Religioznawstwo (el)

Santo subito: zawsze słuszne?

Utworzono: niedziela, 27 kwiecień 2014 Radosław S. Czarnecki

 

                                                                Dwie  rzeczy  powinien  czynić proszący:
                                                             prosić  usilnie  i  prosić  o  to, co  się  godzi.

                                                                               św.  Jan  Chryzostom

 

Gdy lud zebrany na pl. św. Piotra w Rzymie podczas pogrzebu Jana Pawła II (kwiecień 2005) wznosił hasła i dzierżył transparenty Santo subito,  wydawać się mogło, że na fali mistycznego i religijnego uniesienia Karol Wojtyła zostanie przez aklamację wiernych - jak w czasach późnego antyku, (gdy chrześcijaństwo torowało już sobie drogę ku władzy) - uznany za świętego Kościoła katolickiego. Jako bezwzględny, osobowy, powszechny model postępowania dla rzymskiego katolika – bo taki jest wymiar ideowy i doktrynalny instytucji świętego w Kościele.

Aklamacja taka – i proceduralna zgoda na nią - przeczy idei advocatus diaboli (używanej w procesach beatyfikacyjno-kanonizacyjnych do czasów reformy Jana Pawła II w tej mierze) i temu, co stwierdza (racjonalnie i pragmatycznie) m.in. G. Orwell, iż „świętych powinno się uważać za winnych, dopóty ich niewinność nie zostanie udowodniona”.
Andrea Tornieli, znany watykanista włoski, na łamach turyńskiej „La Stampy” (2011 r.) wyjaśniał, że Benedykt XVI po licznych rozmowach i konsultacjach z kurialistami watykańskimi uznał jednak taki casus za zbyt niebezpieczny i niemedialny dla katolicyzmu. Wybrał więc ścieżkę normalnego procesu, jak w przypadku Matki Teresy z Kalkuty (Jan Paweł II w 1997 r. szeroko konsultował ogłoszenie jej santo subito, ale także nie przystał na takie rozwiązanie pod wpływem argumentacji wielu kurialistów, które było zdecydowanie przeciwne takiej antyczno-chrześcijańskiej tradycji).
 

     Oprócz tłumów wiernych z pl. św. Piotra oraz nacisku środowisk religiancko-fundamentalistycznych i tradycjonalistycznych z całego świata, (których namnożyło się w łonie katolicyzmu podczas pontyfikatu Jana Pawła II), także wielu dostojników kościelnych pragnęło natychmiastowego wyniesienia na ołtarze polskiego papieża. Podpisy pod petycją do jego przyszłego następcy, jeszcze przed konklawe (2005), zaczął zbierać słowacki kardynał Józef Tomko. Na ręce Benedykta XVI zaraz po wyborze złożył ją kardynał Camillo Ruini. Jednocześnie osobisty papieski sekretarz, arcybiskup Stanisław Dziwisz, optował mocno u  Benedykta XVI za szybką i bezwzględną kanonizacją Karola Wojtyły bez poprzedzającego ją procesu beatyfikacyjnego.


A. Tornieli ujawnił ponadto, że w pierwszych tygodniach swego pontyfikatu Benedykt XVI skłaniał się wszakże poważnie ku rozwiązaniu świętości Jana Pawła stosowanemu w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Byłoby to z wielu powodów jednak wydarzenie bezprecedensowe w czasach współczesnych. Od ponad tysiąca lat bowiem żaden papież nie wyniósł na ołtarze swego bezpośredniego poprzednika. Ostatecznie więc Benedykt nie zdecydował się na taki krok.


Inflacja świętości


Ponadto sama liczba beatyfikacji i kanonizacji poczyniona przez papieża Polaka w trakcie swego pontyfikatu spowodowała niesłychaną inflację samej idei świętości. Z drugiej strony, ludzie sceptyczni i racjonalni poczęli (także wskutek masowości i jarmarczności  imprez beatyfikacyjno-kanonizacyjnych w stylu hollywoodzkiego show) traktować te ludyczne i pompatyczne przedsięwzięcia jak teatr jednego aktora, a nie propagowanie jakichkolwiek wartości, jakichkolwiek wyższych, uniwersalnych idei. Oprócz teatru jednego aktora  były to także pokazy mobilizacji Kościoła (w miejscu, gdzie przybywał Papież w celu dokonania kolejnych, masowych wyniesień na ołtarze) oraz autorytarnej władzy rzymskiego pontifexa.  
 

Nadmiar i taśmowa produkcja świętych spowodowały zatracenie istoty samej świętości oraz poprzez ową inflację – obojętnie jakie by one nie były – zatracenie wszelkich uniwersalnych wartości sacrum jako takiego. Spowodowały ich zdeprecjonowanie, sprofanowanie, utylitaryzację i źle pojęte umasowienie. Taka świętość stała się pospolitym, medialnym i codziennym newsem, częścią pop-kultury (i to w najgorszej, bo kiczowatej, formie). Tylko w Polsce kolejne przedsięwzięcia watykańskie zwane procesami kanonizacyjno-beatyfikacyjnymi wzbudzały jakieś zainteresowanie i bałwochwalcze komentarze mainstreamu.  
 

Należy podkreślić, że w ostatnich wiekach świętością obdzielał Watykan  urzędujących w tym czasie papieży niezwykle skąpo. W minionych siedmiu ostatnich wiekach (od 1300 roku) tylko trzech panujących wtedy biskupów Rzymu dostąpiło kanonizacji: Celestyn V (1294), Pius V (1566-72) oraz Pius X (1903-14). Na marginesie dodać wypada, że w tym czasie błogosławionymi ogłoszono pięciu biskupów Rzymu: Benedykta XI (1303-1304), Urbana V (1362-70), Piusa XII (1939-58), Jana XXIII (1958-63) i Jana Pawła II (1978-2005). Trzech ostatnich – Pius, Jan i Jan Paweł - to produkty ostatniego dziesięciolecia.  
 

Warto dodać, że okrzyk santo subito to wezwanie znane z pierwszych trzech wieków chrześcijańskich dziejów kiedy to ówcześni wyznawcy Chrystusa wyrażali publicznie swoje przekonanie o świętości zmarłego członka gminy. Oznacza dosłownie: święty natychmiast, święty od zaraz.


Czy vox populi  to vox Dei?


Ale czy naprawdę vox populi to jednocześnie vox Dei?  Czy hierarchia zawsze uginała się pod naciskiem ludu bożego w imię utylitarnych, masowych i pożądanych dla Kościoła (jako instytucji), dezyderatów? Przytoczony tu casus Jana Pawła II nie służy jako klasyczny wzór w tego typu (i podobnych) przypadkach.
 

Niech w tej całej historyjce, tak upowszechnianej i nagłaśnianej nad Wisłą, Odrą i Bugiem przez bezrefleksyjnych dziennikarzy oraz publicystów, przykładem będą dzieje Armana Pungilupo z Ferrary (? – 1269). Jak głoszą przekazy,  ów wierny i doszły/niedoszły święty Kościoła katolickiego jest właśnie przykładem rozbieżności między mniemaniem ludu bożego, jego chęciami i poglądami, a polityką Watykanu (bo uświęcanie takiej, a nie innej osoby jest niczym innym tylko realizacją określonych zamiarów, aktualnej doktryny i preferencją dla utylitarnych „tu i teraz” wartości, czyli czystą polityką Kościoła katolickiego jako instytucji ziemskiej).

Ów Włoch i jego losy - za życia i po śmierci - to przykład mimetyzmu heretyckiego (określenie zaczerpnięte z dokumentów watykańskich): jego droga i postawa życiowe wzbudzały przez ponad wiek ciężką diatrybę, konflikty i zażarte walki w łonie „mistycznego ciała Chrystusa” (jakim jawi się Kościół dla wiernych i hierarchii) w północnej Italii - Ferrarze i okolicach – na wskutek wspomnianej rozbieżności.

A. Pungilupo, gdy żył, był uważany przez społeczność ferraryjską za osobę o nieposzlakowanej, chrześcijańskiej proweniencji: przykładna ortodoksja, jałmużnik, asceta (posty i umartwiania zgodne z duchem epoki), życie według wartości głoszonych przez ówczesną hierarchię. Bezpośrednio po śmierci (1269) jego zwłoki złożono podczas imponującej jak na owe czasy uroczystości w słynnej katedrze w Ferrarze. Zaraz po śmierci rozpoczęły się masowe pielgrzymki do grobu santo subito A. Pungilupo.

Oczywiście, były cuda zachodzące za jego wstawiennictwem i liczne uzdrowienia – bez tego nie może się przecież obejść, bez względu na to czy mamy do czynienia z Armanem Pungilupo, Karolem Wojtyłą, Ignacym Loyolą, Teresą z Avilli, Maksymilianem Kolbe czy Szymonem Słupnikiem (obojętnie więc czy jest to antyk, średniowiecze, renesans, kontrreformacja, modernizm, czy ponowoczesność).
 

Śledztwo inkwizytorskie podjęte z doniesienia „obywatelskiego” (zazdrość? niechęć? zawiść? personalna bądź rodzinna – tak ważka na obszarze  Włoch i w społeczeństwie klanowym - zadra?) odkryło po jakimś czasie wszakże, że Pungilupo był powiązany z licznymi i aktywnymi wówczas w tej części Italii grupami heretyków - najprawdopodobniej chodziło o patarenów, dulcynian, bądź humiliantów.
Nakazano kanonikom zarządzającym katedrą w Ferrarze ekshumowanie i usunięcie doczesnych szczątków Pungilupo (zgodne z ówczesnym prawem), czyli totalną dematerializację, bez zostawienia miejsca pochówku (wykluczenie pielgrzymek i kultu takiej osoby).

Jednak kanonicy, jako członkowie miejscowej gminy, związani mentalnie i materialnie z ludnością, stawiali opór, nie chcąc podporządkować się zaleceniom inkwizycyjnym. Zresztą wspólnota także dawała w tej mierze jawny odpór hierarchii.

Cuda, uzdrowienia, a przede wszystkim mir, jakim Pungilupo cieszył się wśród gminy chrześcijan z Ferrary i okolic świadczyły (zdaniem kanoników katedralnych) o jego nieposzlakowanej ortodoksji. Odmawiali posłuszeństwa i dlatego zostali obłożeni ekskomuniką i rozproszeni. Papież Bonifacy VIII (1294-1303) zatwierdził wyrok i został on bezwzględnie wykonany, tak,  po ponad 30 latach od śmierci Pungilupo - w 1301 - doszło ostatecznie do usunięcia szczątków doczesnych doszłego/niedoszłego świętego, zniszczenia jego grobowca oraz  tzw. damnatio memoriae.  


Trzeba zacząć od siebie
 


Damnatio memoriae (łac. potępienie pamięci) to procedura usunięcia z dokumentów i pomników, miejsc publicznych i dokumentów imienia oraz zniszczenia wizerunków osoby skazanej na zapomnienie. Ma być ona bowiem wymazana ze społecznej pamięci. Ta tradycja jest znana m.in. ze starożytnego Egiptu (np. zniszczenie materialnych pamiątek po faraonie Echnatonie/Amenhotepie IV), czy cesarskiego Rzymu. Spotkało to również ….. Józefa Stalina po śmierci (spalenie zmumifikowanych zwłok i symboliczne ich przerzucenie z mauzoleum na pl. Czerwonym na Cmentarz Nowodziewiczy, pod mur kremlowski).
 

Po cóż przypominać te fakty? A po to, iż vox populi nie jest zazwyczaj (przede wszystkim w ostatniej feudalnej monarchii, jaką pozostały Watykan i Kościół katolicki) głosem boskim. Ta instytucja hołduje innym wartościom, innym zasadom, inne kanony ma wpisane w swoje jestestwo. Dobrze jest innych pouczać – i nauczać – o demokracji, wolnościach osobistych, o obywatelskich, swobodzie myśli i porzuceniu doktrynalnej opresji. Trzeba jednak - jak mawiał Sokrates - zacząć od siebie.

To jedna nauka moim zdaniem płynąca z tego tekstu. Drugą jest konkluzja, iż od czasów Pungilupo po czasy Wojtyły - mimo aktywacji laikatu do życia Kościoła i retoryki o współodpowiedzialności wiernych za wspólnotę - Kościół tak naprawdę nic nie zmienił (lub niewiele) w swej istocie i funkcjonowaniu.

Święty to pieczęć watykańska dla kultu mas i osiągnięcie z tego tytułu określonych korzyści. Zaprezentowaną króciutką rozprawę o historii A. Pungilupo można traktować w kategoriach walki Kościoła rzymskiego z konkurencją religijną, jaką stanowiły w XI-XII wieku niezwykle liczne ugrupowania heterodoksyjne, a mające niezwykle silne oparcie społeczne na olbrzymich obszarach Europy Zachodniej. A w takich zmaganiach (normalnych, jak na rynku, czy wojennym teatrze walki) wszelkie chwyty  w imię zysku (obojętnie jak go potraktujemy) są  dozwolone i dopuszczalne. Bez względu na epokę i głoszone idee.
 

Biedny Pungilupo – tak niewiele dzieli (jak widać) świętość od diabelstwa, cnotę od przekleństwa, niebo od piekła, tron od piwnicy, wieczystą pamięć i splendor od instytucjonalnego zapomnienia i pohańbienia pogrzebanych szczątków.

Pantha rhei – jak rzekł 500 lat przed Jezusem z Nazaretu Heraklit z Efezu sprawdza się uniwersalnie. Nawet w ramach doktryny „mistycznego ciała Chrystusa”.

Radosław S. Czarnecki

   

Słów kilka o świętości

Utworzono: niedziela, 30 marzec 2014 Radosław S. Czarnecki
 

 

                                                                                               Osła  żeście  wybrali……

                                                                 Jacques Fournier* (po wyborze na papieża)

 

Święci to termin lub pojęcie mające różną treść w różnych wierzeniach religijnych. Potocznie świętym nazywa się wszystko, co dotyczy najszerzej pojmowanego Boga, Absolutu, Dobra Najwyższego (sacrum). Wedle Kościoła katolickiego świętym lub świętą może być ogłoszony też człowiek: ochrzczony, zmarły, o którym po przeprowadzeniu procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego można z całą stanowczością powiedzieć, że życiem swoim lub męczeńską śmiercią za wiarę dowiódł realizacji wymogów i zasad religii katolickiej.
We wspomnianych procesach oprócz stwierdzenia, iż życie takiej osoby wypełniały treści chrześcijańskie, stanowiące wzór cnót i postępowania dla innych wyznawców, potwierdza się zaistnienie (w związku z daną osobą) cudów moralnych lub uzdrowienia. Beatyfikacja zezwala na lokalny kult błogosławionej osoby, kanonizacja – uznaje taką osobę za świętą i jej kult szerzyć się odtąd może na całym świecie.  

Świętość w najbardziej potocznym znaczeniu (chrześcijańskim) to utożsamienie się z osobowym wzorcem Jezusa Chrystusa, z jego naukami i przesłaniem niesionym przez te nauki oraz wspomniany wzorzec personalny. Egzemplifikuje się to m.in. w stwierdzeniu św. Escrivy de Balaguera (założyciela i promotora Opus Dei) o „powołaniu do świętości” każdego wiernego, każdego katolika.

Święci - pozostałość wielobóstwa
 

Obfitość świętych i błogosławionych w Kościele katolickim stawia jednak dylemat – czym tak naprawdę oni są? Przecież monoteizm to wiara w jednego Boga, natomiast w tym przypadku mamy wyraźny pluralizm kultu. Byłaby to więc – jak twierdzą niektórzy religioznawcy, teologowie i filozofowie religii – pozostałość wielobóstwa z okresu antycznego (a nawet echo dawnych, pierwotnych, archetypicznych wierzeń quasi-religijnych z paleolitu czy neolitu). Jak wszystko w życiu doczesnym,  tak i „świętość” musi ulegać zmaterializowaniu, „profanacji”, zwłaszcza iż wielokrotnie w historii, także współcześnie (a i zapewne będzie tak w przyszłości) sacrum i tzw. święci byli wykorzystywani do zupełnie utylitarnych, przyziemnych, nader nie-świętych celów. Różne epoki niosą ze sobą różne mody, różne trendy, różną umysłowość. W związku z tym, zmienia się też społeczne zapotrzebowanie na określony model postępowań, adekwatny dla danej epoki. Heglowski Zeitgeist ma się na tym przykładzie całkiem dobrze.

Ów problem należy rozpatrywać w dwóch płaszczyznach. Po pierwsze - hierarchia Kościoła, która zmonopolizowała od bardzo dawna  formę i tryb uznawania personalnej świętości nie może się nie liczyć z głosem ludu bożego (vox populi, vox Dei); przykłady okrzyków na pogrzebie Jana Pawła II – sancto subito – świadczą o tym najlepiej. ** 
Po drugie – duchowieństwo, patrząc dalekosiężnie, a jednocześnie odpowiadając na społeczne zapotrzebowania, musi stymulować określone kanonizacje i proponować tym samym dane wzorce osobowe wytyczające dla całej wspólnoty drogę  na przyszłość. Oczywiście, według zakładanych interesów Kościoła. 

Nie wszyscy święci świętymi…

Na podstawie decyzji Vaticanum, I biskup Rzymu, dokonując kanonizacji, cieszy się przywilejem nieomylności. Uzasadnienie kontrowersyjności i dwuznaczność klimatu otaczającego kult oraz sam proces „uświęcania” ludzi  przez papieża znajdujemy już w średniowieczu, bo u św. Tomasza z Akwinu. Jak mówi ów Doktor Kościoła, „kanonizacja potępieńca równoznaczna by była z nauczaniem czegoś sprzecznego z zasadami wiary i moralności, a papież nauczałby, iż może być zbawiona osoba naśladująca przykład osoby, która przez swe złe czyny została potępiona”. W podobnym duchu brzmią także słowa Benedykta XIV (1740-1758): „nie możemy znaleźć żadnych błędów w kanonizacjach dokonanych przez papieża”. 

Rozważania nad świętymi trzeba zacząć od papieży. Pierwszych 54 biskupów Rzymu obligatoryjnie uznawanych jest za świętych (oprócz dwóch: Liberiusza – 352-366 i Anastazego II – 496-498). Tu argumentacja opiera się o kwestię walki za wiarę i kształt katolicyzmu (konfrontacja z manicheizmem, marcjonizmem i innymi herezjami I połowy I tysiąclecia nowej ery), czy prześladowania ze strony Cesarstwa Rzymskiego. Później kanonizacje/błogosławieństwa w tej grupie stają się rzadsze – ostatnie wieki są nader ubogie w tej mierze. Błogosławionymi zostali uznani równocześnie – m.in. przez Jana Pawła II (3.09.2000) - Pius IX i Jan XXIII. Jaka antynomia dzieli obu hierarchów, jak różne wzory osobowe, mentalnościowe, filozoficzne i  teologiczne oni przedstawiają! Pius IX to rygorysta, dzisiaj byśmy rzekli – fundamentalista religijny, a wykład na temat jego wizji świata zawiera się przede wszystkim w słynnym Syllabusie – wykazie błędów współczesnego świata, przed którymi winien wystrzegać się wierny katolik. Czy to jest wzór osobowy dla dzisiejszego człowieka?

A czy sprzeczność w uświęceniu Piusa X (został kanonizowany w 1954 przez Piusa XII, 1939-1958) i błogosławieństwie - czyli „na drodze” ku świętości  - Jana XXIII nie polega też na tym, że stworzona przez G. Sarto (Pius X) pół-tajna Sodalicja im. św. Piusa V, w zasadzie była to policja wewnątrz katolicka prześladująca inaczej myślących członków Kościoła, zwana Sapinierą, inwigilowała młodego ks. G. Roncallego pod kątem „herezji” modernistycznej?

 A jakie wartości i przesłanie może nieść dla dzisiejszego katolika (a ze względu na delikatną materię ekumenizmu także dla chrześcijaństwa wschodniego) postać św. Leona IX (1049-1054) pozostającego symbolem ostatecznego podziału chrześcijaństwa i ekskomuniki rzuconej przez Rzym na Konstantynopol w związku z tym faktem? 

 Jeszcze większe kontrowersje wiążą się z osobą innego papieża, św. Piusa V (1566-1572). A. M. Ghislieri zanim został Ojcem Świętym pełnił funkcje inkwizytora w płn. Italii (Como i Bergamo), a w 1551 r. był komisarzem generalnym Inkwizycji Rzymskiej. Znając metody, formy działania, a także znaczenie tej instytucji dla tłumienia niezależności badań naukowych, rozwoju wolnej myśli w Europie, jak również prześladowań Innego,  dylemat wzorca osobowego i promowanych przez Piusa V postaw jest wyraźnie widoczny.
 
Świętość inkwizytorów

 Inkwizytorzy jako święci, jako personalne wzorce postępowań i przykłady do naśladowania, to wątpliwe wartości niesione przez katolicką praktykę. Klasycznym tego dowodem jest osoba św. Roberta Bellarmina (1542-1621), kardynała i Doktora Kościoła, osoby bezpośrednio związanej ze skazaniem G. Bruno na śmierć oraz z inwigilacją, prześladowaniem i męczeństwem Galileusza. W osobie tego świętego zawiera się zarówno katolicka nostalgia za dawnymi czasami, kiedy Kościół decydował o wszystkim, a z drugiej – jest to absolutny rozdźwięk z głoszoną dziś doktryną o prawach człowieka, miłości bliźniego, demokracji czy najszerzej pojmowanym personalizmie.

Także, zdawałoby się, absolutna symbioza instytucji Kościoła i nauki (Jan Paweł II) w tym konkretnym przypadku doznaje niemałego uszczerbku. Gdy spalony na stosie G. Bruno nie doczekał się do tej pory rehabilitacji, jego sędzia ma być wzorcem osobowym dla wszystkich chrześcijan. To istny paradoks realności katolickiej doktryny.  

Takie same dylematy zapewne będą zaprzątać za 200 czy 500 lat krytyczne umysły biorące pod lupę osobę św. Jana Pawła II (1978-2005), kiedy  racjonalność decyzji beatyfikacyjno-kanonizacyjnych (czyli promujących określone wartości niesione przez dane osoby) A. Stepinaća, J. E. de Balaguera, bądź manifestacyjna przyjaźń i konfidencja z M. Maciel-Degollado (twórca Legionu Chrystusa), skonfrontowane zostaną z potępieniem, nakazem milczenia i sankcjami wobec H. Kuenga, Ch. Currena, E. Drewermanna czy B. Forcano.

Święci reprezentujący grupę osób kanonizowanych w związku z Kontrreformacją  nieść mogą z kolei inne – niż wspomniane wcześniej –wartości i wzorce osobowe prezentowane dzisiejszemu katolikowi, będące  antynomią dla współczesnych trendów i umysłowości. Czy mogą więc stać się „znakami czasów” dla współczesnego człowieka?   

Kontrreformacja to przede wszystkim Sobór w Trydencie (1545-1563). Wiąże się ona ze zmianami wewnątrz Kościoła, zakreślonymi następującymi zasadami: wytępienie herezji, zdyscyplinowanie wewnątrz wspólnoty (wygaszenie pluralizmu myśli) oraz odrzucenie wolnej woli człowieka w zagadnieniach wiary. Z tymi założeniami Soboru Trydenckiego związanych jest ponad 20 świętych, uważanych do dziś za osoby niesłychanie egzemplifikujące ówczesną doktrynę Kościoła katolickiego. To m.in.: Ignacy Loyola (1491-1556), Franciszek d’Borja (1510-1572), Franciszek Ksawery (1506-1552), Jan z Avili (1500-1569), Jan od Krzyża (1542-1591), Tomasz z Villanueva (1488-1555), Teresa z Avila (1515-1582).

Kontrreformacja to przede wszystkim umysłowość „oblężonej twierdzy” wojującego i sprzężonego z „ramieniem świeckim” Kościoła, ekstaza i fundamentalistycznie pojmowana mistyka nie pozostawiające żadnych przestrzeni dla racji rozumu (u wszystkich ww. świętych rys mistyczno-ekstatyczny był niezwykle wyraźny, niezwykle istotny dla ich dorobku duchowego i materialnego). A nadto – tzw. „jezuityzm” pozostający zawsze „duchem i materią”.  
 

Świętość z izolacji i choroby?
 

Erem to pustelnia, miejsce gdzie asceci, mnisi żyją w odosobnieniu, pędząc żywot w formie cenobitycznej (we wspólnocie), albo jako anachoreci (ascetyczni pustelnicy). Pustelnicy stanowią pokaźną grupę świętych. Umartwienie, ucieczka od świata doczesnego, ekstatyczne stany świadomości i mistyczny fundamentalizm charakteryzuje wszystkie bez wyjątku osoby w tej kategorii. I nie chodzi tu nawet o pierwszych eremitów (II – V w.n.e.) - przekazy na ich temat to głównie legendy, klechdy lub mity: św. Antoni (ok.250-356), św. Pachomiusz (ok.290-346) czy św. Kaloger (?-485).

W późniejszych okresach eremici nieśli przesłanie życia w ubóstwie – na wzór Jezusa – co nie zawsze spotykało się z uznaniem aktualnej hierarchii (np. św. Celestyna V - 1215-1296 - znanego pustelnika Piotra z Murrone, czasowo tylko będącego papieżem, a później zamkniętego w areszcie domowym przez jego następcę Bonifacego VIII). Więc jak dziś, w dobie zwycięskiego kapitalizmu vel gospodarki rynkowej (do którego to zwycięstwa Rzym ponoć się walnie przyczynił), epoki polegającej na gromadzeniu dóbr doczesnych, materialnej egzemplifikacji sukcesu - o których to wartościach świadczą także zabiegi duchowieństwa w przedmiocie materialnej pozycji Kościoła (i jego sług) – wzorcem postępowania w życiu mogą być wspomniany Piotr z Murrone, Piotr z Alcantary (1499-1561) czy  Agnieszka z Montepulciano (1268-1317). 
 

Sprowadzenie do aberracji (we współczesnym mniemaniu) życia mniszego, umartwiania się i alienacji ze świata realnego - rekluz(a) - jest kolejnym powodem do pytania o powody świętości. Świętości niosącej zawsze jak najbardziej doczesne cnoty, które winne być utożsamione w jednej strony ze współczesnymi czasami, a z drugiej – z wartościami nauk Kościoła. Czy np. bł. Dorota z Mątwów (1347-1394), św. Sybilliana Biscossi (1287-1367) lub św. Agnieszka z Aislingen (?-1504) przez swoje życie w izolowanej celi niosą jakieś pozytywne wartości dzisiejszemu człowiekowi? Czy coś mu proponują? I czy adoracja jakiegokolwiek Absolutu wymaga akurat takich kroków?  O wymiarze estetycznym, humanistycznym, ludzkim – lepiej nie wspominać.  
 

Podobnie rzecz ma się z ekstazami religijnymi, stanami emocjonalnych uniesień, wizji, przepowiedni przyszłości i innych, irracjonalnych zachowań, np. św. św. Giacinty Marescotii (1585-1640), Michaliny Metelli (1300-1356) czy Katarzyny z Parc-aux-Dames (XIII w). Z racjonalnego, naukowego, modernistycznego punktu widzenia są to bowiem albo stany chorobowe, albo zjawiska paranormalne.

Dwuznaczne świętości


Następna grupa świętych, często kanonizowanych in gremio, dotyczy męczenników oddających życie „za wiarę”, ale to można rozpatrywać dziś w zupełnie różnym kontekście kulturowo-cywilizacyjnym. Chodzi mi tu o osoby zabite w Chinach, Japonii, Korei czy Wietnamie – w XIX i z początkiem XX wieku.

Na pewno śmierć człowieka jest rzeczą tragiczną, smutną, traumatyczną. Zwłaszcza, gdy chodzi o przekonania, wiarę czy światopogląd i kiedy te prześladowania spotykają jednostkę ze strony zbiorowości czy władzy państwowej. Nie da się ukryć, iż wspomniane, masowe często realizowane w sposób niesłychanie okrutny i bestialski prześladowania chrześcijan w Azji miały w sobie wiele elementów szykan z pierwszych dekad historii religii chrystusowej. Niosły też w sobie znamiona heroizmu. Ale jeśli popatrzymy na te wydarzenia z innej perspektywy (zwłaszcza, gdy o takie spojrzenie na historię Kościoła i jego ludzi apelują prominentni dziennikarze i działacze związani z katolicyzmem), dostrzec możemy jakieś wytłumaczenia charakterystyczne dla owych regionów świata i tamtych czasów.

Dziś jesteśmy pełni zachwytów nad multi-kulturowością ludzkiej cywilizacji, regionalnym pluralizmem, pochylamy się nad kulturową odrębnością najmniejszych nawet wspólnot. Eliminacja chrześcijan w Chinach, Japonii, Korei czy Wietnamie (zarówno przybyłych z Europy jak i schrystianizowanych autochtonów) była zarówno obroną przed kolonialną ekspansją europejskich mocarstw jak i próbą zachowania miejscowej kultury, zwyczajów, obrzędów (zwłaszcza Chińczycy i Japończycy ze względu na swoje dzieje byli i są do dziś niezmiernie czuli na punkcie wynarodowienia). Ścięty w Hanoi Wietnamczyk, św. Andrzej Dung-Lac (1795-1839) czy Koreańczyk, św. Andrzej Tim Kae-gon (1821-1846) – pierwszy koreański ksiądz katolicki, dekapitowany w Seulu za próbę przywozu do Korei zakonników z Francji – to osoby zupełnie zeuropeizowane.

Powstanie Bokserów w Chinach (1899-1901) było masowym ruchem narodowym, antyeuropejskim, antykolonialnym (choć tradycjonalistycznym i w sumie konserwatywnym w swoim wymiarze). W czasie walk zginęło ponad 200 zakonników (w tym sporo Europejczyków, np. św. C. Giacomantonio - 1873-1900 - spalony przez tłum Chińczyków), wymordowano także (zlinczowano) ok. 30 000 chińskich chrześcijan różnych denominacji. To świadczy m.in. o nastrojach i sposobie postrzegania chrześcijan i chrześcijaństwa przez społeczeństwo chińskie.
 

Analogiczna sytuacja nastąpiła na antypodach wschodniej Azji, w dzisiejszym Paragwaju. Tam też zamordowany przez Indian Guaranów R. de Santa Cruz (1576-1628), jezuita, założyciel tzw. „Redukcji Paragwajskich”  działający na rzecz „dobra” (misja jezuitów w Paragwaju miała za zadanie – oprócz chrystianizacji i zeuropeizowania autochtonów -  otworzyć Hiszpanom drogę do terenów za-andyjskich w Boliwii i Peru) oraz cywilizowania Indian, zostaje przez Jana Pawła II kanonizowany  jako wzór cnot i osobowego wzorca postępowania.   
 

Ale Kościół jest tu niekonsekwentny – w innych warunkach, w innej przestrzeni kulturowej i historycznej staje (i uświęca) po stronie obrońców miejscowej tradycji, autochtonicznej – bo „naszej” – kultury i wiary. Chodzi o 13 męczenników z Pratulina n/Bugiem, gdzie 24.01.1874 r. oddział kozaków carskich w trakcie przekazywania kościoła unickiego w ręce cerkwi prawosławnej zabił 13 mieszkańców tej miejscowości i okolic broniących „swej wiary, swej kultury i swej tożsamości” (o. F. Czarnowski). Jan Paweł II (6.10.1996) beatyfikował ich, ustalając regionalny kult 13 męczenników pratulińskich.


Polscy święci
 

Na zakończenie warto jeszcze przywołać kilka przykładów uświęceń działań osób z okresu kontrreformacji, związanych poniekąd z Polską oraz z naszą historią. Jednym z takich kanonizowanych jest św. M. Grodziecki TJ (1582-1619), który razem innymi jezuitami (Chorwatem M. Kriżem i Węgrem S. Pongracsem) zostali ścięci z wyroku J. Rakoczego (kalwinisty) - dowódcy wojsk węgierskich, który zdobywając Koszyce podczas wojny 30-letniej oskarżył jezuitów o konszachty z lisowczykami (znanych z grabieży, terroru i masowych rzezi)  i próbę sprowadzenia ich na Węgry w celu rekatolicyzacji tych terenów.
Król Polski  Zygmunt III Waza był w obozie katolickim i popierał Habsburgów, z którymi walczyli Węgrzy. Najazd lisowczyków groził płn. Węgrom (dzisiejsza Słowacja) jako forma dywersji na tyłach Węgrów wojujących pod Wiedniem (1619).

Podobnie ma się rzecz z J. Sarkandrem (1576-1620) urodzonym w Skoczowie kanonikiem, a zamęczonym w Ołomuńcu pod zarzutem konszachtów i sprowadzenia do Czech lisowczyków (akurat Holeszów, gdzie Sarkander był proboszczem ocalał, ale inne miejscowości na Morawach – zwłaszcza z przewagą ludności protestanckiej – ucierpiały poważnie).

Analogicznie przedstawiają się kanonizacje osób niosących idee kontrreformacyjne na Wschód – tu następowało scalenie idei katolickiej z polskim drang nach Osten: to św. św. Andrzej Bobola (1591-1657) i Józefat Kuncewicz (1580-1623). Choć okoliczności i bezpośrednie przyczyny śmierci obu duchownych są różne (dzieli je wszakże ponad 30 lat), ale źródło jest tożsame: starcie katolicyzmu z prawosławiem, połączone z ofensywą „polskości” wobec kultury i religii ludu ruskiego (wtórnymi aspektami były bez wątpienia przynależność religijna warstw panujących, katolicyzujących i polonizujących się, a tym samym stawiających się we froncie najeźdźców, „obcych”, zdrajców tradycji i wiary błahocześciwej).  

Czy w tych przykładach należy widzieć bardziej męczeńską śmierć człowieka czy prozelityzm jedynie prawdziwej wiary i instytucji egzemplifikującej tę wiarę? Ten dylemat pozostanie chyba nierozstrzygnięty.
 

W rejonie Wrocławia, na posesjach wielu parafii rzymsko-katolickich, np. w Jelczu-Laskowicach (p/w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika), czy Nadolicach Wielkich (p/w. MB Różańcowej) – stoją tablice z napisem: „Święci ocalą świat”. Które to cechy są tak cnotliwe, tak heroiczne i tak uniwersalne, że mogą spowodować ocalenie współczesnego świata (zakładając, iż jego koniec jest bliski na co się jednak nie zanosi) w świetle przytoczonych tu dylematów i zastrzeżeń? I czy komplet cech oraz przymiotów wszystkich bez wyjątku świętych apriorycznie musi mieścić się w tym stwierdzeniu?
Wątpię, bym swe zbawienie i ocalenie chciał powierzyć takim osobom i takim wartościom, jakie niosą np. bł. abp. A. Stepinać, wspomniany św. kard. R. Bellarmin lub św. Jan Chryzostom (jego mowy – Adversus Judaeos czy Kata Ioudaion – są klasycznymi pamfletami antysemickimi i antyjudaistycznymi). 

Radosław S. Czarnecki

 

* Jacques  Fournier panował jako papież Benedykt XII  (1334-1348); wybrany jednogłośnie papieżem podczas konklawe (grudzień 1334 r.) - wcześniej  sprawował m.in. urząd inkwizytora Langwedocji, gdzie szczególnie intensywnie ścigał katarów (wydał 98 wyroków z czego 5 podsądnych poniosło śmierć na stosie).

 

** Św. Pio z Pietrelciny (1887-1968) włoski prezbiter i zakonnik (kapucyn), stygmatyk, uzdrowiciel, osoba obdarzona zdolnościami bilokacyjnymi (zgodnie z wiarą adoratorów w nadprzyrodzone zdolności o. Pio). Opinia o jego świętości funkcjonowała już za życia, jednak np. Jan XXIII o działalności późniejszego świętego (kanonizowanego przez Jana Pawła II w 2002 r.) wyrażać się miał jako o „wielkim oszustwie” i  „katastrofie” dla wiary. Papież Roncalli  podważał również moralność  i prowadzenie się o. Pio na podstawie informacji dotyczących kobiet pozostających w kręgu zakonnika, a także zbyt intymnych i niewłaściwych jego kontaktów w tej mierze.

 

Wszyscyśmy z Kontrreformacji

Utworzono: czwartek, 30 styczeń 2014 Radosław S. Czarnecki

                                                               Garść refleksji wokół akcesji Ukrainy do UE 


A nam jak najsnadniej do państwa moskiewskiego przyjść aniż inszym do tamtych Indów, każdy to baczyć może. A dostawszy tego moglibyśmy też
 potężnością i bogactwem i każdym narodom i królestwom w chrześcijaństwie dorównać. Paweł  Palczowski (1609)


Na polską myśl i charakter narodowy, na miejscową kulturę, na jej współczesny irracjonalizm decydujący wpływ miała Kontrreformacja jako efekt  soboru w Trydencie  (1545 -1563). Wyznaczyła ona ramy naszej kultury w każdym aspekcie, przede wszystkim – religijne, jurydyczne, polityczne i społeczne.

I RP, wraz z wyborem Zygmunta III Wazy (1587) na króla, staje się egzemplifikacją idei kontrreformacyjnych, wyznaczających (poprzez króla i rządzące elity wraz z istniejącą strukturą społeczną i mentalnością szlachty polskiej) centralne miejsce w imperializmie katolickim, w jego parciu na Wschód i rekatolicyzacji wyznawców prawosławia uważanych za heretyków.
To coś na kształt tego, co dziś dla nadwiślańskich elit jest  zasadniczą ideą niesioną na Wschód w postaci tzw. wartości Zachodu - demokracji, wolności, praw człowieka, indywidualizmu, neoliberalnej wersji przedsiębiorczości (w imieniu, oczywiście, korporacji zachodnich).

To wszystko już było w czasach Kontrreformacji  –  jak nie rzymska wersja religii (z podporządkowaniem  się dyktatowi papieża), to kolonizacja Wschodu przez Zachód i narzucenie kulturowo-cywilizacyjnych norm rozwoju.
 

   Na ów trend nałożył się polsko-katolicko-oligrachiczny (czyli magnacko-szlachecki) kolonializm, obecny przede wszystkim na ziemiach współczesnej Ukrainy środkowej i wschodniej. Polska ekspansja na Wschód miała wówczas wymiar zarówno ekonomiczny, polityczny jak i religijny (niebywale wzmocniony ideologią kontrreformacyjną, co musiało owocować oprócz antynomii ekonomicznych i społecznych także  konfliktami na tle religijno-kulturowym).

W przeciwieństwie do Anglików (w Indiach) czy Francuzów (w Północnej i Zachodniej Afryce), dokonujących analogicznych podbojów w wiekach późniejszych, polska szlachta we wspominanym okresie (XVII – XVIII w.) niosła swoim jestestwem przede wszystkim katolicyzację i tym samym poniżenie prawosławia (przypadek i dzieje Unii Brzeskiej są tu znamienne).

Na polską świadomość narodową, na mentalność i pojmowanie świata nie Reformacja i Oświecenie wywarły  głównie  wpływ  (jak na Zachodzie), ale Kontrreformacja. I ona trwa tu nadal, mimo upływu  wieków, zmieniających się koniunktur politycznych, kulturowych, ustrojowych, mimo postępu cywilizacyjnego i rozwoju. Kontrreformacja wzmocniona kolonialną historią i podbojami z nią związanymi.

Polska megalomania

Popatrzmy na obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”: Batory siedzi zblazowany, choć z nagą szablą i spod półprzymkniętych powiek przygląda się upokorzonym Ruskim. Z lewej - hetman wielki koronny Jan Zamojski, a z prawej - legat papieski Antonio Possevino (oczywiście, nie tylko o Inflanty chodzi, ale i o jedynie słuszną wiarę rzymską).

Podobnie ma się rzecz z malowidłem Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Nad Polakami  - na obłoku w białej szacie i niebieskim płaszczu - Maryja Dziewica. No i oczywiście na czele ks. Ignacy Skorupka z krzyżem w dłoni, piętnujący bolszewików nie symbolami polskości (jak przystałoby na obronę niepodległości kraju), lecz jednoznacznym atrybutem Kościoła rzymskiego. Tak więc skojarzenia są jasne i czytelne: po jednej stronie azjatycka, prawosławna, pisząca cyrylicą dzicz o komunistycznej proweniencji, z nami natomiast (jak zawsze) -  siły niebieskie, Kościół (ks. Skorupka jest symbolem stanu duchownego), siły wzniosłe, absolutnie dobre i intencjonalnie czyste. Chodzi o walkę dobra ze złem. A dobrem tu jest katolicyzm rzymski w wersji trydenckiej.

Nieważne jest, że - co podkreślają profesorowie: Ludwik Stomma, Andrzej de Lazari, Andrzej Walicki czy Bronisław Łagowski - Rosja od Piotra I Wielkiego jest w Europie.
 

Ta nachalna promocja naszego, polskiego rozumienia pojęć demokracji i wolności obywatelskich, (cech, będących w świecie uważanym za cywilizowany efektem Reformacji i Oświecenia, których polskie społeczeństwo nie doświadczyło, a na drobnej części naszych elit, które ledwo ich liznęły, nie zostawiło głębszego śladu) jest tyle megalomańska,  co szkodliwa z punktu widzenia pragmatyki czy strategii politycznej. Prof. de Lazari stwierdza: Nie jesteśmy dla Rosjan autorytetem i nie mamy im czym zaimponować. Przestańmy ich nauczać i pouczać. Ten passus rozciągnąć można swobodnie z Rosjan na mieszkańców całego wschodu Europy.
 

Religioznawca i humanista prof. Zbigniew Stachowski twierdzi, że w świetle ataku na USA w dniu 11.09.2001 weryfikacji i falsyfikacji uległy podstawowe wartości i schematy przypisywane kulturze Zachodu. Nie sposób jest nadal zachowywać się w sposób hegemonistyczny i optymistyczno-pretensjonalny  przy świadomości multikulturowej istoty naszego świata, w zgodzie z podstawowymi prawdami dotyczącymi wolności, demokracji i swobody człowieka do samorealizacji. Chyba, że w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość - a więc te idee, które tę kulturę wytworzyły -  zwłaszcza wówczas, gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych, lecz bez naszej akceptacji.

Te stwierdzenia odniesione do całej kultury Zachodu można całkowicie przypisać polskim elitom rządzącym od roku 1989 roku nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Zwłaszcza wobec wschodu Europy. To ponowoczesny wymiar kontrreformacji w nadwiślańskiej wersji, z takimi cechami jak: megalomania, neoficka chęć dorównania  uznanym standardom (ciągłe podkreślanie po 1989 roku tzw. powrotu do Europy, czyli kompleks niższości wobec Zachodu) i jednoczesny paternalizm wobec Wschodu, połączony z  mitomanią i tromtadracją.  

Diagnoza Jerofiejewa

Pisarz rosyjski, przyjaciel Polski, liberał i demokrata  Wiktor Jerofiejew porównuje nasz kraj  do  kobiety – obojętnie  jakiej  proweniencji i konduity – pytającej  mężczyznę Am I sexy? i za pomocą tej przenośni charakteryzuje dzisiejszą Polskę  w trzech kategoriach (i jest to poniekąd widzenie Polski przez Wschód Europy):

-  pierwsza kategoria to wymiar kobiety młodej, fascynującej, z wyzywającym makijażem, pociągającej: tej Polski już nie ma, gdyż jej blask i atrakcyjność wyparowały. Dla Rosjan – wraz ze śmiercią Związku Radzieckiego. On był potężny, a zarazem bezradny, był straszny, ale i śmieszny. Na jego tle Polska wyglądała jak oślepiająca piękność, która nosiła krótkie spódniczki, tańczyła rocka, modliła się w niedzielę w kościołach, czytała Hłaskę i biegała oglądać filmy amerykańskie

- drugą Polskę porównuje do polskiej prostytutki z berlińskiego burdelu, która też zapytuje, jak tamta dziewczyna Am I sexy? To Polki ruszające w świat i spadające na dno. Jest na dnie, moralnym, zawodowym, estetycznym, ale wg zasady szlacheckiego stanu „zastaw się a postaw się”, czy „boso ale w ostrogach”,  prawi o papieżu, Maryi, wartościach, patriotyzmie, wyższych racjach. Poucza – przede wszystkim, partnerki swojej profesji: Rosjanki, Ukrainki, Białorusinki, Litwinki… Jerofiejew stwierdza, że dla Zachodu jest taką samą prowincjuszką, taką samą Azjatką jak jej współtowarzyszki doli i niedoli. Dla ukraińskiej prostytutki Polka uprawiająca najstarszy zawód świata jest  kompletną wariatką.

- i ostatni wymiar Polski w oczach Rosjanina: to kobieta sparaliżowana strachem, bo nie spodziewała się tego „że stanie się taka, jaką jest” na starość. Chodzi o to, iż postarzała się nie brzydko, …ale głupio. Polska stała się nudnym dodatkiem do Europy. Kiedyś w Polsce panował pozytywny brak zaufania do Rosjan. Najbardziej nieufnym typem był chłop /…/ Ale dziś, w tym typie tkwi największe nieszczęście. Chłopski upór, umiłowanie do polowań, niechęć do ludzi mądrych i bezgraniczne zaufanie do Kościoła niczym miłość do KPZR w Związku Radzieckim stały się flagą polityczną. Miejsca czołowe w polskiej narracji zajęły: moralność, sprawiedliwość, porządek, ale przenicowane na drugą stronę medalu etyki. I gdy ta kobieta pyta Jerofiejewa  Am I sexy? - brzmi to pokracznie, kabotyńsko, nieszczerze, faryzejsko. 
      

Należy dodać, że zdaniem Jerofiejewa polską mentalność wobec Wschodu ukształtował idiotyczny wróg (nadal niewolący polską świadomość) pod nazwą kacap, który zgnił i rozpadł się jak nos syfilityka we współczesnej rzeczywistości. Wraz z utratą tego wroga, Polska straciła (dla Wschodu Europy) wolność i duszę. Praźródłem tego symbolu będącego egzemplifikacją  manii wyższości jest właśnie kontrreformacja ze swoimi symbolami, celami, „kontuszem i karabelą”,  szkodliwym sarmatyzmem, Jezusem, Maryją i ks. Skorupką, świętymi: Bobolą czy Karoliną Kózką.


Polak z dworu

To takie dziwaczne połączenie antykomunizmu, rusofobii, kontrreformacyjnej megalomanii i paternalizmu, z jednoczesnym pańskim stylem bycia katolickich elit na dalekich Kresach I RP (emanacja mentalności tzw. stanu szlacheckiego).
Na zasadzie sprzężenia zwrotnego i procesów społeczno-kulturowych nastąpiła wymiana cech i oglądu świata: z jednej strony wszyscy poczuli się sukcesorami tradycji „pańskiej”, szlacheckiej, nosicielami idei „złotej wolności” i liberum veto  (wystarczy posłuchać każdego przesiedleńca z Kresów – każdy przed 1939 r. był posesjonatem, „panem”, utracił w wyniku Jałty „niesłychane dobra” i własności, choć cywilizacyjna zapaść, bieda i ubóstwo tamtych terenów były przysłowiowe), a z drugiej – inteligencja zakaziła się tą chłopską niechęcią do inności, do mądrości, do nietradycyjnych i nieszablonowych sposobów myślenia. Konserwatyzmem, tradycyjnością, uśpieniem rozumu i leniwością umysłu.
 

To, co było wątpliwymi przywilejami  i charakterystyką stanu szlacheckiego w schyłkowym czasie I RP, stało się dziś synonimem i egzemplifikacją  polskości. Wszyscyśmy się stali uszlachceni (albo sami się uszlachciliśmy – kolejny mit, jakich pełna jest polska historia)  – formalnie, kulturowo, religijnie, mentalnie i symbolicznie.

Położenie dzisiejszej Polski - w retrospekcji polskiej historii i dziejów naszego społeczeństwa, tak okrutnie doświadczanego i posiadającego ciągle przesuwane granice kraju, w porównaniu z tym co zafundowała nam  tak  pogardzana powszechnie  przez mainstream postsolidarnościowy Jałta   – jest najkorzystniejsze od końca panowania Jagiellonów (czyli od połowy XVI wieku). Współczesne granice są optymalne - kraj jest jednolity etnicznie, językowo, kulturowo, terytorium jest zwarte (w przybliżeniu – koło), nie ma wkoło nas wrogich sąsiadów. Niepotrzebne antagonizowanie kogokolwiek – właśnie na bazie zapomnianych zdawałoby się tzw. wartości kontrreformacyjnych - jest nie tylko głupie, ale i szkodliwe.
 

PRL, wbrew krytykom i zajadłym antykomunistom negującym wszystko co się z tym państwem wiąże, była o wiele bardziej – kulturowo i cywilizacyjnie (w perspektywie polskiej państwowości i społecznego rozwoju) bardziej zachodnioeuropejska, bardziej łacińsko-atlantycka niźli I RP (w przededniu rozbiorów)  i II RP. W tej ostatniej, garb Kresów powodował z jednej strony kolonialno-imperialną (podbudowaną ową misyjną i kontrreformacyjną ideologią katolicko-nacjonalistyczną) mentalność Polaków, a z drugiej – wiązał stosunki społeczne w tak terytorialnie zakreślonej Polsce ze sposobem gospodarowania na modłę kolonialno-agrarną, ze swoiście pojmowaną kulturą honoru (i religią ją kultywującą), podczas gdy Zachód utożsamiany jest od wieków z kulturą prawa. 
  

Kultura honoru – o której tak plastycznie pisze Izaak Babel -  wraz ze swoiście pojętą drabiną wartości, przypisującą sobie jedyną mądrość i moralność, rację i prawość, etyczność i wolność pojmowaną polskocentrycznie (to pokłosie katolickiej i kontrreformacyjnej idei narodu wybranego i Polski jako Chrystusa narodów) powoduje ludzką nieżyczliwość, ponurość, brak humoru i napuszenie, drażliwość i małostkowość. Ludzie z tych kultur w chwilach, gdy nie idzie coś po ich myśli, gdy sytuacja nie pasuje do ich myślowego schematu, ich hierarchii wartości, gdy ktoś naruszy ich interesy – co jest normalne w pluralistycznym i demokratycznym świecie -  stają się bezwzględni indywidualnie i grupowo. Jeśli do tego dodamy narcystyczne przekonanie o naszej wyjątkowości, to mamy niezłą mieszankę wybuchową. W stosunku do Wschodu ta zależność jest wyraźnie widoczna.

Natomiast kultura prawa – jaka charakteryzuje przede wszystkim Zachód i jaka została zaszczepiona w tamtych społeczeństwach w wyniku długotrwałych procesów historyczno-społecznych – jest nad Wisłą, Odrą i Bugiem, absolutnie obca. Kultura prawa to przede wszystkim  stosunek człowieka wobec prawa stanowionego, nie boskiego, nie kościelnego. Określić ją można pokrótce jako ogół nawyków i wartości związanych z akceptacją, oceną, krytyką i realizacją obowiązującego prawa. Oczywiście w sensie i wymiarze zbiorowym. 

Rusofobia wpisana w politykę

     Czy w Polsce odbyła się jakakolwiek poważna i pogłębiona dyskusja nad konkretnym i dalekosiężnym projektem polityczno-gospodarczym, obejmującym Unię Europejską i Rosję autorstwa prominentnego polityka i analityka okołokremlowskiego Siergieja Karaganowa? (Ten projekt należy rozpatrywać na pewno w kontekście całego związku części republik postradzieckich i euroazjatyckich skupionych wokół Rosji oraz stowarzyszonych z nią układami politycznymi i ekonomicznymi). Przecież to nam powinno najbardziej zależeć na harmonijnej współpracy tych dwóch organizmów. Nie, nasza myśl polityczna krąży jedynie wokół ograniczonego projektu pod nazwą Partnerstwo wschodnie,  wykluczającego Rosję (i np. Kazachstan) z tej współpracy. Słowa marszałek Sejmu, Ewy Kopacz, o wyrywaniu Ukrainy z rąk Rosji  są dyplomatycznym dyletanctwem i nieodpowiedzialnością.  
   

Karaganow w swym memorandum proponuje ścisłą współpracę na jak największej liczbie płaszczyzn: gospodarczej, politycznej, wojskowej, kulturalnej, wymianie ludzi i idei, etc. Efektem tego byłoby połączenie sił Rosji w znaczeniu tradycyjnym oraz  sił Unii Europejskiej – jako siły idei, siły słabej lecz przyciągającej i pociągającej zarazem. 

Rosję – jego zdaniem – traktuje się jak pokonanego w starciu Zachodu z komunizmem (choć komunizm był ideologią ponadnarodową, jej korzenie tkwią w kulturze i myśli zachodnioeuropejskiej). Ten aspekt wystąpienia Karaganowa – zwycięstwo nad komunizmem - przyjęto w elitach rządzących naszym krajem od 1989 roku za aksjomat, tradycjonalistycznie, resentymentalnie i kontrreformacyjnie, jako pretekst do odgrzewania „idei jagiellońskiej” oraz włączenia się naszego kraju do nowego sposobu kolonizacji Wschodu przez Zachód. 
 

Karaganow,  proponując Związek Europejski - czyli połączenie w luźny, partnerski konglomerat państw, sięgający od Atlantyku po Władywostok i Kamczatkę, oparty na wzajemności, ale wolny od biurokratycznych form -   widzi w tej strukturze coś, co w znacznym stopniu stabilizowałoby sytuację na Ziemi, będąc jednocześnie opozycją dla projektu amerykańskiego (to USA i cały jej entourage zwany Nowym Światem) i azjatyckiego (Chiny, Daleki Wschód, Indie).
 

To z takich doświadczeń i schematów myślowych np. czerpią również natchnienia i pożywienie pokłady rusofobii Ministra Spraw Zagranicznych, Radosława Sikorskiego, gdy porównuje budowę gazociągu Nord Stream po dnie Bałtyku do paktu Ribbentrop – Mołotow. Kiedy szef polskiego MSZ stwierdza w jednym z wywiadów, iż to Rosja jest jednym z głównych problemów polityki zagranicznej UE, a ponieważ starzy i nowi członkowie 27-ki nie są zgodni w sprawie relacji z Kremlem, negocjacje Brukseli z Moskwą często tkwią w impasie,  wypowiada się nie jako paneuropejski dyplomata, ale jak osoba zakompleksiona, z bagażem historii, rusofobicznie ukształtowana i zaprogramowana Polka z tekstu Jerofiejewa ciągle pytająca Europę i ….. Rosję: Am I seksy?  Bo gdy się nie ma nic pozytywnego do zaproponowania,  to szuka się odniesień – negatywnych  w przeszłości, aby przykryć pustkę projektów na przyszłość.
 

O tej pańskiej, paternalistycznej i wyniosłej postawie Polski i Polaków wobec całego Wschodu Europy – naszych, było nie było, dawnych kolonii - niech świadczą relacje w rodzimych mediach na temat Euro 2012, jakie przekazywano z Ukrainy: ….Znakomita większość medialnych doniesień na temat przygotowań do Euro 2012 w naszej byłej kolonii oraz przebiegu turnieju dotyczyła tego, jak fatalnie się to wszystko odbyło i jak bardzo Ukraina cywilizacyjnie odstaje od zmodernizowanej Polski: przeciekające dachy stadionów rozkopane dworce, pazerni hotelarze, skorumpowani działacze sportowi, nieudolne władze, wybijanie bezdomnych psów itp. itd.  Wisienką na torcie była znana dywagacja Kuby Wojewódzkiego na temat ukraińskich sprzątaczek i ich gwałceniu (jakkolwiek ironiczna, dobrze jednak wpisywała się w swoiste, polskie wydanie mission civilisatrice, której najczęściej towarzyszy też przecież mission violatrice)” [Jan Sowa, „Od folwarku na kresach do Jarmarku Europa”, Le  Monde  Diplomatique nr 6/88/2013].
 

     No i jeżeli mainstreamowy, prominentny polityk polski, Ryszard Czarnecki, na łamach Gazety Polskiej (nr 27/2013) deklaruje: Jestem Sarmatą, jasna sprawa. Choćbym chciał uciec od tego przeznaczenia, cóż, taką miłością nas przebodli − nie ucieknę. Zresztą my, Sarmaci, przecież nie uciekamy. A sarmatyzm w naszej historii to przede wszystkim kontrreformacja, jezuityzm, kolonizacja Wschodu, bigoteria i dewocja (bez refleksji krytycznej i samodzielności myślenia), kult konsumpcji (barok jest tego najlepszą egzemplifikacją), paternalizm elity wobec przeważających mas ludu (to wtedy utrwalił się czytelny – do dziś niestety aktywny – podział na panów i chamów), oligarchizacja (i jednoczesna – ochlokracja) życia publicznego. Czyli wszystko co najgorsze i ciążące nam jak kula u nogi w postępie cywilizacyjnym i kulturowym rozwoju. 
 

Kontrreformacja trwa ciągle w polskich umysłach, świadomości i decyzjach politycznych. Od przeszło 300 lat. Zawirowania – najszerzej pojęte - wokoło Ukrainy i postawa wobec  nich polskich elit  świadczą o tym najlepiej.
Radosław S. Czarnecki

 

 

 

DMC Firewall is a Joomla Security extension!