lat, tuż po wybuchu rewolucji w Paryżu. Głosząc jakobińskie poglądy wspierał też ją na wyspie, gdzie pełnił funkcje zastępcy dowódcy milicji obywatelskiej. W tym czasie na Korsykę wrócił też generał Paoli i drogi przedstawicieli obu rodów skrzyżowały się po raz drugi (Carlo Bonaparte już nie żył). Konflikt ostatecznie zakończył się zwycięstwem Francuzów, choć wcześniej Paolemu – jednorocznemu prezydentowi wyspy - udało się na krótko przyłączyć Korsykę do Anglii (wówczas w bitwie morskiej u wybrzeży Korsyki generał Nelson stracił oko).
 

Dziś skromne ilościowo pamiątki po Napoleonie można obejrzeć tylko w Ajaccio (Ajacciu – jak mówią Korsykanie, których język mówiony jest mieszaniną włoskiego i francuskiego) w domu Bonapartych. Znaleźć go trudno, bo niczym szczególnym się nie wyróżnia, a stan w jakim zachowane jest jego wnętrze i sprzęty domowe –świadczy o tym, że Korsykańczycy nie darzą go szczególnym pietyzmem (choć postawili mu w Ajaccio cztery pomniki). Znacznie większą starannością otaczają pałac wujka imperatora – kardynała Józefa Fescha, biskupa Lyonu i to nie tylko z racji pochowania w jego katakumbach prawie całej rodziny Bonapartych. Zgromadził on – dzięki swojej pozycji – wielką liczbę obrazów najwybitniejszych mistrzów pędzla: Rafaela, Tycjana, Veronese’a i Boticcelliego. Zbędnym jest dodawać, że wszystkie te dzieła zostały złupione przez francuską armię we Włoszech, Holandii i Niemczech.


Historia i handel


Wystarczy popatrzeć na mapę, aby zrozumieć, że dzieje wyspy położonej w tak centralnym miejscu Morza Śródziemnego musiały być burzliwe. Korsyka zawsze była punktem strategicznym i handlowym dla każdej z potęg panujących w obszarze śródziemnomorskim: Greków, Kartagińczyków, Rzymian, Wandali. Przez 1300 lat (sic!) wyspa była kolejno atakowana, opuszczana, zasiedlana i sprzedawana, a pokolenia korsykańczyków wywodzących się od plemienia liguryjskiego walczyły ze wszystkimi kolonizatorami.

W X w. udało im się na krótko wywalczyć niepodległość, ale wkrótce ulegli potędze Pizy, a następnie Genui. Ostatni zryw niepodległościowy w 1735 r. zakończył się dla Korsyki sprzedaniem jej przez Genueńczyków Francji za 2 mln franków. Kto by jednak myślał, że wszyscy korsykańczycy się z tym pogodzili – jest w błędzie. Ruchy separatystyczne na wyspie nadal istnieją, co widać choćby po buńczucznych (Viva Corsa!) i licznych napisach w głębi wyspy (Corte), ostoi tradycji niepodległościowej. Są one tłumione przez władze francuskie, ale częściowo niszczą je sami skłóceni ze sobą tubylcy. Ostrożność władz w tym względzie uwidacznia się m.in. w doborze służb porządkowych – niezatrudnianiu na Korsyce policjantów – tubylców. Ci, którzy pracują na wyspie – pochodzą z kontynentu. Wynika to także z faktu, że na słabo zaludnionej Korsyce ogromną rolę odgrywają klany – niekiedy tak rozrośnięte, że całe wsie są ze sobą spokrewnione.


Do tej specyficznej sytuacji społecznej dochodzi bezrobocie – największe we Francji, sięgające 20 – 25%. W dużej mierze to konsekwencja historii wyspy, o której rozwój właściwie nigdy nie dbał nikt, bo zawsze było to terytorium na rubieżach. Do dzisiaj nie rozwinęły się tu żadne gałęzie przemysłu (może i na szczęście), ani hodowla, ani uprawy. Ziemia – poza wąskim pasmem wybrzeża wschodniego, gdzie rolnicy uprawiają pomarańcze, cytryny, kasztany i oliwki, a także winorośl – nie należy do zasobnych. Większa część terytorium Korsyki to góry porośnięte makią (45% powierzchni wyspy) – krzaczastą roślinnością nie do przebycia. Z uwagi na trudności utrzymania mieszkańcy wielu wsi wyemigrowali na kontynent, a na wyspie spędzają najwyżej wakacje.


Prawdziwe bogactwa


Korsykanie chlubią się tym, że nie mają i nie chcą mieć żadnego Mc Donaldsa. Nie ma zresztą takiej potrzeby, gdyż kuchnia korsykańska jest nieporównywalnie smaczniejsza (nie mówiąc już o wyrafinowaniu) od prymitywnego fast fooda. Niepowtarzalny smak potraw nadają im zioła popularne w obszarze śródziemnomorskim- tymianek, bazylia, majeranek, rozmaryn. To, co wzbudza zachwyt podniebienia to charcuterie – wieprzowe szynki (prisuttu) i kiełbasy robione z mięsa półdzikich świń, pasących się w lasach i na łąkach, zjadających kasztany i żołędzie. W sklepikach – piwnicach wiszą one u powały wysuszone na wiór, który kroi się na cieniutkie plastry. Równie atrakcyjne są sery owcze (brocciu) oraz kozie, a także miody – z makii, kasztanów. Kasztanowa mąka używana jest zresztą na wyspie powszechnie.


Jednak największym walorem Korsyki jest jej przyroda – zupełnie zaskakująca dla osób, które znajdą się na wyspie po raz pierwszy. Bo Korsyka to dzikie góry otoczone morzem! To ciągnący się prawie przez całą długość wyspy (140 km) łańcuch wysokich szczytów, z których wiele przekracza 2 tys. m npm (Monte Cinto – 2706 m npm), który można przemierzyć słynnym szlakiem GR 20 ( droga na dwa tygodnie marszu w surowych warunkach). To także unikatowa przyroda, której zasoby oceniono na ponad 2 tysiące gatunków roślin, chroniona w parku narodowym Korsyki. Można w nim podziwiać także piękno czerwonych, porfirowych skał (rezerwat UNESCO), przepastnych urwisk i... potęgi ludzkiej myśli technicznej w postaci dróg, mostów, wiaduktów (wiele zbudował Eiffel). A dla tych, którzy po objechaniu wyspy (można to zrobić w trzy – cztery dni) zapragną odpocząć – gospodarze proponują nie tylko ciepłe plaże i morze, ale i wszelkie możliwe sporty wodne, głownie kajakarstwo i paragliding – bo dla ich uprawiania wybrzeża Korsyki są szczególnie atrakcyjne.

Anna Leszkowska

Kresy bliższe i dalsze

Utworzono: sobota, 10, grudzień 2011 Anna Leszkowska

Dla mieszkańców polskiego Roztocza dzień zaczyna się 10 minut wcześniej niż w Warszawie i aż ponad pół godziny wcześniej niż w Szczecinie. Krótkie pory przejściowe: wiosna i jesień powodują, że lato i zima są „jak dawniej”, czyli jedno suche, słoneczne i ciepłe, drugie – też suche, ale i mroźne. Czy przyszli turyści dostrzegą te i inne walory tej krainy łączącej Polskę i Ukrainę?


Według definicji geografów, Roztocze to wyżynne pasmo wzniesień o szerokości od kilku do 25 km biegnące łukiem z zachodu na południowy wschód – z okolic Kraśnika aż po Lwów, czyli na długości ok. 180 km. Do Polski należy prawie 2/3 jego obszaru, a administracyjnie najwięcej mają z niego zamojszczanie, niewiele mieszkańcy tarnobrzeskiego i przemyskiego. Na Ukrainie największy obszar Roztocza znajduje się w obwodzie lwowskim. Geograficznie nie jest to teren jednolity: wydzielono z niego Roztocze Zachodnie (Gorajskie) z długimi dolinami i lessowymi wąwozami, Środkowe (Tomaszowskie) z rozległymi płaszczyznami oraz Wschodnie (Rawskie) z największymi wysokościami.
 

Już w samej nazwie Roztocza – wprowadzonej do literatury dopiero w drugiej połowie XIX w. - zawiera się informacja, czym ono jest geograficznie i przyrodniczo: obszarem roztaczającym rzeki w różne strony ( dopływy Wisły, Sanu i Bugu), a przez to i żłobionym przez ich koryta. Ale i obszarem ciągle „ruchliwym”, bo rozgradzającym prekambryjską platformę wschodnioeuropejską od płyty zachodnioeuropejskiej. Wskutek tego co roku Roztocze Wschodnie podnosi się o 1 mm nad Kotlinę Sandomierską! Efektem tych uniesień są wielkie atrakcje przyrodnicze: progi skalne na Tanwi, Sopocie, Jeleniu i Szumie noszące nazwę „szumów”. Najciekawsze i najbardziej znane – choćby z powodu liczby (24 na odcinku 400 m) można podziwiać nad Tanwią, rzeką, która przez 99 lat była granicą miedzy Galicją a Królestwem Polskim.
 

Dzieli, ale i łączy
 

Roztocze Wschodnie to jeden z nielicznych regionów w Europie, w którym granice przyrodnicze krzyżują się z odwiecznymi podziałami etnicznymi, kulturowymi, politycznymi i gospodarczymi. W czasie zaborów przebiegała tu granica miedzy Galicją a Królestwem Polskim, w latach 1939 – 41 biegła tędy linia demarkacyjna miedzy Związkiem Radzieckim a Generalną Gubernią, od 1944 roku jest to wschodnia granica Polski; od 1991 – z Ukrainą.
 

Granice kulturowe, także etniczne - w przeciwieństwie do politycznych – nie muszą dzielić. I tak je wspominają przedwojenni mieszkańcy pogranicza wschodniego, na którym przenikały się kultury łacińska i bizantyjska, akceptowały się społeczności różnych wyznań, obrządków, religii, tradycji i obyczajów. Mieszkali tu – przecież bezkonfliktowo - Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Tatarzy, Ormianie, Niemcy. Ślady ich kultur istnieją do dzisiaj w postaci cerkwi (np. w Bełżcu, Tomaszowie Lubelskim), kościołów katolickich (np. w Żółkwi, we Lwowie), ormiańskich (Lwów), protestanckich (Lwów) i na ... cmentarzach. Dziś tak bogatej mozaiki narodowościowej nie ma już po żadnej ze stron granicy. Na polskim Roztoczu coraz mniej jest prawosławnych. Pop, który przyjeżdża odprawiać nabożeństwa do Tomaszowa Lubelskiego uważa, że znaczna ich część została wchłonięta przez kościół katolicki, do którego świątyń znacznie łatwiej dotrzeć niż do nielicznych cerkwi. Wskutek tego, w tomaszowskiej cerkwi często przychodzi mu odprawiać mszę dla góra 20 osób.
 

Na brak tradycji, korzeni u przeważającej części społeczności lwowskiej uskarżają się też sami lwowiacy. Według mieszkających tam Polaków ( a jest to mała Polonia, licząca 15 – 20 tys. mieszkańców Lwowa i ok. 40 tys. w województwie) mało kto na Ukrainie jest Ukraińcem, a we Lwowie – lwowiakiem. Wskutek polityki władz radzieckich, Ukraińców wywieziono w głąb ZSRR, a na te tereny przyjechali głównie Rosjanie. Podobnie było i po polskiej stronie Roztocza: walki z UPA musiały się skończyć przesiedleniami.
 

Okres po drugiej wojnie, choć był to czas zmniejszania różnorodności w każdej, także kulturowej, dziedzinie – niestety nie został wykorzystany do zmniejszania różnic gospodarczych po obu stronach roztocza. Co byśmy nie mówili o urawniłowce socjalizmu, warto przekroczyć granice w Hrebennem, Medyce, czy Krakowcu, aby się przekonać, że znacznie się różnimy. I nie chodzi tu tylko o stan sanitariatów, czy brak wody w hotelach w godzinach nocnych, a nawet braki w dostawach prądu. Problem w tym, że przez kilkadziesiąt lat po wschodniej stronie ludzie żyli inaczej. Dzisiaj natomiast muszą dołączyć do Zjednoczonej Europy.
 

Przyrodniczy pomost
 

W Żółkwi, położonej zaledwie 40 km od granicy, są dobrej myśli: jest trudno, ale jesteśmy otwarci na kontakty ze światem, co powinno nam przynieść korzyści. Starosta Władymir Gierycz zna ścieżki prowadzące do integracji z Europą. Wie, że atutem powiatu liczącego 110 tys. mieszkańców o charakterze rolniczym, w którym 255 powierzchni to lasy, może być tylko przyroda i zabytki. A tych w Żółkwi nie brakuje, choć są w opłakanym stanie. Powstał więc projekt rewitalizacji miasta: odkopano fundamenty zniszczonych w czasie wojny kamienic na rynku, aby je wykorzystać przy odbudowie. Odnawia się żółkiewski zamek (ze środków zagranicznych dostali na to 30 mln USD), synagogę (1 mln USD z zagranicy), odbudowuje resztę z zachowanych (w 40%) murów obronnych, zamierza stworzyć Muzeum Historii i Sztuki. Pełną parą idą też prace w zwróconym do potrzeb kultu kościele dominikanów z XVII w., założonym przez Marysieńkę Sobieską, który został bardzo zniszczony przez stacjonujące tu jeszcze w latach 80. wojska ZSRR.
 

Nie brakuje też inwestycji w turystykę i ochronę środowiska. Aby przyciągnąć turystów potrzebne są i hotele, i oczyszczalnie ścieków, a z tymi sprawami na całej Ukrainie jest źle. O tym, aby znaleźć hotel pięciogwiazdkowy nie ma co marzyć. W bogatym (jak na Ukrainę) Lwowie są dwa hotele z czterema gwiazdkami – i to mocno „naciąganymi”. W Rawie Ruskiej, stanowiącej wrota zachodnie na Ukrainę są dwa hotele trójgwiazdkowe. Z kolei ośrodki wczasowe są tak zdewastowane, że trudno byłoby je polecać turystom zagranicznym. Hotel w Żółkwi dopiero się buduje.
 

Nie jest lepiej w inwestycjach związanych z ochroną środowiska, choć ono jest niezwykle atrakcyjne i niezniszczone. W Żółkwi oczyszczalnia ścieków sprzed 15 lat pracuje na granicy możliwości, Lwów ma problemy z wysypiskiem śmieci, generalnie brakuje sieci kanalizacyjnej i wodociągowej na wsiach. Mimo to, coraz więcej powstaje gospodarstw ekologicznych, nastawionych na agroturystykę. Jak na polskie warunki są to liczby może śmiesznie małe (ok. 20 w powiecie żółkiewskim), ale pokazują, że mieszkańcy Wschodniego Roztocza – także i po polskiej stronie – widzą w tym przyszłość. Oczywiście, pewnie trudno byłoby porównywać standard np. gospodarstwa pp. Anny i Stanisława Jachymków z Guciowa (na trakcie Zwierzyniec – Krasnobród) z gospodarstwami ukraińskimi. W zagrodzie Guciów dokonano bowiem cudu technologicznego: w skorupę starej, drewnianej chaty wpasowano najnowocześniejsze rozwiązania techniczne tak, że pokoje o charakterze rustykalnym nie różnią się standardem od dobrego europejskiego hotelu. Jednak to, co łączy polskie i ukraińskie zagrody to przyrodnicze walory Roztocza i rolniczy charakter gospodarki. Na Ukrainie – znacznie biedniejszej choćby z powodu braku infrastruktury do obsługi rolnictwa indywidualnego (ziemia z kołchozów została rozdana jego pracownikom, z których ok. 10% usamodzielniło się, a reszta oddała ją w dzierżawę spółdzielniom rolniczym) – i w bogatszej Polsce, gdzie rzeczywiste bezrobocie w przygranicznych powiatach jest podobne (ok. 20%). W obu przypadkach jedynym sposobem poprawienia bytu na wsi staje się agroturystyka.
 

Małe Bieszczady
 

Kiedyś uciekano przed cywilizacją w Bieszczady. Dziś – można się zaszyć na Roztoczu, po obojętnie której stronie granicy, gdyż jest to obszar mało zamieszkały. Polskie przewodniki ostrzegają turystów przed trudami pokonywania Roztocza, nawet jeśli idą znakowanymi szlakami. Zalecają dobrze wypchane ubraniem i prowiantem plecaki, bo o noclegi i wyżywienie tu niełatwo. Jeszcze gorzej po drugiej stronie granicy państwowej, także w otoczeniu utworzonego dwa lata temu Jaworowskiego Parku Narodowego (liczącego ponad 7 tys. ha). Cóż z tego, że stosunkowo blisko są takie atrakcje jak bazyliański klasztor – twierdza w Krechowie, skoro nie ma gdzie się przespać a i z komunikacją nie jest najlepiej? Owszem, można już zanocować w Szkle – uzdrowisku słynącym z wody mineralnej „Naftusia” (na drogi moczowe), przeznaczonym dawniej dla wojska, ale standard pokoi hotelowych bywa tam różny. W każdym razie daleko mu do jednego z najlepszych ośrodków hotelowo – wczasowych („Roztocze”) po naszej stronie Roztocza – w Suścu, czy hotelu „Laureat” w Tomaszowie Lubelskim. Może utworzenie Jaworowskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej w pobliżu Narodowego Parku Jaworowskiego zmieni tę sytuację na lepsze? Może pojawią się tam i polscy inwestorzy, którzy mimo kłopotów gospodarczych, jakie ma Ukraina zaczną tam budować także bazę turystyczną?
 

Lwowscy urzędnicy magistraccy zdają sobie sprawę z trudności, skali nakładów finansowych i możliwości społeczności lokalnych oraz władz centralnych w dopasowaniu standardów ukraińskich do europejskich. Rozmowy o nakładach na infrastrukturę miejską i wiejską – po obu stronach Roztocza są podobne. Na brak pieniędzy, trudności w ich pozyskiwaniu z różnych źródeł, narzekają zarówno władze Zamościa – głównego ośrodka turystycznego dla polskiego Roztocza, jak i Lwowa. Oba miasta łączy wpis na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO i ... podobne problemy „skąd wziąć pieniądze” na rozsypujące się zabytki, na kanalizację, wodociągi, kulturę, oświatę, etc. Najmniej narzekań słychać w dwóch dynamicznie rozwijających się miastach położonych najbliżej granicy państwowej: Żółkwi i Tomaszowie Lubelskim. Zdaje się, że władze obu powiatów i miast wybrały drogę cierpliwego przecierania ścieżki z zachodu na wschód i z powrotem, aby w jak najbliższej przyszłości mógł powstać w tym miejscu wygodny trakt, pozwalający na swobodne poruszanie się i współpracę gospodarczą na całym Roztoczu. A może i dalej?

Anna Leszkowska

6.11.2000.