Prognozwanie (el)

Bogactwo narodów v.2.0

Utworzono: środa, 30, listopad 2011 Marek Chlebuś

Życie jako ciąg nieuniknionych wyborów, społeczeństwo jako zespół międzyludzkich transakcji, przyroda jako wielka sieć powiązanych oddziaływań – taki obraz świata kreśli matematyczna i zarazem społeczna nauka, zwana Teorią Gier.

Według niej, wszyscy nieustannie wchodzimy w gry z losem, z przyrodą, z innymi ludźmi – to zyskując, to tracąc różne dobra i wartości, a uwolnić się od tych gier nie można: gramy i grać musimy, niczym nałogowy hazardzista.

Jednym z najważniejszych narzędzi Teorii Gier jest gra w konkurencję i kooperację, zwana Dylematem Więźnia. Opisuje ona takie relacje, w których każdy z dwóch uczestników musi zadecydować, czy drugiemu zaufać, czy nie, czy zachować się w stosunku do niego przyjaźnie, czy wrogo, pozytywnie czy negatywnie, kooperować czy konkurować, przy czym decyzja drugiego nie jest mu zawczasu znana.

Dobrym przykładem tego rodzaju gry jest wymiana. Rozważmy sytuację, w której obaj gracze kładą równocześnie na stole swoje dobra, aby wymienić jedno na drugie. Gdy obydwaj zachowają się uczciwie, do wymiany dochodzi i każdy z graczy zostawia stare dobro, zyskując nowe – subiektywnie dla niego bardziej wartościowe, skoro decydował się na wymianę. Odnosi więc korzyść.

Gdy jeden nadużyje zaufania drugiego, który próbował kooperować, wtedy przechwyci jego dobro, nie pozostawiając swojego. Złodziej zyskuje łup, okradziony go traci. Kiedy obaj sobie nie ufają, nie dochodzi ani do wymiany, ani do kradzieży. Nie ma strat, ale też nie ma korzyści. Taki sam będzie wynik, kiedy obaj próbują oszukiwać, dlatego w teorii tych dwóch sytuacji nie rozróżnia się, i niepodjęcie gry oraz obustronną próbę gry nie fair traktuje się po prostu jako brak gry.


Gra bez końca

Paradoksalność Dylematu Więźnia polega na tym, że subiektywnie zawsze popłaca niekooperatywność. Jeśli gracz nie ma pewności, co zrobi drugi, musi rozważyć obie ewentualności. Gdyby tamten zachował się kooperatywnie, ten może wyjść z gry albo z nowym dobrem, kiedy także kooperuje, albo z dwoma dobrami, gdy nadużyje zaufania. Dwa do jednego dla niekooperacji.

Gdyby tamten zachował się niekooperatywnie, ten może albo swoje dobro stracić, gdy tamtemu zaufa, albo z tym dobrem pozostać, jeżeli nie podejmie współpracy. Tu wygranej nie ma, ale niekooperacja znowu wygrywa: zero do minus jednego. W każdym wypadku, bezpieczniej jest nie ufać i nie współpracować.

Skoro, logicznie rzecz biorąc, zawsze lepiej traktować drugiego jak przeciwnika niż jak partnera, obaj gracze powinni zgodnie unikać kooperacji, mimo że tylko zgodna współpraca przynosi w tej grze ogólną i obopólną korzyść. W tego rodzaju grach, nazywanych grami o sumie niezerowej, interes publiczny przestaje być prostą wypadkową indywidualnych egoizmów. Traci tu moc recepta Adama Smitha, aby każdy myślał o sobie, a Niewidzialna Ręka Rynku sama to przełoży na pospólne dobro.

Smithowski paradygmat homo oeconomicus wciąż zachowuje ważność dla relacji międzyludzkich modelowanych przez gry konkurencyjne, zwane grami o sumie zerowej, w których zysk jednego jest stratą drugiego. Taki jest na przykład prosty handel, w którym rzeczywiście, zgodnie z receptą Smitha, egoizm jest cnotą. Prawdziwe życie społeczne częściej opisują gry o sumie niezerowej, i zazwyczaj jest to właśnie Dylemat Więźnia, w którym racjonalny egoizm wyklucza kooperację i prowadzi do najgorszego ogólnego wyniku.

Jak to zatem jest, że ludzie mimo wszystko ze sobą współpracują, czego dowód stanowi istnienie cywilizowanych społeczeństw? Rozwiązaniem okazuje się gra wielokrotna. O ile w grze pojedynczej, nadużycie zaufania może być strategią optymalną, i cwaniak zawsze wygrywa z frajerem, to gdy gra się powtarza, frajer w końcu leczy się z naiwności. Wtedy wygrana cwaniaka, choć duża, pozostaje jednorazowa i może być jednak mniejsza od sumy drobnych korzyści z wielokrotnych aktów kooperacji. Zaufanie zaczyna popłacać.

Wciąż może się opłacać zdrada w ostatniej grze, dlatego koniec powinien być dla graczy nieprzewidywalny. Wtedy muszą się zachowywać tak, jak gdyby gra nie miała końca. Skąd my to znamy?

Gra bez granic

Jaka jest optymalna strategia w grach społecznych? Poszukując odpowiedzi na to pytanie, Robert Axelrod ogłosił kiedyś turniej, w którym programy komputerowe z całego świata wielokrotnie rozgrywały między sobą grę w Dylemat Więźnia. Turniej wygrał prościutki program Anatola Rapoporta, nazwany „wet za wet”, którego strategia wyglądała tak:

    • najpierw kooperuj,
    • potem odwzajemniaj,
    • czasem zapominaj.

Wywodzono z tego pragmatyczną teorię moralną, której przykazania miały brzmieć:

    • bądź życzliwy dla obcych,
    • bądź miły dla przyjaciół,
    • karz zdrajców,
    • czasami wybaczaj.

Turniej Axelroda stał się ważnym i bardzo mitotwórczym wydarzeniem w historii nauk społecznych. Odwołuje się do niego wiele późniejszych prac, wśród nich i ta, rozszerzająca go na Sztuczne Społeczeństwo: Chlebuś, Kamiński, Kotowski, Collective Prisoner’s Dilemma Model of Artificial Society, ICCCI, Springer-Verlag, Berlin-Heidelberg, 2009. Dalszy ciąg tego artykułu jest w głównej mierze omówieniem tej pracy.


Jednostka i społeczeństwo

Zaimplementujmy w komputerze nieograniczoną populację programów, wiecznie powtarzających grę w Dylemat Więźnia – taki nieskończony Turniej Axelroda. W każdym cyklu turnieju, niech programy dobierają się w pary i rozgrywają w nich gry, w których zachowanie wynika ze strategii każdego programu, jego cech osobistych, sytuacji społecznej i własnej wiedzy o partnerze oraz jego ogólnej reputacji.

Strategię programu wyznaczają przede wszystkim:

    • racjonalność (na ile kieruje się wiedzą, na ile emocjami),
    • wrażliwość (w jakim stopniu ostatnie doświadczenia kształtują nastrój),
    • otwartość (na ile chętnie podejmuje kooperację z obcymi partnerami
    • lokalność (na ile niechętnie podejmuje kooperację z odległymi partnerami),
    • tolerancja (jakie ma wymagania co do reputacji partnera)
    • aktywność (jaką część stanu posiadania angażuje w grę)
    • konformizm (na ile w decyzjach kieruje się przesłankami osobistymi, na ile społecznymi),
    • moralność (model oceny zachowań: komercyjny, utylitarystyczny, kooperatywny)
    • bogactwo (skumulowany wynik wszystkich gier, transferów i potrąceń
    • pamięć (po jakim czasie zapominane są zdarzenia)
    • nastrój(osobista ocena odbytych gier)
    • zdrowie (wyznacza prawdopodobieństwo śmierci, zależy od wieku i bogactwa),
    • opinia o innych (ocena partnerów z odbytych gier)

Ostatnie trzy cechy, oznaczone kursywą, zmieniają się w wyniku kolejnych gier, pozostałe są niezmienne i tworzą stabilny charakter.

Pewnego komentarza wymagają przyjęte modele moralności. Moralność komercyjna wysoko ocenia osobiste wyniki, mniej bacząc na sposób ich osiągnięcia, moralność utylitarystyczna premiuje wynik społeczny działań, a w mniejszym stopniu to, kto go skonsumuje, moralność kooperatywna nagradza dobre intencje, nawet gdyby ich skutki miały być niekorzystne.

W populacji programów, reprezentowane są wszystkie możliwe strategie, z prawdopodobieństwem określonym przez odpowiednie cechy społeczeństwa. Na przykład, postawy tolerancyjne będą dominować w społeczeństwie o wysokiej tolerancji, będą nieliczne w społeczeństwie o niskiej tolerancji i będą mieć zrównoważony rozkład w społeczeństwie o tolerancji średniej. Podobnie z innymi cechami społeczeństwa, które po prostu wyznaczają statystykę cech jednostkowych.

Państwo

Oprócz cech jednostek oraz ich wzajemnych relacji, istnieją tak zwane urządzenia społeczne, nie wynikające z właściwości jednostek ani ich elementarnych oddziaływań. W omawianym modelu, wyrażają się one poprzez finanse publiczne. Podstawowe ich elementy to:

    • koszty (ile majątku trzeba w każdym cyklu gry bezpowrotnie stracić)
    • podatek majątkowy (procent majątku, jaki trzeba oddać do budżetu),
    • podatek obrotowy (procent stawki w grze, jaki trzeba oddać do budżetu),
    • podatek dochodowy (procent wygranej w grze, jaki trzeba oddać do budżetu),
    • minimum socjalne (do jakiego poziomu jest wyrównywany przez budżet majątek w ramach opieki społecznej)
    • minimum biologiczne (poziom majątkowy, poniżej którego jednostka ginie),
    • model redystrybucji (do których grup trafiają nadwyżki budżetowe, pozostałe po realizacji zadań opieki społecznej).

Redystrybucja odpowiada transferom finansowym, bezpośrednim, kiedy budżet oddaje nadwyżki, uprzywilejowując przy tym bogatych lub biednych, lub pośrednim, kiedy budżet finansuje zadania dedykowane bardziej jednym niż drugim. Na przykład, dotowanie komunikacji publicznej alimentuje głównie biedniejszych, utrzymywanie przejezdnych dróg – wszystkich, budowanie dróg płatnych – raczej bogatszych.

Kultura, demografia, gospodarka

Na pulpit sterowniczy sztucznego społeczeństwa składają się różne panele, z których dwa główne dotyczą modelu społeczeństwa oraz państwa. Ten pierwszy definiuje rozkłady racjonalności, wrażliwości, otwartości oraz innych cech antropologicznych, ten drugi określa parametry finansowe. I jedne, i drugie można swobodnie regulować, choć prawdziwe skale czasowe zmian byłyby tu inne, bo jedne się liczy aż w generacjach, inne tylko w kadencjach politycznych.

W rzeczywistości, parametry społeczne są trudne do celowego kształtowania. Możliwość dowolnego ich ustawiania w programie trzeba traktować raczej jako dostrajanie modelu do pewnych zastanych wzorów wychowania i zachowania, właściwych dla różnych społeczeństw, celem badania ich podatności na różne regulacje państwowe, dostępne władzom publicznym.

Pozwala to na poszukiwanie optymalnego sposobu urządzenia spraw publicznych dla różnego rodzaju społeczeństw, jak na przykład skandynawskie, brazylijskie i somalijskie albo katolickie, protestanckie i konfucjańskie. Można symulować różne reformy, można je testować oraz porównywać. Teoretycznie, można by też szukać optymalnego modelu wychowania, ale do praktycznej jego implementacji trzeba byłoby mieć władzę duchową, a taka zazwyczaj zna już swój najlepszy model i nowego nie szuka.

Oczywiście, badania mogą uwzględniać różne aksjologie. Ktoś będzie bardziej cenił sobie gospodarczy wzrost, ktoś – równość ekonomiczną, inny – poziom zadowolenia albo jego mniej lub bardziej wyrównany rozkład, jeszcze inny – wielkość albo młodość populacji. Można też badać dowolne kombinacje tych wyników.

W cytowanej wyżej pracy, eksplorującej syntetyczne społeczeństwo, testowano przede wszystkim wpływ tak zwanego kapitału społecznego na wzrost gospodarczy. Okazał się on bardzo wyraźny. Szczególnie silnie sprzyjała wzrostowi wysoka racjonalność, dość silnie tolerancja, mniej silnie redystrybucja w kierunku ubogich. Wzrostowi sprzyjała najbardziej moralność utylitarystyczna, znacznie słabiej pozostałe modele moralności.

Badano też różne modele podatkowe. Praktycznie, dla wszystkich rozważanych społeczeństw, początkowo najbardziej prowzrostowe okazywało się oparcie budżetu na podatku majątkowym. Z czasem jednak, przewagę zyskiwał model oparty na podatku dochodowym, z początku najsłabszy. Pozostałe modele podatkowe okazywały się gorsze.

Władza a rozum

Bogactwo, szczęście, zdrowie – czegóż więcej można chcieć? Która partia nie obiecuje tego wyborcom i która nie stara się zapewnić... przynajmniej niektórym? Wydawać by się mogło, że opisany model, pozwalający łatwo i bezkrwawo testować różne ustroje, weryfikować ideologiczne recepty i sprawdzać naukowe przepisy – powinien szybko poprawić jakość spraw publicznych... przynajmniej niektórych.

Ale może nie mniej ważna od wiedzy, co by trzeba zrobić, jest wiedza – jak? Współczesna demokracja to sieć rozlicznych kompromisów, kontraktów, zawłaszczeń, targów i wymuszeń, których wynik zwykle zaskakuje wszystkich i zazwyczaj nikogo nie zadowala. Rzadko też bywa spójny, a jeszcze rzadziej logiczny. Cóż, demokracja to rządy ludu, nie rozumu.

Skoro rozstrzygnięcia ustrojowe okazują się wypadkową wielu chaotycznych gier, to może raczej właśnie te gry decyzyjne trzeba by opisać, zbadać i wymodelować, aby znaleźć skuteczny sposób kształtowania ich wyniku? Tylko co dalej? Czy ktoś, kto by dysponował taką mocą sprawczą, chciałby jeszcze jakichkolwiek zmian?

Marek Chlebuś

Co się stanie z państwem narodowym?

Utworzono: niedziela, 26, listopad 2017 Anna Leszkowska

Idee i koncepcje są nierozerwalnie związane z historycznym, społecznym i intelektualnym kontekstem, w jakim powstawały, nie mają charakteru ponadczasowego.
Taki los może spotkać koncepcję państwa narodowego, według której ludzkość dzieli się na pewną ograniczoną liczbę narodów, które wewnętrznie zorganizowały się jako państwa, na zewnątrz zaś odgraniczają się od innych, zarazem utrzymując z nimi więzi, tworzące system stosunków międzynarodowych.

Państwo narodowe jest doświadczeniem zaledwie kilku stuleci w Europie. W pozostałych częściach świata jego obecność jest jeszcze krótsza, a nawet wątpliwa. Pojawiło się ono pod koniec średniowiecza, kiedy państwa i ich władcy usiłowali wyzwolić się spod panowania cesarza lub papieża. Państwa narodowe były potężnym motorem postępu. Na nich opierał się powestfalski system stosunków międzynarodowych, którego podstawowym wyróżnikiem była suwerenna równość państw. W wyniku dekolonizacji model ten został narzucony mieszkańcom Azji i Afryki, co jednak było sprzeczne z ich własną historią i kulturą.

