Religijna twarz terroryzmu

Utworzono: środa, 26, kwiecień 2017 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail

Uważa się, że rodowód wielu współczesnych organizacji zaliczanych do ugrupowań terrorystycznych sięga wierzeń religijnych. Nie bierze się pod uwagę innych proweniencji: nacjonalistycznych, antykolonialnych, marksistowskich, ani motywacji politycznych, które są podstawą ich działalności.

Światowy terroryzm to fałszywe pojęcie.
Funkcja dyskursu terroru polega na tym,
że stanowi pretekst dla metamorfozy
liberalnego kapitalizmu w kapitalizm autorytarny.
Ten zwrot post-demokratyczny łączący Waszyngton
z Moskwą i Pekinem będzie wielkim tematem
półwiecza, które mamy przed sobą.
Peter Sloterdijk

Czarnecki do zajawkiObecnie media i elity polityczne przy okazji omawiania problematyki terrorystycznej podnoszą nad wyraz elementy religijne i ich rolę w podejmowaniu przez jednostki działalności terrorystycznej, jakby to one były główną „sprężyną” ich działania. Jest to ucieczka przed zgłębieniem politycznych i społecznych źródeł tego typu działań, gdyż analizując je, trzeba byłoby spojrzeć w lustro, zajrzeć w swoje dokonania i retorykę stosowaną od lat, a przeznaczoną dla tzw. ludu - karmienie go fantazmatami o szansach, możliwościach i perspektywach, jakie daje gospodarka rynkowa, a ściślej mówiąc - kapitalizm w wydaniu laissez faire. Retorykę ociekającą terminami: wolność, demokracja, swobody obywatelskie, postęp, humanizm, prawa człowieka, a kryjącą faryzeizm, obłudę, pospolity fałsz, utylitarne (często niskie) zamiary i najzwyklejsze kabotyństwo.

Ta retoryka i takowa narracja, poprzez stwarzanie różnorakich iluzji oraz mirażu równych szans, rodzi u ludzi nadmierne oczekiwania od polityków, mainstreamu i tego systemu. Kapitał, który rządzi, nie stwarza bowiem równych szans startu. W tym właśnie upatrywać należy zaprzeczenia wzniosłości idei Oświecenia, gdzie każdy obywatel, każdy człowiek miał być podmiotem, nie przedmiotem. I nie chodzi tu o obiecanki-cacanki, nigdy nie spełniane, czy złudzenia powszechnej szczęśliwości, lecz o traktowanie człowieka jako osoby ludzkiej, jego godność, o humanizm i człowieczeństwo.

Terroryzm współczesnych dekad nie jest cechą naszej epoki. Od wieków zdesperowani osobnicy sięgali po takie metody jak nóż, trucizna, miecz, potem – bomba, itd. Czyż zabójstwo Juliusza Cezara w święto Id marcowych w 44 r. p.n.e. nie miało znamion terrorystycznego zamachu? Spiskowcy mieli działać na rzecz przeciwdziałania tyranii, jaką ponoć niosły koncepcje polityczne Gajusza Juliusza Cezara. Jednak efekty ich czynu nie zaowocowały w żaden sposób (dziś byśmy powiedzieli, że była to arystokratyczna zmowa inteligencko-kanapowej opozycji).

Sykariusze i zeloci

Na przełomie dwóch er, w ogarniętej niepokojami Judei pod rządami Heroda Wielkiego i jego sukcesorów powstał ruch odwołujący się do działalności zorganizowanej, opartej o argumenty religijne oraz indywidualny terror. Ci fanatycy zwani sykariuszami (radykalny odłam zelotów), znani również z adnotacji nowotestamentowych, byli szczególnie aktywni w latach 50.-70. n.e. Do ich przywódców należeli Menachem i Eleazar ben Jairowie oraz Szymon bar Giora. To tak, jak Osama ibn Laden czy Abu Bakra al-Baghdadi w naszych czasach.

Żydowscy sykariusze z I w. n.e. byli zadeklarowanymi przeciwnikami władzy rzymskiej, zasadniczo obojętnymi wobec sporów religijnych (o czym piszą znawcy tematyki tak różni jak np. Karlheinz Deschner czy Bruce Hoffman), choć posługiwali się narracją klerykalną i rabinacką. Religia była dla nich tylko orężem w walce de facto narodowo-wyzwoleńczej. Ich sposobem walki były mordy w tłumie przy użyciu krótkich sztyletów o wąskiej, zakrzywionej klindze (łac. sica), które wbijali w plecy przyszłych ofiar (najczęściej miało to miejsce w Jerozolimie, gdy miasto opanowywały gromady pielgrzymów).
Ich działalność polegała na zabójstwach prawdziwych bądź rzekomych kolaborantów, bogatych reprezentantów arystokracji (sprzyjających Rzymianom), pojedynczych rzymskich żołnierzy lub funkcjonariuszy administracji. Dokonywali ich publicznie, na oczach jak największych tłumów (efekt propagandowy, dziś - medialny). Gdy ofiara padała martwa na ziemię, manifestowali swe oburzenie i wzywali pomocy (dokładne opisy ich aktywności i doktryny znaleźć można u Józefa Flawiusza, zromanizowanego Żyda z Aleksandrii, naocznego świadka i uczestnika tamtych wydarzeń, znanego aleksandryjskiego historyka i dziejopisarza). Ponadto trudnili się zatruwaniem studni na pustyniach Palestyny, wlewaniem trucizn do bukłaków i kadzi z płynami wystawianych na targach czy na zapleczu domów itd. Widać stąd, że ataki chemiczne terrorystów we współczesnym świecie nie są więc niczym nowym.

Zeloci mieli też poparcie części stronnictwa arcykapłańskiego, nastawionego nacjonalistycznie i ksenofobicznie wobec hellenizującej się społeczności Palestyny (mieszkali tu nie tylko wyznawcy judaizmu, Żydzi o innej niźli purytański jahwizm obediencji, ale i mnóstwo Greków – zwłaszcza w miastach nadmorskich – Fenicjan oraz potomków ludów zamieszkujących Kanaan przed przybyciem Żydów), m.in. Eleazara Ben Szymona, Zachariasza Ben Phaleki czy Jana z Gischali.

Podczas oblężenia przez Rzymian Jerozolimy zdecydowali oni o obsadzaniu stanowiska arcykapłana drogą losowania. To gwałciło w jawny sposób tradycję, gdyż arcykapłani jerozolimskiej świątyni Jahwe wywodzili się z jednego rodu (mitycznego Sadoka, arcykapłana z czasów Salomona) i ugrupowania polityczno-religijnego, stanowili arystokrację rządzącą ówczesnym Izraelem. Dzięki zabiegowi zastosowanemu przez stronnictwo zelotów, ostatnim arcykapłanem został Fanni, syn Samuela, kamieniarz nie pochodzący z rodu kapłańskiego. Po upadku Jerozolimy zeloci uciekli do Masady, gdzie walczyli aż do samobójstwa jej obrońców w 73 r. n.e. Na czele obrońców stał wtedy wspomniany Eleazar ben Jair.


Nizaryci


Kolejnym historycznie przykładem terroryzmu mogącego mieć ewentualnie podłoże religijne są nizaryci (inaczej – asasyni). Działali na początku II tysiąclecia (1090 – 1272) na obszarach dzisiejszej Syrii, płn. Iraku i Iranu. Nizaryzm to radykalna sekta czy wspólnota muzułmanów szyickiej proweniencji, pozostająca w zdecydowanej opozycji wobec dominującego w islamie nurtu sunnickiego.
Założycielem tej sekty na terenie ówczesnej Persji był charyzmatyczny szejk Al-Hasan ibn as-Sabbah znany bardziej w literaturze i przekazach jako Starzec z Gór (1056-1124). Ich ortodoksyjna i purytańska, religijno-polityczna doktryna oparta została na ismailizmie, jednym z głównych odłamów szyizmu.
Nauka nasycona była mistycyzmem, ezoteryzmem i tajemniczością, a sama działalność oparta na konspiracji oraz akcjach z ukrycia. Takie opinie na temat asasynów krążą po dziś dzień, a utrwalane są tym, iż wszystkiej dokumenty oraz archiwum zgromadzone w twierdzy Alamut (siedziba Starca z Gór) zostały zniszczone podczas zdobycia i doszczętnego splądrowania przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana (1256).

Nazwa asasyn wiąże się z narkotycznym odurzeniem, pod wpływem którego adept przygotowywany do udziału w akcji miał wizje raju i szczęśliwości tam zażywanych. To odurzenie powodowano haszyszem, czyniąc z członków wspólnoty osoby uzależnione, pospolitych narkomanów (arabskie wyrażenie haszszāszijjūna oznacza tyle, co „pod wpływem haszyszu", stąd miała się wziąć nazwa tego zakonu skrytobójców, choć równie dobrze może chodzić w niej o „synów Hasana").

Miano asasynów przylgnęło w okresie wypraw krzyżowych do sfanatyzowanych skrytobójców walczących podstępem z krzyżowcami najczęściej za pomocą sztyletów (potem także z osobami niewygodnymi politycznie czy religijnie, co uczyniło z nich płatnych zabójców wynajmowanych do załatwiania pospolitych porachunków). Działali pojedynczo lub w małych komandach. Wzbudzali tak powszechną grozę, że z czasem stali się synonimem bezlitosnych morderców. Podobno, jeśli chodzi o pewne kwestie organizacyjne, wzorowali się na nich templariusze.

Główna siedziba nizarytów/asasynów Alamut (współczesny Gazorkhan w płn. Iranie) mieściła się w niedostępnym miejscu, silnie ufortyfikowanym i otoczonym górami Elburs, skąd dokonywano terrorystycznych rajdów w komandach, albo pojedynczo. Analogia z dzisiejszą sytuacją, gdzie różne klony al-Kaidy prowadzą działalność terrorystyczną, nasuwa się sama.
W okresie swej największej prosperity (II połowa XII w.) asasyni opanowali szereg twierdz i fortów zlokalizowanych najczęściej w niedostępnych regionach Bliskiego Wschodu – zarówno na terenach podporządkowanych Abbasydom, jak i wchodzącym w skład imperium Seldżuków czy egipskich Fatymidów.


Thugowie


I wreszcie historia thugów. Angielskim słowem thug opisuje się bandytę, łotra, opryszka, zbója. Thugowie była to tajna organizacja w Indiach na kształt bractwa religijno-zawodowego, rodzaj specyficznego cechu skupiającego Hindusów rozmaitych wyznań (należeli do niej zarówno wyznawcy różnych denominacji hinduizmu, jak i miejscowi muzułmanie). Jej członkowie pod pozorem oddawania czci bogini Kali (bóstwo przemocy, śmierci, władzy nad demonami) mordowali niewinnych, najczęściej przypadkowych, podróżnych. Działalność thugów przypada na XIII – XIX wiek i w tym okresie cele tej morderczej sekty ulegały ewolucji.
Zasadniczą ideą działalności thugów były morderstwa rytualne wybranych osób (ale bez przelewania krwi), dokonywane przez uduszenie jedwabnym sznurem (hind. rumal). Taki sposób zabijania ofiar związany był z jednym z mitów dotyczących bogini Kali oraz wymogów rytualnych.

Zdobyte podczas działań sekty przedmioty dzielono wśród członków grupy, a część jako wota składano bogini Kali. Ewolucja i powszechność tego procederu doprowadziły z czasem do tego, że wiele grup przedstawiających się jako thugowie, de facto z owego procederu uczyniło intratne źródło dochodów, nie mających żadnych odniesień religijnych czy liturgiczno-rytualnych.

Organizacje thugów działały nielegalnie, często cieszyły się jednak cichym poparciem ze strony lokalnych radżów, którzy w zamian za ochronę zmuszali członków organizacji do wydania (niekiedy znacznej) części łupów. Pewny dochód w strukturze ówczesnych, feudalnych Indii miał swoje niebagatelne znaczenie z uwagi na powszechne ubóstwo i rozproszenie władzy.
Na co dzień członkowie sekty prowadzili normalne życie, nie wyróżniając się niczym z reszty społeczeństwa, ale mieli rozwiniętą doskonale sieć informatorów, zwłaszcza jeśli chodziło o karawanseraje. Niewątpliwie fory do prowadzenia takiej działalności dawała współpraca z lokalnymi władzami (radżami).
Liczbę ofiar owych zabójców czy terrorystów (jak dziś byśmy ich nazwali) trudno oszacować - waha się od 500 tysięcy do nawet 2 milionów. O masowej skali mordów może świadczyć fakt, iż przywódca jednej z takich grup, Behram z Bengalu (XIX w.), przyznał się do własnoręcznego uduszenia 125 osób i asysty przy 931 morderstwach. Anglicy rozprawili się z thugami, likwidując ich fizycznie po umocnieniu się brytyjskiego panowania w Indiach w 2. połowie XIX w.


Ukryte motywacje


Jak więc widać, religia może być motywem działalności terrorystycznej, ale zasadnicze źródła tego procederu są często zawoalowane szczelną zasłoną symboli, mitów czy klasowych, bądź politycznych uwarunkowań. To także tradycja, sprzeczności społeczne, nierówności ekonomiczne i wykluczenie (jednostkowe bądź grupowe). Gdy żydowski morderca premiera Izraela Icchaka Rabina, student prawa z uniwersytetu Bar Ilan, Jigal Amir wykrzykiwał na sali sądowej podczas rozprawy: „Nie żałuję. Działałem sam i z rozkazu Boga”, była to tylko manifestacja fałszywej pobożności i retoryka miła uszom ortodoksów, efekt określonej narracji czy środowiskowej presji, mającej być de facto politycznym manifestem. Zasadniczym powodem, który zmusił tego ultraprawicowego i ortodoksyjnego Żyda do zabójstwa, był politycznie uwarunkowany sprzeciw wobec ewentualnych porozumień na linii Izrael – Palestyńczycy.

Podobnie ma się rzecz ze wszystkimi terrorystami, odwołującymi się do uzasadnień religijno-teologicznych, tak obficie ujawniających się w dzisiejszym świecie. Dotyczy to zarówno Muhammada Aty as-Sajjida, Timothy McVeigha, Mohammeda Bouyeriego, Jarnaila Singh Bhindranwale’go, jak i Scotta P. Roedera.

Także niesławnej pamięci Eligiusz Niewiadomski swój czyn okrasił katolicką tożsamością, potwierdzoną wielokrotnie przez polską prawicę narodową (kojarzącą Polaka wyłącznie z katolicyzmem nadwiślańskiego rytu) i milczeniem Episkopatu. Podobnie ma się rzecz z Januszem Walusiem, innym nadwiślańskim terrorystą, góralem z pochodzenia, podkreślającym swą wiarę religijną i rasową przynależność, odsiadującym karę dożywotniego wiezienia za zabójstwo Chrisa Haniego, południowo-afrykańskiego działacza politycznego, przeciwnika apartheidu.
Waluś, osoba niezwykle religijna, postrzegająca otaczającą rzeczywistość wyłącznie w kategoriach dobra i zła, przekonana o swojej misji i łasce otrzymanej bezpośrednio od swojego Boga, sakralizuje swoją działalność, powołując się na boską legitymację. Terroryzm – według takiego pojmowania - winien więc nabrać charakteru sakralnego.
Reakcja duchowieństwa, podgrzewającego w kazaniach i naukach religijnych żar i potrzebę ofiary (jako czegoś mitycznego, wzniosłego, „miłego Bogu”), celebrującego i gloryfikującego cierpienie, jest tylko kurtyną kryjącą doczesne, utylitarne i przyziemne aspekty takich działań.
Radosław S. Czarnecki

Odsłony: 242
Our website is protected by DMC Firewall!