Wielkość i nędza drugiej Rzeczypospolitej

Utworzono: poniedziałek, 25 styczeń 2021 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

Wrzenie na wsi, które towarzyszyło narodzinom II RP, miało pierwotną przyczynę w katastrofalnej sytuacji gospodarczej na ziemiach polskich, okupowanych przez wojska Niemiec i Austro-Węgier oraz poddawanych przez nie bezlitosnej gospodarczej eksploatacji. W kraju panował głód.
W lutym 1918 r. przez ziemie Królestwa przetoczyła się fala strajków o skali niewidzianej od rewolucji 1905–1907 r. Powodem był zawarty przez państwa centralne z ogarniętą rewolucją Rosją pokój brzeski, bardzo niekorzystny dla planów odbudowy państwa polskiego. Protest miał jednak nie tylko charakter polityczny, ale także ekonomiczny: chłopi bili i rozbrajali żołnierzy rekwirujących żywność i sprzeciwiali się narzuconym przez okupanta przymusowym dostawom.


Pisarka Maria Dąbrowska (1889–1965), która w latach 1910–1920 opublikowała ponad 100 artykułów w prasie ludowej i znała wieś dobrze, pisała o wspaniałych perspektywach po odzyskaniu niepodległości: wyobrażała sobie ją murowaną, dostatnią, wykształconą. Na razie jednak było źle, zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. „Chałupy podobne do chlewów, a chlewy gorsze od budy dzikiego człowieka” – oceniała autorka Ludzi stamtąd tuż przed wojną, w 1913 r.
W 1916 r. pisała: (…) „wieśniak, jakkolwiek inteligentny, jest pełny barbarzyństwa, ciemnoty i ciasnoty, a cnoty ma tak prymitywne, że one wystarczyć nie mogą narodowi mającemu prócz innych do spełnienia najtrudniejsze na świecie zadanie – stworzenie na nowo swego państwa”.

Reforma rolna

Najważniejszą kartą przetargową Rzeczypospolitej w relacjach z wsią była reforma rolna – w tym przede wszystkim obietnica parcelacji majątków ziemiańskich pomiędzy chłopów. Dyskusjom o kształcie reformy towarzyszyły wizje całkowitego przekształcenia ustroju rolnego: zwolennicy wyobrażali sobie polską ziemię podzieloną pomiędzy samodzielne silne gospodarstwa rolne, które będą mogły stworzyć zmechanizowane rolnicze spółki. Ziemianie przestrzegali przed spadkiem produkcji żywności kierowanej na miejski rynek (wychodząc z założenia, że rodziny chłopskie konsumowałyby same więcej tego, co wyprodukują).

10 lipca 1919 r. Sejm Ustawodawczy podjął uchwałę zapowiadającą kształt przyszłej reformy: państwo miało wywłaszczyć posiadaczy ziemi ponad określony limit (60–180 ha w centralnych regionach i do 400 ha na Kresach Wschodnich i w byłym zaborze pruskim). Ustrój rolny – uchwalił sejm – „oprzeć się winien przede wszystkim na silnych, zdrowych i zdolnych do intensywnej produkcji gospodarstwach włościańskich, opartych na zasadzie prywatnej własności różnego typu i wielkości”.
Była to fantazja o „Rzeczypospolitej farmerów”, mająca powracać przez całą II RP, a także w wizjach nowego powojennego ładu w Polsce tworzonych w okresie okupacji, wizja całkowicie nierealistyczna, ponieważ – jak zauważali trzeźwi obserwatorzy – nie było w kraju tyle ziemi, aby obdzielić nią wszystkich bezrolnych i małorolnych.

Ustawę o reformie uchwalono 15 lipca 1920 r., kiedy wojska bolszewickie zbliżały się do Warszawy, a armia polska cofała się w panice. Jej celu politycznego nikt nie ukrywał: służyła mobilizacji chłopów do obrony ojczyzny. Wywłaszczenie ziemian miało nastąpić za odszkodowaniem; ustawa zawierała przywileje dla żołnierzy broniących RP i zapis, że parcelacji mogły dokonywać tylko organy państwowe (co oczywiście było wymierzone w próby samowolnego dzielenia majątków). Odszkodowanie miało wynosić połowę ceny rynkowej ziemi, ustalanej na podstawie średniej z okolicy.
Po zakończonej zwycięstwem wojnie z bolszewikami (1921) sprawa reformy natychmiast zaczęła się ślimaczyć. Ustawa okazała się niekonstytucyjna: art. 99 konstytucji RP uchwalonej w marcu 1921 r. zapewniający ochronę własności zinterpretowano tak, że odszkodowanie za wywłaszczoną ziemię miało być równe jej wartości rynkowej. W sprawie wypowiedział się Najwyższy Trybunał Administracyjny, zalecając w styczniu 1924 r. uzgodnienie ustawy z treścią konstytucji. Procedury z ustawy o reformie z 1920 r. były długie, a w razie sporu mogły ciągnąć się latami – aż do wydania ostatecznego orzeczenia w danej sprawie przez Sąd Najwyższy.

Ustawę o wykonaniu reformy uchwalono w końcu dopiero 28 grudnia 1925 r. Jej ostateczny kształt był znacznie mniej korzystny dla chłopów: zwiększono np. wielkość majątków wyłączonych z reformy – w wypadku „wyróżniających się intensywnością produkcji” maksimum wynosiło aż od 700 (!) do 350 ha (w przypadku terenów przemysłowych i podmiejskich). Właściciel sam przy tym wyznaczał części majątku, które chciał zatrzymać – co oznaczało, że zawsze w ramach reformy pozbywał się najgorszych gruntów (za cenę bliskiej rynkowej).

Rada Ministrów co roku miała też określać kontyngent parcelacyjny, a więc wielkość obszaru do parcelacji, a to z kolei zależało od pieniędzy zarezerwowanych na ten cel w budżecie. Funduszy na realizację reformy zawsze brakowało, tym bardziej że w 1929 r. zaczął się wielki kryzys, a wraz z nim załamanie wpływów budżetowych. Reforma przyniosła więc chłopom rozczarowanie i w niewielkim stopniu zmieniła życie na wsi; Rzeczpospolita nie dotrzymała obietnicy. „Sprawę zdobycia ziemi dworskiej chłopi poświęcili na ołtarzu ojczyzny” – skomentował historyk dziejów chłopskich Jan Borkowski.

W 1939 r. prywatna wielka własność ziemska nadal zajmowała 25 proc. ogólnej powierzchni gruntów. Parcelacja w bardzo niewielkim stopniu dotknęła przy tym majątki największe; parcelowano też naturalnie najchętniej ziemie najgorszej jakości. W dwudziestoleciu 325 tys. ha lasów przeznaczono także na likwidację serwitutów (problem ciągnął się cały czas). Proces ten był jednak także niekorzystny dla chłopów: stracili np. dostęp do dwóch trzecich pastwisk objętych wcześniej serwitutami. (Usuwanie pozostałości pańszczyzny ciągnęło się długo: ostatnie powinności – na Spiszu i Orawie – zniesiono dopiero na początku lat 30. XX w.).
Parcelacja postępowała szybciej z powodów ekonomicznych niż politycznych – prawie 70 proc. ogółu rozparcelowanych majątków rozprzedali sami właściciele (z całkowitej powierzchni 2,5 mln ha rozparcelowanych w latach 1919–1939). Za nabytą w ten sposób ziemię chłopi zapłacili w sumie 2 mld złotych; raty za nabyte w parcelacji grunty rozłożone były na dziesięciolecia.

Obraz nędzy

Wieś miała też powody wspominać czasy przed 1914 r. z sentymentem. Dochody z produkcji rolnej były prawie przez całe dwudziestolecie niższe niż przed pierwszą wojną światową; najlepszy okres przypadł na trzy lata przed wielkim kryzysem (1925–1928; kryzys zaczął się w 1929 r. i trwał przynajmniej do 1935 r.). Nawet wtedy przepaść w dochodach pomiędzy wsią a miastem była olbrzymia. W 1929 r. dochód na osobę wśród „ludności rolniczej” wyniósł 643 zł rocznie, a nierolniczej – 1138 zł. W 1935 r., na dnie kryzysu, było to odpowiednio 244 zł i 572 zł (ich realna wartość była wyższa z powodu deflacji, ale nawet po jej uwzględnieniu był to ogromny spadek).

Badania, których wyniki opublikował w 1935 r. Instytut Spraw Społecznych – przeprowadzone na Rzeszowszczyźnie – przyniosły zatrważający obraz nędzy i technologicznego regresu na wsi polskiej. Przeciętna wielkość gospodarstwa w powiecie wynosiła mniej niż 3 ha. Od 1919 r. rozparcelowano tam zaledwie 2640 ha; w rękach dworów zostało jeszcze 24 tys., w tym 8,5 tys. gruntów ornych. Małe gospodarstwa chłopskie nieustannie dzielono na jeszcze mniejsze części. Konkluzje były niesłychanie ponure:

Naturalizacja gospodarki, kurczenie się obrotu kredytowego, ekstensyfikacja uprawy i wiele innych jeszcze przyczyn wpłynęło na to, że wieś coraz bardziej uniezależnia się od czynników zewnętrznych, przemieniając się w układ niemal zamknięty, o malejącej powierzchni stycznej ze światem otaczającym.

„Jakakolwiek racjonalizacja produkcji, wymagająca zwiększania nakładów gospodarczych, jest w obecnych warunkach niemożliwa” – dodawał autor studium. Chłopi, którzy zadłużali się na inwestycje w produkcję w krótkim okresie koniunktury, zostali w czasie kryzysu pozostawieni sami sobie. Trzy czwarte gospodarstw nie produkowało tyle, aby wyżywić rodzinę właściciela; sprzedawało cokolwiek tylko 10–15 proc. Marża pośredników zbywających wiejskie towary w miastach sięgała 30–40 proc. Mające z nimi konkurować spółdzielnie, zakładane przez chłopów w czasach dobrej koniunktury, były źle zarządzane i upadały. Autor badania, Jerzy Michałowski (1909–1993), oficer, pracownik ISS, w PRL dyplomata i tłumacz, pisał o powrocie do gospodarki naturalnej:
„Zupełny brak gotówki wywołał zjawisko powrotu do handlu wymiennego, a ponieważ w gospodarstwie chłopskim jedynym obok mleka produktem wytwarzanym regularnie są jaja, przejmowały one powoli (…) funkcję pieniądza, stając się jedyną niemal walutą w obrocie gospodarstwa ze sklepikiem. W jednej ze wsi obserwowałem w ciągu godziny klientelę w sklepiku. Na 18 nabywców – było to w godzinach największego ruchu – tylko 3 płaciło gotówką, w ogólnej kwocie zł 1 gr. 5, pozostali płacili jajami, których liczba wynosiła 76 sztuk przy kursie 3 grosze za sztukę”.

Michałowski, który odwiedził powiat rzeszowski w sierpniu 1934 r., szacował, że 90 proc. jego mieszkańców jest w różnym stopniu niedożywiona. Ciepły posiłek – barszcz jarzynowy z ziemniakami – jadano raz dziennie. Do barszczu dolewano mleko odtłuszczone („dla koloru”). „Chleb, konsumowany powszechnie na jesieni, w przeważającej większości małorolnych gospodarstw 1–2 morgowych od Nowego Roku do żniw jest rzadkością” – pisał. Mięsa chłopi nie jedli wcale; badacz cytował powiedzenie „chłop je kurę, gdy jest chory lub gdy kura jest chora”.
Cukier na wsi nie istnieje. Większość dzieci nie widziała go nawet nigdy, chyba w formie cukierków na odpustach. Sól używa się obecnie szarą, nieraz nawet czerwoną, bydlęcą; na wiosnę w okresie przednówka w braku gotówki nawet na te najgorsze gatunki stosuje się kilkakrotne gotowanie ziemniaków w tej samej raz osolonej wodzie. Pozatem niektórzy chłopi wygotowują beczki po śledziach i tak otrzymany wywar dodają „do smaku”.
Całkowity roczny dochód z gospodarstwa o powierzchni dwóch hektarów (a więc typowego) Michałowski szacował na 494 zł 10 gr, podczas gdy minimalną konsumpcję czteroosobowej rodziny – na 686 zł 20 gr1691. Wyliczał to, zakładając naprawdę głodowe spożycie: jedna „jednostka konsumpcyjna” Michałowskiego, czyli typowe dzienne wyżywienie dla jednej osoby, składało się w tym rachunku z półtora kg ziemniaków, jednego kg chleba, jednej kwarty mleka, odrobiny soli (za dwa gr), kapusty oraz pięciu dkg tłuszczu; łącznie kosztowało to 47 gr.
Nie było nic dziwnego w tym, że wieś nie kupowała żadnych wyrobów przemysłowych. Michałowski pisał: „Wyznaję nawet, że w odniesieniu do pierwszych z nich użycie wyrazu „konsumpcja” budzi we mnie uczucie zażenowania. W dwóch dużych wsiach, w których zbadałem dokładnie tę sprawę, okazało się z książek sklepików, że na 5 tys. mieszkańców zakupiono w lipcu 1934 r.: 1 kosę, 6 guzików nicianych, kubek aluminiowy i 10 dkg gwoździ. Ogółem wpływy gotówkowe gałęzi przemysłu połączonych w Centralnym Związku Przemysłu Polskiego, po potrąceniu prowizji [sprzedawcy – A.L.], wyniosły z terenu wsi powyższych zł 5,35”.

Pod koniec lat 30. licząca 20 mln populacja wsi otrzymywała tylko 14 proc. dochodów pieniężnych kraju. Chłopów w powiecie rzeszowskim powszechnie nie było stać na naftę, chociaż ta staniała w czasie kryzysu (a wydobywano ją tuż obok, w Zagłębiu Borysławskim). Żyli więc często w ciemnościach. „Pojawiające się w szeregu wsi łuczywo wywołuje cierpkie uwagi o powrocie do średniowiecza” – zanotował badacz.
Perspektyw na poprawę sytuacji na wsi nie było także z powodu gigantycznego przyrostu naturalnego, wynoszącego w latach 1921– 1930 blisko pół miliona głów rocznie. Na początku 1935 r. według szacunków Instytutu Gospodarstwa Społecznego na wsi było 2,4 mln osób zbędnych z punktu widzenia produkcji; według innych obliczeń było to 5–6 mln osób. Ponad połowa z nich miała mniej niż 24 lata, co może tłumaczyć temperaturę buntów lat 30.

Kompromitacja państwa

Opisami podobnymi do tego, który pozostawił Michałowski, można bez trudu zapełnić całą książkę, chociaż jego badania – ze względu na drobiazgowość i systematyczność – miały, jak sam pisał, charakter pionierski. Rządzący byli mniej zainteresowani prawdziwym obrazem sytuacji. Duża część tych elit, które były nastawione krytycznie wobec rządzącej krajem dyktatury, dostrzegała w fatalnym stanie wsi i powszechnej nędzy nie tylko cywilizacyjną porażkę, lecz także kompromitację politycznego i gospodarczego modelu państwa polskiego.

Na początku 1936 r. w elitarnych „Wiadomościach Literackich” liberalny pisarz i publicysta Antoni Słonimski (1895–1976) pisał z niewielką przesadą: „Bilans roku minionego [1935 – A.L.] przedstawia się dość niewesoło. Polska staje się jednym z najbiedniejszych krajów świata. Gdyby policzyć w Polsce ludzi nie wegetujących, ale żyjących na normalnym poziomie, okazałoby się, że całe państwo skurczyło się do rozmiarów jednego niewielkiego miasta europejskiego.
Jest w Polsce nie więcej niż paręset tysięcy ludzi korzystających z kolei, gazety, książki, teatru. Polska konsumuje cukru, tłuszczy, tytoniu, owoców mniej niż trzymilionowa Dania.

W dziedzinie wynalazków możemy poszczycić się przyrządem nie znanym dotąd na świecie. Wprowadziliśmy do dorobku ludzkości maszynkę służącą do rozdzielania zapałki na cztery części. Dzieci wiejskie, aby zdobyć zeszyt za pięć groszy, zbierają kasztany. Za trzydzieści kilo kasztanów, dostarczonych do miasteczka, pięć groszy.
(…) „Mocarstwo” skurczyło się do małej urzędniczo-wojskowej wysepki, otoczonej wielkim morzem nędzy i beznadziejności. Coraz więcej jest obywateli nie korzystających ze zdobyczy cywilizacji współczesnej. Przeciętny Poleszuk pali łuczywo. Ma on na sobie baranicę, łapcie, kożuch, koszulę, spodnie z samodziału. Jedyną rzeczą, której sam nie wyprodukował, to z carskim jeszcze orzełkiem guzik metalowy, na którym trzymają się portki. Tak wygląda polski konsument.
Prócz tej nędzy panuje jeszcze bardziej może od biedy upadlający strach. Strach jednych przed wojną czy rewolucją, strach innych przed utratą posady, przed nędzą jeszcze dotkliwszą, strach przed nową redukcją uposażeń, strach przed nie zabezpieczoną starością”.

Dzielenie zapałek – o którym wspominał Słonimski – wynikało z ich wysokiej ceny, a ta z kolei stanowiła rezultat polityki fiskalnej państwa: II RP desperacko potrzebowała pieniędzy, wydzierżawiła więc monopol wielkiemu międzynarodowemu koncernowi w zamian za pożyczkę (a monopolista wynagradzał to sobie wysokimi cenami). Druga Rzeczpospolita zrzekła się przy tym dbania o interes konsumentów, oddając w praktyce całkowitą kontrolę nad cenami zapałek dzierżawcy.

Aparat fiskalny państwa – przy wielkich potrzebach – pozostawał na tyle słaby, że monopole państwowe (tytoniowy i spirytusowy) zapewniały dużą część dochodów budżetowych. Na spadek dochodów w czasie kryzysu rząd – żeby zrównoważyć budżet – odpowiedział ponadto podwyżką podatków.
Słonimski miał także rację w sprawach kultury. Pod tym względem również na wsi panowała ciemność wymuszona przez nędzę: według Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach w przeciętnym gospodarstwie chłopskim osoba dorosła wydawała w 1935–1936 r. na książki, prasę i pocztę łącznie tylko 1 zł 60 gr rocznie.

Kolonializm

W najbiedniejszych, wschodnich rejonach Rzeczypospolitej relacje warstw ludowych z państwem polskim komplikował dodatkowo konflikt etniczny – z ukraińskimi i białoruskimi chłopami. Odrodzona Rzeczpospolita zainstalowała tam aparat urzędniczy, którego skład narodowościowy i metody działania uderzająco przypominały administrację kolonialną.
Jak wynika z badań historyka Włodzimierza Mędrzeckiego, w województwie wołyńskim – w którym etniczni Polacy stanowili 20 proc. ludności – aparat administracyjny zatrudniał właściwie wyłącznie Polaków. W 1923 r. na 283 osoby pracujące w urzędzie wojewódzkim i w powiatach 274 określały swoją narodowość jako polską; wśród 38 wyższych funkcjonariuszy policji 36 było katolikami, a dwóch ewangelikami (na terenie o przewadze ludności prawosławnej i wyznania mojżeszowego), wszyscy uważali się też za Polaków; wśród cywilnych urzędników policji na 66 osób 62 stanowili katolicy; nawet w izbie skarbowej na 384 zatrudnionych aż 347 podawało narodowość polską. Polacy i katolicy stanowili także wyraźną większość wśród nauczycieli i pracowników oświaty, którzy przynajmniej w teorii powinni znać miejscowy język.

Porównanie do administracji kolonialnej nie jest wcale przesadzone – wystarczy porównać proporcje etniczne wśród personelu w zamorskich koloniach europejskich mocarstw, np. we francuskiej Algierii w 1956 r. – już dwa lata po wybuchu wojny o niepodległość – nie więcej niż osiem z 864 wyższych rangą stanowisk w administracji było obsadzonych przez wyznawców islamu, stanowiących przytłaczającą większość mieszkańców. Arab, nawet mówiący doskonale po francusku, miał zamkniętą karierę w administracji – podobnie jak Ukrainiec w administracji polskiej.

Czyje państwo?

Czyja więc była II Rzeczpospolita? Jeżeli potraktujemy państwo jako mechanizm redystrybucji zasobów – od nizin społecznych do elit – to odpowiedź jest jasna: II RP była państwem inteligencji urzędniczej i wojskowej. Słonimski miał rację, kiedy pisał w 1936 r. o „urzędniczo-wojskowej wysepce” otoczonej morzem nędzy. Inteligencja urzędnicza miała w II RP przywileje wyjątkowe na tle innych grup społecznych – stałe (i względnie wysokie) płace, stabilne miejsca zatrudnienia, względny dostatek, dostęp do władzy i prestiżu. Większość była zatrudniona w sektorze państwowym; z szeregów inteligencji wywodziła się kadra rządząca odrodzonym państwem.

„Polityka państwa opierała się na światopoglądzie wytworzonym w tej warstwie i nie wykraczała poza właściwe jej horyzonty” – pisał historyk II RP Janusz Żarnowski (1932–2019), co – biorąc pod uwagę historię społeczną tego czasu – trudno uznać za komplement.
Historiografia PRL pisała później o „burżuazyjnej” Polsce; naprawdę burżuazji w II RP było niewiele, a jej pozycja pozostawała słaba i uzależniona od państwa. Kosztem ogromnego fiskalizmu obciążającego warstwy ludowe – przede wszystkim chłopów, stanowiących 70 proc. populacji – II RP utrzymywała niesłychanie kosztowny, jak na możliwości ubogiego kraju, aparat urzędniczy i wojskowy. Nowoczesne państwo – gigantyczna machina do ekstrakcji zasobów – zapewniała im dochody i status.

Na szczycie tej społecznej machiny znaleźli się zresztą często ci sami ludzie, którzy w latach 1905–1907 dokonywali akcji terrorystycznych, działając w rewolucyjnej PPS (w imię nie tylko wolności, ale także równości), a później tworzyli Legiony (wielu z nich było zresztą cytowanych w tym rozdziale). To oni stali przy Piłsudskim, kiedy przejmował władzę w krwawym zamachu stanu w 1926 r., odcinając od przywileju konkurencyjne inteligenckie grupy – w tym zwłaszcza elity ruchu narodowego, bez wątpienia najbardziej popularnego wśród ogółu populacji ugrupowania politycznego w dwudziestoleciu. Szybko też porzucili program społecznych reform w imię postulatów „państwotwórczych”, co w praktyce oznaczało poddawanie kolejnych obszarów życia kontroli administracji (a także tworzenie dla inteligentów kolejnych posad, których nie mogła dostarczyć słaba gospodarka).

Propozycje zmian

Od śmierci Piłsudskiego życie polityczne w II RP ulegało szybkiej radykalizacji. PSL, PPS oraz obóz narodowy – z którego odłączyła się w latach 30. skrajna, zapatrzona w stronę faszyzmu prawica – składały warstwom ludowym konkurencyjne wobec obozu piłsudczyków propozycje polityczne. W dyskusjach prowadzonych w PPS w czasie programowego zjazdu radomskiego (1937) podkreślano, że kapitalizm się załamał: działacze PPS proponowali planowanie gospodarcze, nacjonalizację kredytu i wielu gałęzi produkcji oraz daleko idące „uspołecznienie” kontroli nad gospodarką.

PPS już wówczas proponowała radykalną reformę rolną, włącznie z przekazaniem zabudowań dworskich na cele społeczne – „szkoły, przedszkola, żłobki, domy ludowe itp.”, jak zapisano w programie. Po drugiej stronie ideologicznej skrajna prawica również mówiła o radykalnej redystrybucji: w jej idealnej wizji Polska miała być krajem drobnych producentów, utrzymujących się na dostatnim poziomie z własnych warsztatów pracy, działających pod kontrolą wszechobecnej organizacji „narodowej” (a więc faktycznej monopartii).
Wywłaszczenie miało naturalnie dotknąć w pierwszej kolejności Żydów, przedstawianych przez prawicę – zarówno stary obóz narodowy, jak i młodych radykałów – jako twórców bolszewizmu i kapitalizmu równocześnie, dwugłowej hydry zagrażającej tradycji, religii i rodzinie polskiej. „Gdy przeprowadzi się wywłaszczenie bez odszkodowania majątków żydowskich, gdy się pozbawi Żydów prawa zajmowania się wszelkimi zawodami, nie będzie w Polsce bezrobocia” – pisała prasa obozu narodowego.

Postulaty programowe właściwie wszystkich ugrupowań stawały się jeszcze bardziej radykalne w czasie okupacji po klęsce wrześniowej 1939 r. i upadku rządów piłsudczyków. Pod koniec wojny już właściwie wszystkie liczące się ugrupowania obiecywały likwidację bezrobocia (a przynajmniej powszechną ochronę przed jego skutkami), reformę rolną, wielkie programy ubezpieczeń społecznych, powszechną i darmową edukację, planowy rozwój gospodarczy.
W trakcie okupacji Stronnictwo Ludowe w kolejnych dokumentach programowych zrezygnowało np. z parcelacji majątków za odszkodowaniem. Proponowano m.in. pozostawienie „obszarnikom” 50 hektarów ziemi; ewentualnie mogliby ją dobrowolnie oddać, a wówczas państwo zapłaciłoby za przekwalifikowanie ich i nauczyło społecznie użytecznej pracy.
„Polska powojenna dążyć będzie do zagwarantowania swej ludności zatrudnienia i godziwego zarobku, usuwając w ten sposób ze swych ziem klęskę bezrobocia” – obiecywał rząd RP w Londynie w 1942 r. Na tle tych obietnic Manifest PKWN, opublikowany przez komunistów 22 lipca 1944 r., stanowił właściwie zbiór umiarkowanych postulatów: obiecywał to, co inne partie – Polskę Ludową, czyli bardziej sprawiedliwą dla zwykłych ludzi.
Adam Leszczyński

Jest to obszerny fragment najnowszej książki autora Ludowa historia Polski, o której pisaliśmy w SN 12/20.

Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

Odsłony: 115
DMC Firewall is a Joomla Security extension!