Od nauki do przemysłu - droga wyboista

Utworzono: wtorek, 28 kwiecień 2020 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

jank.3 1Wróćmy do naszej historii. Pozostając w WAT, nie mogłem dłużej pracować w Instytucie Elektroniki Kwantowej. Nie przewidziałem tego, chociaż pewnie powinienem. Plotka głosiła, że trwały zabiegi przeniesienia mnie gdziekolwiek poza Akademię. Plotki nie zawsze się sprawdzają i było tak w tym przypadku. Nowy Komendant WAT, gen. Aleksander Grabowski, dotrzymał słowa. Cała nasza grupa, ja i jeszcze czterech moich bliskich współpracowników, przenieśliśmy się na Wydział Elektroniki (może powinienem powiedzieć powróciliśmy), gdzie jego Komendant płk Kazimierz Dzięciołowski utworzył Instytut Układów Mikrofalowych i Laserowych (IUMiL) o profilu optoelektronicznym, którego zadaniem było także profilowanie takiej specjalności dydaktycznej. W instytucie tym objąłem funkcję zastępcy ds. naukowych, by wkrótce (po śmierci prof. Kaliskiego) utworzyć już samodzielnie Instytut Optoelektroniki, którego zostałem szefem.

Szczęśliwie w 1976 roku utworzony został nowy, finansowany centralnie program badawczy rozwoju optoelektroniki (Problem Węzłowy 06.3.), do realizacji którego, już jako pracownik Instytutu Układów Mikrofalowych i Laserowych Wydziału Elektroniki WAT, zostałem zaproszony. Przy tej okazji pragnę dodać, że w trakcie zajmowania się zagadnieniami laserowej syntezy zawsze byłem zapraszany do składu zespołów zarówno opracowujących tematykę wszystkich programów rozwoju laserów, jak i oceniających otrzymywane wyniki.

PW 06.3 był nie tylko ciekawy ze względu na możliwość zgłoszenia interesujących tematów, które mieliśmy przygotowane, ale także ze względu na sposób prowadzenia poszczególnych jego zadań i wykorzystania otrzymanych wyników. Program miał być ukierunkowany na opracowanie tematów mających ścisły związek z praktyką. Najlepiej takich, które kończą się opracowaniem urządzeń mogących wejść do produkcji i znaleźć bezpośrednie zastosowania. Dlatego do koordynacji projektów powoływane były jednostki związane bezpośrednio z przemysłem. Gwarantować miały one wprowadzenie do produkcji urządzenia spełniające powyższe wymogi.
Bardzo nam to odpowiadało. Pisząc „nam” mam na myśli także moich współpracowników, którzy wraz ze mną porzucili intratne posady w IFPiLM. Program dawał nam możliwość praktycznie natychmiastowego zdobycia środków na prowadzenie prac związanych z zastosowaniem laserów w preferowanych przez nas kierunkach: medycynie i metrologii.
Prace o tematyce, którą chcę obecnie omówić, wykonywane były przez dłuższy okres, niż czas przeznaczony na realizację jednego programu. Tematy dotyczyły laserów w medycynie i metrologii (choć finansowane były z PW 06.3., CPBR 8.14 „Podstawy rozwoju techniki laserowej” - kierownik prof. Wiesław Woliński) oraz projektów i zleceń indywidualnych (KBN i CBK).
Opowiem o kilku ważniejszych.

