Rejtanizm

Utworzono: niedziela, 26 kwiecień 2020 Anna Leszkowska Drukuj E-mail


"Nasze wyrzuty sumienia i oskarżenia naszych przodków nie wystarczą, jeżeli nie będziemy ich wspierać refleksją na temat przyczyn".
Chantal Delsol

 

Czarnecki do zajawkiZ pojęciem „polskości” oprócz wielu cech charakterystycznych – opisywanych i prezentowanych przez filozofów, politologów, socjologów (sfery akademickie), a także literatów, poetów, myślicieli czyli najkrócej intelektualistów - wiąże się ściśle termin, który należy tu wyjaśnić: tzw. rejtanizm. Pochodzi on od osoby posła nowogrodzkiego, Tadeusza Reytana, który w roku 1773 dramatycznym gestem i próbą zastosowania liberum veto chciał przeszkodzić I rozbiorowi Polski (uwiecznił to Jan Matejko na obrazie Rejtan- Upadek Polski). Reytan, zgorzkniały i przegrany, popełnił siedem lat później w swym majątku Hruszówka samobójstwo (rozciął sobie podbrzusze szkłem z rozbitego okna).
Prof. Ludwik Stomma jednak nieco inaczej naświetla kontekst zachowania Tadeusza Reytana, który ponoć zobaczył 8.08.1780 roku rosyjskiego żołnierza, chcącego napoić konia w studni we dworze i był przekonany, iż to regimenty carskie idą na Warszawę. W obawie przed nimi dokonał harakiri. Jest to o tyle tragiczne i groteskowe zarazem, że od 5 lat imć Reytan „był już zamknięty przez braci w przybudówce z zakratowanymi oknami, gdyż jako umysłowo chory dostawał ataków furii. Ta ostatnia wiadomość może przywrócić bardzo niewygodne pytanie: od kiedy mianowicie Reytan był nie w pełni władz umysłowych? To dramatyczna kwestia, gdyż większość świadectw wskazuje na rok 1773. Byłby więc słynny protest trywialnym aktem osoby obłąkanej?” - pyta Ludwik Stomma (Polskie złudzenia narodowe).

W tej konwencji rejtanizm traktować trzeba jako niezrównoważony, irracjonalny i pusty gest, przy towarzyszącej mu niesłychanie hałaśliwej propagandzie. Propagandzie i sprzężonych z nią zawsze manipulacjach, które największy idiotyzm i nieszczęście przekuwają w mit, w świetlaną legendę i lukrowaną hagiografię, budując określony kult ze wszystkimi elementami quasi-religii. Oczywiście jest to czynione post factum, dorabia się przy tym określoną argumentację dla celów utylitarnych i daleko odbiegającą od faktów związanych z wykonywaniem tegoż gestu (często marnego moralnie i podejrzanego etycznie, o racjonalności i pragmatyzmie nie wspominając).

Rejtanizm wiąże się bezpośrednio z narcyzmem rozumianym jako rezygnacja z autentycznego zainteresowaniem światem zewnętrznym. Towarzyszy mu zawsze mocne przywiązanie do siebie samego, do własnej grupy, klanu, religii, narodu rasy itd. wraz z wynikającymi z tego poważnymi zaburzeniami racjonalnego osądu. Potrzeba narcystycznej satysfakcji wynika z konieczności kompensowania sobie własnej materialnej i kulturowej biedy (Erich Fromm). Dotyczy to zarówno jednostek jak i zbiorowości.
Jednowymiarowość intelektualna, brak zdystansowania, refleksji krytycznej, racjonalnej i realistycznej, skupianie się jedynie na swoich krzywdach i cierpieniach (rzeczywistych czy wyimaginowanych) przy fetyszyzowaniu ich jako synonimu wyższych wartości i ofiary prowadzi zawsze na manowce. Wspomina o tym nie tylko Fromm.

Na ten problem zwraca uwagę także (choć pisząc o innych aspektach bytu człowieka) Herbert Marcuse. Jego zdaniem, społeczeństwo rozwinięte, jednowymiarowe, zmienia stosunek między tym co racjonalne i irracjonalne. Konfrontuje wtedy autentyczną racjonalność z fantastycznymi i chorobliwymi, acz bardzo wygodnymi aspektami życia. I swobodnie adoptuje je, uznając za racjonalne. Tak rosną podkłady irracjonalizmu.
Jeśli w oficjalnej narracji zarządza się wszelką komunikacją, czyniąc ją jedynie ważną i unieważniającą inne projekty niezgodne z obowiązującymi narcystyczno-społecznymi wymaganiami, wtedy wszystko co jest z nią niekompatybilne, co nie mieści się w tej projekcji, staje się synonimem fikcji. Fikcja jest tylko wtedy, kiedy nie mieści się w powszechnym mniemaniu tak funkcjonującej zbiorowości.

Znajomość historii Europy, rozwoju jej kultury, a nade wszystko obeznanie z dziejami barbarzyństwa obecnego w jej ramach, pozwala domniemywać – ba, skutecznie przewidywać – że okresy barbarzyństwa połączonego z celową dehumanizacją szerokich warstw i klas społecznych mogą być doskonałym kontynuowaniem (w nowych szatach i przy określonej retoryce) europejskiej cywilizacji. Zła tradycja, kultywująca ponad miarę krwawą ofiarę, usprawiedliwiająca ją ulotnymi celami wyższymi i następnie ją celebrująca (granicząc właśnie ze zbiorowym narcyzmem) wywodzi się poniekąd z religijnych meandrów sycących od wieków naszą kulturę, obyczajowość, obrzędowość itd. I nie dotyczy to tylko Polski. Zachód ten rys posiadł przez stempel dany jego kulturze przez wieki chrześcijaństwa i nauk Kościoła, które odziedziczyły go z tradycji judaizmu. Chrześcijaństwo było i jest przecież odłamem religii Mojżeszowej, który poszedł własną drogą rozwoju.

W Polsce rejtanizm jest w zasadzie obecny od wielu dekad w historii, polityce, zarządzaniu, a przede wszystkim jest jednym z zasadniczych elementów oświaty i edukacji. O narracji obecnej w mainstreamie nie wspominając. Widać dziś, że „Solidarność” jako ruch społeczny o wyraźnym profilu, niesłychanie mocno okopując się w tradycji religijnej i narodowej, sięgając po wartości kojarzone jawnie z katolicyzmem jako esencją polskości - nie kładąc nacisku na universum - odwołując się do wszystkiego, co wiązało się z pontyfikatem Jana Pawła II (a nie z ideami Oświecenia i tradycji zachodnich demokracji), traktowała siebie też jako kolejną matrycę tej idei. Z solidarnościowej zbiorowości i projektu wyłoniły się klony tej szkodliwej, niebezpiecznej dla porządku demokratycznego i państwa prawa, wolności obywatelskich i cywilizowanego społeczeństwa pomysły: Prawo i Sprawiedliwość i KOD PO. Dwa wrogie sobie plemiona.

Obrzucając się wzajemnie inwektywami, kto jest większym spadkobiercą komunizmu i PRL-u, kto jest czyim agentem, jednocześnie obie formacje (i to nie tylko politycznie postrzegane, ale kulturowo, mentalnie, aksjologicznie) prezentują siebie jako zbiorowości o jedynie słusznych, prawdziwych pomysłach na Polskę. Predestynowane i wybrane, aby ją zmieniać wedle wyłącznie własnych pomysłów i projektów.
Obie formacje położyły się niczym wspomniany Reytan przed drzwiami wejściowym na salę sejmową na obrazie Matejki, blokując tym samym świadomość Polek i Polaków pustym – bo bezpłodnym intelektualnie i fundamentalistycznym w wyrazie – gestem.
Ta blokada dotyczy przede wszystkim otwarcia na autentyczne idee Oświecenia i racjonalności. Hołdowanie skrajnym namiętnościom, instrumentalnie grając uczuciami religijnymi, utożsamiając np. religię z obskurantyzmem, bigoterią i dewocją, a przy okazji prezentując typowy fundamentalizm religijny, obie formacje sterują – jak by powiedział Ernst Troeltsch – ku typowemu sekciarstwu. I takie postrzeganie sfery religijnej jest przenoszone na całokształt życia, we wszystkich wymiarach.

Współczesne myślenie polityczne nad Wisłą i Odrą cierpiące na symbolizm i mitotwórstwo, choroby powielane przez polską elitę polityczną ponownie w ostatnich dwóch dekadach, jest powrotem do tego, co opisał dokładnie Aleksander Bocheński. Dzieje się tak – pisał on w Dziejach głupoty w Polsce - kiedy tłuszcza popularyzatorów, dziennikarzy, poetów, romansopisarzy podchwytuje pierwsze z brzegu, wygodne i obłaskawione przez mainstream i polityków tezy i bezkrytycznie je szerzy, lansuje, uzasadnia ich absolutną i jedyną prawdziwość. Po każdej klęsce, porażce, plajcie, które w efekcie tak panujących nastrojów i ducha są niemalże koniecznością, rozlega się chór pretensji, lamentów szlochów i łkań, wzajemnych oskarżeń, pomówień, szukania winnych (najczęściej obcych agentów i oczywiście – Żydów, agentów Kremla, zgniły Zachód etc.). Diagnoza tej schizofrenii, opętania i irracjonalnego szaleństwa pokazuje, że jeżeli z szacunku dla czczonych wspomnień lub drogich nam iluzji, fikcji i fantasmagorii ukryjemy prawdę , przysłonimy defekty i fakty (często niewygodne) prymitywną apologetyką, nie nauczymy się niczego i katastrofy znów będą naszym udziałem.

Ludzie niepewni swojego losu szukają zazwyczaj zbiorowości zapewniających im pełnię komfortu we wszystkich wymiarach bytu, gdyż nie chcą być samotni. Jeżeli neguje się z przyczyn ideologicznych i religijnych tożsamość klasową, która jest jednak w wielu wypadkach decydująca w sposobie widzenia świata i ludzi, muszą oni poszukiwać określonych wspólnot. Bez optyki materialistyczno-klasowej nie mogą zlokalizować źródła swych udręk, bo leży ono w relacji między pracą a kapitałem. To też jest często źródłem rejtanizmu.

Kolejnym komponentem, zarówno tworzącym jak i stanowiącym esencję takich nastrojów oraz fałszywego oglądu rzeczywistości, a przez to i decyzji czy zachowań, jest irracjonalność i brak autokrytycyzmu. Pragnienia i marzenia mieszają się z realiami i własnymi możliwościami. Reytanowi – temu z obrazu Matejki i dzisiejszemu, znad Wisły, Odry czy Bugu - brak jest hierarchii wartości dostosowanej do realności otaczającego świata. Jest intelektualnym oszustem, egocentrykiem, narcyzem, a jednocześnie ściga go poczucie krzywdy i spisków czyhających na niego zewsząd wokoło. Na ten typ neurozę i histeryczne skrzywienie obecne w zachowaniach wielu Polaków zwracał uwagę w swym dorobku Antoni Kępiński, psychiatra, humanista i filozof.
Absurdalność prowadzonej od lat w Polsce polityki i propagowanie określonej kultury oraz umysłowości to chory, zupełnie irracjonalny i postsarmacki fantazmat odwołujący się do dawno przebrzmiałych, zatęchłych i konfrontacyjnych koncepcji jak np. idea jagiellońska, Polska Chrystusem narodów, centrum mające rechrystianizować Europę i świat (gdyż stąd pochodził Jan Paweł II). Ale takie koncepcje ciągle funkcjonują w nadwiślańskiej, napuszonej, egzaltowanej, bombastycznej atmosferze rejtanizmu. Tak politycznego, jak i kulturowego, społecznego, politycznego.

A może rejtanizm to po prostu pewna forma obłąkania, irracjonalizmu połączonego z wybujałym ego, konglomerat różnych fobii i uprzedzeń, a przede wszystkim – mieszanina nie do końca uzmysłowionych i zracjonalizowanych kompleksów: wyższości i niższości? Przecież znów można usłyszeć z ust najważniejszych polskich polityków jak to dobrze i chwalebnie jest umierać za ojczyznę. W XXI wieku taka narracja trąci nie tyle myszką, co jest rodem z absolutnego skansenu i mentalnego zaścianka. Potwierdza to po raz kolejny, iż hodowanie takiej umysłowości przez edukację, jak również instytucje religijne, powszechną narrację mainstreamu przekłada się na kultywowanie zachowań przemocowych: dla ojczyzny trzeba albo umrzeć, albo zabijać. I przenosi się taki model funkcjonowania na całość życia oraz relacje międzyludzkie wewnątrz społeczeństwa.

Dlatego nadal rację ma (mimo iż upłynęło ponad 60 lat od chwili napisania tych fraz) Witold Gombrowicz, który stwierdził, iż trzeba bronić Polaków przed Polską. Ciągłe szamotanie się - rozpaczliwe i chorobliwe, konwulsje istnienia, wieki niedorozwoju i życie w absolutnej antynomii mega sukcesu i mega klęski robi swoje. To czyni z Polaka twór niedoskonały, zżarty jadami słabości i zawiści, zniekształcony i zgwałcony przez przeciwstawne sobie namiętności, chęci i wyobrażenia. Wart jest więc naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych czegokolwiek? – pyta retorycznie Gombrowicz. Ludzie są niepewni siebie i swojej historii, widząc w trumnach i na cmentarzach miniony i przyszły swój los. Takie rozdarte sosny, nie umiejące sobie pozwolić na odrzucenie stygmatów po owych konwulsjach, dawnych blizn po owych klęskach, usunięcie pryszczy chorobliwego niedorozwoju, gdyż boją się że ten naród im się rozpadnie, że oprócz cmentarzy i trumien nic im nie pozostanie. Wykonują więc ciągle swój dance of death.

Aby podjąć skuteczną walkę z tymi stereotypami rzucającymi cały czas złowrogi cień na mentalność naszego społeczeństwa i nie pozwalających porzucić dawnych, postsarmackich, postkolonialnych i postromantycznych fobii i uprzedzeń, musi zmienić się przede wszystkim narracja prowadzona publicznie przez elity, edukacja młodzieży, retoryka medialna. Trzeba jednak wziąć przykład z Immanuela Kanta, który pisząc o wolności człowieka, zadał niezwykle istotny w perspektywie rozważanych tu zagadnień dylemat: „Co mogę wiedzieć? Co powinienem czynić? Czego mogę się spodziewać?”.
Wolność bez jej uświadomienia i rozumienia według humanistycznych paradygmatów (co może zapewnić jedynie powszechna i organizowana na odpowiednim poziomie oświata i edukacja społeczeństwa oraz wyważona narracja w przestrzeni publicznej) jest pustym terminem, dziejowym chomątem, takim współczesnym liberum veto, któremu hołdował m.in. poseł nowogrodzki Tadeusz Reytan i jego polityczno-kulturowa klasa. Tak rozumiana i praktykowana ahistorycznie i antyklasowo wolność jest jednym ze źródeł tego, co nazywa się rejtanizmem. I idzie z nim przez ostatnie 300-400 lat historii Polski cały czas pod rękę.
Radosław S. Czarnecki

 

 

 

Odsłony: 296
Our website is protected by DMC Firewall!