Ze względu na ogromne zróżnicowanie państw, bardzo trudno jest orzekać jednoznacznie o ich kondycji i wyciągać z tego spójne wnioski. Współczesna piramida państw obejmuje zarówno giganty, jakimi są niewątpliwie Stany Zjednoczone, tradycyjną grupę wielkich potęg (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Japonia, Chiny, Rosja), ale też masę średniaków, wreszcie drobnicę – „karłów i liliputów”. Jeśli do tego dodamy tzw. niby-państwa, tj. jednostki geopolityczne de facto kontrolujące swoje terytorium, mające ludność i efektywną władzę, lecz pozbawione uznania międzynarodowego (Tajwan, Cypr Północny, Abchazja, Górski Karabach, Naddniestrze, Osetia Południowa, Somaliland), to może okazać się, że większość spośród blisko 200 państw nie nadaje się w ogóle do samodzielnego istnienia i funkcjonowania.
Słabość państw jest zatem immanentną cechą systemu międzynarodowego, przejawem zmienności, dynamiki i ciągłej adaptacji różnych jednostek geopolitycznych do standardów środowiska międzynarodowego.

W diagnozie współczesnego świata Francis Fukuyama dostrzega rosnącą dominację państw słabych i chylących się ku upadkowi. Dzieje się tak ze względu na mobilizację nowych aktorów społecznych i nowych grup dotąd wyłączonych ze sprawowania władzy, a także konsekwencje globalizacji w postaci znoszenia barier dla rozmaitych przepływów, w tym zjawisk destrukcyjnych dla państwa (przestępczość zorganizowana, terroryzm, narkobiznes itd.).

Kilka dekad wstecz, bazując na bogatym doświadczeniu historiozoficznym, brytyjski filozof historii Arnold Toynbee prognozował upadek państw narodowych. Według jego rozmówcy, japońskiego uczonego Daisaku Ikedy, „idea państwa nie jest nieodzowna dla ludzkiego życia, ani nie zasługuje na najwyższy szacunek” (A. Toynbee, D. Ikeda, Wybierz życie. Dialog o ludzkiej przyszłości). Uwielbienie i poświęcanie się dla swojego państwa może stanowić poważne zagrożenie, związane zwłaszcza z negatywnymi skutkami nacjonalizmu i szowinizmu.
Zdaniem obu myślicieli, obserwacje prowadzone od końca II wojny światowej prowadzą do wniosku, że lokalne państwa narodowe ulegają zanikowi. Jest to spowodowane nasileniem się wymiany kulturalnej i gospodarczej, podejmowaniem licznych przedsięwzięć międzynarodowych, które pozostawiają niewiele miejsca do ingerencji władz państwa narodowego, hamującego międzynarodowe kontakty między ludźmi. Za Toynbee’m i Ikedą wielu teoretyków stosunków międzynarodowych zaczęło głosić podobne poglądy o nadejściu kresu państw narodowych. Kalevi Holsti określił w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku ten nurt mianem nekrologizmu.

Trzy głowy smoka

Obecnie dokonuje się rewizji powyższych poglądów. Mówiąc językiem Friedricha Nietzschego, „z faktu, że bóg państwa narodowego jest śmiertelny, nie wynika jeszcze, że umiera państwo. Raczej przychodzi tu na myśl mit, w którym bohater obcina smokowi łeb, a na jego miejsce wyrastają trzy nowe” (U. Beck, Władza i przeciwwładza w epoce globalnej. Nowa ekonomia polityki światowej). Wskazuje się więc, że państwa narodowe nie znikną, ale stopniowo przestaną być jedyną strukturą władzy suwerennej.

Państwo nie jest już wszechobecne zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. W ślad za tą konstatacją postępuje wyraźny kryzys różnych ideologii, które przypisywały państwu rolę wszechpotężnego gwaranta wzrostu gospodarczego, nowoczesności i sprawiedliwości społecznej. Państwo przestaje spełniać wszystkie oczekiwania społeczne, jakie niesie postęp cywilizacyjny i internacjonalizacja różnych dziedzin życia społecznego. Jednak ciągle pozostaje głównym aktorem sceny międzynarodowej.

Wraz z globalizacją powstaje nowa przestrzeń działania i nowe jej ramy: „polityka odrywa się od granic i od państw, w efekcie czego pojawiają się dodatkowi gracze, nowe role, nowe zasoby, nieznane reguły, nowe sprzeczności i konflikty”.
Upowszechnił się pogląd, że globalizacja prowadzi do globalnego kryzysu państwa. Państwo jako organizacja polityczna społeczeństwa jest bowiem atakowane z różnych stron. Z jednej strony znajduje się pod naciskiem wielkich korporacji i banków, które chcą funkcjonować ponad granicami i nie liczą się z istnieniem ani interesem państwa. Te korporacje są zresztą często o wiele silniejsze od niewielkich organizmów państwowych, które przeważają we współczesnym świecie. Z drugiej strony, państwo jest osłabiane od wewnątrz przez etnonacjonalizmy, tendencje odśrodkowe i dezintegracyjne.

Władza publiczna w coraz mniejszym stopniu polega na przymusowej regulacji przez swoje hierarchiczne struktury, a w coraz większym stopniu jest sprawą negocjacji prowadzonych przez zdecentralizowane układy płynnych sojuszy (powiązania sieciowe). Wewnątrz suwerennych państw powstają pluralistyczne organizacje społeczne, a w stosunkach zewnętrznych pewne funkcje dotychczas należące wyłącznie do rządów państw narodowych są przejmowane przez organizacje międzynarodowe, globalne czy regionalne.
Wyzwaniem dla państwa stają się ponadnarodowe strefy handlu, kultury diaspory czy globalne miasta – megapolis, w których zanika lojalność wobec państwa narodowego. W państwach ponowoczesnych, poddających się procesom integracyjnym, system międzynarodowy przenika wewnętrzny system polityczny, następuje wzajemne mieszanie się, a nawet ingerencja rozmaitych reżimów międzynarodowych w wewnętrzny aspekt spraw zagranicznych.

„Granice są coraz mniej istotne dla państw ponowoczesnych. Dzięki wynalezieniu rakiety, samochodu i satelity stało się to faktem oczywistym w XXI wieku. Na większej części obszaru Unii Europejskiej słupy graniczne zostały usunięte i tylko na podstawie innych kolorów znaków drogowych wiemy, że jesteśmy w innym kraju. Orzeczenia sądów są obecnie egzekwowane niezależnie od granicy państwowej (aż do mandatów za parkowanie włącznie). W tym środowisku bezpieczeństwo, które kiedyś opierało się na murach, obecnie opiera się na otwartości, przejrzystości i wzajemnej bezsilności wobec agresji drugiego”(R. Cooper, Pękanie granic. Porządek i chaos w XXI wieku).

Kierunki ewolucji

Uwagę obserwatorów zajmują pytania o kierunki ewolucji państwa narodowego, o relacje między tym, co lokalne, ponadnarodowe i uniwersalne, wreszcie o przyszły kształt i rolę wewnętrznych autonomicznych organów państwa narodowego. Interesującym zagadnieniem staje się odpowiedź na pytanie o legitymizację prawa międzynarodowego, jeśli nie stoi już za nim w pełni autorytet suwerennego państwa narodowego.

Dotychczas państwo narodowe dostarczało stałych i absolutnych źródeł legitymizacji norm i organizacji międzynarodowych. Ład międzynarodowy wyrastał więc z tych samych źródeł, co porządek państw narodowych. Współczesny ład globalny rozporządza autonomicznymi źródłami legitymizacji. Nowe reguły pojawiają się na przykład w efekcie powiązania praw człowieka z panowaniem, gdy owe prawa wchodzą w konflikt z narodowym systemem reguł. Interwencja humanitarna podczas wojny w Kosowie w 1999 roku pokazała, jak można znieść usankcjonowaną prawnie suwerenność państwa narodowego. Pojawiło się wtedy określenie „militarnego humanizmu” (Noam Chomsky), które rodzi nowe zagrożenia. Otóż globalne egzekwowanie praw człowieka przy użyciu środków militarnych znosi granice między wojną a pokojem. „Wezwanie do sprawiedliwości i przestrzegania praw człowieka znienacka zamienia się w miecz, z którym wkracza się do obcych krajów” (U. Beck).

Państwa narodowe są zatem w sensie historycznym zjawiskiem zdeterminowanym przez określoną epokę. Tak jak nie było narodów i państw narodowych w czasach starożytnych, tak samo można sobie wyobrazić ich zanik w bardziej lub mniej przewidywalnej perspektywie. Zdaniem wszelkiej maści uniwersalistów ideałem, który można osiągnąć w przyszłości, jest zanik państw narodowych i zjednoczenie świata pod jednym globalnym rządem. Tradycyjne państwa zeszłyby do roli municypalnej, jako „jednostki administracji terenowej”. Takie postawy czy poglądy wynikają z przekonania o anachroniczności państwa narodowego w globalizującym się świecie.

W podobnym kierunku degradacji państw narodowych zmierzają rozważania Ulricha Becka, profesora socjologii na Uniwersytecie Monachijskim i w Londyńskiej Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych, zmarłego na początku stycznia 2015 r. Zamiast państwa narodowego czy jakiegoś utopijnego „rządu globalnego” dostrzegał on „pewien nowy poziom metagry o władzę”, co skłaniało go do przyjęcia „spojrzenia kosmopolitycznego”. Miejsce narodowego realizmu politycznego zajmuje jego zdaniem kosmopolityczny realizm polityczny. Maksymę: „interesów narodowych trzeba bronić w sposób narodowy” zastępuje maksyma: „nasza polityka jest tym bardziej narodowa i skuteczna, im bardziej jest kosmopolityczna”(U. Beck, E. Grande, Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności).

Beck zwrócił uwagę, że państwa narodowe istnieją obecnie jedynie w ludzkich głowach, są fantomami. Także miejsce tradycyjnych stosunków międzynarodowych jako stosunków między suwerennymi państwami (ład powestfalski), zajmuje jakaś „światowa polityka wewnętrzna”. Klasyczne granice między polityką wewnętrzną i zagraniczną zacierają się i rozmywają. Podważa się samo odróżnienie „wnętrza” i „zewnętrza”. To stanowi wyzwanie dla politologii i nauki o stosunkach międzynarodowych, aby wyzwoliły się z dogmatyki spojrzenia narodowego.

Skutki globalizacji

W obszernej literaturze poświęconej skutkom globalizacji wskazuje się na zdolność państwa do samotransformacji. Rzecznicy neoliberalizmu utrzymują, że państwo nie obumiera, lecz zachowuje zdolność do przekształcania się i adaptacji. Tę pojmują jako dostosowanie do rynku światowego, na przykład przez prywatyzację sfery usług publicznych (ochrona zdrowia, łączność, telekomunikacja), czy deregulację (usunięcie przed kapitałem i strumieniami finansowymi przeszkód w postaci granic i innych zapór ochronnych).
Nie należy zatem przesądzać wszelkich przewartościowań jako kryzysu czy upadku. Przeciwnie, jak wskazują znawcy problematyki globalizacyjnej, globalizacja w sposób zróżnicowany wpływa na możliwości działania i autonomię państw narodowych. Nawet w sferze polityki gospodarczej i finansowej pozostaje znaczny obszar decyzyjny, który może być przez te państwa wykorzystany do tego, aby tak jak dawniej osiągać priorytetowe cele, wiążące się choćby z zabezpieczeniami społecznymi czy ograniczaniem bezrobocia. Ponadto państwo występuje wobec aktorów gospodarki światowej w podwójnej roli – ojczyzny i gospodarza – przez co zyskuje coraz większą rolę jako realizator interesów tej gospodarki.

Na tym tle jawi się pewien paradoks neoliberalnego pojmowania polityki i państwa. Z jednej strony chodzi o państwo minimalne, którego zadania i autonomia miałyby być przykrojone, aby tylko umożliwiały wdrażanie norm światowych (R. Nozick, Anarchia, państwo, utopia), z drugiej jednak, deregulacja rynku czy prywatyzacja sektorów publicznych jest możliwa wyłącznie przy udziale silnego państwa, sankcjonującego ład prawny, modernizującego instytucje nadzoru i ucisku, na przykład przez uszczelnianie kontroli granic i ochronę przed terroryzmem. Instytucje państwa są nadal dysponentem znacznej części dochodu narodowego: budżetu państwa, jego zasobów mineralnych (koncesje), kontroli handlu zagranicznego (licencje, zezwolenia), wreszcie dopływu inwestycji zagranicznych (kontrakty rządowe, udostępnianie terenów, udzielanie zezwoleń).

Według rozmaitych diagnoz socjologicznych, ludzkość znajduje się obecnie na etapie przechodzenia od społeczeństwa masowego do społeczeństwa planetarnego. O ile społeczeństwo masowe mieściło się w granicach państwa i o ile państwa były w stanie jakoś kontrolować swoje społeczności, o tyle żadne państwo nie jest w stanie zapanować nad społeczeństwem planetarnym. „Coraz więcej ludzi robi (bowiem) międzynarodowe interesy, pracuje międzynarodowo, kocha się międzynarodowo, zaślubia międzynarodowo, międzynarodowo żyje, podróżuje, konsumuje i gotuje, międzynarodowe stają się dzieci, wielojęzyczne i wychowane w zgeneralizowanym »nigdzie« telewizji i Internetu. Co więcej, także polityczne tożsamości i lojalności nie są już posłuszne monogamicznej lojalności narodowej”( U. Beck).

Mamy zatem do czynienia z potężnym wyzwaniem ze strony globalnego społeczeństwa obywatelskiego jako władzy opozycyjnej wobec państwa (przykład społeczności konsumenckiej jako realnie istniejącej „społeczności światowej”, która może bojkotować jakieś produkty, bez konieczności organizowania się). Nowa sytuacja nakazuje inaczej podchodzić nie tylko do problemu granic, różnic między tym, co narodowe, a tym, co międzynarodowe, lecz także między gospodarką światową i państwem, czy organizacjami ponadnarodowymi, narodami i społeczeństwami.

„Państwo z dawnych czasów, suwerenny władca własnego terytorium, uprawniony do robienia tego, co chce, bez ingerencji w jakiejkolwiek postaci, zostało poddane zasadniczej modyfikacji”. W centrum dzisiejszych kompetencji państwa „pozostaje kontrola w sprawach krajowych, szczególnie prawny monopol na użycie siły, zdolność do tworzenia i przestrzegania prawa, ale w sferze międzynarodowej nacisk przesunął się z kontroli nad terytorium i nad armiami na zdolność przyłączania się do organizacji międzynarodowych i do zawierania porozumień międzynarodowych. Zawieranie pokoju stanowi tak samo ważny element suwerenności, jak prowadzenie wojny”(R. Cooper).

Wydaje się, że era silnego państwa narodowego, zakorzenionego w Europie Zachodniej, przeminęła wraz z zakończeniem „zimnej wojny”. System międzynarodowy zmierza w stronę nakładających się na siebie ról i odpowiedzialności, z udziałem rządów, instytucji międzynarodowych i sektora prywatnego, ale nikt z nich nie znajduje się całkowicie pod kontrolą.
Próbując dokonać pewnej generalizacji, warto wskazać na historyczną prawidłowość ewolucji: od wielkich imperiów, przez państwa wielonarodowe i narodowe, do wspólnot lokalnych. Wydaje się, że wiele z tych organizmów funkcjonuje nieźle obok siebie.

Patrząc na państwo przez pryzmat jego tradycyjnych atrybutów – przymusowości, terytorialności i suwerenności – można odnieść wrażenie, że:
- Państwo traci monopol przymusu na rzecz rozmaitych sił konkurencyjnych, mafii, podziemia, handlarzy bronią, gangów, prywatnych firm ochroniarskich itp. Obecnie wszystko może zależeć od rakiety w rękach zdeterminowanych fanatyków. Wojna może się rozgrywać między jednostkami a państwami.
- Terytorium państwowe staje się obszarem operowania ze strony rozmaitych podmiotów konkurencyjnych wobec państwa – kiedyś Kościoła, a dzisiaj wielu organizacji pozarządowych, w tym potężnych korporacji transnarodowych, ruchów, sekt, a nawet pojedynczych terrorystów.
- Pod wpływem procesów integracyjnych dochodzi do desuwerenizacji państwa. Często z woli jego samego następuje redystrybucja atrybutów suwerenności w sensie jurysdykcyjnym, funkcjonalnym i terytorialnym.

Trudne pożegnania

Narody jednoczącej się Europy nie są jednak gotowe wyrzec się własnych państw. Unia Europejska w obliczu wielu przeszkód subiektywnych i obiektywnych długo jeszcze nie będzie w stanie przejść w stronę federacji i jednego superpaństwa. Państwa narodowe muszą zachować część swoich uprawnień, starając się przebudować własną tożsamość w kierunku ograniczonej samowładności i całowładności.

Wszystko to oznacza nie tyle kryzys, ile fundamentalną zmianę i określenie na nowo roli państw i rządów w uwarunkowaniach epoki globalnej. Państwa narodowe przekształcają swoje struktury i redefiniują zagrożenia po to, aby zachować tradycyjne funkcje. Okazuje się, że w wielu obszarach oddziaływań, na przykład w sferze praw człowieka czy ochrony środowiska, aktorzy działający w sferze transnarodowej domagają się bardziej stanowczych państwowych regulacji i silniejszej współpracy międzynarodowej.
„Dzisiejszy dynamiczny rozwój rynku i technologii nie będzie trwał wiecznie. Dlatego instytucje państwa wciąż są potrzebne, by bronić nas w sytuacjach kryzysu. Ich demontaż jest działaniem nader nierozsądnym. Świadczy o tym, że nie umiemy czerpać nauk z historii”(T. Judt, Buldożer innowacji, „Europa. Tygodnik Idei”, 15.12.2007).

Jesteśmy świadkami głębokich przemian rzeczywistości społecznej, czego odbiciem są zmiany w świadomości ludzkiej i jakości nagromadzonej wiedzy. Wraz z rozszerzaniem się międzynarodowej aktywności państw na nowe dziedziny i sfery życia społecznego stają one przed nowymi wymogami i wyzwaniami. Państwo ulega daleko idącej transformacji. Mimo pojawienia się rzeszy konkurentów pozostaje ono jednak nadal głównym aktorem „zglobalizowanej społeczności międzynarodowej”. To co polityczne w stosunkach międzynarodowych jest bowiem i pozostaje domeną państw, nawet gdy inni aktorzy zwiększają swoje wpływy i oddziaływania.
Państwo jest jedyną instytucją, która dysponuje władzą i instrumentami potrzebnymi do organizowania powszechnych świadczeń społecznych oraz ograniczania nierówności dochodów i zamożności w imię dobra całej zbiorowości, zamieszkującej określone terytorium. Państwo jest też jedynym gwarantem poczucia bezpieczeństwa jednostek i grup społecznych przed niepodlegającymi żadnym regulacjom globalnymi siłami i zagrożeniami.

Jak zauważył w jednej z prac wybitny znawca prawa międzynarodowego Janusz Symonides (Wpływ globalizacji na miejsce i rolę państwa w stosunkach międzynarodowych), współcześnie „można mówić o globalnej gospodarce, ale nie ma ani globalnej społeczności ludzkiej, ani globalnej polityki, ładu czy systemu wartości. Nie ma też globalnego rządu czy globalnej organizacji, która mogłaby zastąpić państwo”.
Warto więc kierować uwagę nie tyle w stronę zaniku czy kryzysu państwa, ile w stronę odkrywania jego nowych możliwości. Pozostaje bowiem ciągle aktualne stwierdzenie, że od właściwego zrozumienia statusu i aktywności państwa zależy poznanie natury życia międzynarodowego oraz prawidłowości jego ewolucji. Wiele wskazuje na to, że tradycyjne państwa pozostaną podstawową jednostką stosunków międzynarodowych w przewidywalnej przyszłości, chociaż mogą one przestać zachowywać się w tradycyjny sposób.
Stanisław Bieleń

Powyższy tekst był publikowany w czasopiśmie „Polityka Polska” 2015, nr 6
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

 

 

 

 

 

 

Człowiek jest niewolnikiem Ziemi

Utworzono: czwartek, 30, styczeń 2014 Anna Leszkowska

 Z prof. Leszkiem Kuźnickim,  wieloletnim przewodniczącym Komitetu Prognoz PAN,  rozmawia Anna Leszkowskakuznicki2

 

-      -  Panie Profesorze, ostatnie dane ONZ mówią, że do 2100 roku ludność Ziemi osiągnie 11 miliardów. O przeludnieniu mówią gównie ekonomiści, politycy, filozofowie, nawet fizycy, jednak stosunkowo rzadko wypowiadają się o nim biolodzy. Tymczasem to biologia przynosi najbardziej wiarygodną odpowiedź dotyczącą skutków przeludnienia…

 

-        - Na podstawie obserwacji, jakie były czynione na różnych organizmach wiadomo, że w takiej sytuacji w populacji pojawiają się procesy regulacyjne. One przebiegają w różny sposób, ale najczęściej grupa redukuje swoją liczebność. I to jest skuteczna forma ratunku. Oczywiście, w pewnych przypadkach przeludnienie może prowadzić do katastrofy, ale właściwie w przyrodzie nie mamy dowodów na to, że przerost liczebności gatunku może doprowadzić  do jego zagłady. Natomiast zjawisko gwałtownej zmiany liczebności osobników jest najczęściej oznaką procesów niekorzystnych dla populacji.

Dotychczas ludzkość w okresie, jaki możemy śledzić wzrastała liczebnie. Trzeba było około 2 tysięcy lat, aby z poziomu 500 milionów zwiększyła się do jednego miliarda, co stało się na początku XIX wieku. Po kolejnych 100 latach na świecie żyło już dwa miliardy ludzi. Aktualnie jest nas ponad 7 miliardów. Wszyscy twierdzą, że nastąpi zahamowanie tego procesu i tak już się dzieje w wielu krajach.

Oceny ONZ są kwestionowane przez wiele grup badaczy uważających, że małe są szanse na przekroczenie przez ludzkość 10 miliardów. Obecna tendencja, tzn. spadek liczby ludności, obejmujący coraz więcej państw, wskazuje wyraźnie, że do 2070 roku wzrost ten zostanie zahamowany, a następnie będzie postępować wolny spadek liczebności populacji ludzkiej. Oczywiście, są to wszystko przewidywania, choć poprzednie mówiły o 12, a niektóre o 14 mld ludności, jako górnej granicy, co dziś wydaje się nieprawdopodobne.

 

-        Ten spadek liczby ludności nie jest równomierny na Ziemi, występuje w bogatych państwach półkuli północnej.

 

-        Największy jednak występuje w Chinach, najliczniejszym kraju świata. W Chinach prawdopodobnie w ciągu 50 lat nastąpi zmniejszenie liczby ludności  na ogromną skalę – być może o połowę. Chiny są najbardziej zagrożone depopulacją.

 

 

-        Ale zmniejszenie populacji w Chinach jest wymuszone decyzjami administracyjnymi, natomiast np. w wielu państwach Europy zmniejszenie populacji następuje samoistnie, bez nacisków władz państwowych.

 

-        To zależy bowiem od tego, jak traktuje się w danym społeczeństwie, środowisku, kobiety. Im kobiety stają się bardziej równoprawne z mężczyznami, tym bardziej dzietność spada. Tam, gdzie kobiety są bardziej zniewolone, tam jest większa dzietność i tak było zawsze. Tyle, że kiedyś  istniały czynniki, które ograniczały rozrodczość. U ludzi, którzy żyli 10 tys. lat temu dzietność była niska. Dziecko przeżyło, jeśli było karmione piersią ok. 3-4 lat. Zatem kobieta, która wówczas żyła około 40 lat, mogła wychować jedynie 2-3 dzieci.

Pierwszym skokiem w rozwoju Homo sapiens było pojawienie się rolnictwa, dzięki któremu wzrosła ilość pożywienia. Gwałtowny przyrost ludności świata przyniósł dopiero rozwój kapitalizmu. Wraz z nim nastąpiła poprawa stanu zdrowia ludzi dzięki higienie i rozwojowi służby zdrowia. Miasta – wbrew temu, co się opowiada – okazały się miejscami, gdzie można żyć zdrowo, z różnych powodów.

Zmniejszenie dzietności w XX i XXI wieku wynika przede wszystkim z podwyższenia wykształcenia kobiet i ustawodawstwa, które je wyzwoliło spod panowania mężczyzn. Na jakim poziomie się ten spadek zatrzyma – trudno powiedzieć. Uważam, że dla dobrostanu ludzkości i biosfery należy powrócić do takiego poziomu populacji, jaki był w latach 20. - 30.  XX wieku, tj. 2,5 mld ludzi. Depopulacja nie powinna wynikać z zagrożenia głodem.

Dzisiaj – w ciągu życia jednej generacji - liczba ludności wzrosła ponad dwa razy - do 7 miliardów. Jakie to więc było ogromne tempo wzrostu! Ale co ciekawe, postępujący dobrobyt na półkuli północnej, dotarł też do krajów trzeciego świata. Po raz pierwszy głód mógł być zlikwidowany. To, że nie był, wynikało i wynika z wadliwej dystrybucji żywności, niemniej na świecie produkowano i produkuje się jej wystarczająco dużo, aby nikt nie głodował. Do wzrostu ludności przyczyniła się także dekolonizacja, która dała szanse krajom kolonizowanym na rozwój. Ale to stało się dopiero po II wojnie światowej.

 

-        Skoro problem nie leży w wyżywieniu rosnącej populacji ludzkiej, dlaczego niepokoi nas wzrastająca liczba ludzi na Ziemi?

 

-        Liczebność naszego gatunku to nie jest sprawa tylko wyżywienia. To także kwestia ekspansji człowieka, który w jakimś stopniu inaczej realizuje to, w co go wepchnęła ewolucja biologiczna. Każdy organizm w warunkach naturalnych, jeżeli ma korzystne warunki rozwoju, dąży do rozmnażania się w sposób nieograniczony, co już stwierdził Darwin. Tylko czynniki zewnętrzne stawiają mu opór. A człowiek stworzył sobie warunki (cywilizację), które te czynniki wyeliminowały. Jednocześnie ma cały czas potencjał biologiczny do nieograniczonego rozmnażania. Gdyby żył nadal w warunkach prymitywnych, jego tempo rozmnażania byłoby niskie, a wiek dożycia o połowę krótszy niż obecnie.
W XX wieku potencjalne możliwości człowieka jako organizmu, który ma silny potencjał do rozrodu, zderzyły się z cywilizacją, jaką stworzył, która otworzyła ogromne możliwości ochrony życia i to długiego. Czegoś takiego nigdy w historii człowieka nie było.

 

-        Niektórzy badacze uważają jednak, że przeludnienie Ziemi nigdy nie nastąpi, bowiem człowiek dzięki swojej inteligencji będzie umiał stworzyć takie warunki, aby niezależnie od liczebności swobodnie egzystować.

 

-        Jest to błędne rozumowanie, człowiek żyje w biosferze, gdzie nie znajduje się sam. Jeżeli będzie się w sposób nieograniczony rozmnażać, to będzie w sposób naturalny wypierać inne gatunki. Jego cywilizacja – niezależnie od jego woli - będzie powodować masowe wymieranie innych organizmów. I tak się dzieje. To człowiek – pierwszy organizm w historii Ziemi, liczącej 3,8 mld lat – eliminuje masowo organizmy. Swoją ekspansją i możliwościami cywilizacyjnymi prowadzi do tzw. antropogenicznego wymierania na powierzchni całej planety. To nie jest tylko przełowienie mórz i oceanów, ale niszczenie środowisk lądowych na wielką skalę, czego przykładem jest  wielkoobszarowe rolnictwo, degradujące przyrodę, czy wycinanie lasów deszczowych. Takie działania powodują zaburzenia w całej biosferze.

 

-        W doświadczeniu Calhouna z 1947 roku wykazano, że gryzonie zgromadzone na małej przestrzeni, które mają obfitość pożywienia nie tylko przestają się rozmnażać, ale i pojawia się u nich agresja powodująca m.in. kanibalizm. Czy człowiekowi żyjącemu w przeludnionym świecie nie grozi to samo?

 

-        Nie przenosiłbym tych doświadczeń na człowieka. Przy dzisiejszym poziomie rozwoju cywilizacji w populacji ludzkiej pojawiają się inne zagrożenia. Jest i będzie coraz mniej możliwości pracy – czyli tego, co uważaliśmy dotychczas za istotę życia człowieka. To zupełnie nowa sytuacja, z której mało kto zdaje sobie sprawę. W jej następstwie będzie coraz więcej ludzi, z którymi nie będzie wiadomo co zrobić, jeśli dostatecznie wcześnie nie zmieni się wychowania, edukacji i organizacji życia społecznego.

-        Może z tych powodów niektórzy chcą jak najszybciej kolonizować Marsa...

 

-        To są bzdury. Człowiek jest niewolnikiem Ziemi. Jeżeli gdziekolwiek miałby się pojawić, to musi zabrać ze sobą ten fragment Ziemi, który zapewnia mu życie. A ponieważ takich warunków prawdopodobnie nigdzie nie ma, więc tym samym pozostanie niewolnikiem Ziemi.

 

-        Jednak jest pan optymistą, co do rozwoju ludzkości...

 

-        Tak, bo mimo wszystko wierzę, że biologiczne i społeczne mechanizmy regulacyjne zostaną w sposób naturalny włączone. I że ludzkość w ciągu kolejnych dwóch wieków dojdzie do takiej liczebności, która ani nie będzie zagrażała samym ludziom, ani biosferze. Cała historia Ziemi to są zmiany, w których pojawiały się jedne organizmy, a inne znikały. Jeszcze nie tak dawno na kontynencie euroazjatyckim żyły mamuty, a wcześniej był bogaty świat małp. Cały czas ewolucji Ziemi cechowały zmiana, która zachodziła stopniowo. Nam się wydaje, że ten świat jest najpiękniejszy – i on dla nas jest najpiękniejszy, to naturalne. Ale jeśli chcemy go zachować, powinniśmy ograniczyć naszą ludzką ekspansję w biosferze.

 

-        Chyba, że zmieni się klimat...

 

-        Moim zdaniem, to larum dotyczące  zmian klimatycznych to wyłącznie polityczna sprawa pewnych grup, wręcz ideologia. Klimat w historii Ziemi wykazywał dużą zmienność i zachodziło to przy nieobecności człowieka. 

-        Istnieją przypuszczenia, że hipoteza ocieplenia jest wynikiem nacisku lobby przemysłowego, które chce w ten sposób, dla własnych korzyści, zmienić technologie, jak to miało już miejsce w przypadku freonów czy żarówek.

 

-        Te hipotezy są nieudowodnione. Ponadto, trzeba pamiętać, że ocieplenie z punktu widzenia całej Ziemi – przynajmniej o 2-3 stopnie – jest korzystne. Dlaczego Grenlandia nie ma być zielona, a Syberia nie ma być głównym spichlerzem świata? Że jakieś wysepki znikną? One zawsze znikały, a potem się pojawiały. Tu mamy do czynienia z naciskami pewnych lobby, których celu na razie nie znamy.
Trzeba się zastanawiać raczej nad tym, co będzie, kiedy nadejdzie następne zlodowacenie, bo ono na pewno nastąpi. Wiemy o jego nieuchronności, bo powtarzało się w historii Ziemi i może przyjść za kilkanaście tysięcy lat.

 

-        Dziękuję za rozmowę.

Człowiek w megamieście

Utworzono: poniedziałek, 28, marzec 2016 Maria Szyszkowska

SzyszkowskaKażdy człowiek jest częścią składową świata przyrody i podlega jego prawom. Jesteśmy jednocześnie współtwórcami świata kultury i cywilizacji, co stanowi o naszej odmienności od świata zwierząt. Nie znaczy to, że jesteśmy lepsi, lecz jedynie inni. Ponadto część ludzkości egzystuje nie tylko na płaszczyźnie biologicznej i kulturowej, lecz także na płaszczyźnie ideałów. A więc istnieje w sposób ukierunkowany przez wyższe wartości, które powinny zostać urzeczywistnione w świecie kultury i cywilizacji.


Pozostajemy pod wpływem nacisku różnorodnych poglądów. Rzadko je weryfikujemy. A już Bacon, tworząc w XVII w. teorię idoli, zwrócił uwagę na to, że rozum człowieka jest zbyt mało krytyczny w stosunku do funkcjonujących poglądów, a w tym tych, które mają źródło w tradycji. Jednym ze stereotypowych stanowisk jest cenienie postępu. Niestety, w Europie postęp odnosi się przede wszystkim do rozkwitu wynalazków cywilizacyjnych. Charakterystyczne jest przy tym, że ceniąc rozkwit cywilizacji nie baczy się na negatywne skutki, które on przynosi.

Mędrcy, począwszy od starożytności, jeżeli cenią postęp, to w znaczeniu rozwoju duchowego człowieka. Zwracają uwagę na to, że zarówno rozkwit nauk, wielu szczegółowych dyscyplin, jak i rozkwit wynalazków cywilizacyjnych nie prowadzi do rozwoju duchowego człowieka. A właśnie postęp powinien być rozumiany jako rozwój wszechstronny natury ludzkiej.

Wynalazki cywilizacyjne  prowadzące m.in. do tworzenia megamiast  przyczyniają się przede wszystkim do zaspokajania wygody człowieka, co wzmaga bierność. Powodują także odosobnienie jednostek, które częstokroć wybierają na przykład kontakt internetowy zamiast bezpośredniej relacji człowiek-człowiek.

Akceptując rozbudowę miast ponad miarę, nie bierze się pod uwagę tego, że bliski kontakt człowieka ze środowiskiem naturalnym przyczynia się do jego wewnętrznej harmonii, czyli - do łagodzenia agresji ludzkiej. Wiadomo, że nie tylko brak kontaktu ze środowiskiem naturalnym, ale także przeludnienie wywołuje wzmożone konflikty i potęguje agresję. Zapewne na początku dziejów ludzkość nie tworzyła społeczeństwa. Przypominała zbiorowisko pustelników.

Człowiek jest bowiem z natury swej istotą aspołeczną. Ten pogląd jest równie przekonujący, co funkcjonująca u nas teoria arystotelesowsko-tomistyczna o społecznym charakterze natury człowieka. Życie wspólne stało się możliwe dzięki rezultatom wzajemnych uzgodnień. Nikt z nas nie jest samowystarczalny, co musiało doprowadzić do życia w społeczeństwie. Jesteśmy uzależnieni od innych. A więc życie w społeczeństwie nie jest czymś naturalnym i pożądanym lecz koniecznym. Trzeba to podkreślić, gdy przewiduje się narastanie liczby wielkich miast, a więc spotęgowanego zatłoczenia. Przeludnienie wywołuje wzmożone konflikty i potęguje agresję.

 

Samotność  w tłumie

Rozrastające się miasta będą wywoływały wzmożony stan zagubienia i osamotnienia człowieka. Życie obok siebie osób pogrążonych w świecie wirtualnym może doprowadzić do stanów depresji. Już w tej chwili znaczna część społeczeństwa wybiera kontakt z drugim człowiekiem w świecie wirtualnym a nie rzeczywistym. Telefony komórkowe używane są nadmiernie, co powoduje, że pozostaje się w kręgu osób już poznanych i brakuje chęci, by nawiązywać głębsze relacje z nowymi środowiskami.

Wielość mieszkańców megamiast będzie powodowała wzrastającą niechęć człowieka do człowieka, a więc niechęć wywołaną nadmiarem ludzi – nie zaś spowodowaną odmiennością rasową, religijną, czy światopoglądową. Miejsce nietolerancji zajmie obojętność wobec tych różnic, które dziś dzielą ludzkość. Nienawiści rasowe, religijne, polityczne, staną się drugorzędne wobec samego faktu nadmiaru osób mieszkających na terytorium dużych miast w warunkach separacji od środowiska naturalnego.

 

Ludzie zbędni

Agresja spowodowana nadmiarem ludzi obok siebie żyjących a nie różnicami, które dziś są konfliktogenne, zostanie pogłębiona przez rozwarstwienie materialne. Podział społeczeństwa na grupę bogatych producentów i bankierów oraz biednych konsumentów zaostrzy się, bowiem zmniejszy się grupa średniozamożnych jednostek. Zapewne na obrzeżach wielkich miast – a więc tu, gdzie dziś ulokowane są slumsy – będą mieszkać ludzie bogaci. Ich będzie stać na spełnienie potrzeby kontaktu ze środowiskiem naturalnym. Natomiast jest prawdopodobne, że w slamsy zamienią się śródmieścia megamiast.

Potęgowanie wygody człowieka z istoty swej dążącego do niej, doprowadzi do tak wielkiej bierności, że czynne działania będą wywoływane jedynie silnymi konfliktami. Milcząca zgoda na wadliwie urządzony świat  przez liberalizm ekonomiczny stanie się wszechogarniająca. Prawo do nieposłuszeństwa obywatelskiego pozostanie niewykorzystaną deklaracją.

Wzrostowi zaludnienia miast - w skali dotąd niedoświadczanej – nie będzie towarzyszyć istotna poprawa usług publicznych. Zakładam bowiem trwałość, mimo kolejnych kryzysów, liberalizmu ekonomicznego w ciągu najbliższego półwiecza. A trzeba pamiętać, że prowadzi on do redukcji opiekuńczych działań państwa. Państwo ma nie pełnić nawet roli zastępczej, gdy zabraknie dróg, kolei, gmachów pocztowych, mostów, czy szpitali. Odwrót od dziewiętnastowiecznego liberalizmu ekonomicznego jest już dziś ewidentny.
W konsekwencji należy przewidywać spotęgowane rozwarstwienie materialne, o czym wspomniałam oraz zwielokrotnioną liczebnie grupę ludzi uznanych za zbędnych. Zaliczani będą do niej ludzie sędziwi, chorzy, niepełnosprawni fizycznie, chorzy psychicznie, niepełnosprawni intelektualnie i zapewne również twórcy wyższej kultury. Już dziś są wyraźne oznaki tego procesu, który w megamiastach się zwielokrotni. Odejście od czytelnictwa, od udziału w koncertach muzyki poważnej, od uczestniczenia w wystawach sztuki, zostanie zastąpione niską zamerykanizowaną kulturą mediów.

 

Bezwartościowa mądrość

W tych wielkich miastach edukowani będą specjaliści wąskich dziedzin zatrudniani w przyszłości – by podać już dzisiejszy przykład – w klinikach kolana. Holizm, czyli teoria jedności wszechrzeczy, nie będzie odgrywać istotnej roli w edukacji. Nauki humanistyczne, a zwłaszcza filozofia, będą traktowane jako nieużyteczne dla rynku pracy. Obniży się więc poziom warstwy inteligencji. Otóż cele poznawcze dociekań i badań naukowych zostaną zepchnięte na rzecz przydatności kształcenia dla oczekiwań rzekomo obiektywnej siły rynku. Wartość mądrości zostanie zapomniana, bowiem sprawne zarządzanie oraz wykorzystywanie wiedzy dla celów praktycznych uczyni ją zbędną.

Nastawienie edukacji w megamiastach na rozwój intelektualny człowieka z pominięciem rozwoju uczuć na wyższym poziomie, jak również niedocenianie wrażliwości i wyobraźni, doprowadzi do masowego tworzenia się jednostek psychopatycznych. Brak kontaktu ze środowiskiem naturalnym również stanie się czynnikiem potęgującym liczbę psychopatów.

Egzystowanie w oderwaniu od świata przyrody, zresztą niszczonego bezwzględnym dążeniem do zysku, wywoła jeszcze mniejszy niż dotąd udział intuicji w poznaniu. Należy oczekiwać, że charakterystyczny dla Europy racjonalizm sokratejsko-kartezjańsko-heglowski spotęguje się w wielkich miastach Europy i na kontynentach kulturowo od niej zależnych, czyli w Australii, Ameryce Południowej i Północnej. Zanik udziału intuicji w poznaniu może utrudniać tworzenie odkrywczych teorii, bowiem leży ona u podłoża nowych rozwiązań teoretycznych, by wskazać jako przykład teorię Einsteina.

Lansowanej dziś innowacji będzie towarzyszyć proces stagnacji rozwoju duchowego. Mam tu na myśli wszechstronny rozwój człowieka, a więc pojęcie szersze od rozwoju intelektualnego. Stanie się to rezultatem również spotęgowanego odgrodzenia człowieka od świata przyrody, bowiem wynalazki cywilizacyjne staną się rodzajem muru zamykającego człowieka w świecie przez nas stwarzanym.

 

Nobilitacja psychuszek

Należy się spodziewać w owych rozrastających się miastach zwielokrotnionej liczby osób chorych. Przyczyny tego będą różnorodne. Wymienię tu jedynie podstawowe. Otóż klimatyzowane pomieszczenia, w których milionom ludzi będzie upływać życie, to jeden z czynników chorobotwórczych. Również inne wynalazki cywilizacyjne w rodzaju telefonów komórkowych, czy nasilająca się powszechność kuchenek mikrofalowych będzie czynnikiem chorobotwórczym. Badania nad ich szkodliwością są dziś wstrzymane.
Nieobojętny będzie dla zdrowia nie tylko hałas w wielkich miastach, ale także swoisty szum rozmaitych urządzeń cywilizacyjnych. Już dziś w wyniku hałasu nie wszyscy odróżniają półtony, a w przyszłości również inne zmysły (np. wzrok) będą zagrożone wytworami cywilizacji człowieka.

Zapewne  człowiek będzie też mieć do czynienia z inwazją reklam ujednolicających świadomość  ludzi oraz zmniejszających (poprzez manipulację) ich wolność. Reklamowane będą zapewne także lekarstwa odległe od tych zalecanych przez medycynę pozaakademicką. Uboczne skutki owych lekarstw będą leczone kolejnymi lekarstwami i ten ciąg doprowadzi do degradacji zdrowia człowieka.

Gdy przelewam te refleksje na papier, nasuwają mi się słowa profesora medycyny Kazimierza Dąbrowskiego, który przewidywał, że świat w XXI wieku zacznie na tyle głęboko odstawać od właściwości natury ludzkiej, że zaszczytem będzie znalezienie się w szpitalu psychiatrycznym.  Kazimierz Dąbrowski chciał tym samym powiedzieć, że uczucia, wyobraźnia i wrażliwość jednostek prowadząca do negacji egzystowania w świecie rozkwitu cywilizacji zostanie przez psychopatów uznana za przejaw choroby psychicznej. Ludzie wrażliwi nie pogodzą się z tymi warunkami.

Należy przewidywać, że w ludziach będzie narastać niepokój zwiększającym się bezrobociem - wywołanym masowym zastępowaniem pracy człowieka przez maszyny. Niepodzielnie zapanuje świat robotów /…/. Niepokój będzie także wzrastać z powodu braku bezpieczeństwa socjalnego i towarzyszącej redukcji zatrudnienia. Człowieka będzie się traktować jak kapitał ludzki.

Należy także wziąć pod uwagę, że bezrobocie wywoła nudę, bowiem człowiek zdegradowany przez rynek i roboty będzie czuć niedosyt zastępczego życia w świecie wirtualnym. Wątpię, by pojawiły się osoby, których zadaniem byłoby organizowanie czasu wolnego jednostek pozbawionych pracy. Osób, które by zachęcały do poznawania dorobku kulturowego. Opieram to przewidywanie na tym, że już dziś są wyraziste sygnały niedoceniania, czy wręcz lekceważenia dorobku kulturowego minionych pokoleń.

 

Mars nie pomoże

Należy również przewidywać, że będzie narastać emigracja spowodowana złudnymi często nadziejami. Ale napływ emigrantów nie będzie wywoływać ani zaciekawienia poznawczego odmiennością kulturową, ani też życzliwości dla tego, co odmienne. Być może wzrośnie dążenie do tego, by opanować Kosmos, by na innych planetach zakładać megamiasta.  Ale przenoszenie się do nich niczego w istocie nie zmieni, ponieważ przeniesiemy tam również nierozwiązane na Ziemi ludzkie problemy i konflikty.

Aprobowanie tego, co statystycznie przeciętne oraz nacisk niskiej kultury mediów na kształt ludzkiej świadomości sprawi, że mniej będzie ukształtowanych wyrazistych indywidualności. Warto tu przypomnieć, że jeden z twórców liberalizmu dziewiętnastowiecznego J. S. Mill domagał się szczególnego szacunku i nieskrępowanej wolności dla jednostek oryginalnych. Ten głos Milla już dziś jest pomijany.

W takim ludzkim mrowisku należy się spodziewać wzrostu liczby przestępców, bowiem nastąpi zapewne powszechne zrozumienie, że izolacja więzienna nie przynosi oczekiwanych skutków. A więc staną się zjawiskiem powszechnym kary wolnościowe, których domaga się w Polsce od lat profesor Andrzej Bałandynowicz i wytworzy się społeczeństwo integrujące  nieprzestępców i przestępców. Nie będzie jednak w nim  integracji  ludzi bogatych z biednymi. Konflikty między nimi będą sprawnie rozwiązywane przez policję, bowiem rozszerzy się inwigilacja życia jednostek.

W opisanych warunkach uwaga większości jednostek będzie skoncentrowana na zaspokajaniu elementarnych potrzeb życiowych. Narośnie egoizm,  obojętność wobec obcych i agresja. Nie należy się spodziewać dysput mających prowadzić do ustalenia prawdziwych poglądów. Jeżeli będą się toczyć, to w świecie wirtualnym.

 

Nadzieja w transpersonalizmie

Można mieć nadzieję, że w tych okolicznościach zaczną się rozlegać hasła transpersonalizmu. Jest to pogląd sformułowany w połowie XX w. przez niemieckiego filozofa Gustawa Radbrucha (zarazem polityka w Republice Weimarskiej). Wykazał on paradoks powtarzający się od początku dziejów ludzkości. Otóż żyjące pokolenia pozostają pod wpływem haseł indywidualizmu, bądź supraindywidualizmu.
Innymi słowy, żywi w każdej epoce są zachęcani bądź do rozwoju cech indywidualnych w warunkach wolności, bądź do tego, by poświęcać swoje życie bądź państwu, bądź społeczeństwu, bądź narodowi.  Ceniąc te epoki, po których pozostały wielkie dzieła kulturowe, jednocześnie nie skłania się do wysiłku kulturotwórczego żywych.

Ten paradoks wyrażający się w tym, że czegoś innego chce się od żywych i według innych kryteriów ocenia się pokolenia, gdy przeminą, doprowadził Radbrucha do idei transpersonalizmu. Wskazuje ona jako cel wysiłków człowieka tworzenie dzieł kulturowych. Nie jest wykluczone, że transpersonalizm stanie się ideą ukierunkowującą siły psychowitalne  pozbawionego pracy człowieka w megamiastach przyszłości. Może będzie zdolny wyrywać go z zastępczego świata wirtualnego? 

Maria Szyszkowska



Powyższy tekst jest skrótem artykułu „Wpływ wielkich miast na naturę ludzką” zamieszczonego w publikacji Komitetu Prognoz PAN pt. „Megamiasta przyszłości”.

Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd