O religii smoleńskiej

Utworzono: środa, 29, marzec 2017 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail

Czarnecki do zajawkiCzy kult katastrofy smoleńskiej jest już religią, czy tylko steruje ku swoiście pojmowanej wierze religijnej? Czy jest to tylko obłęd nielicznych polityków manipulujących bezwolnymi masami, przyzwyczajonymi od dekad do nieracjonalnych zachowań i manifestacyjno-ludycznej obrzędowości, czy jest to nowa jakość, egzemplifikująca pseudo-religijne zachowania sporej części polskiego społeczeństwa?

Religioznawca, patrząc na to co nam niesie dobra zmiana we wszystkich przestrzeniach życia publicznego naszego kraju – zarówno w wymiarze symbolicznym jak i realnym – może tylko skonstatować, iż obecne celebracje i pielgrzymki, manifestacje i emocjami nafaszerowane apele niewiele się różnią od religijnych i obrzędowych zgromadzeń zarówno w chrześcijaństwie, jak i islamie, hinduizmie, buddyzmie czy judaizmie. Przykładów na to w ostatnich dekadach jest mnóstwo na całym świecie.

Ludzie ograniczeni a przy tym fanatyczni stanowią plagę ludzkości.
Biada państwu, w którym tacy ludzie mają władzę. Są nietolerancyjni i pozbawieni wszelkich skrupułów. Uważają, że cały świat kłamie, a tylko oni mówią prawdę.
Mikołaj Gogol

Czy nuta heroiczno-samobójcza w zachowaniach Polaków (jak uważał Antoni Kępiński) oraz związane z nią namaszczenie takich pojęć jak śmierć, cmentarz, trumna nie mogą być czasem elementem sprzyjającym rozwojowi takich pseudo-religijnych kultów?
To zagrożenie „terroryzmem nierozumu i politycznego obskurantyzmu” w naszym społeczeństwie zauważane jest od dawna (zwracali na to uwagę tak różni politycy, myśliciele, publicyści w różnych okresach jak np. Maurycy Mochnacki, Charles-Maurice de Talleyrand, Fryderyk Engels, Aleksander Bocheński, Bronisław Łagowski, Winston Churchill itd.).
Na ową nutę nakładają się również teorie spiskowe. Plenią się tam, gdzie polityka, historia, zagadnienia społeczne oraz wiara religijna (im bardziej namiętna i ortodoksyjnie manifestowana, tym ów proces jest silniej widoczny) splatają się w nierozerwalną całość.
Ma to w masowym wymiarze miejsce kiedy:

- rzeczowa, krytyczna i zdystansowana (przede wszystkim do siebie i swoich dokonań) refleksja nie ma możliwości społecznego zaistnienia w szerszym, zbiorowym wymiarze

- przekona się ludzi, iż samokrytyka (której nikt nie lubi) jest zła, że jest źródłem ich nieszczęść i frustracji oraz kacerstwem, a rządzący i opozycjoniści nie są zainteresowani oświeceniem tzw. ludu (bo „ciemny lud wszystko kupi”), gdyż wówczas łatwiej się rządzi

- nie ma klimatu dla racjonalnej i rzeczowej dyskusji nad procesami trawiącymi współczesny świat, a mentalność zbiorowości jest kształtowana przez emocjonalne, fantazmatyczne i podszyte fobiami czy uprzedzeniami przekazy medialnych szamanów

- wpływ na świadomość tzw. ludu kształtuje się wedle odwiecznych, tradycyjnych (a tym samym ugruntowanych), konserwatywnych schematów

- antynomiczność elit i tzw. ludu przeradza się w niechęć, pogardę i nienawiść (obopólną zresztą), co w naszym kraju ma podłoże historyczne, uwarunkowane postsarmackim i folwarcznym rodowodem (i taką też mentalnością) dużej części Polaków.

Jeśli te elementy są zrealizowane, (bądź wprowadzane na wielką skalę w wielu sferach życia), to droga ku nieszczęściom i tłumaczeniu wszystkiego spiskami jest prosta i łatwa. Zwłaszcza, kiedy pojawiają się ofiary - związane z nimi męczeństwo daje znakomite paliwo do powstania wszelkich tego typu ruchów i kultów.
Do tego zazwyczaj dochodzi sposób narracji - zarówno liderów rekrutujących się z elit, jak i uznanych autorytetów, medialnych spin doktorów, duchowieństwa (przede wszystkim) - kierowanej do owego „ludu”. Wtedy skutecznie działają proste schematy, a szukanie winnych (najlepiej skonkretyzowanego i spersonalizowanego sprawcy – Żydów, komunistów, lewaków, kosmopolitów, gejów, „jajogłowych”, „ruskich, a dawniej - czarownic, czy heretyków, itd.) jest zasadniczym zajęciem tak ukierunkowanych, pozostających w intelektualnej malignie, mas.


Oportunizm elit


Czy skłonność do ofiar w kontekście wspomnianej heroiczno-samobójczej postawy w imię nieracjonalnego patriotyzmu, nie leży raczej w oportunizmie elit, ich braku cywilnej odwagi, aby przeciwstawić się irracjonalizmowi, rojeniom, nierealnym pomysłom politycznym? Bo jak wytłumaczyć dzieje naszego narodu obfitujące w sytuacje, kiedy grupa szaleńców, ignorantów, nawiedzonych religiantów zaczyna panować nad świadomością ogółu, narzucać swoją narrację i podsycać negatywne emocje?

Chrześcijańska Europa ma długą tradycję przyjmowania „na wiarę” od duchowych i politycznych przewodników miazmatów – pokazuje to inkwizycja, czary i prześladowania z nimi związane, antysemityzm, polityczne systemy totalitarne. Polska historia ma jeszcze zakorzenioną i nie przezwyciężoną nigdy do końca szkodliwą tradycję kontrreformacyjną, ze wszystkimi jej negatywnymi przypadłościami i błędami, jakie niósł sobą potrydencki porządek.

Na Zachodzie ten model został złamany przez Oświecenie i Rewolucję Francuską, rewolty XIX-wieczne oraz szybki i brutalny proces uprzemysłowienia. Za tym poszły zmiany w sferze cywilizacyjnej, w kulturze, organizacji i funkcjonowania społeczeństwa, a dalej – w mentalności zbiorowości i jednostek.
Te wydarzenia i procesy nigdy nie zaistniały na dobre w świadomości Polaków. Dodatkowo, w czasie kiedy kształtowały się nowoczesne pojęcia narodu i państwa, w wyniku historyczno-politycznych decyzji Polska była nieobecna jako kraj na mapie Europy. Zawdzięczamy to elitom rządzącym I RP. Imperialni sąsiedzi wykorzystali jedynie nadarzającą się okazję unicestwienia „chorego kraju”, będącego wrzodem na ówczesnym, europejskim ciele i poczynili kroki, które ich zdaniem miały ucywilizować „Irokezów w środku Europy” jak określał ówczesnych Polaków w liście do carycy Katarzyny Wielkiej król Prus Fryderyk II.


Czym jest religia?


Definicji jest mnóstwo i każda zawiera jakiś element objaśniający jej istotę. Religia musi być związana zawsze z nadawaniem sensu najbardziej kuriozalnym próbom wytłumaczenia nieznanych wiernym zjawisk, zdarzeń (Jacques Lacan). Widzimy to na przykładzie katastrofy smoleńskiej, odczytywanej jako skutek tajemniczych (mgła, wybuch) działań „nieprzyjaciół” Polski.
Émile Durkheim pisze, iż każdy system religijny kodyfikuje stosunki społeczne w obrębie grupy, wspólnoty, społeczeństwa itd. Libański religioznawca i politolog Georges Corm podkreśla z kolei istotny wpływ religijności na kształtowanie społecznej i indywidualnej moralności: „Wyznaczając granice dobra i zła wskazuje ona to, co jest właściwe i potępia to, co niegodziwe. Stąd bierze się tak ścisły związek między religią a władzą”.

Libańczyk zauważa także odwrotną proporcjonalność między wzrostem wpływów wierzeń religijnych a brakiem poczucia bezpieczeństwa z powodu chaosu i braku perspektyw na lepszą przyszłość. Wzrasta wtedy potrzeba praktyk religijnych i duchowości (różnorodnie pojmowanej). Ten aspekt w trakcie rozważań nad fenomenem - czy raczej przypadłością Polski XXI wieku – tego, co zwiemy „religią smoleńską” jest nader istotny i empirycznie dotykalny w nadwiślańskiej codzienności.

Autorytet religioznawstwa światowego Mircea Eliade zwraca uwagę na antyempiryczne aspekty powstawania każdego wierzenia religijnego. O podobnych kwestiach przy omawianiu reguł powstawania religii wspomina także Claude Lévi-Strauss. Warto jeszcze przy tych rozważaniach zwrócić uwagę na aspekt poczucia absolutnej zależności od czynników zewnętrznych, społecznych, politycznych, podniesiony w definicji religii przez Friedricha D.E. Schleiermachera.

I wreszcie Karol Marks, który oprócz odmienianego na wszelkie sposoby (najczęściej błędnie) powiedzenia, że „religia jest opium dla ludu” zauważa, iż jest ona równocześnie „podstawą istnienia każdego zrzeszenia społecznego, które nie zmierza jedynie do osiągnięcia jakiegoś celu zewnętrznego”. Religijne fantazje – poczynając od najprostszych form wierzeń religijnych (np. fetyszyzmu) - tym samym łudzą wyznawcę, że przedmiot kultu wyrzeknie się swego sakralnego, przyrodzonego charakteru po to, aby pozwolić mu spełniać swoje zachcianki.


Fetysze i kulty


Wrak samolotu spod Smoleńska sprowadzony został do magicznego przedmiotu będącego prapoczątkiem nowego Polaka, wiążącego wspólnotę w formę totemicznego plemienia. Członkowie plemienia totemicznego wierzą bowiem, że są związani wspólnym pochodzeniem ze zwierzęciem, bądź przedmiotem totemicznym (Zygmunt Freud). Wrak samolotu, będąc zarówno totemem jak i fetyszem, spełnia też rolę totemiczną i fetyszystyczną. Obie one są pierwotnymi postaciami religijnych wierzeń.

Wielka Encyklopedia Świata – Oxford Education (t. 12) definiuje religię (łac. religiare – wiązać, łączyć) jako oddawanie w sposób zorganizowany czci bóstwu (kult) i wyróżnia dwie jej formy – monoteizm i politeizm. Z religijnością wiąże się akceptacja przez wyznawców treści podawanych a priori do ich wiadomości przez egzegetów świętych pism (czy ksiąg) i kapłanów.

Każda religia posiada kilka charakterystycznych elementów, nieodłącznych i immanentnych temu zjawisku. To przede wszystkim kult (wokół którego gromadzą się wierni i jego wyznawcy, jak w przypadku wraku) przedmiotu czy totemicznego symbolu sacrum, a potem liturgia, ryty, egzegeci pism świętych i doktryny, stan kapłański stojący na straży przestrzegania dogmatów, bądź reguł oraz objaśniający i dopasowujący słowa założyciela, proroka czy mesjasza do rzeczywistości otaczającego wspólnotę (oczywiście zgodnie z aktualnym zapotrzebowaniem).

Próbując opisać fenomen fetyszyzacji, jakim znaczna część polskiej opinii publicznej obdarzyła to, co związane jest z katastrofą smoleńską w 2010 roku, nie można pominąć ważnego w religioznawstwie mitu. To opowieść o bóstwach i istotach nadprzyrodzonych przekazywana przez daną społeczność, zawierająca w sobie wyjaśnienie sensu świata i ludzi w ich doświadczeniach zbiorowych oraz indywidualnych.

Jak mówi przywoływany już Mircea Eliade, mit to „opowiadanie historii świętej, opis wydarzenia, które miało miejsce w okresie wyjściowym, legendarnym czasie „początków”. (….) Tak więc zawsze jest to opowieść o „stworzeniu”, relacja o tym, jak coś powstało, zaczęło być. Mit mówi tylko o tym, co wydarzyło się faktycznie, o tym co przejawiło się w sposób wyraźny. W sumie mity opisują różnorodne i czasem dramatyczne wtargnięcie sfery sacrum (lub „nad-naturalności”) w obręb świata. To na tym wtargnięciu ufundowany jest świat i właśnie za jego sprawą jest on taki, jakim go dzisiaj widzimy”.


Religia smoleńska


Na takiej kanwie tworzy się historię, która zaczyna żyć swoim życiem, dalekim od racjonalnego, rzeczywistego i prawdziwego przebiegu zdarzeń. Jeśli mitomania, mesjanizm, irracjonalizm są szeroko rozpowszechnione, tym samym rozwój nowego wierzenia quasi-religijnej proweniencji jest realniejszy. Szerzenie się tzw. religii smoleńskiej w Polsce ma w sobie wiele elementów podobnych do zdobywania popularności i ugruntowywania swej politycznej pozycji w II, III i IV wieku n.e. przez chrystianizm na terenach Imperium Romanum.
Ale żeby dokładnie opisać zjawisko religii smoleńskiej, warto jeszcze odwołać się przynajmniej do dwóch autorów, bo bez ich diagnoz trudno jest odnieść się do tego rodzącego się kultu i quasi-religijnej narracji, czy atmosfery towarzyszącej nowej liturgii, owemu dziwnemu rytuałowi, a także związanemu z tym fanatyzmowi.

Pisarz i dziennikarz Krzysztof Varga tak opisuje predylekcję Polaków do dramatyzowania siebie samych i tego, co ich dotknęło. To jest, moim zdaniem, jeden z owych ważnych elementów określających tzw. polskość. Łączy się tu fantazmatyczne podejście do własnej przeszłości i historii z Wańkowiczowskim „chciejstwem”.
Pisze Varga: „Istnieje coś w rodzaju nieśmiertelnej polskiej płaczliwości. Pragnienia namaszczenia się własnym nieszczęściem, epatowania klęską i żałosnego zwracania się do Boga za każdym razem, gdy ktoś spierze nam tyłek. Kiedy wreszcie pojmą Polacy, że gdy dostali po dupie, to widać im się należało. Gdyby Bóg nie chciał, aby Polaków dotykało nieszczęście, to by im tych nieszczęść oszczędził. Bóg musi być tą płaczliwością doprawdy zniesmaczony. I tylko jego cierpliwości i miłosierdziu zawdzięczają Polacy to, że jeszcze nie zdecydował się ich zmieść z powierzchni Ziemi. Niezłomne przekonanie Polaków, iż modlitwą zbudują potęgę swojego kraju wydaje się jednak nieuleczalne. Modlą się do Boga o zwycięstwo i modlą po klęsce. Na Boga zrzucają odpowiedzialność za swój los i od Boga domagają się tego losu naprawy. Boga błagają o pomyślność ojczyzny i Boga swoją polskością szantażują”.

Ale najsmutniejsza jest puenta tej frazy: „Nawet kiedy w dalekiej przyszłości cały świat się zracjonalizuje i zlaicyzuje, Polacy wciąż będą żądali od Boga specjalnego traktowania. Historyczne lenie tak właśnie próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność”.

Religia w swej masowości, zbiorowych obrzędach i kulcie musi z jednej strony nieść sobą poczucie wspólnoty (i to na zasadzie „my – oni”, ci „oni” to Inni), która zapewnia dobre samopoczucie z racji wyznawanych wartości. Ma to znaczenie zwłaszcza dla jednostek niepewnych siebie, zagubionych, nie potrafiących racjonalnie wytłumaczyć sobie zjawisk zachodzących w otaczającym je świecie, potrzebujących przewodnika. W tych trzewiach kryją się także pożądania czegoś na podobieństwo totemu czy fetysza, jako czegoś namacalnego, zmaterializowanego sacrum. Wrak Tupolewa spełnia w zupełności, moim zdaniem, takie potrzeby.

Drugą stroną medalu, uzasadniającą taką formę wierzenia religijnego, jest historycznie w Polsce ukształtowany model religijności kultywowany od dekad, by nie rzec od wieków. Bezrefleksyjność, pogarda dla faktów nie zgadzających się z przyjętymi a priori prawdami i dla racjonalności, religijne wybranie narodu czy wspólnoty przez Boga.

Nestorka polskiej humanistyki prof. Maria Janion w posłaniu do Kongresu Kultury, jaki odbył się w 2016 roku w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie napisała: „Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać. Towarzyszy temu potężny regres w sferze mitów, symboli i wartości. Grzechem poprzedniej władzy było niedocenianie roli twórców i pracowników kultury. Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu – kanon stereotypów bogoojczyźnianych i Smoleńsk jako nowy mesjanistyczny mit mają scalać i koić skrzywdzonych i poniżonych przez poprzednią władzę. Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny !”.
Skutkiem predylekcji części naszego społeczeństwa do mitycznego (i formalnego) męczeństwa i związanego z nim kultu śmieci, ofiar, uwielbienia dla cmentarzy, trumien, bezsensownych i dlatego przegranych na starcie powstań oraz innych tego typu „ruchawek” jest też śmieszno-tragiczne zjawisko nazywane „religią smoleńską”. Te elementy naszej narodowej zbiorowej świadomości są żyzną glebą dla rozwoju irracjonalnego kultu, szamaństwa, manipulacji i zbiorowego obłędu, czego nie raz w dziejach Polacy doświadczyli.

Skansen uniesień

Kazimierz Kutz mówi na temat owych zaszłości, predylekcji do irracjonalnego romantyzmu, ezoteryki i okultyzmu ubranego w narodowo-patriotyczne szaty, iż one „ciągną nas w jakiś skansen np. pięknych uniesień patriotycznych XIX wieku, pielęgnowania martyrologii. Wymyślają jakieś muzealne państwo, w którym triumfuje katolicka parafiańszczyzna”.
Ale czy to czasem właśnie nie ta elita - demoliberalna, postępowa, oświeceniowa i proeuropejska (w zachodnim stylu) inteligencja skupiona kiedyś pod sztandarami „opozycji demokratycznej” (w czasach PRL) - otworzyła swoimi decyzjami drzwi dla powszechnej i manifestacyjnej, ludycznej i bezrefleksyjnej religijności w życiu publicznym? Czy tworzenie określonego klimatu w wyniku religianckiej narracji nie mogło sprzyjać atmosferze intelektualnej dla takich wynaturzeń czy aberracji?

To w takim momencie – jeszcze za czasów Polski Ludowej, kiedy opozycja demokratyczna dopiero zwierała szeregi – na jednym z konwentykli opozycyjnych Janusz Szpotański (nb. wyznawca protestantyzmu w wersji ewangelicko-augsburskiej) miał zakrzyknąć: „Na Najświętszej Panience trzeba jechać”.
No i co, czy dziś nie zbiera się owoców takich nieodpowiedzialnych i pozbawionych perspektywy (opartej o doświadczenia z historii) rozwiązań, pomysłów, bądź opcji? Jak zauważa w tym kontekście prof. Bronisław Łagowski, ta fala katolickiego fundamentalizmu nie wzięła się znikąd i przynosi – bo przynieść musiała – określone efekty.

A z każdą religią - jak zauważa klasyk chrześcijaństwa Tertulian (II / III w n.e.) – jest zawsze tak, że „wierzę w coś, bo to niedorzeczne” (łac. - Credo, quia absurdum est). Czy w przypadku tzw. religii smoleńskiej to uzasadnienie Tertuliana nie sprawdza się w stu procentach?
Sądzę, że zrodzony w imię politycznego zapotrzebowania kult wokół irracjonalnego wyjaśnienia tej katastrofy i oddawania czci niektórym jej ofiarom, a także forma obchodów tzw. miesięcznic smoleńskich, mają w sobie wiele wspólnego z szyickim świętem Aszura. To taka sama pasja, towarzyszące jej emocje i namiętności oraz wybuchy zbiorowej ekspresji czczenia męczeństwa ofiar.
Obchody Aszury (słowo to w języku arabskim oznacza liczbę dziesięć) świętuje się na terenach zamieszkałych w większości przez szyitów w sposób szczególnie manifestacyjny i ludyczny. Dotyczą one kolejnych rocznic śmierci – uznanej za męczeńską - Husajna ibn Alego, wnuka Mahometa, w bitwie pod Karbalą (680 r. n.e.). Uroczystości odbywają się każdego 10. dnia miesiąca muharram (nazwa pierwszego miesiąca kalendarza muzułmańskiego).

Męczennicy, zwłaszcza w religiach zinstytucjonalizowanych i dokonujących sakralizacji cierpienia, mają zawsze nieocenioną wartość propagandowo-manipulatorską. Dzięki nim możliwa jest indoktrynacja, „pranie mózgów” mających poddać wyznawców (bądź potencjalnych kandydatów) określonej obróbce: w celu scalenia wspólnoty wokół określonej formy sacrum, utożsamienia zbiorowości z określoną ideą, a także zdobycia tzw. rządu dusz (politycznego).
Podając przykład szyickich obchodów święta Aszura mam na względzie emocje, irracjonalizm obrzędowości oraz afekty rodzące się na kanwie śmierci Husajna w szyickiej wspólnocie (nb. śmierć grupy, której przewodził Husajn ibn Ali miała podłoże wybitnie polityczne, nie religijne, sakralne czy teologiczne). Kiedy porównujemy religijność, obrzędowość oraz formy kultu w szyizmie i polskim, ludycznym katolicyzmie analogie są zaskakujące.

Warto jeszcze w tym miejscu przypomnieć atmosferę i kult ajatollaha Chomeiniego w Iranie pokazany przez Orianę Fallaci w książce pt. „Wywiad z władzą”. Autorka napisała ją po pobycie w Qom – świętym miejscu szyizmu irańskiego i siedzibie sędziwego imama, tuż po obaleniu szacha Rezy Pahlawiego. Był to klimat euforii, kompletnego irracjonalizmu i mistycznego uniesienia, fanatyzmu i fundamentalizmu religijnego połączone z sakralizacją oraz celebracją śmierci. Ta mieszanka przynosiła zawsze w dziejach ludzkości „gorzkie owoce”: opresję, krzywdy, nietolerancję, prześladowania, dyskryminację itp.

Jak stwierdził francuski socjolog (zajmujący się też od strony socjologicznej religiami), wspomniany już Emil Durkheim -„Jest coś wiecznego w religii: jest to kult i wiara. Ludzie nie mogą odprawiać ceremonii, dla których nie widzą uzasadnienia, jak również nie mogą akceptować wiary, której w żaden sposób nie potrafią zrozumieć. Aby mogła ona się rozprzestrzeniać, albo przynajmniej utrzymywać, musi mieć uzasadnienie, to znaczy, że trzeba zbudować odnoszącą się do niej teorię”.

Racjonalność, realizm w jakiejkolwiek postaci, pragmatyzm idący z nimi w parze, nigdy w polskim społeczeństwie nie były w cenie. Może z tej też racji ów fenomen, jakim staje się „religia smoleńska” mógł przybrać takie rozmiary?
Radosław S. Czarnecki

Odsłony: 262
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd