Religioznawstwo (el)

Esencjalizm - wrota fundamentalizmu religijnego

Utworzono: środa, 22, lipiec 2015 Radosław S. Czarnecki

Wspólnotę (…) należy rozumieć

jako płaszczyznę dyskursu, a nie

empiryczny punkt odniesienia.

Chantal   Mouffe

 
Czarnecki-do zajawkiEsencjalizm aktualnej i modnej proweniencji, promowany zarówno ideowo przez postmodernistów jak i neokonserwatystów,  zakłada „harmonijne pogodzenie religijności z wolnością, którego nie potrafił osiągnąć nowoczesny humanizm ograniczający zarówno religię ludzi jak i społeczeństw, jak i ich potencjał gospodarczy” (G. Corm – „Religia i polityka w XXI wieku”). System ów umożliwia człowiekowi (zdaniem zwolenników tej praktyki) skonsumowanie moralności i religii z polityką i  zagadnieniami społecznymi.
Ta amerykańska wersja konglomeratu idei niezupełnie do siebie przystających (przyjęta jako powszechnie obowiązująca political correctness) razi przede wszystkim naiwnością i zwyczajnym, wańkowiczowskim, „chciejstwem”. Mimo to, została spopularyzowana i  rozpowszechniona – wedle postmodernistycznego sznytu – także w Europie. Dziś ten sposób opisu świata i procesów w nim zachodzących jest uznany za jedynie prawdziwy i wyłącznie możliwy do przyjęcia.    

Esencjalizm (pozostający w zdecydowanej opozycji wobec  fenomenalizmu, ale też materializmu, dialektyki, historycyzmu czy ewolucjonizmu) to, ogólnie rzecz biorąc,  pogląd twierdzący, iż pod powierzchnią danego zjawiska ukrywa się właściwa, esencjonalna rzeczywistość. To jest teza wyraźnie idealistyczna, platońskiej proweniencji (a tym samym leżąca u źródeł każdego monoteizmu), określająca esencję jako coś niezmiennego, wiecznego, ponadmaterialnego.
Zgodnie z tą koncepcją, istnieją elementy natury (także  w człowieku), które nie podlegają najszerzej pojętej ewolucji, zmianom, tym samym – postępowi i rozwojowi. Tym samym esencjalizm wpisywać się musi w kolejny konflikt (nie tylko świeckość i laicyzm kontra religianctwo i upolitycznienie wierzeń religijnych), będąc w nim stroną: nacjonalizm jako tradycja Europy narodów i państw narodowych (czy inaczej: także religijna wspólnotowość) vs humanistyczny kosmopolityzm.    

Ów esencjalizm ma w swym zamyśle zastąpić wspomniany już kosmopolityzm, wypływający bezpośrednio z najszerzej pojmowanego humanizmu.  Stąd na czele dyskursu toczonego w tej materii stawiana jest wolność (jako pooświeceniowa, ale jedyna i naczelna wartość), jednak wypreparowana z pozostałych dwóch segmentów triady oświeceniowej: liberte – fraternite – egalite.

Wolność, równość i braterstwo


Sama wolność  (liberte) bez pozostałych ogniw tej triady jest po części kulawa, ślepa i głucha. Czyli ułomna. Tak pojmowaną wolność  sprowadzono współcześnie do „wolności zakupów”, albo do ciągle poszerzanej dostępności  nowotworzonych, coraz bardziej wyszukanych, dóbr konsumpcyjnych (reklamowanych przez totalne media).

Braterstwo i równość celowo się pomija lub sprowadza do retorycznych i pustych sloganów. Bo triada w swym pełnym zestawie ma moc rewolucyjną, burzącą (ale i tworzącą zarazem nową jakość). Nad wszystkim zaś króluje – próbując spacyfikować idee i nadzieje wynikające z braterstwa i równości, rzucając  złowieszczy cień na mentalność ludzi, ich świadomość, reakcje i postawy - „niewidzialna ręka rynku”  i związana z nią wszechwładna komercjalizacja.

Równość i braterstwo to oprócz wolności te elementy, które kulturę Zachodu czynią atrakcyjną dla przedstawicieli innych cywilizacji, w których o tak rozumianej jakości życia nigdy nie było mowy, a jednostka ludzka jest traktowana od zawsze nie jako indywiduum i podmiot, czy „miara wszechrzeczy” (za Protagorasem z Abdery), ale jako jeden z elementów składowych danej wspólnoty, jako trybik organizmu zwanego społeczeństwem.

To ten trend, tak dziś powszechny, „przerabia” obywatela w konsumenta, człowieka dojrzałego i świadomego – czyli właśnie wolnego – w infantylne i kapryśne dziecko goniące jedynie za zaspokojeniem kolejnych, podsuniętych przez reklamę zachcianek. I w tym to kapryśne dziecko widzi swoją wolność. Bo tak został wdrukowany w świadomość współczesnego człowieka kod dzisiejszych czasów, taki jest (i taki ma być) proponowany paradygmat XXI wieku - ery wolności. I tak też – niestety – wolność jest kojarzona.

Jest to jawnym zaprzeczeniem wolności wyobrażonej i prezentowanej przez czołowych koryfeuszy Oświecenia po obu stronach Atlantyku u zarania epoki zwanej nowoczesnością.


A wolność – jak zauważył Antonio Negri – to możliwość nie tyle nie chodzenia do pracy, ale przede wszystkim oddania się wynalazczości (materialnej, bądź duchowo-ideowej) w towarzystwie innych ludzi. Wolność, bez świadomości znaczenia tego pojęcia i tego stanu,  jest kolejnym humorzastym bożkiem losu uczynionym sobie przez człowieka na swe własne udręczenie, nie dla poszerzenia swojej wolności. Bożkiem spychającym człowieka w otchłanie infantylizmu, niekontrolowanych afektów i irracjonalnych zachowań.


Klęska ideałów Oświecenia?


Efektem takiego podejścia do rudymentów Oświecenia jest to, iż laickość stała się przedmiotem ataków wszelkich religiantów, a z drugiej strony - odrzucenie wszystkiego, co łączy się z  XX-wiecznymi przeżytkami. Tym samym wieszczymy klęskę idei sekularyzmu i zasad laïcité. Łączy się to (zdaniem wielu komentatorów) z upadkiem muru berlińskiego i implozją ZSRR.
Bankructwo tego systemu skompromitowało – zarówno według neokonserwatystów, neoliberałów, jak i postmodernistów – wszystko, co można wiązać z epoką Oświecenia, lewicowością i postępem. Taki sposób myślenia jest też zgodny z założeniami antymetanarracyjnymi postmodernizmu. Godząc się na taką interpretację historii, podcinamy – jako spadkobiercy Oświecenia -  gałąź, na jakiej siedzą klasyczni liberałowie, lewica, zwolennicy postępu i autonomii osoby ludzkiej.

Lewica, milcząc lub posypując głowę popiołem, tworząc bezideowe i puste politycznie koncepcje tzw. trzeciej drogi, odcinając się od swej odwiecznej bazy – ludzi pracy najemnej oraz rewolucyjności (niosącej przecież zawsze postęp w przeciwieństwie do restauracji), popełniła w zasadzie seppuku. Politycznie i intelektualnie. Widać to dziś po jej znaczeniu zarówno w poszczególnych krajach Europy, jak i Parlamencie Europejskim. To tylko cień tego, czym była lewica dwadzieścia, trzydzieści lat temu.  

Naruszając świat tradycyjnych od wieków wartości, Oświecenie (i wszystko co z nim się wiązało w późniejszych epokach) zburzyło sens minionego życia. Tak twierdzi m.in. lewica postmodernistyczna skupiona wokół koncepcji i kontynuująca dorobek Francoisa Fureta (dlatego moim zdaniem, należy ich uważać raczej za konserwę lub prawicę).
To, jej zdaniem, jest efektem negatywnie ocenianej tzw. świadomości rewolucyjnej panującej w Europie w XIX i XX wieku, przyporządkowanej zawsze postępowi i rozwojowi.

Błąd takiego mniemania jest zasadniczy: rewolucje (i związane z nimi przemoc, agresja, dramatyczne zmiany społeczne i polityczne, a co za tym idzie – zmiany w aksjologii ocenie rzeczywistości) są efektem określonych warunków istniejących w danym społeczeństwie, generujących ową rewolucję. Agresja i przemoc (także przemoc symboliczna) są efektem ubocznym rewolucji, towarzyszącym owym przemianom, nie jej zasadniczym celem i jądrem - jak chcą różnej maści konserwatyści, tradycjonaliści, czy ogólnie rzecz biorąc – prawica, tak ujmująca postęp społeczny. Charakter każdej rewolucji powiela to, co zdarzyło się wczoraj, przedwczoraj, dawno i bardzo dawno.

Dramat i tragizm Rewolucji Francuskiej tkwi w tym, że jest ona echem przede wszystkim wojen religijnych toczonych sto (i więcej) lat wcześniej w Europie. Zwłaszcza chodzi tu o wewnętrzne konflikty religijne we Francji (z ich wyjątkową brutalnością i bezwzględnością w niszczeniu Innego) oraz wojnę 30-letnią w Niemczech i Europie Środkowej. O tym religianci i konserwatyści raczą zapominać: postmoderniści czynią to z ignorancji, wspomnianego „chciejstwa”, bądź politycznej poprawności.

W tym miejscu nie sposób pominąć również wielowiekowej tradycji inkwizycyjnej jako nosicielki wyjątkowej (bo uzasadnianej religijnymi kanonami) przemocy, nienawiści, perfidnej inwigilacji, wyrafinowanych tortur i symbolicznego przymusu na masową skalę.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: otóż antynomiczne stanowiska ideowe postmodernistów i neokonserwatystów są przykładem idealistycznej i życzeniowej konwergencji tez i poglądów w tej kwestii.
Wiemy przecież, że każdy monoteizm dąży do monopolu (choćby z racji koncepcji i sposobu pojmowania Prawdy). Czyli tym samym musi być immanentnie przeciwny (by nie rzec – wrogi) wolności jednostki, demokracji, pluralizmowi poglądów czy indywidualizmowi.
Przez owe specyficzne i swoiste pojmowanie Prawdy, każdy monoteizm musi dążyć (i tak też czyni) do podporządkowania wolności indywidualnej i zbiorowej swemu religijnemu oglądowi świata. Wiązać się to musi zawsze z eliminacją Innego (za pomocą różnych, zależnych od epoki środków i metod). 

Antyeschatologizm, dekonstrukcja wszystkiego, opozycja wobec metanarracji, antyautorytaryzm postmodernizmu, winny wykluczać absolutnie jakąkolwiek religijność (jakaś nowa, postmodernistyczna religia to klasyczny oksymoron). Jednak, jak widać, koalicja – nieformalna, dziwna i irracjonalna – jest możliwa, choć zapewne oczekiwania i zamiary obu stron owego aliansu są diametralnie rozbieżne. Poza tym odrzucenie laickości i sekularyzmu (w imię fałszywej tezy: „kochajmy się bracia”, bo miłość wszystko zwycięży) opartych o tradycję oświeceniową musi skutkować umacnianiem się propagandy religianckiej, obskurantyzmu, dewocji i bigoterii co w efekcie sprzyjać będzie (i sprzyja) fundamentalizmowi religijnemu.

Wiara w absolut

Bo czym jest fundamentalizm? To pogląd na świat – nie tylko religijnego chowu – zakładający pewien „rodzaj wiary, która może być łatwo doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, absolut, w to, że każdy problem musi być dziś rozwiązany. Zakłada on istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą, nawet jeśli ta wiedza nie jest dostępna dla zwykłych śmiertelników”. (G. Soros, „Kryzys światowego kapitalizmu”).
Wiąże się to zawsze ze znaczeniem terminu - pojemnym i dlatego utylitarnie zawsze użytecznym (a takie podejście jest przeciwne postępowi i ewolucjonizmu) – autorytetu. Rządzący mainstream, mimo zapewnień o admiracji wobec takich wartości jak wolności obywatelskie, demokracja, swoboda myśli i wypowiedzi, liberalizm wobec różnych postaw i sposobów interpretacji dziejącego się wokoło nas świata, sobie przypisuje wyłącznie prawo do oceny prawdziwości, słuszności czy wiarygodności krążących w przestrzeni publicznej sądów i tez. To swego rodzaju bałwochwalstwo i sakralizacja swoich poglądów. To uznanie siebie za ostateczny autorytet.  


Zdaniem Georga Sorosa, główną cechą mentalności fundamentalistycznej jest dokonywanie wyborów na zasadzie: albo – albo.
Takie przekonania leżą również u podłoża tez zwanych esencjalizmem. Zakładając modelowość, idealność rzeczywistości i jedynie takiej akceptowanej przez nas, ograniczamy się do wyborów klasyfikowanych według kanonów: dobro vs zło, światło vs ciemność, raj vs piekło. Ci interlokutorzy, którzy nie akceptują naszego poglądu na świat i procesy w nim zachodzące, nie mają racji istnienia. Tu w wiekach średnich wkraczała inkwizycja, co utrwaliło po dziś dzień obecną w kulturze Europy instytucjonalną uzasadnioną symbolicznie i religijnie zorganizowaną przemoc.
Dziś jest  tym celowe przemilczenie (jak coś jest nieobecne w mainstreamowych mediach, to nie istnieje), ironia i kpina, szyderstwo, stygmat totalitaryzmu, Sodomy i Gomory, etc. Nie dialog, nie dyskusja, nie szermierka na argumenty.
 
Wirtualna przestrzeń i jej zasięg nie sprzyjają pogłębianiu  wspólnotowości – raczej dzielimy się i utwierdzamy w swej predylekcji do  klanowości, bytowania i myślenia w kategoriach plemiennych, ku swojskiej przaśności, gdyż poszczególne wspólnoty w wirtualnej przestrzeni preferują kontakty swoich ze swoimi. Inny jest banowany, hejtowany, wykluczany z przestrzeni naszego portalu społecznościowego.  
  

Furtka dla religii

 

W sferze geopolityki i zagadnień o globalnym i uniwersalnym charakterze wspomniana deprecjacja Oświecenia oraz jego priorytetów zawartych w przywoływanej triadzie, sprowadzanie ich ponownie (jak to miało miejsce w XIX czy XX wieku) do narcystycznego zachwytu nad „europejskością” i naszymi wartościami - ponoć jedynymi godnymi uwagi, a łączonymi z chrześcijańskiej proweniencji misyjnością - są głównymi powodami dla rozwoju z jednej strony - różnego rodzaju radykalizmów (wrogich tym ideom), a z drugiej - furtką dla religii powracających w glorii jedynych wartości, na których zbudowano współczesną kulturę Zachodu.
Tak pojęta esencja pozwoliła na to, że znów przywołane być musiały do powszechnej narracji takie pojęcia jak naród, rasa, religia, cywilizacja chrześcijańska.  A wraz z nimi – mentalność krucjatowa (i wszystko co z nią się wiąże). 
Tak musiało się stać, bo u podstaw wojującej cywilizacji legła religia, (gdy neguje się Oświecenie, tym samym przyznaje się znaczenie Średniowieczu).


Judeochrześcijańskie wartości Zachodu związane zawsze były z misją „na zewnątrz”. Odwołania do religii, jej triumfalny powrót do sfery publicznej i gremialne zastosowanie argumentacji religijnej dla możliwie najszerszych uzasadnień - to wszystko jest sprzeczne z nowożytną koncepcją cywilizacji tworzonej na starym kontynencie od Renesansu, a de facto od Oświecenia, przez francuskich myślicieli (Diderota, Woltera, Condorceta czy d’Alamberta), potem: Hegla, Marksa i Feuerbacha po Nietzschego, Heideggera czy Russella. Ten właśnie okres przyczynił się (pozytywnie) do zburzenia w sposób sukcesywny kultury i tradycji głęboko przesiąkniętej na wskroś religią, mitami, mistyką i eschatologią, trwającej w zasadzie do czasów Renesansu.

Oświecenie było jedynie potwierdzeniem tez renesansowych i jednocześnie  przyśpieszeniem  tego  procesu. Religia i naznaczony nią religijny  mesjanizm  Europejczyków niosły ze sobą (i często nadal niosą) zwiększenie ładunku emocji (najczęściej złych) w życiu publicznym i w interpersonalnych relacjach.
Nadużywanie koncepcji, (zwłaszcza w retoryce), o judeochrześcijańskich korzeniach kultury Zachodu wyparło, jak twierdzi Georges Corm, przekonanie o helleńsko-rzymskich tradycjach naszej cywilizacji.

Na pewno tak pojęty i proponowany esencjalizm wywiera szkodliwe i negatywne skutki w całej kulturze określanej mianem Zachodu. 

Radosław S. Czarnecki

 

Ewangeliczni chrześcijanie-baptyści w ZSRR

Utworzono: sobota, 27, wrzesień 2014 Grzegorz Pełczyński

Baptyści i bliscy im ewangeliczni chrześcijanie pojawili się w Rosji w drugiej połowie XIX w.  
Różnili się znacznie od dominującego tam prawosławia. Jako  protestanci swoją doktrynę opierali jedynie na Biblii. A to obligowało do zerwania z prawosławiem, z jego modlitwami do Marii i świętych, czczeniem ikon i relikwi. Baptysta czy ewangeliczny chrześcijanin to człowiek, który uświadomiwszy sobie swoją grzeszność, błagał Boga o przebaczenie, które zresztą otrzymywał, bo za jego grzechy zapłacił Jezus na krzyżu. Następnie dawał się ochrzcić i przyłączał do zboru złożonego z osób o podobnych poglądach.


Gdy wybuchła rewolucja październikowa, tak wierzący ludzie byli w Rosji znaczącą grupą religijną, która zrazu nie zwracała uwagii bolszewików.  Głównego wroga widzieli oni w prawosławiu. Rada Komisarzy Ludowych 23 stycznia 1918 r. wydała dekret równający wobec prawa wszystkie religie, a prawosławie pozbawiający statusu religii państwowej. Ewangeliczni chrześcijanie i baptyści byli raczej pozytywnie ustosunkowani do dekretu,  wiązali z nim nadzieję na możliwość swobodnej działalności.

Bujny rozwój


do batyst.-1Obydwa wyznania w latach dwudziestych zwiększyły liczbę wiernych w stosunku do okresu przedrewolucyjnego – nawet o kilkadziesiąt procent. W całym Rosyjskim Związku Baptystów było ok. 400 000 wiernych, a z nieochrzczonymi dziećmi jeszcze więcej. Wzrosła też liczba ewangelicznych chrześcijan, których mogło być niecałe 200 000.  Przywódca tych drugich, Iwan Prochanow, z powodu swych  inicjatyw i niespożytej energii był najbardziej znanym protestantem w  Rosji.

       
Szybki rozwój tych wyznań  po rewolucji  jest  związany z represjonowaniem prawosławia. Komuniści próbowali je zdeprecjonować i dlatego urządzali „sądy nad religią” – dysputy wzorowane na rozprawach sądowych, mające na celu udowodnienie jej szkodliwości. Będącemu w defensywie prawosławiu z łatwością udowadniano najrozmaitsze zarzuty. Jednak ludzie, których organizatorzy takich imprez zdołali odwieść od Cerkwi, niekoniecznie stawali się ateistami. Wywołane wątpliwości skłaniały do poszukiwań religijnych, nieraz kończących się wstąpieniem do zboru.


Po rewolucji ewangeliczni chrześcijanie i baptyści, mający takie same wierzenia i często ze sobą współpracujący, postanowili się zjednoczyć, lecz przywódcy obydwu ugrupowań nie zgadzali się co do ustroju nowego związku i do zjednoczenia nie doszło.

Najbardziej podzielił ich stosunek do służby wojskowej. Przed wojną uważali ją  za powinność wobec państwa. Podczas wojny tylko nieco ponad stu mężczyzn nie chciało służyć z bronią w ręku. Lecz wśród wracających z wojny, wśród wcielonych do oddziałów rewolucyjnych, bądź kontrrewolucyjnych, takowych były tysiące.
Władza radziecka, starająca się początkowo zyskać jak najwięcej zwolenników, wydała dekret pozwalający uniknąć służby wojskowej z powodów religijnych. Wtedy do zborów zaczęli garnąć się młodzi mężczyźni nie chcący iść do wojska.


Na początku 1922 r. Prochanow zwrócił się do wszystkich baptystów świata z wezwaniem „Głos ze Wschodu”, w którym nakłaniał do nie uczestniczenia w żadnych działaniach związanych z wojną. Światowy Związek Baptystów, którego Prochanow był  wiceprezydentem, dość oględnie ustosunkował się do tego. Natomiast władze radzieckie uznały to za próbę wtrącania się do polityki i uwięziły Prochanowa. Wyszedł po trzech miesiącach, podpisawszy pismo uznające służbę wojskową za obowiązek. Problem ten wzbudził spory wśród ewangelicznych chrześcijan i baptystów. Najbardziej zdecydowani pacyfiści utworzyli osobne zbory. Wszystko to osłabiało ten odłam chrześcijaństwa w ZSRR.


Opisując lata dwudzieste, trzeba wspomnieć kooperatywy zakładane przez wierzących, zwłaszcza ewangelicznych chrześcijan. Były to głównie spółdzielnie rolne, ale też przedsiębiorstwa funkcjonujące w miastach, w których pracowali wierzący, realizując biblijny ideał wspólnoty dóbr.
 

Tragiczne lata trzydzieste

 

Lepsze czasy zaczęły się kończyć w 1927 r. Prochanowowi, wyjeżdżającemu latem 1928 r. na  Kongres Baptystów do Toronto, władze dały do zrozumienia, że nie chcą, by wrócił. Wkrótce zaczęto likwidować kooperatywy. Stopniowo poznikały czasopisma.


W następnym roku wprowadzono prawa zmierzające do likwidacji religii w całym państwie. Uchwalono Ustawę o Religijnych Stowarzyszeniach, zgodnie z którą każda wspólnota religijna, np. zbór, musiała uzyskać rejestrację, czyli zgodę na istnienie. Działalność takowej ograniczono wyłącznie do spraw religijnych w miejscach do tego przeznaczonych. Zakazano działalności misjonarskiej. Zakazano prowadzenia spółdzielni i przedsiębiorstw, a nawet niesienia pomocy materialnej członkom wspólnoty. Nie wolno było organizować grup skupiających kobiety, dzieci czy młodzież. To wszystko utrwalała zmiana czwartego artykułu konstytucji, który stwierdzał, że  „swoboda (...) antyreligijnej propagandy, jest przyznana wszystkim obywatelom”. Wymienione akty prawne czyniły z ateizmu religię państwową.

       
Wkrótce dla ewangelicznych chrześcijan i baptystów nastąpił najgorszy okres. W latach 1929-1941 represje dotknęły ok. 25 000 osób.  Najpierw  przywódców obu ugrupowań, a także metodystów i adwentystów, okrzyknięto agentami zachodnich państw. Potem stawiano ich  przed sądami i wymierzano wyroki skazujące. Do połowy lat trzydziestych skazywano na ogół na 3 do 5 lat. W drugiej połowie dekady wyroki były o wiele surowsze. Przykładem jest męczeństwo rodziny Kargelów. Iwan Kargel, znany teolog, został aresztowany w 1937 – miał wówczas 88 lat. I chociaż przesiedział w więzieniu tylko 17 dni, tak go to wyczerpało, że wkrótce zmarł. Niedługo potem rozstrzelano jego starszą córkę Elenę, a dwie młodsze skazano na zsyłkę.

       
Mimo, że całe społeczeństwo radzieckie żyło w strachu, wierzący mieli jednak wyjątkowe powody do obaw. Uznano ich wszak za wrogów państwa. Mający kontakty ze współwyznawcami za granicą, a dzięki pracowitości należący do klasy średniej – przeciwstawiali się planom bolszewików. Ich zbory wciąż pozbawiano więc duchownych i najaktywniejszych członków. A kiedy nie było już nikogo, kto odważyłby się im przewodzić, musiały zawiesić działalność. Liderzy, których nie represjonowano, byli podejrzani o współpracę ze służbami specjalnymi. Ponadto na zbory nakładano wygórowane podatki.

Po napaści Niemiec na ZSRR, prześladowania religii ustały. Dyktator Związku Radzieckiego, Stalin, był świadom, iż trzeba teraz wysiłku wszystkich obywateli, także wierzących.
 

Jak ujarzmić baptystów?

Nim skończyła się wojna, sytuacja opisywanych społeczności uległa diametralnej zmianie: władze doprowadziły do ich połączenia. Nastąpiło to podczas zjazdu ich reprezentantów w Moskwie między 26 a 29 październikiem 1944 r. Na tym nie zakończyło się jednoczenie podobnych wyznań w ZSRR. W 1945 do ewangelicznych chrześcijan-baptystów dołączono chrześcijan wiary ewangelicznej, czyli zielonoświątkowców, w 1946 - wolnych chrześcijan, a w 1947 - chrześcijan w duchu apostolskim. I w końcu, w 1963, braterskich mennonitów.
Wszystkie te wyznania  złączono w swoistej unii kościelnej, w Związku Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów (ZECHB). Jego przewodniczącym został Jakow Żidkow, a sekretarzem Aleksander Karew.


Złączenie tylu wyznań stanowiło niełatwe zadanie. Szczególnie  zielonoświątkowcy nastręczali trudności z powodu swego  mówienia językami na podobieństwo apostołów w dzień Zielonych Świątek. Ale władze dążyły do połączenia, sądząc, iż dzięki temu uda się kontrolować jednocześnie kilka wyznań. Bez wątpienia  celem pozostała ich  likwidacja,  lecz na pewien czas postanowiono ustabilizować ich sytuację.

W okresie powojennym nastąpiło wiele nawróceń. Doświadczenia wojenne i wciąż trwający system stalinowski, niejednego obywatela przekonały, że to, co oferuje zbór, jest  lepsze od świata urządzonego przez komunistów.


Gdy władzę objął Nikita Chruszczow i zaczęła się odwilż, wierzący nabrali nadziei, że polepszy się również w dziedzinie religii. Lecz nowe władze też zamierzały  zniszczyć religię, choć innymi metodami. Ewangeliczni chrześcijanie-baptyści wkrótce je poznali. W 1959 r. reżim zmusił kierownictwo ZECHB do wprowadzenia zarządzeń zebranych w dwóch dokumentach: w Regulaminie Związku Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów oraz Instrukcji dla Starszych Prezbiterów.
Jeśli zbory dokładnie przestrzegałyby tych zarządzeń, ich życie musiałoby ograniczyć się do nabożeństw stale odprawianych przez tego samego prezbitera, o wiele skromniejszych niż dotychczas, bo pozbawionych niemal muzyki, deklamacji wierszy. Poza tym nie należałoby chrzcić nikogo przed ukończeniem 30 roku życia. Zaś duchowni winni zachęcać do uczestnictwa w radzieckiej kulturze, mimo jej antyreligijnych treści.


Do Regulaminu i Instrukcji ogół miał stosunek negatywny. W tej sytuacji ukonstytułowało się gremium przekonane, że zaistniały problem rozwiąże tylko zjazd przedstawicieli całego Związku. Żidkow i Karew, gdy przedłożono im propozycję zwołania zjazdu, odpowiedzieli odmownie, obawiając się negatywnej reakcji władz. Wówczas owe grono stało się Grupą Inicjatywną do Sprawy Zwołania Zjazdu, na czele której stanął Gienadij Krjuczkow. Grupa Inicjatywna zwróciła się z kolei do wszystkich zborów, by skłonić je do podjęcia radykalnych działań. Część z nich udzieliła jej pełnego poparcia. Ale kierownictwo Związku uważało nadal, że nie jest teraz odpowiedni czas na zorganizowanie zjazdu.
Inicjatywnicy – jak nazywa się tych ewangelicznych chrześcijan-baptystów – byli nieprzejednani. Nie przestraszały ich szykany, aresztowania, pozbawianie zborów rejestracji. Twierdząc, że przywódcy Związku Ewangelicznych Chrześciajan-Baptystów sprzeniewierzyli się Ewangelii, 23 lipca 1962 r. ich liderzy uznali się za jedyną, do czasu zjazdu, władzę ZECHB.  Zaś 20 września 1965 r. utworzyli Radę Zborów Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów, czyli własną organizację kościelną.


Niełatwo ocenić to, co stało się na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jest faktem, że od czasu zjazdu zjednoczeniowego w 1944 r. przedstawiciele Związku nie spotykali się. Że jego kierownictwo było dość ustępliwe wobec władz. Jednak inicjatywnicy okazali swoim przywódcom brak posłuszeństwa, a także ignorowali warunki polityczne w ZSRR. W każdym razie na konflikcie zyskały władze. W jego wyniku z ZECHB zostali wyodrębnieni radykalni działacze, którzy później, jako członkowie niezarejestrowanych czyli nielegalnych zborów, w majestacie radzieckiego prawa byli prześladowani.

 
Związek Ewangelicznych Chrześcijan Baptystów po oddzieleniu się inicjatywników nie przeżywał zastoju. Regulamin i Instrukcję już w 1963 r. pozwolono zastąpić Statutem Związku ECHB, w którym uwzględniono nawet niejeden postulat proponowany przez inicjatywników. Dzięki temu Związek stał się bardziej demokratyczny: jego najwyższą władzę stanowił Wszechzwiązkowy Zjazd. Życie religijne ograniczało się wprawdzie tylko do pomieszczeń udostępnianych przez władze, ale też każdy dom wierzącego był miejscem kultu. Brakowało Biblii, brakowało literatury chrześcijańskiej, pozwolono wydawać tylko jeden periodyk „Bratskij Westnik”.
Na Zachodzie działały jednak organizacje, które niosły pomoc chrześcijanom w ZSRR, np. niemiecka Licht im Osten czy amerykańska Slavic Gospel Association. Organizowały one przemyt Biblii, książek i czasopism. Bardzo ważne były audycje chrześcijańskich rozgłośni: Trans World Radio i Voice of Andes, nadających po rosyjsku i w innych językach używanych w Związku Radzieckim.

Niezłomne trwanie


do bapt.-1Od lat siedemdziesiątych następował powolny zmierzch komunizmu, jednak pozostawał on nadal religią państwową,  więc każda inna mogła być tylko mniej czy bardziej tolerowana. Dotyczyło to także ugrupowań tworzących ZECHB. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zaszła w nim zmiana pokoleniowa: zmarło wielu działaczy pamiętających czasy stalinowskie, zastąpili ich młodsi. W 1971 r. sekretarzem ZECHB został Aleksander Byczkow i był nim przez następne dwa dziesięciolecia. Pod nowym kierownictwem sporo się zmieniło. Zmiany były też efektem przemian społeczno-politycznych, jakie następowały w ZSRR, zwłaszcza w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.


Wciąż problem stanowiło utrzymanie jedności organizacyjnej. Wprawdzie z Rady Zborów Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów wracali kolejni wierni do ZECHB, lecz kilkanaście tysięcy inicjatywników zdawało się przekonanych, iż reprezentują prawdziwe chrześcijaństwo ewangeliczne. Nadto działały dziesiątki zborów, głównie zielonoświątkowców, które nie chciały należeć do ZECHB, a  których część uzyskała nawet osobną rejestrację. Wobec tego kierownictwo Związku, aby utrzymać jedność, prowadziło rozmowy z grupami odłączonymi, starało się zażegnywać konflikty mogące spowodować rozłamy.


W ostatnich dekadach ZSRR zbory ZECHB  cieszyły się pewną stabilizacją,  ale „sekta baptystów” - wcale niemała, bo licząca pół miliona wiernych - nie mogła odgrywać znaczącej roli w społeczeństwie, jak w latach dwudziestych. Władze robiły wszystko, by ograniczyć jej wpływy. Raczej nikt, kto do niej należał nie mógł  ukończyć wyższych studiów i objąć znaczącego stanowiska. W 1974 r. nakład dwumiesięcznika „Bratskij Westnik” zwiększono do tysiąca egzemplarzy, a zatem na jeden zbór nie przypadał nawet jeden egzemplarz – zborów było ok. 2500. Już ten fakt świadczy, jak niewielkie możliwości oddziaływania posiadał ZECHB. Pomimo tego ewangeliczni chrześcijanie-baptyści prowadzili działalność, a ich liczebność nawet rosła: nowi członkowie zborów rekrutowali się z tworzących je często wielodzietnych rodzin oraz osób ze świata.    

       
Rozpad Związku Radzieckiego przyczynił się do reorganizacji struktur społecznych ewangelicznych chrześcijan-baptystów. W nowych państwach stworzyli nowe organizacje kościelne, szczególnie na Ukrainie. Zupełnie odłączyli się zielonoświątkowcy. Mennonici w większości wyemigrowali. Przede wszystkim jednak ewangeliczni chrześcijanie-baptyści cieszą się dziś swobodą, jakiej dotąd nie mieli. Aczkolwiek zdarzają się represje w republikach z przewagą ludności muzułmańskiej. W każdym razie ewangeliczni chrześcijanie-baptyści odgrywają coraz większą rolę w życiu społeczeństw postsowieckich.
Grzegorz Pełczyński


Autor jest profesorem w Katedrze Etnologii i Antropologii  Kulturowej Uniwersyetetu Szczecińskiego.

 

 

                                                              

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krucjata jest w nas

Utworzono: poniedziałek, 23, luty 2015 Radosław S. Czarnecki

 

                                                             Nie można usunąć brudu, nie kalając sobie rąk.

                                                                                        papież Innocenty III (1298-1316)

 


Czarnecki-do zajawkiPonad osiem wieków temu (15.01.1208) w St. Gilles został skrytobójczo zamordowany legat papieski, Piotr z Castelnau (Pierre d’Castelnau). Jego śmierć, poniesiona z ręki pazia Rajmunda VI z Tuluzy - największego arystokraty i feudała średniowiecznego południa Francji (współcześnie Langwedocji) – daje początek długoletniej wojnie domowej i pierwszej, oficjalnie ogłoszonej, mającej błogosławieństwo Stolicy Apostolskiej, wyprawy krzyżowej chrześcijan przeciwko chrześcijanom. Znamienna to, choć powszechnie zapomniana - bo podwójnie wstydliwa - a zarazem znacząca cezura.   


Ten region znany był z wykwintnej i niezwykle wysokiej kultury materialnej i duchowej, bogatych miast, wspaniałych zamków, kunsztownych pałaców, wspaniałych ogrodów, pluralistycznej i wieloreligijnej społeczności (pozostałość po krótkim - 719-758 - pobycie Maurów na tych terenach). Analogie z muzułmańską Iberią nasuwają się same. To była kraina kultury trubadurów uosabiającej wszystko co najlepsze w ideale rycerstwa: honor, braterstwo, wsparcie dla słabszych i potrzebujących, solidarność międzyludzka i opiekuńczość.

Przedsięwzięcie podjęte z nakazu Innocentego III przeciwko Oksytanii - a w zasadzie skierowane przeciwko herezjom szerzącym się na tym terenie w zastraszającym tempie i zakresie – miało na wskroś międzynarodowy charakter (ze względu na skalę, zasięg i rangę nadaną mu przez papieża), podobny do wypraw do Palestyny i dotyczyło całego zachodnioeuropejskiego świata chrześcijańskiego.
Poprzedzająca krucjatę misja legata Pierre d’Castelnau oraz towarzyszącego mu opata Citeaux, Arnolda Amalryka (Arnaud Amaury), miała przekonać do dobrowolnego wystąpienia Rajmunda VI przeciwko swoim poddanym, pozostającym w błędach wielu herezji. Rodzina hrabiów z Tuluzy nie podjęła jednak tej idei. Innocenty III stał się wiec główną osobą odpowiedzialną za transformację krucjat, która następuje za jego pontyfikatu – rzucił chrześcijan przeciwko chrześcijanom (katarzy i Konstantynopol).


Gwałtowna dezintegracja instytucjonalnego chrześcijaństwa w południowej Francji (XI – XIII w.) była wielopłaszczyznowa i przebiegała w kilku przestrzeniach: kulturowej, obyczajowej, religijnej, społecznej, itd.  Był to region o niezwykle wyrafinowanej, pluralistycznej i tolerancyjnej kulturze (niektórzy piszą wręcz o cywilizacji oksytańskiej).  Bogactwo sprzyja bowiem tolerancji, zrozumieniu Innego, spolegliwości wobec obcego, życzliwości i swoistemu sybarytyzmowi mentalnemu.


Ponadto dobrobyt i tolerancja powodują zrozumienie istoty pluralizmu: politycznego, religijnego, światopoglądowego, estetycznego, itd. Tym właśnie można tłumaczyć zgodne codzienne współżycie w Oksytanii katolików rzymskich, albigensów/katarów, humiliatów, waldensów, braci wolnego ducha, pseudo-apostołów Gerarda Segarellego, arnoldystów i petrobruzjan, a także Żydów czy wyznawców islamu. Czyli wszelkich heretyków, dysydentów, odstępców od oficjalnie i jednoznacznie narzuconego z Rzymu światopoglądu. To konkurenci dla instytucjonalnego chrześcijaństwa i papiestwa, wówczas stojącego u szczytu potęgi, w walce o „rząd dusz” (a tym samym i dochodów doczesnych).


Na tym podłożu wyrasta wspomniana estetyka i wysublimowana kultura owych terenów, zaliczanych dziś do Prowansji i Langwedocji. Nie bez znaczenia były tu wpływy Aragonii, Italii, czy muzułmańskiej Iberii. Zresztą ten region pod względem klimatu kulturowo-cywilizacyjnego był o wiele bardziej zbliżony do doświadczeń i dorobku świata śródziemnomorskiego, rzymsko-hellenistycznego (zwłaszcza Lombardii lub Aragonii), niźli do północnych regionów Francji, Niderlandów czy Niemiec.

 

Mieczem w herezję


Multikulturowość i pluralizm nie były wówczas w modzie. Wystarczy popatrzeć na ówczesną Europę Zachodnią, zdominowaną przez papiestwo od pontyfikatu Grzegorza VII (1073-1085). Jakie zasady, jakie wzorce osobowe, jakie obyczaje i standardy życia panowały powszechnie. Jedna wiara, jedno prawo, jeden władca – mówi stare przysłowie. Dlatego też Kościół, (zwłaszcza pod rządami Innocentego III), dążył wszelkimi metodami i środkami do powszechnej unifikacji władzy duchowej i doczesnej. Było to w jego podstawowym interesie. Gdy nie pomagały perswazja i zabiegi dyplomatyczne, pozostawały – zgodnie z rozwiązaniami proponowanymi przez św.Augustyna – siła i miecz.


Herezje rodziły się i kwitły przeważnie na obszarach, gdzie władza była rozproszona (silne samorządy miejskie, różnego rodzaju bractwa i cechy rzemieślnicze, mocno ugruntowane pozostałości kultury helleńsko-rzymskiej), a jej źródła pozostawały niejasne, zwłaszcza w kontekście religijnie uzasadnionych przewag Kościoła instytucjonalnego czy feudalnych stosunków społecznych. Tam, gdzie scentralizowana władza królewska współpracowała ściśle z Kościołem (sojusz ołtarza i tronu), a tradycyjna i konserwatywna gospodarka wiejska miała przewagę wobec kultury rozwijających się miast, herezje i wszelkiego rodzaju ruchy dysydenckie nie miały sprzyjających warunków do zdobywania zwolenników. 

    
Albigensi nazywali siebie chrześcijanami. Ich wiara religijna miała bez wątpienia podłoże chrześcijańskie, choć na pewno tworzyli paralelny i konkurencyjny (wobec Rzymu) kościół. Miało to miejsce na tych obszarach,  gdzie ich duchowni – a w zasadzie diakoni (czyli tzw. Dobrzy Ludzie) - swoją postawą i działalnością tworzyli wyraźną dysharmonię z poziomem intelektualnym, moralnym i doktrynalnym oficjalnego Kościoła rzymskiego. Ich ryt był niesłychanie prosty, wręcz skromny, odpowiadający potrzebom społecznym.     

                    

Krucjata, czyli misja

   
Misja jest nieodłącznym chrześcijaństwu pojęciem (z łac. mittere – posyłać, misio – posłanie). Teologicznie jest to działanie Kościoła zrodzone z jego boskich prerogatyw, polegające na głoszeniu Ewangelii niechrześcijanom i na zakładaniu wśród nich ekonomii chrześcijańskiej na sposób stały i już dla nich rodzimy, celem ich  zbawienia i udoskonalenia. W tym kontekście znamiennie brzmi opinia wybitnego teologa i filozofa katolickiego Karla Rahnera, iż każda misja (jako działalność publiczna) prowadzi do zmiany stosunków społecznych. Krucjata w tak  zarysowanej perspektywie jest więc przedłużeniem misji: narzuceniem właściwej optyki religijnej (i nie tylko) metodami siłowymi - podobnie jak u Carla von Clausewitza, dla którego wojna jest kontynuacją polityki. 

   

To wówczas, w epoce krucjat, tworzy się mit (i idea zarazem) Starego Kontynentu będącego tworem tylko chrześcijańskim, który na mocy tej wiary i zadań postawionych przez jedyny, prawdziwy i omnipotentny Kościół rzymski (tu widać paralelę ze starotestamentową koncepcją narodu wybranego) ma obowiązek rozprzestrzenianie jej (jako jedynej i absolutnej, bo boskiej, prawdy) na resztę świata.

Słynne kazanie Urbana II (1088-99) z Clermont-Ferrand (27.11.1095) początkujące epokę wypraw krzyżowych do Palestyny, atmosfera powszechnego uniesienia, jaka wówczas zapanowała i chęć walki przeciwko niewiernym stwarzają klimat dla jurydycznego prześladowania wszelkich odstępstw w Europie (także i później). Ta akcja ma zasięg kontynentalny, cywilizacyjny, panchrześcijański.
To znaczący epizod w historii i kulturze Starego Kontynentu. Z taką atmosferą idzie zawsze w parze niechęć, nietolerancja, nienawiść czy ostracyzm wobec Innego we wszystkich dziedzinach życia, w sposobie opisu świata, w optyce interpretacji zdarzeń, itp.

 

Rzeź w imię Boga

    

Na samym początku ofiarami tego przedsięwzięcia padają Żydzi. W trakcie samych walk w Ziemi Świętej krzyżowcy zabijali na równi wyznawców islamu, judaizmu czy greckich ortodoksów (chrześcijan). Ogłoszenie jednak przez Innocentego III oficjalnie wyprawy krzyżowej przeciwko albigensom jest wydarzeniem bezprecedensowym (to są wszakże wyznawcy Chrystusa), rzutującym niesłychanie negatywnie na dalsze dzieje nietolerancji, wojen religijnych i wszelkich prześladowań inaczej myślących w kulturze Zachodu. I ma to miejsce po dziś dzień.     

    

Wojska krucjaty przeciwko albigensom zebrane w Dolinie Rodanu (wiosna 1209 r.) pod duchowym przywództwem cysterskiego opata Arnolda Amalryka stanowiły w chwili osiągnięcia zdolności bojowej jedną z największych armii, jaką widziano dotychczas w Europie. Historycy i mediewiści spierają się na temat liczebności wojsk krzyżowych –  przyjmuje się, iż wraz z taborami i służbą oraz osobami towarzyszącymi wojskom było to ok. 300 000 ludzi.

Przybyli wielcy panowie Francji – książę Burgundii, hrabiowie (Nevers, Bar, Saint-Pol), baronowie, arcybiskupi (Reims, Sens, Rouen), biskupi (Autun, Clermont, Bayeux, Lisieux, Chartres). Rycerstwo  rekrutowało się z całej niemalże zachodniej Europy: Frankowie, Burgundczycy, Normanowie, Pikardyjczycy, Sasi, Anglicy, Bretończycy, mieszkańcy dzisiejszej Szwajcarii, północnych Niemiec, terenów współczesnej Austrii i miast północnej Italii, Bawarczycy, Flamandowie.
Jak zawsze przy takich okazjach zbiegli się ludzie podejrzanego autoramentu, zabijacy i kondotierzy różnej proweniencji, pospolici przestępcy i żądne przygód niebieskie ptaki, markietanki i złodzieje. Wszyscy szli „ukarać złośliwą i próżną rasę Prowansalczyków i przerwać jej pełne rozwiązłości i złych słów ujadanie przeciwko Apostołowi Rzymskiemu”.

Sytuacja odnośnie wojen domowych na Starym Kontynencie jest od wieków analogiczna. A gdy paliwem – dodatkowym – jest religijna wiara, starcie i jego efekty są szczególnie krwawe i obfitujące w bestialstwo.

Kościół zachęcał i obiecywał wyrozumiałość, zawczasu przebaczał i rozgrzeszał ze wszystkich zbrodni, jakie mogły być popełnione, zapewniając uczestnikom krucjaty odpust zupełny.     

    

Na czele krucjaty staje znany awanturnik, kondotier i francuski możnowładca Szymon z Montfort zwany Lwem Krzyżowym (dowództwo wojskowe powierzył mu Innocenty III). Zasłużył się w niesławnej IV krucjacie, zdobywającej i plądrującej Konstantynopol, wyjątkowym okrucieństwem, bezwzględnością i szaleńczą odwagą, za co Sobór IV Laterański (1215) przyznał mu wszystkie ziemie, które zdobył podczas zmagań militarnych w ramach tej krucjaty.

To na początku działań w Oksytanii (lipiec 1209), pod murami Béziers, miały paść znamienne słowa duchowego przywódcy krucjaty, opata Arnolda Amalryka, podsumowujące idee wojen religijnych (także te, jakie miała przeżyć Europa w następnych epokach): „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. Była to odpowiedź duchownego na wątpliwości niektórych rycerzy, jak rozpoznać heretyków od prawowiernych.        

I słowo ciałem się stało – zdobywcy wymordowali w ciągu jednego dnia całe miasto (jak mówią źródła, zginęło około 20 000 ludzi – część została zadeptana w tumultach, część spłonęła – bo krzyżowcy wzniecili w zdobytym mieście pożary): starcy, kobiety, dzieci, Żydzi, katolicy, albigensi… Zbrodnia wojenna to czy ludobójstwo?


Informacja opata Arnolda dla papieża po zdobyciu Beziers była lakoniczna i prosta: „Dzisiaj, Wasza Świątobliwość, dwadzieścia tysięcy mieszkańców wydano mieczowi, niezależnie od posady, wieku, czy płci”.

 

Zniszczenie  Oksytanii


Na kraj od Pirenejów po Masyw Centralny i od Atlantyku po Rodan padł strach i przerażenie. Wiele miast i twierdz poddała się bez walki, choć działania wojenne trwały z przerwami ponad 30 lat (zdobycie w 1243 r. ostatniego bastionu albigensów – fortecy Motsegur na granicy langwedocko-aragońskiej – kładzie ostatecznie kres tej cywilizacji).

Teraz tropieniem pozostałości heretyckiej tradycji, kultury prowansalskiej i tożsamości Innej niż rzymska, zajmie się stworzona, ciesząca się złą sławą Święta Inkwizycja, prowadzona przez oo. dominikanów.


Wraz ze zniszczeniem oksytańskiej kultury następuje ostateczny krach multikulturowej i wieloreligijnej Europy, pluralistycznej (na miarę ówczesnych czasów), tolerancyjnej. Staje się ona uboższa, jednowymiarowa, monistyczna. Odtąd - wraz z epoką wypraw krzyżowych – na dobre (przez stulecia) panować zaczyna średniowieczny unilateralizm chrześcijański, a esencja religijnej wojny wydaje krwawe owoce w postaci prześladowań i mordów związanych z Reformacją i Kontrreformacją.

Krucjata ciągle żywa


Epizod w historii Starego Kontynentu - wyprawa krzyżowa chrześcijan przeciwko Innym chrześcijanom – jest brzemienny w dziejach naszej cywilizacji. Podsumowuje i egzemplifikuje ostatecznie epokę krucjat w imię Chrystusa. Decyzja Innocentego III kładzie więc podwaliny pod totalne niszczenie pozaeuropejskich i niezgodnych z rzymskim kanonem kultur. Religijno-eklezjalne przesłanki stają się czytelnym i szczerym uzasadnieniem dla takich właśnie działań.        

    

Krucjaty w efekcie zrodziły ideę chrześcijańskiego Zachodu - cywilizacji chrześcijańskiej, która po opanowaniu Ameryki stała się globalną, z takimi właśnie pretensjami. Ideę, którą po dziś dzień szermują wszyscy konserwatyści, tradycjonaliści, prawicowcy, purytanie i wszyscy zwolennicy ortodoksyjno- religijnego wizerunku łacińsko-atlantyckiej cywilizacji, noszący w sobie misję szerzenia swojej wiary (pod jakimkolwiek sztandarem – zasada jest zawsze jedna: to my posiedliśmy absolutną prawdę i wartości).

    

Rozszerzenie pojęcia krucjaty okazuje się niezwykle donośne. Jawi się ona zarówno jako mentalność, a równocześnie rewelacyjne narzędzie polityczno-militarne. Staje się też istotą chrześcijańskiej Europy z Kościołem katolickim na czele. Można z czasem być więc rycerzem krzyżowym i walczyć poza Ziemią Świętą: w Hiszpanii, nad Bałtykiem, zdobywając Konstantynopol, czy na południu Francji. Od niewiernych przechodzimy gładko do wojen przeciwko swoim (heretykom, schizmatykom, różnej maści odstępcom czy po prostu tym Innym, którzy aktualnie wyłamują się z ogólnie przyjętej poprawności).

    

Kiedy zabrakło więc celu - odzyskania Grobu Świętego i mitycznego Jeruzalem – można było otrzymać odpust zupełny, walcząc np. przeciwko albigensom. Święta wojna, podejmowana pierwotnie w imię Prawdy religijnej, staje się tym samym narzędziem ekspansjonizmu (a zarazem jego uzasadnieniem i usprawiedliwieniem). Taka ewolucja terminu „krucjata” otwiera drogę naszej cywilizacji do wysyłania ludzi, idei, wartości i zasad w świat. I trwa  to przez kolejne dekady i wieki. Po dziś dzień.     

    

Eksport idei, czyli kolonizacja

 

Stworzenie państwa izraelskiego w Palestynie (1948 r.) - poza moralno-etycznie i biblijnie uzasadnionymi argumentami oraz doświadczeniami europejskich Żydów w XX wieku (te doświadczenia, to jakby zwieńczenie wielowiekowego antysemityzmu i antyjudaizmu promowanego przez chrześcijaństwo) - było w jakiejś formie także eksportem kultury zachodniej (Żydzi aszkenazyjscy, a i poniekąd sefardyjscy, to reprezentanci zeuropeizowanych i cywilizacyjnie zakorzenionych w Europie wspólnot). Syjonizm, będący ideologią o europejskiej, XIX-wiecznej proweniencji, był przecież podstawową siłą napędową emigracji Żydów do Palestyny i myślą przewodnią powstania państwa  żydowskiego. Doświadczenia II wojny światowej tę migrację tylko wzmocniły.      

    

Zbliżone przykłady eksportu cywilizacji europejskiej na inne kontynenty (i jej stałe tam zakorzenienie) to obecność Burów w Afryce Południowej, kolonizacja Australii (i praktyczna eliminacja Aborygenów), o historii Indian amerykańskich nie wspominając. To jest właśnie ta ekspansja cywilizacji zachodniej i stawanie się przez nią cywilizacją globalną od kilku wieków.
Wyprawy krzyżowe do Ziemi Świętej były jedynie początkiem tego procesu. Z jednej strony, to jest eksport cywilizacji, a jednocześnie (i to jest druga strona medalu) – związane z misją (dziedzictwo chrześcijańskie) niszczenie dorobku kulturowego tych ludów, wspólnot czy zbiorowości, które uznano za Inne: nie zachodnioeuropejskie, nie chrześcijańskie i obce cywilizacji białego człowieka. Po raz kolejny kłania się przywoływany już Karl Rahner.

    

Znakomity religioznawca, politolog i historyk libańskiego pochodzenia (maronita), Europejczyk i frankofil, Georges Corm przytacza takie oto słowa, które padły w 1931 r. w Paryżu podczas kongresu Ligi Praw Człowieka: „Kolonizacja jest uzasadniona, gdy naród kolonizujący niesie ze sobą bagaż idei i poglądów, które wzbogacają innych ludzi. W takiej sytuacji kolonizacja nie jest prawem lecz obowiązkiem” („Religia i polityka w XXI w.”).

Ten passus oddaje w pełni mentalność wszelkiego autoramentu krzyżowców, misjonarzy, cywilizatorów i podobnej maści apostołów, ich przekonanie o potrzebie nawracania Innego oraz pewność o posiadaniu Prawdy. W historii realizowali oni swe pomysły, zamiary i cele zarówno w wersji hard jak i w wersji soft (chodzi o metody i formy wcielania tych zamiarów  w życie).             


Dziś te same mechanizmy obserwować można, gdy promuje się, niesie w świat, takie podstawowe idee świata zachodniego jak prawa człowieka, demokracja, zasady swobody obrotu kapitałem, wolność słowa, prawodawstwo, itd.

Czy narzucając innym kulturom, innym cywilizacjom, innym ludziom nasz zachodnioeuropejski punkt widzenia (wywiedziony z naszej historii) nie postępujemy de facto jak krzyżowcy sprzed 800 laty, depczący ostatecznie oksytańską (i nie tylko ją) cywilizację, przez co zubażamy nasze wspólne, ludzkie, globalne, gatunkowe doświadczenie?

Ile w nas, ludziach Zachodu, jest misjonarstwa, pychy, zadufania, a ile zrozumienia, prawdziwej tolerancji i chęci równoprawnej współpracy?
Bo wygląda na to, iż uważamy się za Pana w posiadaniu tych - i wszystkich innych - Prawd (to klarowna reminiscencja mentalności krucjatowej wynikającej z religijnej żarliwości).


Lecz jak mówił onegdaj gorący zwolennik i propagator idei wypraw, św. Bernard z Clairvaux (1091-1153) - „Ten kto stawia siebie jako Pana, staje się tym samym uczniem głupca”.
Warto się zastanowić nad przytoczoną sentencją tego gigantycznego (intelektualnie, eklezjalnie, duchowo i organizacyjnie) mnicha-cystersa, trzęsącego wówczas (XI-XII w.) niemal całą Europą.

Radosław S. Czarnecki

 

 

 

 

 

   

Przegrana sekularyzmu, czyli nadchodzące Średniowiecze

Utworzono: sobota, 21, grudzień 2013 Radosław S. Czarnecki

 Czy sekularyzm przegrał batalię o duszę współczesnego człowieka?

 

 

Gdyby uznać racje amerykańskiego neokonserwatywnego publicysty Davida Brooksa – to tak. Twierdzi on bowiem, że „Zwolennicy sekularyzmu trwają w błogiej nieświadomości zachodzących wokół zmian. Niczego się o religii nie nauczyli, ani w kraju, ani za granicą. Gdy wokoło przewala się Niagara religijnego zapału, oni tkwią w swej suchej norze jak w zaścianku, bez pojęcia o czymkolwiek”.

David Brooks opracował sześć przyczynków do porzucenia ułudy sekularyzmu, jego nieuchronności i postępowości. Są to elementy typowe dla krucjaty, celem której byłoby sakralizowanie na nowo życia postmodernistycznych elit współczesnego świata.

1. Uzmysłowienie adherentom sekularyzmu, iż  nie stanowią oni normy w zachowaniach społecznych. Są po prostu mniejszością, unikatem, który należy poddać badaniom naukowym z tytułu nie czucia przez nich obecności Boga w życiu codziennym, nie poświęcającym swego indywidualnego czasu na rytuały czy modły (będące kontaktem z Absolutem) i zaprzeczeniom kreatywnej roli bóstwa w życiu publicznym.


2. Spowodowanie, aby odrzucili oni tezę, iż triumf liberalnej demokracji w skali całego globu jest nieunikniony. Sytuacja w wielu krajach przypomina bowiem Średniowiecze: słabe rządy, bądź brak jakiejkolwiek władzy, powszechna anarchia i armie misjonarzy oraz wielopłaszczyznowe konflikty religijne.


3. Zwrócenie powszechnej uwagi na nieznanych liberalnym elitom mistyków i kaznodziei, takich jak Tim LaHaye czy Jerry B. Jenkins, których książki rozeszły się w USA w nakładzie 42 mln egzemplarzy. David Brooks zauważa, że najpopularniejsze (obecnie liberalne) media winny więcej mówić i pisać o religii, ale na zasadzie prozelickiej i misjonarskiej, a nie sensacyjnej i naukowo-sceptycznej.


4. Absolutne odrzucenie materialistyczno-przyczynowego wyjaśnienia zjawisk religijnych w kontekście społecznym. Brooks krytykowaną manierę badań socjologiczno-religioznawczych porównuje do skompromitowanych jego zdaniem teorii walki klas Karola Marksa, bądź maksymalizacji zysku neoliberalnej ekonomii spod znaku Miltona Friedmanna czy Fridricha von Hayeka. Ponieważ religie są wynikami impulsów, odczytywaniem idei, indywidualnych aktów wiary nie można przedkładać w tłumaczeniu motywacji religijnych rachunku zysków i strat.

 

5. Jego zdaniem, religia porządkuje właściwie świat wartości – zło nazywa złem, a dobro – dobrem. I jest to dla porządku boskiego, którego realne istnienie jest absolutną koniecznością społeczną, ostateczna egzemplifikacja. Brooks wypowiada się w tym punkcie za rozpadem dotychczasowego podziału na lewicę i prawicę, deprecjonując oczywiście dorobek tej pierwszej, obwiniając ją za sceptycyzm wobec wiary, sekularyzację i laicyzację codzienności oraz postmodernistyczne spojrzenie na rzeczywistość.


6. Eschatologizacja codzienności Ameryki za prezydentury Georga W. Busha jr. jest pozytywnym zjawiskiem, zaś ta część elit (jak by można je określić – postmodernistyczno-liberalna), które ową sytuację kontestują, są w zdecydowanej mniejszości i stanowią rezerwat oraz wdzięczne pole dla wspomnianych badań naukowych.

Skutki wyalienowania elit

    

Pluralizm, tolerancja, wolność jednostki, zrozumienie dla Innego, demokracja, liberalizm nie są więc obecnie w tym renesansie wierzeń religijnych trendy. Bo być nie mogą. Uznane zostały powszechnie, przez  krytyków – i tak też są odbierane przez coraz większe odłamy coraz większej liczby społeczeństw (do tej pory uznawanych za demokratyczne, otwarte, wolne i pluralistyczne)  - za hedonistyczne, bezbożne, permisywne i nienormalne.

Tak się dzieje, gdyż elity społeczne po bankructwie praktycznego projektu Ostatniej Wielkiej Idei wyalienowały się w swoim świecie Dobra - dla siebie i w sobie. Ten proces doprowadził, iż owe elity: kulturowe, ekonomiczne, polityczne, menadżersko-biznesowe, urzędnicze, dziennikarskie etc.,  przekształcają się powoli w elity instytucjonalno-dynastyczne. Nadają kierunek, wytyczają horyzonty, wygłaszają opinie – ale tej reszty kłębiącej się na dole nie widzą, nie mają z nią żadnego styku, żadnego kontaktu poza wirtualnym.
Jak uważa Zygmunt Baumann - są nie z tego świata. A głosili i głoszą, a najważniejsze - działają jak najbardziej w tym świecie doczesnym. Zazdrośnicy, zawistnicy, ci Inni – muszą tylko patrzeć na nich z podziwem, niczym ofiary grodzenia gruntów w Anglii u progu nowoczesności,  kiedy bez pytania, odgrodzono ich od miejsc będących jeszcze wczoraj wspólnotą materialną i duchową.

Nie dano jednak nic w zamian. Idei już nie ma, jest twarda ekonomiczna rzeczywistość. Ponieważ materialna i „duchowa nędza naszych czasów stała się nie do zniesienia”, w  to miejsce awansują różni szarlatani, duchowi kuglarze, szalbierze i zwykli integryści, fundamentaliści czy fanatycy, chcący cofnąć wehikuł historii.     


Tu wychodzi na jaw dwoistość, antynomiczność i wewnętrzna sprzeczność - a przede wszystkim jej niekonsekwencja - liberalnej części elit kultury Zachodu (jak mówi m.in. brytyjski publicysta i historyk Timothy G. Ash - błękitni z obu stron Atlantyku powinni podać sobie dłonie ponad tą sadzawką w obronie idei Oświecenia), o których wspomina przywoływany wcześniej Baumann. Elity te, jako liberalne, wbrew zasadom, promowały w różny, najczęściej „krucjatowy”, sposób owe idee na całym świecie. Jest to z gruntu sprzeczne z multilateralizmem, wolnością wyboru czy lokalnymi doświadczeniami i historią innych kręgów cywilizacyjno-kulturowych.


Patrząc na sprzeciw wobec tych praktyk (będących często opozycją wobec metody, nie samych idei) poza łacińsko-atlantyckim kręgiem cywilizacyjno-kulturowym (czyli poza judeochrześcijańską tradycją), elity te nie zauważyły, że w ramach naszej kultury odrodziła się potężna opozycja, analogicznego chowu. Wykorzystuje ona religię jako taran przeciwko postępowi, liberalizmowi i wolności.
A proweniencja tej opozycji jest analogiczna jak fundamentalistów islamskich, fanatyków hinduistycznych czy sikhijskich terrorystów.

Dochodzi w końcu do tego, że teolog zachodnioeuropejski XX wieku mógł z niepokojem stwierdzić, iż pluralizm i wielość rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych są na świecie zagrożone właśnie w związku z ekspansywnością i opresyjnością  kultury Zachodu, będącej formą krucjaty. Zarówno religijnej jak i ekonomicznej. Cywilizacyjnej jak i mentalnej. A przecież to właśnie kultura Zachodu głosi od przeszło 300 lat wolność, demokrację, równość i swobody w kultywowaniu Inności. Nie wspominając o braterstwie i miłości bliźniego, nierozerwalnie związanymi z chrześcijaństwem.

 

Wywołanie wilka z lasu

 

Zachowując się jak rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności i cynicznie traktując pojęcie demokracji, mimo woli wywołano wilka z lasu we własnym domu. Teraz dorobek Oświecenia jest atakowany z dwóch stron – od wewnątrz i z zewnątrz. Ta ofensywa wszelkiej konserwy jest o tyle niebezpieczna, że elity są wyalienowane ze społeczności lokalnych, narodów czy innych większych grup społecznych. Poczuwają się raczej do ponadnarodowych, ponadklasowych, ponadrasowych  czy ponadkonfesyjnych więzi korporacyjno - klanowych. To, iż po swej stronie mają prasę i media, o niczym jeszcze nie świadczy i nic nie znaczy. Bo przeciwnik też okopał się na tych samych pozycjach. Dżihad, walcząc z McŚwiatem (żeby przywołać paralelę Benjamina Barbera), posługuje się skutecznymi metodami utożsamianymi do tej pory jednoznacznie z nowoczesnością. I dlatego to jest podwójnie niebezpieczne.


Krucjata jest jedną (i nieodłączną) z form prozelityzmu czy apostolstwa immanentnych chrześcijaństwu, islamowi czy hinduizmowi (zresztą w każdej religii tkwi pierwiastek eksportu wiary – w najmniejszym stopniu dotyczy to ortodoksyjnego judaizmu, gdzie wiara religijna jest związana bezpośrednio z pochodzeniem etnicznym). To połączenie walki i wiary religijnej: cnót rycerskich, męskich i sił witalnych z bogobojnością, idealizmem, potrzebą transcendencji  i poddaństwem.

Rewitalizacja wierzeń religijnych,
wzrost liczby ortodoksyjnych adherentów i fanatycznych wyznawców grozi – przy równoczesnym postponowaniu wszystkiego co nowoczesne, modernistyczne czy neutralne światopoglądowo) – powrotem dawnych czasów krucjat, ostracyzmu wobec Innego czy aktami przemocy w stosunku do niewiernych. O ateizmie i agnostycyzmie nie warto tu nawet wspominać. Zwłaszcza, gdy do tego dochodzi wszechobecny uwiąd racji rozumu i deprecjacja empirii w stosunku do mistyki, ezoteryki, okultyzmu, osjanizmu czy zwykłego transcendentalnego szaleństwa. Te tendencje uwalniają z kolei ludzi w nich pogrążonych od samych siebie, od wolności, od decydowania i odpowiedzialności, od samodzielnego i krytycznego myślenia, od autonomicznych i bezstronnych wniosków.

Nowy porządek świata - gotowy

 

Typowym przykładem takiej krucjaty jest wielonakładowa książka pt. „Nowy porządek światowy” Pata Robertsona, jednego z prominentnych reprezentantów Nowej Prawicy Chrześcijańskiej w USA (przy którym niedoszły komisarz UE Rocco Buttiglione jawi się jako skrajny libertyn), która zdominowała w ostatnich latach amerykański dyskurs publiczny w przedmiocie kontrowersji światopoglądowych i codziennej praktyki demokratycznego państwa. Książka ta, zajmująca w swoim czasie pierwsze miejsce na liście bestsellerów New York Timesa jest swoistym manifestem przeciwko spiskowi pijaków, narkomanów i handlarzy narkotykami, komunistów i socjalistów, dyktatorów różnej maści, chciwych handlarzy pieniędzmi i bankierów, rewolucyjnych skrytobójców i proaborcjonistów, jajogłowych, liberałów, zboczeńców, cudzołożników i ateistów.
W tej światowej konspiracji przeciwko Dobru znaleźli się zdaniem Robertsona także iluminiści postępu i wolności, ONZ i jego wszystkie agendy oraz światowa masoneria. Wszyscy oni „próbują zniszczyć wiarę chrześcijańską”, a przecież „jedyny sposób na porządek i pokój na świecie to przestrzeganie dziesięciorga przykazań”.


Tego typu postawy i poglądy zdobywają, niestety, coraz szerszy oddźwięk w opinii publicznej współczesnego świata. Wygląda na to, że nie chcemy mieć nic wspólnego z wartościami utożsamianymi z elitami. Odrzucamy to, co w jakikolwiek sposób kojarzone jest z wredną, samolubną oszukańczą i bezczelnie bogatą socjetą nadającą kierunek rozwoju i wizję dzisiejszej rzeczywistości.
Powtórka z historii staje się więc całkiem realna, gdyż zacietrzewienie, nienawiść i żarłoczna chęć naprawy (czyli powrotu do dawnych, dobrych czasów paternalizmu) po stronie czystych, nieskazitelnych oddziałów i coraz liczniejszych zastępów Osobistych Przyjaciół Pana Boga jest przerażająca.

Radosław S. Czarnecki


Red.
Zapraszamy też do lektury poprzedniego artykułu Autora - Rewitalizacja wierzeń religijnych i co z tego może wyniknąć