Gospodarka przestrzenna

Przeszłość ma znaczenie

Z prof. Grzegorzem Gorzelakiem z Centrum Europejskicj Studiów Regionalnych i Lokalnych EUROREG Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Anna Leszkowska


- O nierównomierności rozwoju kraju - tak widocznej dzisiaj m.in. w zamożności małych miast, nie tylko regionów – dyskutuje się od dziesiątków lat. Z reguły o nierówności i zacofanie obwinia się okres zaborów, tymczasem pan twierdzi, że proces ten zaczął się znacznie wcześniej, już w średniowieczu.

Gorzelak ost.- Problemów małych i średnich miast nie należy kojarzyć wyłącznie z makroregionalnymi zróżnicowaniami w Polsce wynikającymi z zaborów. Miasta – miejsca największego postępu cywilizacyjnego – intensywnie powstawały w okresie średniowiecza, ale ta fala modernizacji, która przyszła razem z nimi na teren obecnej Polski zatrzymała się na barierze fizycznej, jaką była Wisła. I to na kilkaset lat. Na wschód od Wisły było ich zaledwie kilka - jedno z najstarszych to Lublin, powstały w 1317 roku. Do 1300 roku praktycznie całe osadnictwo miejskie – nie licząc państwa krzyżackiego –zatrzymało się na Wiśle.

Modernizacja, jaką było tworzenie miast - na prawie magdeburskim czy lubeckim - miała wymiar fizyczny i instytucjonalny. Niektóre miasta były lokowane na surowym korzeniu i wówczas były rozplanowane, a niektóre już istniejące osady dostawały prawa miejskie, ustrój i zarząd, co było innowacją instytucjonalną. I te innowacje w zasadzie nie przekroczyły linii Wisły.

Jak się spojrzy na współczesną sieć miast, to w Polsce wschodniej jest ich niewiele. Bywa tak, że w powiecie jest tylko jedno miasto, w którym z konieczności ustanowiono powiat. Kształt powiatu też nie jest przypadkowy: bo jeśli szlachcic wybierał się do miasta konno, to podróż tam i z powrotem musiała zamknąć się w jeden dzień, zatem miasto nie mogło być zbyt oddalone od granic powiatu. Stąd się wzięła taka „konna” sieć powiatów w Polsce, jaką mamy do dzisiaj.

Nie zmieniono jej w reformie samorządu terytorialnego z 1990 roku (autorstwa Michała Kuleszy, pełnomocnika rządu ds. reformy administracji w rządzie Hanny Suchockiej) z uwagi na uwarunkowania społeczne - nie zmniejszono liczby powiatów, ani miast powiatowych, bo funkcje publiczne są miastotwórcze.

- I złoty XVI wiek nic w tej sprawie nie zmienił…

- Wiek XVI podzielił z kolei Europę na tę, która zaczęła budować stosunki kapitalistyczne i poszła w manufakturę, a potem w przemysł, i na Europę na wschód od Łaby, która cofnęła się w feudalizm i rolnictwo, bo na zboże był duży popyt, a jego cena na zachodzie Europy była znacznie wyższa, niż na wschodzie (co wynikało z postępującej od Półwyspu Iberyjskiego inflacji spowodowanej napływem złota i srebra z Nowego świata). Szlachcie opłacało się je eksportować, więc zwiększała powierzchnię folwarków, odbierała chłopom ziemię i zmusiła ich do pracy dla feudała. Było to wtórne poddaństwo, bo nastąpiło w początkach oczynszowania chłopów i je zatrzymało. Spowodowało to cofanie się w rozwoju całej gospodarki, gdyż dziedzicowi nie zależało na postępie technicznym, a chłopu na większej wydajności.

Dochody ze sprzedaży zboża wyciekały poza granice Polski, gdyż miasta – choćby z powodu samowystarczalności folwarków i zatrzymania chłopów przy roli - były słabo rozwinięte i nie było produkcji przemysłowej. Polska jest w tym względzie bardzo podobna do Hiszpanii*, gdyż hiszpański hidalgo też nie chciał się parać ani handlem, ani produkcją, zmonopolizował handel z koloniami (powstała w tym celu w 1503 roku Casa de Contratación de Sevilla), a gospodarka hiszpańska nie była w stanie zapewnić ani gwoździ, ani szabel, ani koni potrzebnych do zakonspirowania nowych ziem za Atlantykiem. Wskutek tego pieniądze z zysku z kolonii wyciekły z Hiszpanii – podobnie jak z Polski - do Holandii, Francji i do Anglii, gdzie umacniał się kapitalizm – także dzięki taniemu zbożu sprowadzanemu z Europy Wschodniej.
Tak wyglądała w Europie I fala globalizacji spowodowana odkryciami geograficznymi, która trwała ok. 200 lat.

- Czyli zostaliśmy na peryferiach…

- Także Hiszpania, która nie umiała wykorzystać kolonializmu. Historycznie patrząc, w Europie Środkowej i Wschodniej są trzy wielkie granice kulturowe: pierwsza to religijno - polityczna i kulturowa z 1054 roku, czyli wschód i zachód chrześcijaństwa; druga – średniowieczna na Wiśle i trzecia, szesnastowieczna na Łabie.

- Dla Polski należałoby chyba wprowadzić i czwartą granicę – zaborów, bo z pana badań wynika, iż do dzisiaj wyraźnie widać różnice w zamożności gmin w zależności od tego, w jakim zaborze się znajdowały.

- Część gmin północnego Mazowsza tworzących na mapie łuk pod granicą niemiecką, a później pruską, od Łomży przez Ostrołękę, to jeszcze dzisiaj bardzo biedne gminy. Północ Mazowsza jest biedna, południe Mazowsza także jest biedne, ta bieda wschodnio-wiślana poszła zresztą dalej na zachód, aż pod granice zaboru pruskiego. Były to peryferie peryferii, gdyż Królestwo Polskie było peryferią carskiej Rosji, a jego zachodnia granica była nieprzenikalna.
Zabory właściwie zdominowały ten podział późnego średniowiecza, nałożyły się na niego i z dzisiejszej perspektywy okazały się ważniejsze. Ale to, że na wschodzie Polski - na Lubelszczyźnie, Podlasiu, północy podkarpackiego - nie ma miast, to nie jest wina tylko zaborów, ale także czynnika wcześniejszego.

- Ale przecież miasta ciągle powstają, rozwijają się wsie, które aspirują do roli miast – dlaczego na wschodzie Polski tych procesów się nie obserwuje?

- Bo na wschodzie jest niskotowarowa gospodarka rolna, co ma późnośredniowieczne korzenie. Jak się patrzy np. na Ziemie Zachodnie i Północne (też zresztą zróżnicowane) i na Wielkopolskę, to widać, że miasteczko było miejscem usług. To były zresztą regiony bogatsze, o innym typie upraw rolnych, gospodarstwa folwarczne nie były wielkie. Patrząc na stan tej gospodarki po wysiedleniu z tamtych terenów Niemców w 1945 roku, widać, że 50% stanowiły gospodarstwa bauerskie, a drugie tyle – junkierskie. Czyli te bauerskie, liczące po 20-30 ha, musiały być obsłużone przez miasteczko, które dzięki temu się rozwijało. Wsie, majątki były rozrzucone co 7-8 km, ale do miasteczka było niedaleko.

- I tak mamy do dzisiaj, bo dyskusja, jaka od lat toczy się wokół rozwoju kraju słabo przekłada się na postęp cywilizacyjny w tzw. Polsce B, co widać choćby w ogromnym niedorozwoju transportu publicznego. Naukowcy często twierdzą, że większe korzyści daje inwestowanie w duże miasta, a nie małe ośrodki, gdzie nakłady na te inwestycje być może nigdy się nie zwrócą. Mówił o tym np. dokument Polska 2030 przygotowany przez zespół min. Boniego w rządzie PO-PSL.

- Minister Boni przedstawił ten problem jako polaryzację i dyfuzję. Doktryn dotyczących polityki przestrzeni regionalnych mieliśmy zresztą sporo: od równomiernego rozmieszczenia sił wytwórczych (przed 1956), przez aktywizację regionów słabo rozwiniętych w latach 60., następnie deglomerację (ale nic się nie udało zdeglomerować), po umiarkowaną koncentrację policentryczną w 1973 r., polegającą na stworzeniu małych województw (z 17 powstało ich 49), w których wybudowano przede wszystkim urzędy wojewódzkie, domy partii, komendy policji oraz w niektórych miastach gmachy opery i filharmonii. W związku z tym środki zostały rozproszone, ale te nowe miasta wojewódzkie też nie najlepiej dbały o peryferie swoich województw.

W latach 80. kompletnie nic się nie działo, a w utworzonym w 1997 roku Rządowym Centrum Studiów Strategicznych (kierowanym wówczas przez Zbigniewa Kuźmiuka) powołano zespół do opracowania koncepcji polityki przestrzennego zagospodarowania kraju, którego szefem został prof. Jerzy Kołodziejski. Znalazłem się w tym gronie i w pewnym sensie wymusiłem przy pomocy prof. Bohdana Jałowieckiego, aby w tym dokumencie znalazł się zapis, że najważniejszym celem rozwoju Polski jest utrzymanie stałego, wysokiego tempa wzrostu gospodarczego, co pozwoli na zasypanie luki cywilizacyjnej względem Europy Zachodniej - nawet za cenę przejściowego zwiększenia różnic międzyregionalnych. Ta koncepcja, przygotowana w latach 1995-97 została opublikowana przez rząd Jerzego Buzka w 2001 roku. I potem właściwie nie było już mowy o wyrównywaniu różnic międzyregionalnych.

- A środki unijne, programy spójności?

- W roku 2004 musieliśmy się poddać koncepcji brukselskiej. Program Boniego Polska 2030 powstał dopiero w 2011, natomiast w 2013 PSL „wykastrował” z niego koncepcję polaryzacji i dyfuzji, wprowadzając do tego dokumentu – w interesie swojego elektoratu - zapisy dotyczące rozwoju małych i średnich miasteczek. Ale do czasu rządu Beaty Szydło właściwie obowiązywała doktryna polaryzacji i dyfuzji. Czyli nie wyrównywania, ale pozwalania na koncentrację i dążenia do tego, żeby poszerzać kanały dyfuzyjne, co jest bardzo trudne, ponieważ tzw. wymywania z reguły przeważają nad efektami rozprzestrzeniania.

Ostatnio ze zdziwieniem zaobserwowaliśmy, że owo rozprzestrzenianie nieco się poszerza. Pojawiają się zjawiska konwergencji, tzn. niektóre obszary słabiej rozwinięte rozwija się szybciej. Nie wiemy jeszcze, z czego to wynika – na pewno jest tu pewien efekt statystyczny (z obszarów słabiej rozwiniętych ludzie wyjeżdżają, a więc wskaźniki w przeliczeniu na liczbę ludności rosną); także - być może – środki europejskie przeznaczane na edukację i kapitał ludzki mogą się przyczyniać do dynamizacji rozwoju obszarów o relatywnie niższym poziomie wykształcenia mieszkańców. Być może poprawa skomunikowania z ośrodkami metropolitalnymi powoduje zwiększenia zasięgu pozytywnego ich oddziaływania.

Od 2015 r. obowiązuje doktryna rozwoju zrównoważonego, interpretowana jako rozwoju równomiernego (co nie jest zbyt wyrafinowanym rozumieniem tego dość niejasnego pojęcia). Jest ona podbudowana twierdzeniami, że małe i średnie miasteczka upadają, a szczególnie upadają dawne miasta wojewódzkie, co nie jest jednak prawdą, bo badania pokazują, że jedne, owszem, upadają, ale inne - nie. Tak, jak upadają niektóre miasta, a inne rosną, które nie były miastami wojewódzkimi.

- Zatem doktryna równomiernego rozwoju jest nieracjonalna?

- Po pierwsze, jest nieskuteczna. Nie ma przykładu na świecie, który wskazywałby, że opieranie rozwoju obszarów słabiej rozwiniętych tylko na pomocy zewnętrznej, prowadzi do dynamizacji ich rozwoju. Żeby tak się stało, pomoc ta musi uruchamiać wewnętrzne procesy prorozwojowe, z których najważniejszy to zmiana tradycyjnych struktur gospodarczych, społecznych i instytucjonalnych, których zacofanie było głównym czynnikiem owego niedorozwoju. A to jest trudne, ponieważ często miejscowe elity, popierane przez miejscowe społeczności, przeciwdziałają tym zmianom, traktując pomoc jako czynnik umożliwiający ich spowolnienie, albo nawet zaniechanie.

Po drugie, kiedy spojrzymy na mapę dochodów własnych w gminach na mieszkańca, to widzimy bardzo wyraźne różnice uwarunkowane historycznie, o czym już mówiliśmy. Tam, gdzie nie ma miast, tam nie ma podatku z CIT i PIT, bo rolnik PIT nie płaci, na wsi nie ma zakładów przemysłowych, które płacą CIT i nie ma zakładów, które płaciłyby podatek od nieruchomości. Czyli największe dochody mają miasta i obszary wokół nich. Tam, gdzie nie ma miast – tam ludzie żyją biedniej. I to wyraźnie widać na mapie zróżnicowania dochodów własnych gmin.

Ale mamy drugą mapę – wydatków na mieszkańca w gminach i ona nie ma już tych makroregionalnych różnic, bo polityka wyrównawcza różnice te niweluje – są subwencje, dotacje – w konsekwencji w wielkości wydatków gmin w przeliczeniu na mieszkańca nie ma tak wyraźnego zróżnicowania, jest mozaika.

- Czy zatem mieszkańcy małych ośrodków już nigdy nie będą mieć dostępu do tych samych udogodnień jakie mają mieszkańcy dużych miast?

- Oczekiwanie, że mieszkańcy małych ośrodków będą mieć dostęp do takich samych udogodnień, jakie mają mieszkańcy dużych miast jest niemożliwe do spełnienia. Ale to nie znaczy, że mieszkaniec małego miasta nie powinien mieć zapewnionych podstawowych usług społecznych: dostępu do szkoły, lekarza, kultury.

