Etyka (el)

Takie małe, że aż wielkie

Utworzono: sobota, 29 październik 2011 ANNA LESZKOWSKA

W dniach 20–21 października br. w Warszawie odbyła się międzynarodowa konferencja Governance and ethics of nanosciences and nanotechnologies - NANOETHICS 2011, zorganizowana przez PAN w ramach polskiej Prezydencji w Radzie UE.

Jej głównym celem było przedstawienie najważniejszych zagadnień związanych z zarządzaniem nanonauką i nanotechnologią oraz etycznymi aspektami tych dziedzin. Szczególny nacisk położono na omówienie przestrzegania przez państwa członkowskie dobrowolnego Kodeksu postępowania dotyczącego odpowiedzialnego prowadzenia badań w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii (Code of Conduct for responsible nanosciences and nanotechnologies research ) przyjętego przez Komisję Wspólnot Europejskich na posiedzeniu w dn. 7 lutego 2008 r., z zaleceniem stosowania go jako instrumentu służącego za podstawę dalszych inicjatyw mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa oraz etycznego i zrównoważonego charakteru badań w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii w Unii Europejskiej.
Kodeks zawiera 7 ogólnych zasad, w tym dotyczące zrównoważonego rozwoju, bezpieczeństwa, równego traktowania i odpowiedzialności, czy dobrej praktyki laboratoryjnej. Opracowany przez Komisję po konsultacjach z opinią publiczną - co w znacznym stopniu bardzo ułatwia rozstrzyganie uzasadnionych obaw, jakie mogą się pojawiać w związku z nanotechnologiami - jest modyfikowany co dwa lata, w oparciu o postępy w rozwoju tej dziedziny.


Z prof. Andrzejem Górskim, wiceprezesem PAN, członkiem Europejskiej Grupy ds. Etyki w Nauce i Nowych Technologiach (European Group on Ethics in Science and New Technologies - EGE) rozmawia Anna Leszkowska.
Andrzej Gorski

    • Panie profesorze, co się takiego stało, że w 2008 roku europejskie środowisko naukowe, a za nim Europejski Parlament oraz Komisja Europejska, postanowiły sporządzić kodeks etyczny dla jednej dziedziny nauk – nanonauki, choć nie robiło się czegoś takiego w przypadku rewolucji biotechnologicznej czy informatycznej?

    • Nie robiło się, ale np. w przypadku ICT (Information and Communication Technology) już się to dzieje – w tej chwili pracujemy nad aspektami etycznymi badań w tej dziedzinie. Co się tyczy nanonauki i nanotechnologii – to dziedzina, która stwarza bardzo obiecujące perspektywy i możliwości zastosowań. Okazuje się, że poprzez realizowanie pewnych procesów na poziomie nano, czyli wymiarów 10-9 m, można stworzyć nowe warunki np. wizualizacji tkanek, dostrzec przerzuty nowotworowe, dotrzeć do komórek nowotworowych i zabić je, można wytwarzać implanty bardziej kompatybilne z tkankami, itd. Innymi słowy, powstają zupełnie nowe możliwości diagnostyczne i terapeutyczne. Już zarejestrowano kilka leków stworzonych dzięki nanotechnologiom. W związku z tym, a także i w związku z faktem, iż nie wiemy obecnie, jakie są niebezpieczeństwa podawania człowiekowi produktów opartych o nanotechnologie, powstała konieczność stworzenia odpowiedniego kodeksu. I taki kodeks – bardzo ogólny zresztą - opracowała KE.

    • Czy każda nowa dziedzina nauki winna mieć swój kodeks?

    • Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ale byłbym bliższy odpowiedzi, że nie, bo w przeciwnym razie mielibyśmy multiplikacje kodeksów, co szybko doprowadziłoby do ich inflacji, produkcji ton dokumentów, z których niewiele wynika. Trudno odpowiedzieć jednak na pytanie, gdzie jest ta granica, poza którą jest to konieczne. Ja myślę, że akurat kodeks dotyczący nanonauk jest potrzebny i uzasadniony. Mówię to jako lekarz i badacz. Świat w tej chwili dosłownie zachłystuje się możliwościami nanonauki, a tam, gdzie panuje euforia, łatwo o zagrożenia i pomyłki.

    • Kod etyki jest dobrowolny, czy obliguje to państwa do jego przestrzegania?

    • Kody nie są prawem, a tylko zaleceniem. Obecnie różne kraje w różnym stopniu implementowały ten kod. Ponad połowa państw członkowskich UE poczyniła pewne starania, żeby wydać odpowiednie rozporządzenia zgodne z tym kodem. Na przykład Dania zdecydowała, że przy badaniach naukowych dotyczących obszaru nano trzeba przestrzegać właśnie tego kodu etycznego.

    • Kodeks dotyczy sfery etycznej, czy potrzebne jest też prawo?

    • Tak, i są pewne próby w tym kierunku. Na przykład. we Francji ministerstwo nauki wydało już zarządzenie nakazujące respektowanie tego kodeksu w badaniach dotyczących nanotechnologii.

    • Kodeks etyki w dziedzinie nanonauki powinien obejmować wszystkich zainteresowanych, a jak do niego podchodzą koncerny?

    • Niektóre firmy farmaceutyczne mają takie kodeksy, np. firma BASF. Inne uważają, że skoro mają kodeksy dotyczące np. chemikaliów, to dodatkowe kodeksy są im już niepotrzebne (to przekonanie zresztą spotkało się z ostrą repliką prof. Kinderlerera, przewodniczącego EGE). Zgadzam się całkowicie z jego opinią. Kodeks etyki lekarskiej np. niekoniecznie musi się przecież zgadzać z kodeksami firmy farmaceutycznej, podobnie w przypadku kodeksu pracownika nauki, którego celem jest przecież poszukiwanie prawdy, a nie zysku.

    • Dziękuję za rozmowę.



Kodeks postępowania

dotyczącego odpowiedzialnego prowadzenia badań

w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii

przyjęty przez Komisję Wspólnot Europejskich na posiedzeniu w dn. 7 lutego 2008 r., z zaleceniem dla państw członkowskich stosowania go jako instrumentu służącego za podstawę dalszych inicjatyw mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa oraz etycznego i zrównoważonego charakteru badań w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii w Unii Europejskiej.

Kodeks stanowi 7 poniższych, ogólnych zasad, które – zgodnie z oczekiwaniami Komisji Europejskiej, powinny być stosowane przez uniwersytety, instytuty badawcze i firmy w Unii Europejskiej z jednoczesną deklaracją i gwarancją bezpiecznego rozwoju i wykorzystania nanotechnologii dla podniesienia jakości życia ludzkości.

1. Znaczenie

Cel i znaczenie badań w zakresie nanonauk i nanotechnologii powinny być zrozumiałe dla ogółu społeczeństwa. Działalność badawcza powinna być zgodna z podstawowymi zasadami, zaś ich opracowywanie, realizacja i rozpowszechnianie ich wyników powinny być prowadzone w interesie dobrobytu jednostek i społeczeństwa.

2. Zrównoważony charakter

Badania w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii powinny być bezpieczne, etyczne i przyczyniać się do zrównoważonego rozwoju. Nie powinny szkodzić i zagrażać ludziom, zwierzętom, roślinom i środowisku, teraz oraz w przyszłości ani stwarzać zagrożenia biologicznego, fizycznego lub moralnego.

3. Środki ostrożności (bezpieczeństwo)

Badania w zakresie nanonauk i nanotechnologii należy prowadzić zgodnie z zasadą ostrożności, przewidując potencjalne ich skutki dla środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa oraz podejmując należyte środki ostrożności proporcjonalne do wymaganego poziomu ochrony, jednocześnie wspierając postęp przynoszący korzyści dla społeczeństwa i środowiska.

4. Integracja

Podstawą w zarządzaniu badaniami w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii powinno być zastosowanie trzech zasad: otwartości dla wszystkich zainteresowanych podmiotów, jawności i poszanowania uzasadnionego prawa dostępu do informacji. Udział w procesie decyzyjnym należy umożliwić wszystkim zainteresowanym podmiotom prowadzącym badania w zakresie nanonauk i nanotechnologii oraz podmiotom, których te badania dotyczą.

5. Doskonałość ( wartość naukowa)

Badania w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii powinny spełniać najwyższe standardy naukowe, także pod względem ich rzetelności oraz normy związane z dobrymi praktykami laboratoryjnymi.

6. Innowacyjność

W ramach zarządzania badaniami w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii należy wspierać maksymalną kreatywność, elastyczność i umiejętność planowania na rzecz innowacyjności i rozwoju.

7. Odpowiedzialność

Naukowcy i organizacje badawcze powinny ponosić odpowiedzialność za skutki społeczne oraz konsekwencje dla zdrowia ludzi i środowiska, jakie prowadzone przez nich badania w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii mogą wywrzeć na obecne i przyszłe pokolenia.

Powyższe zasady mają przyczynić się także do właściwej koordynacji działań członkowskich UE w celu zoptymalizowania synergii pomiędzy podmiotami badawczymi w dziedzinie nanonauk i nanotechnologii na poziomie europejskim i międzynarodowym.

Kodeks, zgodnie z założeniami, jest regularnie monitorowany i co dwa lata podlega aktualizacji w celu uwzględnienia w nim zmian związanych z rozwojem nanonauk i nanotechnologii na świecie oraz postępów w procesie ich integracji w społeczeństwie europejskim.

Turbokapitalizm a etyka biznesu

Utworzono: piątek, 27 marzec 2015 Grzegorz Szulczewski

Etyka w świecie finansów, jako narzędzie prewencji, skapitulowała na całej linii, bo nie zapobiegła angażowaniu się banków w ryzykowne, dwuznaczne z punktu moralnego, przedsięwzięcia.


SzulczewskiKapitał krąży nieustanie i coraz szybciej, konieczne jest więc podejmowanie przez banki coraz bardziej ryzykownych działań, aby utrzymać się na konkurencyjnym rynku finansowym. Banki po prostu nie mogą nie angażować się w operacje przynoszące wysoką stopę zwrotu zainwestowanego kapitału. Instytucje finansowe i ich szefowie żyją pod presją giełdy wyznaczającej kursy akcji przedsiębiorstw. Jej dominacja nad życiem gospodarczym turbokapitalizmu jest na każdym kroku widoczna.

Drugim niepokojącym etyków zjawiskiem jest próba sprowadzenia etosu finansisty do niebezpiecznej formuły zysku za wszelką cenę. W tej sytuacji dochodzi nie tylko do odważnych decyzji inwestycyjnych, ale otwiera się pole do działań ryzykanckich. Nie zachowuje się przez to złotego środka, na który wskazywał Arystoteles. Pomiędzy zbytnią ostrożnością, która prowadzi do utraty szansy zysku, a brawurą kończącą się często stratami finansowymi jest coraz mniej możliwości na roztropne działanie przynoszące bezpieczne i godziwe zyski.


Przykład Deutsche Banku


Codziennie dowiadujemy się o nowych stratach, jakie ponoszą największe banki. Nie mierzy się ich jedynie bolesną utratą kapitału, ale również nadszarpnięciem reputacji, na którą banki pracowały przez lata.
Właśnie ujawniono problemy, jakie ze swoimi klientami ma flagowy niemiecki Deutsche Bank. Otóż, musi on sobie poradzić nie tylko ze stratami związanymi z kryzysem operacji finansowo-hipotecznych w USA, ale również został pozwany przez związki komunalne i inne organizacje niemieckie. Zarzucają mu one prowadzenie ryzykownych operacji, z których klienci nie zdawali sobie sprawy. Straty sięgają przy tym setek milionów euro i zaczynają stanowić problem miejskich budżetów.

Bank broni się, wskazując, że w przeszłości miasta zyskiwały na operacjach polegających na próbach obniżania obciążeń kredytowych przez zmiany ich czasu spłacania (operacje typu CSM-Spread-Ladder-Swaps) i że te operacje są przyjętymi praktykami bankowymi.

Jedno przed rozstrzygnięciem sądowym jest pewne dla banku i jego klientów: dalsza nieprzejrzystość instrumentów finansowych spowoduje utratę zaufania do banków i narazi je na kolejne procesy sądowe.


Doszło do przekroczenia granicy zdrowego rozsądku. Turbokapitalizm uruchamiający globalną pogoń za zyskiem i środkami finansowymi prowadzi do kryzysu zaufania w sektorze finansowym. Zapomniano, że istnieją moralne granice konstruowania finezyjnych instrumentów finansowych. Wyznacza je przejrzystość operacji finansowych przyczyniająca się do kultywowania nieprzemijających wartości: rzetelności i zaufania.



Co skrywa żywopłot?


Równie dużo problemów etycznych przysparza rynek hedgefonds, czyli funduszy hedgingowych. Mają one równie wdzięczną, co tajemniczą nazwę: kredyty subprime. Termin hedgefonds pochodzi od angielskiego słowa hedge, co znaczy: ogrodzić się żywopłotem, ale i wykręcać się od odpowiedzi.


Ta dwuznaczność skłania nas do rozumienia tych funduszy, jako stosujących specjalne, często nieprzejrzyste i trudne do zrozumienia strategie inwestowania. Za żywopłotem dokonuje się operacji na sumę prawie 2 bilionów dolarów.


Fundusze hedgingowe stanowią instrument finansowy o dużym stopniu ryzyka, ale przynoszą do czasu wysokie zyski. Operacje typu „dźwignia finansowa” i tak zwana „krótka sprzedaż” przypominają sztukę żonglera, który posiadając dwie ręce podrzuca cztery, a może pięć piłeczek. Okazuje się, że na giełdzie amerykańskiej już około 40% transakcji jest związane z tymi funduszami. Fundusze te dzielą jednak przysłowiową skórę na niedźwiedziu.


Od czasu ich skonstruowania w 1949 r. przez Alfreda Jonesa, zyskały one zagorzałych zwolenników, ale też wysunięto wobec nich zarzut ponoszenia zbytniego ryzyka przez ich uczestników i przez cały rynek finansowy i gospodarkę. Dlatego w Europie regulacje prawne uniemożliwiały ich rozwój. W Niemczech jednak wymyślono sprytne, bardzo inteligentne próby zaangażowania kapitału na zasadzie różnego rodzaju certyfikatów, które potem zasilały fundusze hedgingowe. Może również, dlatego, słowo „hedge” znaczy kluczyć, wymijać się od odpowiedzi.


Fundusze hedgingowe działają bez nadzoru bankowego. Tak one, jak inne produkty turbofinansowe, mają to do siebie, że ich załamanie niszczy bardzo rozległą sieć powiązań finansowych i gospodarczych. Już choćby z tego powodu nie powinno być obojętnym, gdy angażowane są w nie coraz wyższe kapitały. Niestety, jak wejdziemy na strony, które je reklamują, mowa jest tam jedynie o gwarancjach zysku.
 



Raczkująca etyka turbofinansów
 


Etyka turbofinansów raczkuje wraz z ich rozwojem. Szczególnie dzisiaj, gdy może dojść do spadków funduszy hedgingowych i innych instrumentów turbofinansowych, należy zastanowić się nad uzupełnieniem kalkulacji ryzyka aspektami moralnymi angażowania się w tego rodzaju działalność.


Okazuje się, że już w XVII w. Jan od św. Tomasza sformułował zasadę podwójnego skutku (actus duplicis effectus). Miała ona ukazywać, kiedy zaangażowanie w operacje finansowe nie ma dwuznacznego charakteru. Zakonnik wymienia szereg warunków, jakie muszą być spełnione, by dane działanie zaakceptować. Musi być rzeczywiście ważny powód, aby podjąć działanie o możliwych, negatywnych skutkach ubocznych. Cel planowanego działania musi być dobry. Jednocześnie nie możemy w swej kalkulacji korzystać ze złych skutków działań.


Na pewno warto uzupełnić kalkulację ryzyka finansowego o ryzyko naruszenia zasad moralnych. Jeśli bowiem pewne operacje finansowe budzą jakieś wątpliwości moralne, to znak, że trzeba się głęboko zastanowić, na ile w te operacje angażować bankowe aktywa. Może bowiem zostać utracona reputacja banku.


Co powiedział Adam Smith?


Musimy zrobić ekonomiczno-etyczny remanent, czyli wrócić nie tyle do Arystotelesa, który już w starożytności ukazał, że chciwość rujnuje szczęście i dobrobyt, ale przynajmniej do Adama Smitha. Nie ma chyba drugiego ekonomisty i etyka zarazem, na temat którego poglądów byłoby tyle nieporozumień.
Chętnie przy tym nadużywa się metafory „niewidzialnej ręki”. Przytoczmy zatem słowa Smitha o niewidzialnej ręce. Pisał on, że każdy myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierza osiągnąć. Społeczeństwo zaś, które wcale w tym nie bierze udziału, nie zawsze na tym źle wychodzi.


Powołując się na ten cytat, dochodzi się do nieuprawnionego wniosku, że niewidzialna ręka wszystko załatwi. Rodząca się wtedy nowoczesna gospodarka rynkowa, to wedle Smitha miejsce oddziaływania nie tylko niewidzialnej ręki, ale również widzialnej ręki państwa i prawa, które ma zapobiegać monopolistyczno-spekulacyjnym tendencjom w gospodarce.


Co więcej, Smith ukazuje, że uczucie sympatii i skrupuły moralne, to nie wymysły etyków biznesu, a czynniki wpływające na działanie rynku. W każdym bądź razie, Smith nie wyklucza na pewno ani sensu działania widzialnej ręki państwa i prawa, ani etycznych reguł gospodarowania i związanych z tym regulacji.

Dlatego szczególnie dzisiaj musimy o tym pamiętać, wnikliwie badając – na empirycznym przykładzie – ekonomiczne, społeczne i etyczne plusy i minusy deregulacji.


Powoli uświadamiamy sobie problematyczność idei całkowitej deregulacji i upatrywania w mechanizmach rynkowych sił działających na podobieństwo Opatrzności Bożej.
Odrzucając alternatywę: wolny rynek, albo centralne planowanie, należy zastanowić się, na czym polegać ma nowy system reguł korzystania z wolności. Nie są one niezgodne z duchem liberalizmu gospodarczego, a jednocześnie opierają się na poszanowaniu zasad moralnych.


W pismach Friedricha von Hayeka możemy przeczytać, iż wolne społeczeństwo być może bardziej niż jakiekolwiek inne wymaga, aby ludzie w swoim działaniu kierowali się poczuciem odpowiedzialności, które wykracza poza obowiązki egzekwowane przez prawo.

Zawsze zatem, również w teorii neoliberalnej, jest miejsce dla etyki w biznesie. Realizuje się ona tylko na innym poziomie. Jest to poziom odpowiedzialności indywidualnej.


Każdy wybór to dylemat


Kryzys na rynku turbofinansowym rodzi również dylematy moralne związane z wyborem strategii jego pokonania. Jak zapobiec finansowej fali tsunami, czyli załamaniu się systemu bankowego w wyniku masowej upadłości powiązanych ze sobą instytucji finansowych? Jakie są możliwe drogi wyjścia z kryzysu, a co można – uwzględniając zasady etyczne – zrobić, by nie dopuścić do najgorszego, czyli katastrofy finansowej?

Powstał projekt amerykańsko-brytyjski, który wygląda na racjonalne działanie w obliczu kryzysu. Polega on na zakupie produktów turbofinansowych, zawierających w znacznym stopniu instrumenty finansowe, które zawiodły i spowodowały kryzys. W Europie wzmagają się też naciski na obniżanie stóp procentowych.


Te metody wychodzenia z tarapatów prywatnych inwestorów lub instytucji finansowych rodzą jednak poważny problem moralny. Zwrócił na niego uwagę prezes EBC Jean-Claude Trichet, naciskany na zasilenie banków przez „widzialną rękę” państwa. Stwierdził, on, że zastosowane w Ameryce cięcie stóp procentowych w reakcji na rynkowe zawirowania stworzyłoby atmosferę moralnego nadużycia lub wrażenie, że bank nagradza ryzykowne decyzje inwestorów. Tego rodzaju ubezpieczenie prywatnego ryzyka na koszt podatnika rodzi pokusę jeszcze bardziej ryzykownych działań ze strony prywatnego kapitału. Etyka biznesu nazywa tę sytuację moralnym hazardem.


Sprawa wydaje się jednak z punktu etycznego jeszcze bardziej złożona. Jeśli założymy najgorszy scenariusz, a mianowicie groźby finansowej fali tsunami, to brak ratowania sytemu finansowego byłby również oceniony negatywnie z punktu widzenia etyki. Mamy, zatem klasyczny dylemat moralny: jak zachować się, gdy prywatne zyski wymagają kredytowania w ostateczności przez społeczeństwo, gdyż, jeśli tego nie dokonamy, samo społeczeństwo może ponieść jeszcze większe straty? Ryzykować, że „niewidzialna ręka” dobierze się jedynie do magików finansowych, a nas pozostawi w spokoju, czy jednak ubezpieczyć się, rozdając „widzialną ręką” pakiety ratunkowe?
Przed takimi dylematami, które właśnie mają wymiar nie tylko techniczny, ale i moralny, stoją dzisiaj profesjonaliści z banków centralnych.


Marginalizacja etyki


Trzeba na koniec przyznać, iż etyka, jako narzędzie prewencji, skapitulowała na całej linii, bo nie zapobiegła angażowaniu się w ryzykowne, dwuznaczne z punktu moralnego, przedsięwzięcia. Możemy zresztą poczytać pięknie brzmiące programy etyczne banków, szczególnie amerykańskich.

Skala naruszeń norm moralnych i etosu zawodowego skłania do porzucenia tej komfortowej strategii zakładającej, że świat finansów popadł w kryzys, w tym kryzys moralny jedynie z własnej winy.


Marginalizacja głosu etyków, instrumentalne traktowanie etyki biznesu na studiach akademickich objawiające się traktowaniem jej jako przedmiotu do wyboru, to także nasza wina. Wymogi nauczania jej w atrakcyjnej formie, zaliczanej testami, i wykładanie etyki biznesu przez osoby bez wykształcenia z zakresu etyki, jest zjawiskiem częstym na uczelniach ekonomicznych.


Kult sprawności menedżerskiej, niepodbudowany przeświadczeniem o wadze przestrzegania zasad moralnych, daje w świecie finansów opłakane, jak widzimy, rezultaty. Naturalne pragnienie robienia korzystnych interesów może, jak już ostrzegał Arystoteles, przerodzić się w praktykę podejmowania działań bez skrupułów moralnych. Żądzę posiadania, bogacenia się wszelkimi, również nieetycznymi metodami nazwał on słowem pleonaksja. Dotyczy ona postępowania, które oceniane jest jako nadmierne, kosztem innych dążenie do zaspokojenia własnych interesów.


Chciwość nie tylko prowadzi do wewnętrznej dysharmonii, jak zauważał Arystoteles. Powoduje ona swoistą ślepotę moralną. Przeciwwagą do indywidualnego etosu nieodpowiedzialności miały być: tworzenie profesjonalnej etyki organizacji, wyrażającej się w budowie programów etycznych, sytemu szkoleń, nadzoru etycznego i tworzenia stanowisk do spraw etyki w przedsiębiorstwach oraz programy społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR).


Jak jednak pokazują afery z firmą Enron i Artur Andersen, a także obecny kryzys na rynku finansowym, nawet najlepsze programy nie mogą zapobiec naruszaniu prawa i zasad etycznych przez organizacje stojące pod presją wyników giełdowych i przez pracowników, którzy zatracili kompas moralny.


Dotkliwość obecnych wydarzeń na rynku finansowym mogłaby nam złagodzić myśl, że gorzka nauka dla banków nie pójdzie na marne. Trzeba zrozumieć, że nie chodzi tu o kosmetykę, a o etykę. Realizacja tego, co rozumiemy przez integrity, czyli prawość, uczciwość, rzetelność i spójność, zatem zgodność tego, co się robi z wyznawanymi zasadami moralnymi, może uchronić banki i nas wszystkich przed kolejnymi kryzysami. W końcu wszyscy chcemy darzyć pełnym zaufaniem siebie nawzajem, a w tym szczególnie mieć pewność, że banki nie angażują się w wątpliwe operacje finansowe.

Etyka zatem uczy jak nie podejmować kuszących propozycji, które budzą od początku wątpliwości moralne, i że warto być mądrym przed szkodą, a nie po szkodzie.
Grzegorz Szulczewski

Pierwszy tekst Autora o etyce w finansach - Finanse i etyka - czas dekompozycji - zamieściliśmy w numerze 3/15 SN.

Wojna jak zabawa

Utworzono: wtorek, 30 maj 2017 Anna Leszkowska

Wojna informacyjna a odpowiedzialność (2)

 

To nie jest istotne, jaka jest prawda,
liczy się to, co uważamy za prawdę
H. Kissinger

SabakWojna w kwestii propagandowej została podporządkowana przemysłowi informacyjnemu. Elementem wypaczającym jej zrozumienie jest jej wirtualność, będąca efektem walki informacyjnej, która zapewnia złudzenie obiektywności w jej postrzeganiu w przekazach medialnych. Kształtuje też iluzoryczne przekonanie, że wojna nie jest złem, może być elementem rozrywki (relaksu), lub źródłem zabawy - np. najmłodsze pokolenia są poddane oddziaływaniu dezinformacyjnemu poprzez komputerowe gry wojenne.

Prawda jest jednak inna. Wojna zawsze była zjawiskiem wyjątkowo negatywnie ocenianym w skutkach. Jak pisze w „Wojnach sprawiedliwych” M. Walzer: „Jedna z najważniejszych cech wojny, odróżniająca ją od innych plag ludzkości, polega na tym, że ludzie w nią uwikłani są nie tylko ofiarami, lecz także sprawcami. W każdej wojnie ludzie giną, zabijani z wszelką możliwą do wyobrażenia brutalnością, i giną wszelkiego rodzaju ludzie, bez względu na wiek, płeć lub kondycję moralną”.

Mimo to, ludzie nie potrafią żyć bez wojny, wykluczyć jej jako środka w rozwiązywaniu konfliktów politycznych. Brak odpowiedzialności człowieka w tej kwestii widać dokładnie od drugiej połowy XX wieku, kiedy rozwój technicznych narzędzi wojny osiągnął taki stopień, że wojna stała się przedsięwzięciem zupełnie nieopłacalnym i ryzykownym. Pomimo tego, główne mocarstwa postawiły sobie zadanie: wynaleźć takie możliwości, formy, procedury polityczne i wojskowe, aby stworzyć szanse zwycięstwa, przy jednoczesnym wykluczeniu perspektyw wzajemnego, totalnego zniszczenia – podkreśla J. M Gavin w „Wojnie i pokoju w erze przestrzeni międzyplanetarnej”. Scenariusz takich wojen jest realizowany w ostatnich dziesięcioleciach – jest to zimna wojna, każdego z każdym.

Mamy do czynienia z nieodpowiedzialnymi siłami międzynarodowymi lub wewnętrznymi opcjami politycznymi dążącymi do wojny, które prowadzą propagandę w stosunku do narodów i państw w taki sposób, aby wywołać w nich agresję wobec innych. Systematycznie dostarczają półprawd dezinformujących ludzi o rzeczywistości, z premedytacją mobilizują społeczeństwo do wojny domowej, czy też agresji wobec innego państwa.
Za pomocą przekazu informacyjnego niszczą zdolności ludzi do świadomego i racjonalnego formułowania postulatów politycznych i pokojowych zachowań wobec innych.
Przekaz ten przekształca społeczeństwa w tłum gotowy do ślepych działań i czynów, zarówno zbrodniczych wewnątrz kraju, jak i agresji wobec innych podmiotów. Mechanizm manipulacji jest wyjątkowo agresywny, gdy system polityki światowej zdominowany jest przez jednobiegunowe mocarstwo (sojusz polityczno-wojskowy), czy też jedną ideologię lub władzę.

Wojna o „pokój”

Każda wojna potrzebuje fałszywych mitów i faktów. Społeczeństwa są indoktrynowane wojenną propagandą i izolowane od rzeczywistych motywów decyzji politycznych swych przywódców. Zgodnie z przekazem medialnym elit, agresywna wojna wybucha w słusznej sprawie  - w celu „wyeliminowania zagrożenia dla pokoju”. W ostatnich latach - jako sposób na zaprowadzenie sprawiedliwości, wolności i demokracji, o humanitarne ideały, np. w imię „wyegzekwowania praw człowieka”.
W tym celu dominujące państwa promują standardy bezpieczeństwa, które są przedstawiane jako punkt odniesienia przy wszelkiego rodzaju klasyfikacjach i porównaniach. Nadają im charakter uniwersalności, a także promują jako wzór do naśladowania.

W kwestii przebiegu i skutków działań wojennych światowa opinia publiczna jest z premedytacją utrzymywana w niewiedzy. Obraz wojny przekazywany opinii publicznej ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Docierające do ludzi obrazy są filtrowane i preparowane tak, aby winowajcami były ofiary, a oburzenie społeczne nie obracało się przeciw sprawcom wojen, (które w konsekwencji generują zagrożenia asymetryczne, powodujące zamęt i strach), ale przeciw ofiarom, zdesperowanym walczyć o swoją godność i prawa (ocena moralna wojny nie jest wyznaczana przez działania żołnierzy, lecz przez opinię ludzkości).

Wątpliwości mogą budzić tzw. wojny prewencyjne. Rodzą się pytania, czy do obrony niezbędna jest agresja i co to jest wojna prewencyjna z punktu widzenia konfliktów w ostatnich dziesięcioleciach? Czy jest to:

- wojna o nieokreślonych celach przeciwko potencjalnym „wrogom” na każdej ziemi – jak w przypadku wojny z terroryzmem;

- atak odpowiadający na odległe w czasie zagrożenie, będący przedmiotem przewidywania i wolnego wyboru – jak w przypadku agresji na Irak;

- „operacja pokojowa” wobec chaosu wywołanego poprzez kolorową rewolucję oraz sprowokowanego kryzysu i wojny – jak w przypadku byłej Jugosławii, czy państw Afryki Północnej;

- „sprawiedliwa”, „ostatnia” krucjata (podbój) po to, aby położyć kres wszystkim wojnom i doprowadzić do nowej szczęśliwszej ery w historii ludzkości, czy po prostu

- pretekst do rozszerzania swoich wpływów i władzy przez podmioty kierujące się rządzą panowania, mające ambicje dominowania w regionie lub nad całą planetą, a jednocześnie zyskowne przedsięwzięcie dla wybranych klas społecznych, państw, sojuszy, czy transnarodowych korporacji i/lub grup interesu.

Nie można mówić o odpowiedzialności, gdy prowadzi się wojnę pozbawioną przedmiotu i celowości, motywując to potrzebą zwalczania zagrożeń, które jeszcze nie wystąpiły, lub mają charakter wirtualny, gdy traktuje się wojnę zapobiegawczo, jako karę dla potencjalnych sprawców zagrożeń (i dowodzeniem a posteriori, że nie mogliby oni być niewinni). Niektórzy aktorzy polityki światowej określają takie swoje działania sloganem „odstraszanie”, którego istota została wypaczona. To, o czym się mówi jako odstraszanie jest – ze względu na charakter działań i stosunki sił – zastraszaniem, przyjmującym tak drastyczny charakter, że zostało określone mianem doktryny wojennej „Szok i przerażenie” (p. N. Klein – „Doktryna szoku”)

W tej sytuacji marzenie o wojnie, która położy kres wszystkim wojnom w odległej epoce jest wyrazem skrajnej nieodpowiedzialności, a tłumaczenie polityków, że chcą doprowadzić do powszechnego pokoju, jednak nie mają innego wyjścia jak tylko prowadzić tzw. słuszną wojnę, jest zabiegiem propagandowym. Nie ziści się stan wolny od wojen, póki – jak twierdzi M. Walzer - nie pokonamy ostatecznie sił zła, nie uwolnimy ludzkości na zawsze od żądzy podboju i panowania. Wojna użyta w tym celu jest jednym z najgorszych, jak nie najgorszym narzędziem.

Manipulowanie słowem

Słowa R. Arona, że „broń psychologiczna, spoczywająca zarówno w rękach rewolucjonistów, jak i sił broniących istniejącego porządku wymierzona jest we wszystkich, bo mierzy w każdego człowieka z osobna” oddają istotę włączenia całej społeczności światowej w wojnę informacyjną między głównymi podmiotami polityki światowej.

Tu warto zastanowić się nad kwestią: jak rozumieć odpowiedzialność za słowo w warunkach wojny informacyjnej, gdzie standardem jest manipulacja społeczeństwem przez podmioty polityki światowej wykorzystujące najnowsze techniki dezinformacji? Aby na to odpowiedzieć, można rozważania zawęzić do obszaru wojny informacyjnej określanego jako dezinformowanie – celowe i zamierzone manipulowanie świadomością.

Punktem wyjścia jest wyjaśnienie słowa „manipulacja”. Oznacza ono kształtowanie poglądów, postaw, zachowań lub emocji bez wiedzy i woli człowieka. Jest to metoda zakamuflowanego oddziaływania na świadomość oraz zachowania jednostek i grup społecznych dla realizacji określonych przez nadawcę celów. Manipulacja według J. Kosseckiego to sterowanie ludźmi wbrew ich interesom, jak również wbrew ich woli, natomiast według P. Hahne, to sterowanie cudzym postępowaniem w celu osiągnięcia osobistych korzyści, przy czym osoba manipulowana nie zdaje sobie z tego sprawy.
Manipulowanie świadomością jest narzędziem narzucania swojej woli ludziom poprzez programowanie ich zachowania. Pojęcie to ma negatywne znaczenie etyczne, kojarzone jest z kłamstwem, oszustwem, intrygą, ingerencją w procesy myślowe i decyzyjne w celu osiągnięcia korzyści kosztem obiektu poddanego takim zabiegom.

W tej grze większość narratorów szuka synonimów słowa „kłamstwo”. Robione to jest w celu, by przeciętny człowiek był jeszcze bardziej zdezorientowany. Pojęcia kłamstwa, fałszu i manipulacji są zastępowane słowem „postprawda”, oznaczającym trudne do weryfikacji, świadome kłamstwo wykorzystywane dla celów propagandowych i politycznych oraz „półprawda”, które sprowadza się do wypowiedzi i twierdzeń, których celem jest nie skłamać, ale i prawdy nie powiedzieć.
Słowo „dezinformacja” oznacza np. wpuszczanie obok informacji prawdziwej, (ale niekorzystnej), kontrinformacji, mającej neutralizować wpływ tej pierwszej, lub rozpowszechnianie zmanipulowanych, czy nieprawdziwych informacji w celu skłonienia ich odbiorców do określonych zachowań na korzyść dezinformującego.
S. Kisielewski, charakteryzując sytuację medialną stwierdza: „Niepełna, niecałościowa informacja, czyli dezinformacja, czyli w rezultacie kłamstwo praktykowane na co dzień, wrasta nam w krew, staje się drugą naturą, ba, nieraz wręcz powinnością moralną czy narodową”.

Powyższe treści wskazują, że społeczeństwa, podmioty polityki światowej które nie umieją operować informacją, analizować jej, wyciągać wniosków itd. narażone są na manipulację, stają się obiektem dezinformacji. Tu można postawić pytanie, jakie są podstawowe warunki zapewniające społeczeństwu w sytuacji zmasowanej wojny informacyjnej zrozumienie zachodzących procesów oraz przyjęcie właściwej postawy w kwestiach odpowiedzialności za bezpieczeństwo? Do najważniejszych można zaliczyć wiedzę nt. współczesnej polityki bezpieczeństwa oraz znajomość procesów zarządzania bezpieczeństwem, a także umiejętność docierania do faktów, właściwego ich rozumienia i interpretowania.

W warunkach wszechobecnej infokomunikacji oraz masowej komunikacji zindywidualizowanej, gdzie społeczeństwo zostało poddane mniej lub bardziej racjonalnym wpływom, problemem jest percepcja społeczna zachodzących zjawisk. Kształtowanie opinii publicznej przy wykorzystaniu efektywnych narzędzi przekazu – technologii informacyjnych - przez wybrane podmioty, grupy interesu dla osiągnięcia konkretnych celów stwarza zagrożenie prawidłowej oceny okoliczności, zrozumienia mechanizmów rządzących społeczeństwem oraz podejmowania decyzji.

Informacje o najważniejszych wydarzeniach w świecie, w tym na temat bezpieczeństwa, można przekazać odbiorcom w formie totalnie zmanipulowanej i zakłamanej, popierając je spreparowanym, propagandowym materiałem filmowym.
J. Baudrillard, opisując sposoby przekazywania informacji nt. wojen pisze: „To, czego jesteśmy świadkami, siedząc w naszych fotelach w stanie całkowitego osłupienia, nie jest „jak film” – to jest film./…/ W rezultacie wojna staje się gigantycznym efektem specjalnym, kino staje się paradygmatem wojny, a my wyobrażamy ją sobie jako „rzeczywistą”, podczas gdy jest ona jedynie lustrem swego filmowego istnienia”. A U. Eco dodaje: „Wojna Nowego Typu stała się do tego stopnia produktem medialnym, że Baudrillard mógł paradoksalnie powiedzieć, iż nie miała ona miejsca, a jedynie została pokazana w telewizji”.
Dodatkowo, poprzez zasypywanie społeczeństw, odpowiednio dozowanymi pseudoproblemami i sensacjami obyczajowymi, tworzenie sztucznych dylematów, manipulowanie emocjami i „strachem” sprawia, że ukrycie tego, co się dzieje w świecie, co najważniejsze, nie jest problemem.

Polityka iluzji

W tych okolicznościach podstawowym kryterium zrozumienia zjawisk i procesów jest dotarcie do faktów, zdobycie o nich realnej wiedzy. To w warunkach „względności faktów” – dla konsumentów chaosu informacyjnego, bezkrytycznych odbiorców, przeciętnych obserwatorów polityki światowej, w tym jej aspektów bezpieczeństwa – jest często niemożliwe. Fakty te, w ramach polityki informacyjnej podporządkowanej realizacji konkretnych celów przez podmioty stosunków społecznych oraz ze względu na charakter działania mass mediów są w znacznym stopniu zniekształcane.

Mimo, że domeną funkcjonowania człowieka jest przestrzeń informacyjna, w której dane o wydarzeniach są natychmiastowe – nie zawsze wiedza o faktach jest kompletna i wystarczająca. Możliwość korzystania z transmisji ośrodków medialnych operujących niemal na całym świecie i przekazujących informacje w czasie rzeczywistym w oparciu o własną optykę sprawia, że dochodzi do zwielokrotnienia punktów widzenia.
Trzeba jednak pamiętać, że bogactwo informacji jest przyczyną ubóstwa uwagi. W konsekwencji, np. w przekazie nt. złożonej i niebezpiecznej sytuacji międzynarodowej, dostające się do obiegu informacje są zniekształcone, a ich ilość nie pozwala na racjonalną ocenę. W skrajnym przypadku to nie fakty generują informacje, a informacje tworzą wirtualne zjawiska, które są utrwalane w świadomości społecznej jako zdarzenia. Przy ich formułowaniu wiąże polityków racja stanu, interes, co pociąga za sobą konieczność mówienia jednym głosem, oraz stosowania zasady poprawności politycznej. S. Benet-Weiser stwierdza: „Telewizyjne serwisy informacyjne – dla większości ludzi główne źródło wiadomości – są inscenizowane jako rozrywka, kreując „politykę iluzji”. Jak widać, media dają politykom nieograniczone możliwości oddziaływania na opinię publiczną w skali globalnej.

Jak w tej sytuacji człowiek, winien postępować? Walka z faktami jest pierwszym przejawem głupoty. Używający tego narzędzia są z merytorycznego punktu widzenia na przegranej pozycji. Kiedy myślenie obywateli jest stymulowane w kierunku umiejętności odbierania kłamliwych informacji, tworzących w zbiorowej świadomości pożądaną „wirtualną rzeczywistość”, sprawą najwyższej wagi staje się zidentyfikowanie ciągu kłamstw i rozszyfrowanie autentycznej logiki zdarzeń, faktów, które mają miejsce.
Metodyka pracy powinna opierać się na umiejętności czytania i poszukiwania wiedzy z wiarygodnych i sprawdzonych źródeł. Ich zróżnicowanie pozwoli poznać skrajne punkty widzenia, a głębsza wiedza na wybranie tych faktów, które najbardziej odpowiadają rzeczywistości i wpisują się w logikę zachodzących procesów. Zdrowy rozsądek, pozwoli nazywać rzeczy po imieniu i stworzy podstawy do rzetelnej oceny sytuacji.

Konkluzje, czyli o hedonizmie

Człowiek poddany oddziaływaniu informacyjnemu jest coraz mniej przywiązany do „prawdy”, a coraz bardziej nastawiony na korzyści zapewniające mu hedonistyczne funkcjonowanie we współczesnym świecie. Świat nie został uwolniony od zagrożeń, w tym tych, których sprawcą jest człowiek; problem ich postrzegania i oceny staje się coraz bardziej dwuznaczny.
Tu pojawia się przerażający fenomen – ukryty za sukcesem medialnego oddziaływania na człowieka i prowadzoną wobec niego walką psychologiczną. To zatrata przez rządzących odpowiedzialności za ład w polityce światowej i za słowo w narracji dotyczącej sytuacji międzynarodowej. Prowadzi to do manipulacji świadomością społeczności światowej oraz kształtowania jej obojętności w sprawie odpowiedzialności za bezpieczeństwo w świecie.

Zbigniew Sabak

Autor jest profesorem Państwowej Szkoły Wyższej w Białej Podlaskiej.

Od Redakcji:
Powyższy tekst jest skróconą wersją artykułu złożonego do opublikowania w czasopiśmie „Przyszłość - świat – Europa – Polska”. Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od redakcji SN. Jego pierwsza część ukazała się w numerze 5/17 SN - Gdy zło nazywa się dobrem

 

 

Z etyką na bakier

Utworzono: środa, 22 lipiec 2015 Anna Leszkowska

Z prof. Maciejem Grabskim, wiceprzewodniczącym Komisji ds Etyki w Nauce przy PAN rozmawia Anna Leszkowska
 
grabski- Panie profesorze, od naszej ostatniej  rozmowy dotyczącej etyki* w nauce minęło 6 lat, tymczasem ze sprawozdań Komisji ds. Etyki w Nauce wynika, że od tamtego czasu niewiele się zmieniło...  

- Tamta rozmowa odbyła się na kilka miesięcy przed uchwaleniem nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, kiedy ministrem nauki była prof. Barbara Kudrycka.
Mocą tej ustawy powołano Komisję ds Etyki w Nauce i  ulokowano ją przy PAN, acz Komisja nie jest częścią Akademii. Jej członków – 7 osób - wybiera jednak Zgromadzenie Ogólne PAN.
Moim zdaniem, nie jest to rozwiązanie najlepsze, gdyż członkowie takich komisji jak etyki czy stopni i tytułu naukowego nie powinni pochodzić  z wyboru, tylko z nominacji, bo ważne jest zarówno duże doświadczenie członków jak i ich profil specjalizacyjny. Tak się złożyło jednak, że  w obecnej, drugiej już kadencji tej komisji wybrano do niej  taki sam skład jak poprzednio, co jest korzystne, bo tych zagadnień trzeba się nauczyć.

Wiele osób uważa, że jest to jakaś superkomisja dyscyplinarna. Tymczasem tak nie jest. To czym jest Komisja ds. Etyki w Nauce najlepiej zdefiniował jej  przewodniczący prof. Zoll, porównując ją do Sądu Najwyższego.
Działamy w oparciu o Kodeks Etyki Pracownika Naukowego, którego opracowanie było pierwszym zadaniem Komisji. Kodeks ten został następnie zatwierdzony  przez Zgromadzenie ogóle PAN i obowiązuje zarówno uczelnie wyższe, jednostki PAN i instytuty badawcze. Nie prowadzimy śledztw, ani nie ferujemy wyroków, a jedynie odnosimy się do pytań stawianych przez komisje dyscyplinarne w zakresie interpretacji zapisów Kodeksu. Opinie te są dla nich obowiązujące przy wydawaniu orzeczenia.


- Ale niezadowoleni z werdyktów tej komisji szukają obejść poprzez inne komisje do spraw etyki..

- Bo w sprawach dotyczących przestrzegania zasad dobrej praktyki badań naukowych w Polsce panuje  bałagan organizacyjny. Na przykład, na uczelniach istnieją komisje dyscyplinarne, które zajmują się zarówno sprawami dyscypliny pracowniczej, ale również i wykroczeniami w zakresie etyki w nauce, tyle że działają wtedy w innym składzie. Ale o ile w sprawach dyscyplinarnych,  związanych ze sprawami pracowniczymi,  szczeblem odwoławczym jest Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, tak w przypadku komisji etycznych ustawa nie przewiduje jednoznacznie możliwości odwołania.
Nasza komisja nie jest komisją odwoławczą, bo takowej nie ustanowiono prawnie. Można się odwołać chyba tylko do ministra. To jest defekt.

W kolejnej nowelizacji tej ustawy, która obowiązuje od 2014 roku, wprowadzono nową instytucję - kolegium rzeczników dyscyplinarnych, bardzo liczne ciało. Jednak nie bardzo jest jasne, jaka jest jego rola, tym bardziej, że częściowo jego zadania nakładają się na te, które posiada Komisja ds. Etyki w Nauce. Bo kto to jest rzecznik dyscyplinarny? Pełni on rolę prokuratora, tym samym nie może pełnić roli orzekającej, bo to jest rola komisji dyscyplinarnych. Nie można mylić jednego z drugim, jednak z rozporządzeń nie wynika jasno, jaka jest droga postępowania.
Wydaje mi się, że koncepcja ta jest niedopracowana, bo mimo wielu lat dyskusji nie ma jasności jak jednoznacznie rozwiązać - wydawałoby się prosty  problem - procedowanie spraw o naruszenie zasad etyki w badaniach naukowych. A zrobiono to przecież w innych krajach.

Komisja jest ponadto miejscem, do którego trafiają pokrzywdzeni - przedstawiają nam swoje problemy, a my możemy - jeśli jest to uzasadnione - zwrócić się do rektora czy dyrektora instytutu o wszczęcie postępowania wyjaśniającego. I robimy to dość często, bo skarg jest coraz więcej – prawdopodobnie dlatego, że ludzie wiedzą, iż jest się do kogo zwrócić w takich sprawach.
Ludzie przychodzą z różnymi problemami, niekoniecznie związanymi z etyką: personalnymi, konfliktów, mobbingu, wszelkich nieprawidłowości w procedurach doktoryzowania i habilitowania.
Im dalej od Warszawy i im mniejsza uczelnia - tym jest gorzej. Pokrzywdzeni doktoranci, kradzieże intelektualne, wszystko co najgorsze –  jak to się czyta, to robi się smutno, bo nauka winna być elitarna, a tak nie jest. Co prawda, jeszcze nie mieliśmy w Polsce dużego skandalu związanego z oszustwami naukowymi, ale z rozkładu Gaussa wynika, że one są, tylko nie ulegają wykryciu, gdyż prawdopodobnie wrażliwość na takie przypadki jest niewielka. Dzisiaj największym skandalem jest afera grantowa na Politechnice Wrocławskiej **– z wielkimi nazwiskami w nauce, ale ma ona charakter kryminalny i toczy się w tej sprawie proces. Ale ta sprawa ma również aspekt etyczny, gdyż stanowi jawne naruszenie wszystkich obowiązujących zasad dobrej praktyki naukowej, a więc niezależnie od postepowania sądowego będzie musiała podlegać procedurze dyscyplinarnej.


- Wydaje się, że w nauce polskiej większym problemem są jednak bardzo liczne plagiaty niż jedna afera na ok. 2 mln zł…

- Tych naruszeń w nauce jest dużo, ale akurat plagiaty nie stanowią dla nas większego problemu, bo dla tych przestępstw istnieje droga prawna, mimo iż często się zdarza, że uczelnie zamiatają te sprawy pod dywan. Najpoważniejszymi sprawami, które w Polsce jak dotąd nie wychodzą na światło dzienne są oszustwa naukowe. Najbardziej groźne są one w naukach doświadczalnych, bo w humanistyce niewiele można nakłamać i najpowszechniejszym przewinieniem są tam, jak wspomniałem, plagiaty. W dodatku na nauki doświadczalne idą ogromne pieniądze. Ale żeby skazać w sądzie kogoś o oszukiwanie w badaniach, trzeba wykazać, że ktoś z tego powodu ucierpiał. Bo skoro jest oszustwo, to musi być i pokrzywdzony. Tymczasem kto jest pokrzywdzony przez oszustwo naukowe? Nikt! Na świecie przyjęto więc doktrynę, że jest ono traktowane jako sprzeniewierzenie pieniędzy przeznaczonych na realizacje  badań.

- Czyli przestępstwo gospodarcze.

- Jest to niedotrzymanie kontraktu. Ale w przypadku oszustwa naukowego pojawia się problem z jego wykryciem. Nie jest to łatwe i najczęściej zdarza się dlatego, że ktoś z najbliższego otoczenie zauważa nieprawidłowość. Czasami to się udaje – jak np. zdemaskowanie wielkiego oszustwa fizyka Jana H. Schöna, czy biotechnologa  Hwang Woo-Suk, które wywołały oddźwięk w prasie całego świata. Demaskatorzy robią to z dobrej woli, z dbałości o własne otoczenie, ale zazwyczaj płacą za to najwyższą cenę, bo środowisko uważa ich za zdrajców. Oni ponoszą bardzo dużą odpowiedzialność, stąd stworzono cały system, aby takich sygnalistów chronić. W Polsce tego nie ma, nie znam nawet takiego przypadku, żeby ktoś złożył zawiadomienie o oszustwie naukowym.

- Jednak w aferze wrocławskiej takie zawiadomienie było…

- Afera wrocławska dotyczy jednak  pieniędzy, nie badań naukowych. U nas ciągle obowiązuje zmowa milczenia w takich sprawach, choć warto tu byłoby zacytować Norwida: nie ten zły ptak co własne gniazdo kala, lecz ten co gadać o tym nie pozwala.
Częścią sprawy prof. Adama J. z Politechniki Wrocławskiej było stworzenie przestępczej zmowy kilku profesorów, której celem było ukaranie osoby, która zdemaskowała proceder oszustwa grantowego, przedstawiając sprawę policji. Za to postanowiono tej osobie uniemożliwić uzyskanie habilitacji. Policja w trakcie śledztwa zebrała ogromną ilość materiału dowodowego (m.in. e-maile), kompromitującego szereg znanych osobistości i rzucającego cień na ich postawę etyczną jako naukowców.

Pierwszą narzucającą się więc sprawą byłby wniosek o pozbawienie ich członkostwa w PAN.  Ale jak to zrobić, jeśli nie ma wyroku sądowego? Można byłoby zawiesić ich w prawach członka PAN, ale do tego musi być orzeczenie komisji dyscyplinarnej w ich instytucjach, zaakceptowane przez  Zgromadzenie Ogólne PAN.  Jako Komisja niewiele w tej sprawie możemy zdziałać, dopóki nie będzie prawomocnego wyroku sądowego, a na to być może przyjdzie długo czekać.
Jedyne więc, co mogliśmy zrobić, to wysłać pismo do wszystkich rektorów uczelni, w których pracują pozostali zamieszani w sprawę profesorowie z prośbą o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. Rektor Politechniki Wrocławskiej zareagował bardzo szybko, gdyż gdy policja zaaresztowała prof. Adama J., również polecił wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Co z innymi – nic jeszcze nie wiadomo.  

- Ich nazwisk też nie można ujawnić, jeśli sprawa jest w toku.

- No właśnie.


- W sprawozdaniu Komisji za 2013 rok jest informacja, że Komisja wypracowała tylko 16 stanowisk. Czyli spraw dotyczących etyki nie było zbyt dużo?

- Istotnie, nie było jeszcze zbyt wielu spraw, bo był to drugi rok pracy Komisji. W dodatku większość spraw odsyłaliśmy do właściwych komisji w jednostkach, czy rektorów. Poważnych spraw pojawiło się więcej dopiero w 2014 roku, a w tym roku będzie pewnie jeszcze więcej.

- One dotyczyły głównie naruszenia praw autorskich i norm etycznych naruszanych przez recenzentów?

- Niestety, te dwie sprawy są ciągle najliczniejsze. Interesowne, nieuczciwe recenzje to najczęstsze po plagiatach sprawy, z jakimi się komisja spotyka. Jeśli ktoś z jakichś powodów nie lubi autora pracy, to nie ma co liczyć na rzetelną recenzję od niego. Na przykład, w sprawie wrocławskiej było tak, że prof. Adam J. pisał do wyznaczonych recenzentów - swoich kolegów - co mają zawrzeć w recenzji pracy, którą chciał utrącić, aby ją zdyskwalifikować, a ci się na to godzili. Coś jest popsute w polskiej nauce u korzeni. Nie wiem jak to naprawić, choć na pewno naprawić trzeba ludzi.

- Za to najlepiej Komisja radziła sobie w takiej sprawie jak wykorzystywanie autorytetu naukowego przy wypowiadaniu się poza obszarem własnej specjalności...

- O, tak. Mamy dziesiątki przykładów potwornej głupoty, począwszy od sprawy smoleńskiej. Ale ci ludzie dostali kiedyś profesury…

- Bo kiedyś uważano, że profesor zna się na wszystkim...

- Przed wielu lat profesor był w stanie znać się na całej swojej dziedzinie, a teraz, w wyniku niesłychanego wyspecjalizowania całej nauki, coraz częściej staje się wąskim zawodowcem, a nawet rzemieślnikiem i nie może się znać na wszystkim. Nie ma nic złego w  tym, gdy wypowiada się on w sprawach ważnych, ale ogólnych. Natomiast gdy zabiera publicznie głos w sprawach poza zakresem swojej profesjonalnej kompetencji, to nie tylko  kompromituje siebie, ale również nadwyręża autorytet nauki. Stanowisko Komisji Etyki w tej sprawie było jednoznaczne, ale ogólne, mówiliśmy o narastającym problemie, a nie o konkretnych sprawach. Tymczasem minister nauki wykorzystała nasze stanowisko do celów politycznych, co miano nam za złe.

- Po Smoleńsku bowiem obie strony miały swoje komisje i swoich profesorów od katastrofy – jak  rozpoznać, którzy są ważniejsi?

- Trzeba pamiętać, że nauka opiera się na kontrowersjach. Cała nauka to spór koncepcji. Wspólne są tylko metody dochodzenia do prawdy – poprzez twarde fakty, dowody. To od zawsze działa i sprawdza się. Ale w momencie, kiedy  my to zrelatywizujemy, przestaje działać, tego nie ma. Kiedy historyk wypowiada się na temat mechaniki, to ja wiem, co mam o tym myśleć, ale co ma myśleć pan Felek?  Pisałem kiedyś o tym, że uczony, który miesza się w politykę robi to na własną odpowiedzialność. Jeśli nie przedstawia się jako ekspert, to w porządku, ale kiedy służy określonej ideologii, to szkodzi i sobie, i całemu środowisku.

- Może tu grają rolę bardziej względy finansowe? Część ludzi nauki tworzy wyniki badań pod zamówienie.

- Pewnie tak, ale to wtedy już jest korupcja intelektualna. To bardzo poważny problem, bo wielkie obszary nauki zostały skomercjalizowane przez międzynarodowe koncerny. Przykładem są firmy farmaceutyczne, które mają gigantyczne pieniądze i nie wiadomo, co jest uczciwe, a co nie. U nas to jest powszechne, bo środowisko jest małe, a koncerny są potężne, pieniądze płyną szeroką rzeką...

- Ale też jakoś nikt ze środowisk opiniotwórczych głośno nie grzmi, nie potępia takich praktyk. W Europie obowiązują pewne standardy etyczne w badaniach naukowych prowadzonych przez koncerny farmaceutyczne, ale u nas nie. U nas nawet nie można wyegzekwować przyznania się do konfliktu interesów...

- Są u nas tacy, którzy z tym zjawiskiem walczą publicznie,  jak np. prof. Andrzej Górski, ale to niełatwe zadanie, bo wciąż, niestety, jesteśmy prowincjonalnym krajem, obarczonym przeszłością, z wysokim przyzwoleniem społecznym do nieuczciwego postępowania. Żeby się z tego wyrwać, trzeba pokoleń.
- Jest jeszcze inna sprawa, na którą Komisja ds. Etyki w Nauce zwracała uwagę: liczba młodych ludzi, naruszających zasady etyki rośnie. Czy jest to zjawisko pokoleniowe, czy wynika z rosnącej liczby młodych w nauce?


- Na pewno to drugie. Jedyną sprawdzoną drogą kariery naukowej jest formowanie intelektualne w otoczeniu mistrzów. Anonimowe studia doktoranckie tego nie zapewniają. Jedna ze stypendystek Fundacji na rzecz Nauki Polskiej po powrocie ze stażu w Stanach Zjednoczonych powiedziała mi, że największą odniesioną przez nią korzyścią było to, że nauczyła się tam systemu postępowania dla zapewnienia jakości i rzetelności prowadzonych badań, oraz tego, co należy zrobić, aby publikacja kierowana do druku odpowiadała najwyższym standardom. Bo o tym na swoim polskim uniwersytecie nigdy nie słyszała. A jest to podstawa do sukcesu w nauce. U nas takiego podejścia do doktorantów brakuje.

 

- A jakie są kary w Polsce w przypadku sprzeniewierzenia się zasadom etyki?

 

- Są trzy podstawowe rażące przewinienia w badaniach naukowych wymienione zarówno Kodeksie Etyki Pracownika Naukowego, jak i we wszystkich podobnych do niego dokumentów w innych krajach: fabrykowanie  i  fałszowanie wyników oraz plagiat (tzw. FFP).  Jeśli chodzi o plagiaty, a więc naruszenia własności intelektualnej, to należą one do przestępstw i powinny być rozstrzygane na drodze sądowej. Pozostałe sprawy rozpatrywane są zazwyczaj przez powołane w tym celu instytucje działające wewnątrz jednostek oraz agencje przyznające granty. Kary polegają zazwyczaj na ograniczeniu dostępu do pieniędzy publicznych, w skrajnych przypadkach nawet dożywotnio. Najłagodniejsze z nich to poddanie pracy obwinionego dozorowi. I to są bardzo skuteczne metody, bo naukowiec, jeśli nie ma dostępu do grantów przestaje się liczyć, gdyż placówka naukowa nie ma z niego żadnego pożytku. W USA taki naukowiec praktycznie przestaje istnieć w swoim zawodzie. I ludzie się tego boją. 

W Polsce takie kary nie są orzekane, być może dlatego, że jak dotąd, jak mówiłem, takie wykroczenia nie był ujawniane. Najwyższą karą przewidzianą w ustawie o szkolnictwie wyższym to  zakaz pracy w uczelniach, natomiast w ustawie o PAN najwyższą karą jest nagana. Ja uważam, że za najcięższe przewinienia przeciw rzetelności w nauce zawsze powinno być wykluczenie z pracy naukowej, bo nauka z zasady musi być uczciwa. Jeśli z badań wychodzi co innego, a coś innego się pisze, to ewidentne oszustwo. Tyle, że takiego przypadku w Polsce nie mieliśmy - przynajmniej nic o tym nie wiemy.

- Ale w badaniach medycznych granica między działaniem etycznym i nieetycznym może być cienka, niekiedy rozmywa się. Tutaj racje bywają rozłożone między za a przeciw.

- Problem polega na pewności moralnej. Bo kiedyś mówiono, że nauka w znaczeniu etycznym jest neutralna, nie może być ani zła, ani dobra,  bo to zależy od tego, kto ją wykorzystuje. Może ją wykorzystać z pożytkiem dla ludzi, bądź przeciw ludziom. Ten pogląd jest jednak już passé.
Teraz coraz częściej mówi się o społecznej odpowiedzialności i tzw. dual use of science -  że te same badania mogą być używane w celach dobrych, albo wrogich człowiekowi. I tutaj sprawa jest nie do rozwiązania, bo o ile na uczelniach publicznych można jeszcze to kontrolować, to tam, gdzie badania są komercyjne, z kontrolą społeczną jest gorzej i nikt nic nie wie.
W tej chwili w przepisach, które są na świecie – ale i u nas, choć u nas nie ma ciała, które by to egzekwowało – jest tak, że surowe wyniki badań doświadczalnych muszą być przechowywane przez 6 lat po opublikowaniu badań, także próbki. Jeżeli tego się nie robi, to jest naruszenie zasad. My pod tym względem jesteśmy niechlujni i nie dorośliśmy do świata. Tej dziury mentalnej – i nie tylko mentalnej - nie da się  zasypać w jednym pokoleniu, bo nawyki ludzkie są dość trwałe.
Dziękuję za rozmowę.

 

* Etyka na papierze, SN nr 6-7/09  

**http://www.fakt.pl/wroclaw/naukowcy-wyludzili-blisko-1-8-mln-zl-jest-akt-oskarzenia,artykuly,539864.html

http://wpolityce.pl/kryminal/231288-afera-na-wroclawskiej-politechnice-naukowcy-podejrzani-o-wyludzenia-i-plagiaty          

Our website is protected by DMC Firewall!