Lasery w medycynie

Na początku lat 70. w wyniku przyjaznych kontaktów z jednym z najlepszych (tak uważam do dziś) polskich okulistów, prof. Tadeuszem Kęcikiem, daliśmy się namówić na budowę modelowego laserowego urządzenia do perforacji tęczówki oka bez przecinania rogówki. W tym czasie nie były znane rozwiązania techniczne tego typu urządzeń, chociaż nasz okulista wiedział o prowadzonych próbach w tym zakresie. Byliśmy zdani wyłącznie na własne pomysły według wymagań formułowanych przez lekarzy. Urządzenie to powstało z elementów wybrakowanych, odrzuconych. Tak twierdziłem, gdyż dodatkowych środków na jego wykonanie nie było. Nie mieliśmy też pozwolenia na zajmowanie się tematami pobocznymi.
W 1972 r. odbyła się inauguracyjna perforacja tęczówki żywego oka ludzkiego, choć na razie było to oko niewidzące. Wszystko odbyło się prawidłowo i urządzenie weszło do klinicznej praktyki. Kliniki mogły używać do zabiegów na pacjentach modelowej aparatury, nie mającej wszystkich dopuszczeń, jakie musiały mieć aparaty stosowane w powszechnej praktyce medycznej.
Wkrótce pojawiły się zagraniczne odpowiedniki naszego aparatu i w konfrontacji z nimi ujawniły się jego poważne braki. Jak przeważnie bywa przy pierwszych opracowaniach, przedobrzyliśmy w ocenie potrzebnej energii impulsu, a przez to miało ono zbyt duże gabaryty i ciężar. Najważniejszym jednak mankamentem był brak współpracy z mikroskopem okulistycznym, co utrudniało dokładny wybór miejsca zabiegu i ustawienie ogniskowej.
Drugiego podejścia do opracowania tej aparatury podjęliśmy się już w nowych warunkach, gdy otrzymaliśmy w ramach problemu węzłowego środki na jej realizację. Opracowaliśmy kolejne dwie, a nawet trzy wersje tego urządzenia, ulepszając ich konstrukcję i upraszczając obsługę. Wszystkie współpracowały już z mikroskopami i z powodzeniem były używane w klinikach.

Powyższe konstrukcje dla okulistów zainteresowały laryngologów. Mieli oni (otolaryngolodzy) nieco odmienne wymagania odnośnie długości fali wykorzystywanego promieniowania, a także czasu ekspozycji i działającej energii, ale konstrukcja urządzenia była podobna. Współpraca z kliniką otolaryngologii Szpitala Czerniakowskiego (jej kierownikiem prof. Andrzejem Kukwą) przyniosła kilka rozwiązań, które były w niej testowane. Wtedy po raz pierwszy skonstruowano lasery do celów medycznych emitujące promieniowanie o długości fali ok. 2 µm i 3 µm. Wnikało ono w tkankę na znacznie mniejszą głębokość niż w przypadku lasera okulistycznego. Działało powierzchniowo, tnąc tkankę podobnie jak nóż.

Z urządzeń medycznych podjęliśmy się wtedy także opracowania lasera Nd:YAG ciągłego działania o mocy 100 W. Miał on wyprowadzenie w postaci światłowodowych aplikatorów o różnych końcówkach, w tym szafirowych. Było to dość skomplikowane i trudne w wykonaniu oraz eksploatacji urządzenie. Głowica laserowa wymagała bardzo intensywnego chłodzenia, a wszystkie elementy optyczne i woda chłodząca - utrzymania w dużej czystości. Zestaw był przeznaczony do chirurgii ogólnej, np. w ginekologii. Szczególnie długo był wykorzystywany w dermatologii przez dra Jacka Szymańczyka.

Specyficznym wyzwaniem była laserowa biostymulacja. Bardzo modna metoda laserowego wspomagania gojenia się ran, leczenia bólu związanego z urazami u sportowców itp. Opracowaliśmy trzy bardzo proste modele tych aparatów w oparciu o lasery He-Ne i półprzewodnikowe (te zaczęły pojawiać wtedy się na rynku). Opracowane przez nas biostymulatory z laserami półprzewodnikowymi były przez pewien czas produkowane przez wytwórnię WAMED w Warszawie.

Uznaliśmy, że jedynymi weryfikatorami sprzętu medycznego są lekarze, którzy zechcą go używać, sprawdzać i wydawać o nim opinie. Nie wykonywaliśmy pojedynczych egzemplarzy aparatów; wykonywaliśmy ich po trzy sztuki i oddawaliśmy do klinik. Czy to się sprawdziło? W zasadzie tak, chociaż nie zawsze. Byli kierownicy klinik, którzy koniecznie chcieli urządzenie posiadać, ale nie mieli koncepcji, jak je wykorzystać. Personel mylił czasem promieniowanie laserowe z rentgenowskim, wtedy urządzenie jako niebezpieczne było odstawiane jak najdalej.

Były to jednak przypadki nieliczne. Współpracowaliśmy z gronem lekarzy entuzjastów (oftalmologów, otolaryngologów, dermatologów i chirurgów), którzy wykorzystywali naszą aparaturę zadziwiająco długo. Potrafili ją umiejętnie (zresztą z naszą pomocą) eksploatować. Świadczy to także o prawidłowej jej konstrukcji i wykonaniu. Część tych aparatów omówiono w wystąpieniu na Światowym Zjeździe Inżynierów Polskich, który odbył się we wrześniu 2010 r. Prezentacja tego wykładu jest dostępna na stronie https://dna.wat.edu.pl/images/dna/podziel-sie-wiedza/wczoraj_i_dzis_laserow_medycznych_w_polsce_.pdf

Lasery w metrologii

Oprócz zastosowań medycznych laserów, w kręgu naszych zainteresowań znajdowało się użycie ich w metrologii. Z tej bardzo szerokiej dziedziny wybrane zostały dwa szczegółowe zagadnienia: interferometria holograficzna, w szczególności impulsowa oraz nadajnik laserowy do dalmierza satelitarnego. Temat pierwszy wynikł głównie z potrzeb wewnętrznych (napisane zostały praca doktorska i praca habilitacyjna), temat drugi został zamówiony przez Centrum Badań Kosmicznych w Warszawie i Uniwersytet A. Mickiewicza w Poznaniu (niezależnie od tego, w jego ramach powstały dwie prace doktorskie).

Kilka słów o holografii. To specyficzny rodzaj zapisu obrazu obiektu w prążkach powstałych w wyniku interferencji dwóch fal: odbitej od holografowanego obiektu i tzw. fali odniesienia. Tak zapisany obraz można odtworzyć z hologramu, oświetlając go odpowiednikiem owej fali odniesienia. Cechą szczególną odtworzonego obrazu jest to, że widzimy go jako obiekt przestrzenny. Aby jednak móc otrzymać taki obraz, trzeba spełnić szereg warunków, z których najważniejsze to:
• źródło musi emitować tzw. jednoczęstotliwościową falę światła o dużej drodze koherencji,
• w trakcie zapisu obiekt powinien być nieruchomy, elementy jego powierzchni nie mogą się przemieścić więcej niż o dziesiątą część długości fali.
Warunek drugi można zrealizować, zapewniając krótkotrwały, impulsowy zapis hologramu, tak aby w czasie zapisu obiekt będący w naturalnym ruchu przemieścił się nie więcej niż w dopuszczalnych granicach.

To właśnie stało się naszą specjalnością. Umieliśmy budować układy laserowe o krótkich nanosekundowych impulsach. Mogliśmy zbudować źródła (lasery) do zapisu holograficznego obiektów w ruchu. Stąd krok do interferometrii holograficznej. Gdy zapiszemy kolejne dwa hologramy obiektu w ruchu, to po odtworzeniu obrazy interferują ze sobą, uwidaczniając prążki. W prążkach zapisany jest ów ruch, przemieszczenie się elementów powierzchni obiektu w czasie pomiędzy kolejnymi ekspozycjami (zapisami hologramów). Czas pomiędzy ekspozycjami może być regulowany, dobierany optymalnie w celu uwidocznienia istotnych zmian położenia lub deformacji obiektu.

W tym czasie w Europie istniała jedna, niemiecka firma Rottenkolber, która oferowała zbudowaną do tego celu przewoźną holokamerę z laserem rubinowym jako jednoczęstotliwościowym oświetlaczem holografowanego obiektu. Przy reklamowaniu holokamery zwracano uwagę, że znajduje ona zastosowanie przy produkcji wymagających szczególnej precyzji podzespołów dla techniki kosmicznej. Brzmiało zachęcająco. Mimo iż nie było żadnych dostępnych technicznych doniesień o jej budowie, domyślaliśmy się, jak to należy zrobić i sprawdziliśmy poprawność naszych domysłów w trakcie wykonywania jednej z prac doktorskich. Testy wypadły pozytywnie.
W ramach programu PW 06.3. zaproponowaliśmy zbudowanie krajowego odpowiednika oferowanej przez Rottenkolber holokamery. Negocjacje ze zleceniodawcą (Zjednoczenie OMEL) zakończyły się pomyślnie. Była zgoda pod warunkiem wykonania dodatkowo stacjonarnej wersji urządzenia dla CLO (Centralnego Laboratorium Optyki), które będzie mogło z jego pomocą prowadzić badania w swoim zakresie. Warunek przyjęliśmy ze zrozumieniem, a nawet zadowoleniem. Nie mieliśmy wątpliwości, że urządzenie zrobimy, znajdzie więc ono natychmiast zastosowanie i to nie byle gdzie, bo w jednym z czołowych laboratoriów przemysłu optycznego.

Zadanie, jakiego się podejmowaliśmy, nie było aż tak łatwe, jak by to mogło się wydawać z załączonego opisu. Dostawcy zapewnili nas, że dostaniemy najwyższej jakości pręty rubinowe i może trochę nieformalnie, będące pod ścisłym embargiem gazowane zwieraki (np. krytrony KN22) do wyłączania wysokiego napięcia z komórki Pockelsa w przełączniku strat rezonatora zapewniającego generację krótkich impulsów o nanosekundowych czasach trwania. Resztę potrafiliśmy zrobić sami (w tym komórki Pockelsa oraz wielopłytkowe polaryzatory i rezonansowe zwierciadło wyjściowe) lub zamówić u krajowych dostawców. Jako wózka, na którym umieściliśmy płytę ze zmontowanymi podzespołami holokamery przewoźnej, użyliśmy podstawy kamery telewizyjnej.
Były one w studiach TV już zbędne, zastępowane przez nowsze modele kamer, stare wózki mogliśmy więc dostać bezpłatnie. Dla nas były wystarczające. Miały kółka i po równej powierzchni mogły się bez trudu przemieszczać. Może były one przez nas nieco przeciążone, ale sprawdziły się w tym zastosowaniu.

Zadanie zostało wykonane w terminie. Pamiętam, że na jego odbiór przyjechał pracownik CLO prof. Maksymilian Pluta. Znaliśmy się wcześniej. Był to znany specjalista z zakresy mikroskopii, człowiek o wielkiej łagodności i kryształowej uczciwości. Zdaje się, że mój zastępca dr Włodzimierz Nowakowski wpadł na pomysł, by przed formalnym odbiorem merytorycznym i rozliczeniem finansowym wykonać Panu Maksymilianowi holograficzny portret. Nasza holokamera to umożliwiała. Nie zdążyliśmy dopić herbaty, gdy wniesiona została jeszcze mokra płytka z zapisem hologramu i Pan Profesor w świetle stojącego na parapecie okiennym lasera He-Ne mógł obejrzeć w całej krasie swój holoportret. Powiedział wtedy: „Proszę o dokumenty, które powinienem podpisać”. Takie chwile w życiu się pamięta i ja też zapamiętałem ten moment.
Nie wszystkie tematy realizowane w tym czasie zakończyły się tak szczęśliwie.

Porażki

W skład Instytutu wszedł Zakład Termografii, który należało ukierunkować na zastosowania militarne. Powszechnie znane były wtedy termalne kamery medyczne, w których obraz powstawał podobnie jak w telewizji. Na pojedynczy detektor kierowane było promieniowane odbierane z elementów scenerii wybieranych przez skomplikowany optyczny układ przeszukiwania w poziomie i pionie. Detektor wymagał (zarówno w pasmie SW – 5-8 mikrometrów, jak i LW – 6-14 mikrometrów) chłodzenia, przeważnie kriogenicznego.
Dla zastosowań wojskowych (szczególnie prostszych) należało uprościć układ przeszukiwania, stosując nie pojedynczy detektor, a odpowiednio liczną jedno lub dwuwymiarową matrycę detektorów. Brzmi to przekonująco i zachęcająco. Trzeba mieć tylko taką macierz detektorów.
Do wykonania zadania wspólnie z nami przystąpił Zakład Fizyki Technicznej WAT, który złożył obietnicę wykonania dziesięcioelementowych linijek detektorów. W wyniku ich prac powstało obszerne sprawozdanie i szereg cennych publikacji. Nie dało się ich jednak włożyć do urządzenia. Linijki detektorów niestety nie było.
Temat, mimo osiągnięć naukowych, nie został wykonany zgodnie z harmonogramem, co zostało skrzętnie wykorzystane przez PCO (Przemysłowe Centrum Optyki) do zawarcia odpowiednich umów z izraelskimi firmami. Niestety, całe odium spada w takich razach na podpisującego umowę. Nie był nim Zakład Fizyki Technicznej. Nauczyło mnie to unikać w przyszłości umów (niezależnie od tego, czy występowałem w nich jako wykonawca czy koordynator) zawierających uwarunkowania wykluczające wykonanie pracy. Zawsze w takich przypadkach musiała istnieć możliwość importu stosownych elementów czy podzespołów, a krajowe produkty mogły występować jako ich zamienniki.

Z tego okresu zapamiętałem jeszcze jedno trochę niespodziewane zdarzenie. Była nim rozmowa z koordynatorem programu, podczas której otrzymałem informację, a raczej radę, że z rozliczeniem tematów badawczych nie powinno być kłopotów w przypadku, gdy nie będę nalegał na ich wdrożenie. Pomysł, by koordynatorem Problemu Węzłowego 06.3. była jednostka związana z przemysłem, wynikł z zapisu o jego utylitarnym charakterze, oczekiwaniu, że wykonane urządzenia będą wdrażane w odpowiednich (w naszym przypadku optycznych) zakładach przemysłowych. Później nieco zmieniła się taktyka wdrożeniowa. Byliśmy przepytywani, co zamierzamy zrobić z wynikami kończonego tematu; czy mamy zgodę jakiegoś zakładu na jego wdrożenie do produkcji?

Nam przeważnie zależało również, aby opracowane urządzenie trafiło do produkcji. Był taki produkt opracowany w naszym instytucie. To dość prosty laser Nd:YAG o częstotliwości powtarzania impulsów 10 Hz. Właśnie podwyższona częstotliwość była elementem nowości. Przewidywaliśmy dość szerokie zainteresowanie jego nabyciem, np. przez uczelnie, instytucje badawcze itp. Istniała ponadto możliwość jego łatwej rozbudowy: generacja krótkich impulsów z modulacją strat rezonatora i powielanie częstotliwości. Powinien się łatwo sprzedawać.
Rozmowa z dyrektorem jednego z ośrodków badawczo-rozwojowych, którego zadaniem było zaopatrywanie jednostek naukowych w tego typu aparaturę, potwierdziła zalety urządzenia. Był zainteresowany jego wdrożeniem, tylko prosił, bym spowodował, aby ministerstwo, któremu podlegał, wiedziało o tym i dało mu zgodę na tak mało ważne działanie, jakim było wdrożenie prostego lasera.
Proszę nie posądzać mnie o ministerialne koneksje, ale przypadkowo załatwiłem mu takie ministerialne zainteresowanie produkcją tego lasera. Myślę, że ktoś w ministerstwie pomyślał na odczepne, „jak chce, niech ma” i zgoda pojawiła się. Wszyscy zostali usatysfakcjonowani. Dyrektor miał nakaz ministra, a ja satysfakcję z wdrażania opracowanego urządzenia. Nie przypuszczałem jednak, jakie czekają mnie kłopoty. Zrozumiałe, że powinienem dać działający model i sprawozdanie z wykonania zadania z pomiarami parametrów wyjściowych urządzenia. To wszystko dostarczyliśmy. Niestety, dokumentacja nie spełniała podobno wymogów zakładu produkcyjnego, nie było też opisów technologicznego wykonania poszczególnych podzespołów i wielu jeszcze rzeczy, których już nie pamiętam. Zdaniem zakładu trzeba było to wszystko zaprojektować od początku, a fakt, że na końcu urządzenie nie chciało działać prawidłowo, było oczywiście winą opracowujących temat.
Przekazany model nigdy do nas nie wrócił, chociaż zgodnie z zapisami protokołu zakończenia tematu byliśmy jego właścicielem. Może został sprzedany jako wynik wdrożenia.

Jak wynika z powyższego opisu, było szereg uruchomień laserów, wiele opracowań laserowej aparatury, chociażby omówione powyżej układy do zastosowań medycznych czy pomiarowych. Żadnego z nich nie wytwarzano w warunkach przemysłowych. Na to proste pytanie, dlaczego tak było, odpowiedź jest złożona.
Wspomniałem już, że w latach 60. wytworzenie wielu elementów udało się umieścić w zakładach przemysłowych, ale zatrudniając ich pracowników w godzinach pozasłużbowych i po zapewnieniu, że zbudowane układy nie wejdą do asortymentu ich produkcji. Kierownictwu zakładu przemysłowego nie zależało na wykorzystaniu umiejętności swoich pracowników i rozszerzeniu produkcji. Wytłumaczenie jest tylko jedno: unowocześnianie wyrobów, wprowadzanie jakiejkolwiek innowacji nie leżało w interesie zakładu. Mam na to niezbite dowody.

Na początku lat 70., przygotowując budowę dwu i czterokanałowych układów laserowych, musieliśmy dysponować zestawem sztywnych uchwytów elementów optycznych zapewniających ich przemieszczanie odpowiednio w osiach x,y,z i ruch obrotowy. Uchwyty mocowane były na wypoziomowanych stołach (płyty traserskie) na jednakowej wysokości. PZO (Polskie Zakłady Optyczne) produkowały taki zestaw nazywany ZH -1 (Zestaw Holograficzny). Był duży, niewygodny, a przede wszystkim niedostatecznie sztywny. Niełatwo go było także kupić. Pojawiał się w reglamentowanych ilościach. Dla nas był nieodpowiedni. Mieliśmy zbyt duże nagromadzenie elementów, by przy tak dużym zestawie móc je pomieścić na posiadanym stole. Uchwyty o zadowalających nas rozmiarach były w zakupionym wtedy zestawie laserowym z firmy Quantel.
Decyzja narzucała się sama. Należy wykonać taki zestaw w kraju. Korzystając z posiadanych wzorców i biorąc pod uwagę istniejące w kraju elementy (np. miniaturowe śruby mikrometryczne), wykonano projekty podstawowych części, z których można było składać poszczególne uchwyty. Nazwaliśmy go ZHM (Zestawem Holograficznym Małym) i zleciliśmy jego wykonanie w PZO. Pragnę zauważyć, że za wszystko płaciliśmy. Złotówkami, ale płaciliśmy. Uważaliśmy, że ZHM powinien zrobić konkurencję dla ZH -1 i być powszechnie wykorzystywany w kraju. By go eksportować, oczywiście należało zrobić rozeznanie patentowe.

Pomyliliśmy się. Nasze zamówienie PZO wykonało w ograniczonym ilościowo rozmiarze i zawiadomiło nas, że następnego zamówienia już nie przyjmie. Podobno zestaw był za trudny w wykonaniu. Pytanie, czy w zakładzie przemysłowym powinno być łatwo? Dostali od nas wszystko za darmo. Projekty części składowych zestawu i zapłatę za zrobienie serii próbnej. Daliśmy także ocenę działania (stabilności) poszczególnych jego elementów. Naszym zdaniem nie był on gorszy od dostarczonego w laserze firmy Quantel. Nie wszedł jednak do asortymentu produktów PZO. Nic dziwnego, że ostatecznie PZO zbankrutowało.

Problem współpracy

Obserwowałem lub byłem uczestnikiem niektórych tzw. wdrożeń. Jestem przekonany, że jest to proces niełatwy i długotrwały, ale możliwy, gdy dwie instytucje (dwa zespoły ludzkie) w ścisłej współpracy mają jeden wspólny cel: doprowadzenie do wytwarzania w warunkach zakładu przemysłowego urządzenia opracowanego w warunkach instytucji naukowej. Mimo istnienia takiego wspólnego celu, nie widziałem w codziennej praktyce staranności w ich postępowaniu, by go osiągnąć. Raczej chodziło o zabezpieczenie się przed odpowiedzialnością za niepowodzenie. W takim razie niepowodzenie zostaje zakładane od samego początku. Jeżeli tak, to nic dziwnego, że rzeczywiście większość wdrożeń kończyła się brakiem sukcesu.

Charakterystyczny był tu przypadek próby umieszczenia przez IEK lasera He-Ne jako produktu w Zakładach Lamp Elektronowych (popularne Zakłady im. Róży Luksemburg) w Warszawie. Zastosowanie spinacza jako podpory kapilary w tym laserze nie było „genialnym pomysłem”, a „rażącą nieodpowiedzialnością”. Ten i zapewne jeszcze inne pomysły zostały zweryfikowane bezwzględnie przez produkt. Zakład nigdy nie wyprodukował lasera He-Ne. To nie znaczy, że nie było odpowiednich konstrukcji do naśladowania.

W WAT istniała konstrukcja tzw. lasertronu (opracowana w zespole Maksyma Gębczaka wersja scalona, szklano – metalowa, przystosowana do wielorakich zastosowań; w takiej postaci były powszechnie produkowane lasery He-Ne również w innych krajach) w trzech długościach i odpowiednio mocach: LM-2: 20 cm (ok. 1 mW), LM-3: 30 cm (2 mW) i LM-5: 50 cm (ok. 5 mW). Najbardziej popularnym był lasertron o długości 30 cm. Lasery te były wytwarzane do 1992 roku w WAT na potrzeby krajowe w ramach indywidualnych zamówień. Ustępowały one produkowanym przez firmy zachodnie czasem pracy. Ich moc znamionowa zmniejszała się szybciej niż w ich zagranicznych odpowiednikach.
Pisałem już o tym, że laser He-Ne zarówno konstrukcją, jak i wymaganymi do ich wytworzenia technologiami, nie należał do trudnych. Stawiał jednak zasadnicze wymagania odnośnie czystości gazów wypełniających rurę wyładowczą i niezmienności składu ośrodka. To one decydowały o tzw. resursie. Wszystkie elementy składowe lasera mogły wnosić do wnętrza rury niepożądane domieszki, by następnie już w trakcie działania lasera uwalniać je i w rezultacie „zatruwać”, jak to fachowo nazywano, ośrodek czynny. Należy dodatkowo brać pod uwagę ucieczkę z rury (powolna dyfuzja przez szkło) helu, gazu o niezwykłej przenikliwości. Walka z tymi przeciwnościami nie jest łatwa. Przy przypadkowych zakupach materiałów do wytwarzania laserów, z jakimi mieliśmy do czynienia w Polsce, ta walka jest nie do wygrania.

Przyczyniłem się do przerwania wytarzania laserów He-Ne w WAT. W tym czasie (początek lat 90.) zespół wykonawców laserów He-Ne mnie podlegał, a zlecenia na ich wykonanie przyjmowaliśmy jako prace badawcze. Nie była to w pełni prawda, a brak jasnych w tym względzie przepisów nie stwarzał komfortu działań w pełni prawnych. Jednocześnie był to okres zmierzchu laserów gazowych, w szczególności He-Ne. Zastępowane były laserami półprzewodnikowymi, o znacznie mniejszych gabarytach, prostszym zasilaniu, a co najważniejsze produkowanymi masowo i znacznie tańszymi.

Na pewno spotkam się z zarzutem, że jako osoba związana ze środowiskiem naukowym przedstawiam tu wyłącznie zarzuty wobec ośrodków przemysłowych. To nie do końca prawda. Chodzi tylko o to, aby nauka weryfikowała hipotezy, a nie zastępowała zakład w wykonaniu, np. zgodnej z wymogami produkcyjnymi dokumentacji technicznej. Przyznaję, że niektóre z urządzeń kierowane do produkcji były niedopracowane lub chybione. Rynek lub sama nauka szybko je eliminowały, np. opracowane w IEK koagulatory z laserami rubinowymi wyeliminowały koagulatory z jonowymi laserami argonowymi. Miały one znacznie bardziej precyzyjne dawkowanie energii potrzebnej do koagulacji siatkówki, były bezpieczniejsze.
Zdzisław Jankiewicz

Jest to czwarty odcinek wspomnień prof. Zdzisława Jankiewicza.

Dotychczas ukazały się:
- Maser i laser (1) w SN 2/20
- Lasery i fuzja (2) w SN 3/20
- Jak to było z bronią radiacyjną w WAT w SN 4/20

 

 

Odsłony: 55
DMC Firewall is a Joomla Security extension!