Jest taka teoria ośrodków centralnych niemieckiego geografa, Waltera Christallera, dotycząca różnych rodzajów dóbr centralnych o różnych zasięgach rynkowych. Mówi ona, że jest 6 poziomów obsługi: wioska, siedziba gminy, powiatu, województwa, metropolia, stolica. Charakteryzują się one tym, że każdy wyższy poziom w hierarchii ma wszystkie te same urządzenia obsługi mieszkańców co poziomy niższe, plus jeszcze swoiste. Po bułki można iść do pobliskiego sklepu (albo poczekać na sklep mobilny na terenach o rzadkiej sieci osadniczej), do liceum dojechać do miasta powiatowego, na uczelnię do większego miasta, ale do filharmonii trzeba pojechać do miasta dużego, a by obserwować obrady sejmu - do Warszawy.

Nie należy także sądzić, że każde miasteczko, czy układ terytorialny będzie się równie dynamicznie rozwijał. Teoria rozwoju regionalnego, którą się nazywa teorią bazy ekonomicznej mówi, że układ taki rozwija się wtedy, jeżeli jest w stanie wytworzyć coś, na co jest zewnętrzny popyt. Bo jeżeli rozwija się tylko wsobnie, to napotyka granice wewnętrznego ograniczonego popytu. Ale trzeba też brać pod uwagę, że zewnętrzny popyt się zmienia – kiedyś był na węgiel, dziś go nie ma, jak zejdzie śnieg z Alp, to zniknie popyt turystyczny w tamtym regionie, jak będzie za gorąco w Grecji i Hiszpanii, to ludzie tam nie będą jeździć itp.

- Nie mamy zatem szans, aby zmniejszyć różnice rozwojowe, jakie u nas występują?

- Niewielkie. I polityka rządowa tego nie zmieni. Nawet polegająca na lokowaniu przemysłów wysokotechnologicznych w małych i średnich miastach, które mają kłopoty, co samo w sobie jest tezą absurdalną, choć lansowaną. Byłoby to działanie nieskuteczne, bo tam nie ma odpowiedniej kultury technicznej, kadr, kooperantów, firm do obsługi itd. Zresztą – kto miałby te przemysły do tych miast kierować? Państwo? Ono nie jest od tego (choć etatyzacja naszej gospodarki postępuje), a prywatny biznes jakoś się tam nie kwapi ze swoimi inwestycjami, bo działalność wysoko zaawanasowana technologicznie znajduje lepsze warunki w wielkim mieście i blisko niego.

Problem polega wiec na umiejętnym zarządzaniem upadkiem, jak twierdzi prof. Maria Halamska. Skoro nie można mieć ośrodka zdrowia dla 50 czy 100 osób, które zostały we wsi, to trzeba im zapewnić dojazd taksówką do ośrodka zdrowia w mieście. Trzeba budować internaty dla młodzieży uczącej się w mieście, zapewniać usługi publiczne w sposób inny niż do tej pory tam, gdzie jest upadek. Trzeba dofinansowywać te ośrodki właśnie w taki sposób. Zamiast zastanawiać się, jak nie dopuścić do upadku – co jest kompletną ułudą, bo ten upadek tak czy inaczej nastąpi - trzeba myśleć, jak ten upadek ucywilizować.
Dziękuję za rozmowę.

*SN 8-9/11 – Hiszpański kryzys XVII w., czyli rodakom ku przestrodze 

Miasto na wsi


Z prof. Tadeuszem Markowskim, przewodniczącym Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN rozmawia Anna Leszkowska


- Panie Profesorze, w połowie maja tego roku Komitet Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN przesłał do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju obszerny dokument* zawierający liczne krytyczne uwagi dotyczące projektu specustawy tzw. Mieszkanie plus. Prezydent podpisał ustawę 1.08.18 – czy w jej ostatecznej wersji uwzględniono zastrzeżenia naukowców?


markowski- Została w niej uwzględniona rola wojewody, który to zapis ograniczał samorządność gmin. Jednak większość zastrzeżeń, jakie wnosiliśmy została pominięta. Wprowadzono natomiast zapisy dotyczące standardów urbanistycznych, będące dodatkowym, lokalnym prawem regulacji. Odnoszą się one do przypadków, gdyby propozycje rządowe były zbyt łagodne w stosunku do warunków lokalnych, co już obecnie rodzi wiele konfliktów.

Podtrzymano natomiast niewłaściwe podejście do wydawania decyzji poza planem miejscowym, a nawet wbrew planowi miejscowemu, jeśli takowy był uchwalony. Skutki tego już widzimy we Wrocławiu, gdzie deweloper uważa, że może wybudować domy przy torach kolejowych w strefie hałasu, uzyskując w ten sposób rentę budowlaną.

Inny problem, który akcentowaliśmy, a nie został uwzględniony w ustawie, to zapis, iż ustawodawca może wygenerować wartość budowlaną terenów, które ze względu na położenie, czy charakter takiej wartości de facto nie mają. Może tak się stać wskutek presji samorządowej, czy politycznej, a konsekwencją tego mogą być różnego typu spekulacje gruntami.
W ten sposób rząd staje się interesariuszem bałaganu prawnego, bo z tej ustawy wynika, że jest także zainteresowany utrzymaniem decyzji o warunkach zabudowy (tzw. wuzetki), których to rola miała być ograniczona przez wprowadzenie kodeksu urbanistyczno- budowlanego. To procedura krótka, uproszczona, podatna na naciski, w której można przemycać różne żądania, a jeśli ma się jeszcze instytucję państwową, (BGK Nieruchomości, a obecnie spółka przeniesiona do Narodowego Funduszu Rozwoju), mającą realizować program budowania mieszkań na wynajem, to tworzy się przywileje dla spółek z udziałem Skarbu Państwa. To są najgorsze wzory gospodarki centralnie planowanej i nierespektowanie regulacyjnej funkcji państwa o gospodarce rynkowej i charakterze społecznym.


- Na stronie internetowej programu Mieszkanie plus na przykładzie gdyńskiego osiedla Kacze Buki, widać też, jak ten program katalizuje rozlewanie się miast i przerzuca koszty budowy infrastruktury na wszystkich mieszkańców gminy. Otóż z opisu tej inwestycji (6 budynków, 172 mieszkania) wynika, że: „Osiedle mieszkaniowe w ramach rządowego programu jest zlokalizowane w części Gdyni, gdzie miejska infrastruktura jest słabo rozwinięta. Najbliższy przystanek autobusowy znajduje się 15 minut od bloków. Jednakże docelowo ma zostać opracowany miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, co ma poprawić sytuację. Również miasto obiecuje budowę szkoły”**.


- To nie tylko problem Gdyni, ale i Lesznowoli, i Wrocławia, i innych miejsc, gdzie próbuje się budować domy czynszowe licząc, że deweloper znajdzie nabywców mieszkań w wyniku dodatków, które oferuje rząd w ramach programu M plus.


- W dodatku ceny tych mieszkań wcale nie są niskie. Wygląda to na powtórkę z TBS-ów.


- Bo nie jest to program społecznej polityki mieszkaniowej, ale spekulacja polityczna-ekonomiczna. Pozornie wydawało się, że jeżeli rząd zainterweniuje, to będzie miał tanio tereny. Jednak w gospodarce rynkowej, której zasady rząd musi respektować, spółki państwowe nie dadzą terenów za darmo pod budownictwo mieszkaniowe. Przy okazji tej ustawy chcą też zarobić.
Protestowaliśmy w tej sprawie, ale o zatrzymaniu tej ustawy nie było mowy, ponieważ była to decyzja polityczna. Jeśli w ten sposób wprowadza się regulacje, a dopiero później zaczyna się je korygować, to jest to myślenie obnażające nieznajomość reguł gospodarki rynkowej, a w szczególności funkcjonowania ułomnych z natury rynków nieruchomości. Cała ta sfera wymaga regulacyjnych planów przestrzennych w skali regionalnej i lokalnej, powiązanych z instrumentami ekonomicznymi.

Badaliśmy np. gminy, których władze odrolniły najwięcej terenów, żeby przyciągnąć inwestorów i przypodobać się wyborcom. Okazało się, że odrolniono grunty na cele budowlane dla 300 mln Polaków! To oznacza, że przestrzeń, nasze wspólne dobro, jest zawłaszczana w chaotyczny sposób, bo nasze prawo pozwala budować, gdzie kto chce. Wniosek stąd jeden: te kompetencje samorządów trzeba ograniczyć i wprowadzić zasadę dystrybucji praw do zabudowy z punktu widzenia interesu ogólnonarodowego czy choćby wojewódzkiego. I ustalić, do czego budujący ma prawo.

Rząd powinien mieć spójną koncepcję przestrzennego zagospodarowania kraju, zwłaszcza że ma do tego najlepsze narzędzia statystyczne i tutaj bilanse potrzeb są najbardziej racjonalne. Bo w poszczególnych jednostkach administracji samorządowej procesy rozwoju mogą mieć różną dynamikę. Na przykład, wokół Warszawy będzie coraz więcej ludzi, natomiast w skali kraju – coraz mniej. Na pewno obszary wiejskie na wschodzie kraju będą się wyludniać, stąd o rozwoju przestrzennym układów osadniczych trzeba decydować na poziomie krajowym. I nie pozwalać na budowanie bloków mieszkalnych na terenach, które wprawdzie są tanie, ale na których za parę lat nie będzie ludzi.


- Polacy rzadko liczą koszty…


- Polacy liczą koszty, to rząd nie liczy kosztów, bo dysponuje tanim pieniądzem publicznym, który służy partyjnym interesom. I to jest też pułapka społeczna, która powinna być ograniczona w ramach konstytucji.
Wszyscy jednak ignorują sprawy przestrzeni, choć to jedyna rzecz, którą można antycypować i przewidywać w dłuższej perspektywie. Przecież system osadniczy nie znika w ciągu 10-15 lat, ma cechy trwałe, stuletnie.
Te procesy chaotycznej zabudowy przy zmianie modelu społeczno-gospodarczego Polski, intensywnej budowie autostrad, rozrastaniu się dużych miast sprawiają, że obraz Polski jest zupełnie inny niż ten, jaki nam się utrwalił w pamięci przez dziesiątki lat. Ale tego nikt nie chce widzieć.
Prowadzi się, co prawda, cząstkowe badania, ale mają one charakter hobbystyczny, brakuje natomiast systemowych programów badawczych. I jeżeli nie ma rządowego ośrodka studiów strategicznych, który działa w długiej perspektywie, nie jest upolityczniony, to nie będzie szans na racjonalne decyzje.

Współpracuję od kilkunastu lat z kolejnymi rządami i zawsze jest ten sam problem: brak danych, zatem sufit, ekspert, apologeta pewnej idei i powstaje dokument. Tak nie można działać, choćby dlatego, że nie można sprawdzić wyników działania, czy było ono słuszne.
Na zawłaszczaniu własności publicznej jaką jest przestrzeń zarabia się najwięcej. Renta budowlana, o której mówimy jest największa tam, gdzie funkcjonują wuzetki, bo tych terenów nawet się nie opodatkowuje. I dopóki nie będzie odpowiednio wysokich podatków za budowanie tam, gdzie się chce, to tak będzie.


- Podobno obecnie podatek rolny za nieodrolnioną działkę na cele budowlane wynosi 0 zł.


- Tak, na gruntach rolnych, na których też można budować domy bez przekształcenia na teren nierolniczy płaci się podatek od 0.7 do 1,4 groszy za 1 m2 czyli ponad 30 razy mniej niż na terenach budowlanych przeznaczonych na cele mieszkaniowe (stawka za 1 m2 obecnie wynosi 48 groszy). W rozwiniętych gospodarkach rynkowych jest mnóstwo instrumentów, które pozwalają na kontrolowanie ceny ziemi pod budownictwo. Takich rozwiązań u nas się w ogóle nie wprowadza, bo to nie leży w interesie polityków, uzależnionych od określonych grup nacisku.
Ja wierzę w koncepcję społecznej internalizacji pewnych wartości. Jeżeli społeczeństwo zaczyna coś doceniać, widzi straty i koszty, to zaczyna decydować o wyborze polityków głosami wyborczymi. Na razie słabo to idzie, bo jesteśmy, niestety, społeczeństwem „kołtuńskim”. To jest rezultatem gospodarki komunistycznej.
Nie szanujemy własności publicznej, nie jest to dla nas ważne – może dopiero wtedy, jak umieramy z braku czystego powietrza i wody. Tworzenie społeczeństwa obywatelskiego, kształtowanie się właściwego stosunku do wspólnej przestrzeni, wymaga czasu.


- Specustawy jednak szybko nie zmienimy, co więc można zrobić, żeby ograniczyć jej destrukcyjne zapisy?


- Trzeba opanować pewne procesy, bo jest wiele takich decyzji, które będą stymulowały rozlewanie się miast i także wsi. Np. podjęto decyzję o możliwości odrolnienia działek jednohektarowych, bo rolnicy chcą mieć swobodę obrotu ziemią. Jakie to będzie mieć skutki w osadnictwie - nie wiadomo, bo żadnej analizy nikt nie zrobił.

Zatem znów stymulujemy chaos przestrzenny, bo przecież nasze wsie uliczne nie należą do osad dobrze zorganizowanych pod względem ekonomicznym, więc będą się pojawiały drugie, trzecie domy, bo wraz z bogaceniem się społeczeństwa będzie na nie popyt. Zwiększać się będzie też mobilność ludzi i transport. Dziś już ponosimy z tego tytułu gigantyczne koszty – mamy największą liczbę samochodów na 1000 mieszkańców i to nie najnowszych. Jedyne, co może zahamować te destrukcyjne procesy to dobry dokument dotyczący zasad gospodarowania polską przestrzenią.

Skłonność do rozlewania się miast i wsi jest cechą naturalną, tyle, że dawniej chaos przestrzenny był mniejszy, bo ograniczała go wspólna rura wodociągowa, kanalizacyjna i linia energetyczna. W dodatku ta infrastruktura była objęta planowaniem przestrzennym, więc kiedy ktoś się budował, musiał najpierw uzyskać na to zgodę, mieć plan.
Tymczasem obecnie jest coraz więcej możliwości stymulujących ten proces. Nowe technologie, auta elektryczne, autonomiczne, powodują, że koszt przemieszczania się ludzi maleje. Dzięki obniżce kosztów utrzymania, m.in. za sprawą niezależnej od linii przesyłowej energii odnawialnej, ludzie mogą mieszkać praktycznie w każdym miejscu. Za chwilę nawet dostęp do zaopatrzenia będzie łatwy dzięki Internetowi i dronom.

Oczywiście, rozgrywka między deweloperami a decydentami stanowiącymi prawo zawsze się odbywała w gospodarce kapitalistycznej i ten element spekulacji był gigantyczny. I on nadal jest. Poza tym wielki deweloper buduje zwykle w najkorzystniejszy dla siebie sposób, stosując dywanową zabudowę dużych przestrzeni, gęsto usytuowanych domów. To powinno być przedmiotem interwencji, regulacji prawnych. Jak się o tym zapomni, to się doprowadza do krachów jak w latach 80. w USA, gdzie uznano, że nie należy kontrolować budownictwa. Tymczasem trzeba, bo to jest rynek ułomny – on zawsze źle funkcjonuje w gospodarce rynkowej i wymaga regulacji na poziomie krajowym i miejscowym, ciągłych korekt, bo zmieniają się uwarunkowania. Myśmy to sobie odpuścili.


- No tak, ale mamy przecież dobre doświadczenia historyczne z czasów, kiedy tworzono miasta. Obowiązywały lokacje i na prawie magdeburskim, i rosyjskim, ograniczające rozlewanie się osiedli. Nie było wówczas takich problemów jak w XX wieku.


- Zgadza się, ale te prawa dotyczyły zakładania nowych miast w określonych miejscach. Trudno porównać te zasady prawne ze współczesnymi choćby z tego powodu, że przed wiekami o kształcie miasta decydował jego właściciel, zwykle król, tymczasem dzisiaj planista nie wie, kto będzie rozbudowywać miasto, nie zna potencjalnych inwestorów, bo inna jest struktura właścicielska.
Nowoczesne regulacyjne planowanie było wprowadzane w miastach burżuazyjnych i przemysłowych, gdzie gęstość zabudowy powodowała bardzo złe warunki życia i trzeba było tę zabudowę rozproszyć. Wówczas pojawiło się planowanie regulacyjne, którego zdaniem było nie tylko rozgęszczenie zabudowy, ale kontrolowanie rozwoju miasta przed wystąpieniem negatywnych efektów działalności inwestora, naruszającego wspólnotowe interesy.

Współczesna rola regulacyjnego planowania przestrzennego nie polega na budowaniu i kształtowaniu obrazu miasta, ale na stworzeniu systemu reguł dla przyszłych inwestorów, którzy nie obarczą nas kosztami.


- Ale dlaczego nie korzysta się z dobrych przykładów z czasów PRL, kiedy spółdzielnie racjonalnie gospodarowały przestrzenią? Podam przykłady choćby warszawskiego Ursynowa, czy łódzkiego Widzewa Wschodu – osiedli z dobrą komunikacją, wszystkimi usługami, atrakcyjną przestrzenią wspólną, zielenią, terenami rekreacyjnymi, gdzie dobrze się mieszka. Dzisiaj nie można tak planować?


- Teoretycznie można, tylko że rząd i władze miejskie muszą mieć odpowiednie instrumenty do gospodarki gruntami, czyli możliwość skupowania terenu, przeznaczenia go na określone cele, przymusowej reparcelacji. Z tego się wycofano i sprawy puszczono na żywioł. Tym chaosem wszyscy są zainteresowani – nie wiadomo, dlaczego.

Największym grzechem, jaki popełniliśmy było wprowadzenie zapisu, że wszystkie plany uchwalone do 1990 roku nie pasują do gospodarki rynkowej. Wobec czego gminom dano trzy lata na przygotowanie nowych. Gminy – niepewne nowych reguł gry, w których najważniejsze stało się prawo własności i bojąc się naruszać prawo strony trzeciej, uchyliły więc plany, jakie miały. W rezultacie zostały bez jakichkolwiek planów, stąd wprowadzono instrument tymczasowy – osławioną wuzetkę, która szybko stała się wypaczeniem idei protezy planu miejscowego.
I tak trwa ta sytuacja 20 lat. Jej zmiana pochłonie olbrzymie środki. Jak wyliczyliśmy, za zniesienie wuzetek państwo musiałoby płacić ok. 174 mln zł rocznie z powodu odszkodowań dla tych, którym takie zezwolenia wydano. Ale koszty chaosu przestrzennego, jakie ponosi Polska to 84 mld zł rocznie, czyli tyle, ile kosztuje budowa 160 tys. mieszkań rocznie.


- Dobrym sposobem na niekontrolowany i chaotyczny rozrost miast byłoby obarczenie kosztami nowej infrastruktury przyszłych mieszkańców planowanych osiedli. Takie rozwiązanie zastosowali Niemcy, natomiast u nas płacą za to wszyscy mieszkańcy gminy. Zysk zatem mają deweloperzy, koszty ponosi cała społeczność.


- To jest prosta zasada internalizacji kosztów środowiskowych i nieobciążania społeczeństwa, której w Polsce nikt nie chce wprowadzić ze względów politycznych, w obawie przed elektoratem.


- Ale przecież stan obecny nie jest w interesie elektoratu, bo to on za to płaci…


- Ale on nie wie, że za to płaci! Nie wie, skąd na to są pieniądze. Samorząd jest skonstruowany w taki sposób, że nie jest do końca określona odpowiedzialność za wspólne sprawy. Nawet nie wiemy na co idą nasze podatki, ani jak i w jakiej wysokości pośrednio wpływają do samorządu. Przeciętny Kowalski nie wie, czy jego podatek dochodowy trafia do samorządu. Płaci jakiś podatek od nieruchomości, ale nie związany z jej wartością, tylko od powierzchni. Gdyby widział, że wartość jego gruntu - i także podatek - rośnie z powodu cennej jakości przestrzeni wokół, zapewne dostrzegłby między tymi czynnikami związek.


- Dochodzimy do podatku katastralnego, którego elektorat bardzo się boi.


- Podatek katastralny jest liczony od wartości nieruchomości. Można się spierać, jak go wprowadzić, ale jest to jeden z ważniejszych mechanizmów racjonalizacji procesów kształtowania przestrzeni. Miasto wówczas wie, jak kształtować przestrzeń, którą dysponuje, bo pojawia się mechanizm ekonomicznej racjonalności, a planowanie staje się narzędziem, nie kosztem, jak to jest obecnie. Obecne rozgrywki polityczne na etapie planowania mogą więc być ograniczone, jeśli nie wyeliminowane.
Jedno jest pewne: jak się nie wprowadzi podatku majątkowego (bo w gospodarce otwartej podatki dochodowe są podatkami do uniknięcia), nie będzie możliwości opanowania chaosu przestrzennego.
Dziękuję za rozmowę.


* Skutki "M plus" w ocenie naukowców
** http://mieszkanieplus.com/mieszkanie-plus-gdynia-nabor-wnioskow/#more-1012

Potęga mózgu


potega mozguWydawnictwo Copernicus Center Press wydało książkę trzech autorów: Clive’a Gamble’a, Johna Gowletta i Robina Dunbara pt. Potęga mózgu w tłumaczeniu Radosława Kosarzyckiego.


Jej podtytuł: „Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” wskazuje, iż „potęgę mózgu” potraktowano interdyscyplinarnie, łącząc nauki humanistyczne ze społecznymi.
Świadczą o tym też specjalności znanych w Polsce brytyjskich autorów: Clive Gamble jest brytyjskim archeologiem i antropologiem, John Gowlett – specjalistą archeologii ewolucyjnej, a Robin Dunbar – antropologii i psychologii ewolucyjnej. Ich książka jest owocem siedmioletnich badań nad ewolucją ludzkiego umysłu i zdolnością myślenia globalnego. Autorzy pokazują w niej podróż Lucy od ludzkiego przodka o małym mózgu aż po globalny gatunek o otwartym umyśle.

Jak piszą - globalne myślenie to bardzo ludzka rzecz: mamy zdumiewającą wyobraźnię, nasz umysł jest niebywale kreatywny, pracujemy w globalnej gospodarce, a jednak nasze umysły wciąż mają swoje ograniczenia. Nasza zdolność postrzegania najlepiej sobie radzi w otoczeniu stosunkowo małej liczby osób.
Choć rozmiary ludzkich społeczności rosną wykładniczo, wewnątrz nadal pozostajemy wytworem niedużych społeczności funkcjonujących na wcześniejszych etapach naszej ewolucji.

Książka – ciekawie i bogato ilustrowana, przejrzysta graficznie i staranna edytorsko - jest opowieścią o tym, jak w toku ewolucji nasze mózgi społeczne wytworzyły zdolność myślenia globalnego. O tym, jak zmieniali się nasi najbliżsi krewni – małpy i małpy człekokształtne, jakim zmianom ulegały też ich czaszki. Okazuje się bowiem, że rozmiar mózgu i rozmiar małych społeczności, w których żyli są od siebie zależne.
Autorzy analizują również teorię, według której to życie społeczne regulowało rozwój najbardziej wyróżniającej nas cechy: ludzkiego mózgu. Jest to zatem książka o tym, skąd przyszliśmy i dlaczego zachowujemy się tak, a nie inaczej.(al.)

 

Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł, Clive Gamble, John Gowlett, Robin Dunbar, Copernicus Center Press, Kraków 2017, wyd. I, s. 326, cena 49,90 zł (w tym VAT), książka dostępna również jako e-book

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd