Archeologia (el)

Ach, te Słowianki!

Utworzono: wtorek, 11, sierpień 2009 Justyna Hofman-Wiśniewska

Z prof. Władysławem Duczką, archeologiem, rozmawia Justyna Hofman - Wiśniewska.


 

duczko- Z kobietami słowiańskimi łatwo nie jest?

- Jak to z kobietami w ogóle. A ze Słowiankami, z tymi z wczesnych okresów historycznych, mamy szczególny problem.. Pojawiają się co prawda w źródłach pisanych, ale bardzo oszczędnie, czasami trzeba się wręcz zastanawiać czy naprawdę istniały. Zwłaszcza Polki z czasów na przykład piastowskich są ledwo widoczne.

- Dlaczego?

- Dla tych co dzieje spisywali, a byli to ludzie Kościoła, nie były one istotne. Więc wiemy o nich mało. Najlepszym przykładem jest córka Mieszka I. Żeby ją wywabić z mroków dziejów, trzeba było nieźle się namęczyć. Tu o niej wspomnieli nieco niemieccy dziejopisowie, tam coś sagamandrzy skandynawscy, ale nawet imienia jej nie podając, albo przerabiając ją na kogoś innego.

- Zaraz, zaraz, to była Świętosława przecież...

- Tak ją nazywamy, ale jej imię zostało zrekonstruowane na raczej niepewnym gruncie.. W sagach skandynawskich nasza Mieszkówna to już Skandynawka, Sygryda Storrada, córka szwedzkiego możnego.

- Ale to rzeczywiście była córka Mieszka I?

- Nie mamy co do tego wątpliwości. Natomiast nie wiemy czy była pierworodną z małżeństwa z czeską księżniczką Dobrawą, czy urodzona po swoim bracie Bolesławie Chrobrym. Są nawet tacy badacze co podejrzewają, że urodziła ją jedna z pogańskich nałożnic Mieszka., co raczej nie jest możliwe. Jak tam by z tym nie było, jedno jest pewne: ojciec miał z niej pożytek, kiedy wydał ją za szwedzkiego króla Uppsali Eryka Zwycięskiego. Stało się to prawdopodobnie w roku 983, bardzo zresztą specjalnym roku.

- To znaczy?

- W tym roku doszło do wielkiego powstania antyniemieckiego wśród Zachodnich Słowian, którzy doprowadzeni do wściekłości saskimi okrucieństwami i bezwzględnym wyzyskiem, zdecydowali się raz na zawsze pozbyć ciemiężców. Zabijając masowo tych, których dopadli, tym sposobem zdobyli na długi czas wolność. Dla Mieszka, będącego w ciągłych wojnach z tymi Słowianami, nie było to wcale na rękę, bo już wtedy wchodził w bliskie związki z Niemcami, a jednocześnie próbował usadowić się na wybrzeżu bałtyckim. A że również Duńczycy stali po słowiańskiej stronie, Mieszko uznał, że trzeba wejść w sojusz ze Szwedami, wrogami Duńczyków. I stąd córka Mieszka znalazła się u króla Eryka.

- Małżeństwo polityczne...

- Jak wszystkie między dynastiami. Innych nie było. Zawsze chodziło o budowanie mniej lub bardziej trwałych aliansów w celu stworzenia siatki władzy, dzięki której można było realizować plany polityczne. Dlatego dużo córek to było błogosławieństwo, natomiast wielu synów to najczęściej znaczyło wojny domowe i inne podobne nieprzyjemności.

- I jak poszło Mieszkównie w Uppsali?

- Zdaje się że nie całkiem dobrze. Mieszko był zadowolony, bo Eryk poprowadził parę wojen z Duńczykami, ale Świętosławie nie było najlepiej. Miała z Erykiem tylko jednego syna, Olofa, zresztą udanego, późniejszego króla Szwecji. I na tym się skończyło, bo już po kilku latach opuściła Szwecję. W sagach tłumaczy się to tym, że Mieszkówna bała się, iż będzie musiała zgodnie ze zwyczajem szwedzkim pójść za mężem do grobu, gdy ten umrze.
Ale archeologicznie wcale nie jest takie pewne, że taki obyczaj naprawdę istniał, gdyż niezbyt często spotyka się spalonych kobietę i mężczyznę w jednym grobie. Czasami w grobach komorowych jest kobieta i mężczyzna, ale te kobiety raczej wyglądają na niewolnice niż na żony, czyli po prostu na ofiary. Zresztą, o czym należy pamiętać, wedle arabskich pisarzy, podobne zwyczaje miały panować w krajach słowiańskich. Jedyne co możemy stwierdzić to fakt, że Mieszkówna opuściła męża. I to dla kogo! Dla wroga Eryka, króla duńskiego Swena Widłobrodego.

- Sprzymierzyła się z wrogiem!

- Tak, przeniosła się do Swena Widłobrodego, energicznego wikinga, tego co to przeciwko ojcu swemu Haraldowi Sinozębemu, sławnemu królowi, powstanie wywołał, aż ten musiał uciekać do Wolina, gdzie mu się z ran zmarło. Warto tu zresztą wspomnieć, że żoną Haralda była Słowianka, Tove, córka księcia obodryckiego Mściwoja. Duńczycy utrzymywali bliskie stosunki ze swoimi południowymi sąsiadami, najczęściej pokojowe, później dopiero wrogie. Swen, do którego przybyła Mieszkówna, był więc w połowie Obodrytą. To bycie w połowie Słowianinem stało się niedługo potem, między innymi dzięki Mieszkównie, czymś zwykłym wśród skandynawskich władców.

- Czy to Mieszkówna sama zadecydowała, żeby się udać do Danii?

- To była zbyt poważna sprawa, żeby sama mogła podejmować taką decyzję. Bardzo możliwe, że posterował tym mariażem jej brat - Bolesław Chrobry, może jeszcze ojciec, albo obaj. Może uznali, iż inwestycja w Eryka nic więcej nie mogła już przynieść? A może Eryk sam ją wyrzucił? W sagach Sygryda Storrada jest przedstawiana jako osoba krewka, o ostrym temperamencie, mściwa też. Nie możemy odrzucić wytłumaczenia, że Eryk miał jej dosyć, a ona jego, bo zdaje się był on już w leciech..
Ja bym raczej stawiał na rolę temperamentu Mieszkówny. Nie mamy najmniejszego pojęcia jaki temperament mieli przodkowie Mieszka, bo nic o nich nie wiemy. On sam był raczej spokojnym typem, zdyscyplinowanym i umiejącym planować swoje ruchy. Zdaje się, że to dzika krew Przemyslidów buzowała w żyłach Mieszkówny, bo ci czescy władcy byli dosyć piekielni.

- Czy to trochę nie naciągane z tą krwią Przemyślidów?

- Trochę na pewno. Nie zapominajmy jednak jak bardzo jesteśmy sterowani przez naszą genetyczną strukturę! Ale zostawmy geny i krew na boku i wróćmy do spraw duńskich. Ze Swenem miała Świętosława czworo dzieci, może nawet i pięcioro. Kontrast z Erykiem dramatyczny. Wszystko więc idzie jak trzeba: Mieszkówna rodzi królowi dzieci, a król - bardzo wojowniczy - decyduje się na podbój Anglii, co mu się w końcu udaje. Ale zanim do tego dojdzie, pozbywa się matki swoich dzieci. Po prostu, jak to się mówi - oddala ją, a ta wraca do kraju rodzinnego, do brata Bolesława.

- Czyli jeszcze jeden mąż, u którego długo nasza Piastówna nie zostaje?

- Co może nie jest takie dziwne. Była zbyt samodzielna? Za ostra? Swen nie mógł z nią wytrzymać? Skończyła się jej wartość polityczna? Co do tego ostatniego, to na pewno nie: Polska pod Bolesławem stawała się potęgą, z którą opłacało się trzymać blisko. Więc chyba jednak zbyt burzliwy temperament. Reakcje jej dzieci na nią wskazują, że była osobą ważną dla nich. Kiedy Swen po zdobyciu Anglii w 1014 roku umiera, co robi jego dwóch synów, Harald i Knut? Jak tylko ustabilizowali sytuację w Anglii, czyli trochę pościnali angielskiej arystokracji nosy, osobiście udali się do Sklavinii, czyli Polski, i zabrali matkę do siebie. Absolutny ewenement.

- Chyba więc nie chodziło o jej temperament, lecz o mądrość?

- Była na pewno osobą wyjątkową. Musieli ją cenić jako matkę, ale i jako królową. Mieszkówna też musiała cenić swoich synów: Harald został królem Danii, a Knut Wielkim, bo władcą imperium Morza Północnego.

- Wróćmy do syna Mieszkówny, Olofa szwedzkiego.

- Olof odegrał ważną rolę w historii Szwecji - został jej pierwszym chrześcijańskim królem, jako pierwszy bił monetę, stawiał się swoim możnowładcom, którzy nie chcieli akceptować silnego króla. No i miał wyraźnie skłonności do słowiańskich kobiet. Według starego zwyczaju, trzymał wiele nałożnic, ale źródła mówią, że jego faworytą była Edla, wzięta do niewoli córka jakiegoś wodza słowiańskiego. Z nią miał syna Emunda, jak trzeba zalegalizowanego, który w swoim czasie zostaje królem szwedzkim i co ciekawe - ma bliskie związki z dworem Piastów.
Po Edli pojawia się w życiu Olofa nowa Słowianka, Estrid, już jako oficjalna żona, czyli królowa. Pochodziła ze znanej nam dynastii Obodrytów. Z nią miał parę dzieci, z których syn Anund Jakub został królem, a córka Ingegerd - żoną wielkiego księcia kijowskiego, Jarosława Mądrego. Olof utrzymywał kontakty z Polską, na tyle zresztą bliskie, że poprosił swojego wuja Bolesława Chrobrego o misjonarzy. Co ten załatwił - korzystając z obecności na dworze swojego przyjaciela, wielce wpływowego biskupa, i niedługo potem męczennika i świętego, Brunona z Kwerfurtu, który w roku 1008 wysłał misję za morze.

- A inne, nietuzinkowe Piastówny, bo przecież Mieszkówna nie była jedyną?

- Było ich więcej. Z chwilą, kiedy po katastrofalnym upadku pierwszego państwa Piastów w latach 30. XI wieku, rozpoczyna się odbudowywanie władztwa, od razu rozsyła się dostępne córki na inne dwory. Trzeba szybko budować sojusze, nawet z niedawnymi śmiertelnymi wrogami, takimi jak Czesi. Do nich pójdzie córka Kazimierza Odnowiciela i ruskiej Dobroniegi, wydana w r. 1062 za księcia Wratysława II, syna Brzetysława - tego, który najechał na Polskę i złupił ją niemiłosiernie, zabierając nie tylko złoto i ludzi, ale przede wszystkim relikwie św. Wojciecha z Gniezna. Kazimierzanka, której braćmi byli dwaj znani polscy królowie: Bolesław Szczodry i Władysław Herman, miała na imię Świętosława, ale w czeskiej historii jest znana jako Swatawa. Małżeństwo było udane, także politycznie, i miało czterech synów i jedną córkę. W 1086 r. para została koronowana i tym samym Swatawa została pierwszą czeską królową.

- Miała ona bratanka, Bolesława Krzywoustego...

- Którego matką była księżniczka czeska, Judyta. Krzywousty był dwakroć żonaty; pierwszy raz: ze Zbysławą, córką wielkiego księcia kijowskiego, drugi - z niemiecką hrabianką Salomeą. I tu uczeni mają problem, bo z całkowitą pewnością nie można ustalić, z którego małżeństwa była Ryksa, bohaterka naszej następnej opowieści. Prawdopodobnie jednak z Salomeą.
Życie Ryksy mogłoby stać się kanwą dobrego filmu historyczno-przygodowego. Ojciec ją wplątał w swoją pomorską politykę i zanim się spostrzegła, była aktorką w dramacie polsko-duńsko-lucicko-ruskim rozgrywającym się w atmosferze walk z piratami słowiańskimi, wojnami domowymi w Danii, spiskami i mordami. Nic więc dziwnego, że Piastówna straciła dwóch królewskich mężów w dramatycznych okolicznościach. Trzeci zdaje się umarł normalnie, ale nie możemy być pewni, bo tu chodziło o księcia na Rusi, a tam władcy nie żyli specjalnie długo...

- Jak sobie Ryksa dawała radę?

- Z tego, co da się wyciągnąć z nikłych informacji, możemy w niej widzieć osobę inteligentną i odważną. Musiała szybko poznać los księżniczki wydanej za mąż do kraju nieustannych konfliktów wewnętrznych. A do takiego kraju trafiła. O jej rękę poprosił Magnus Nielsen, królewicz duński, który wraz ze swoim ojcem prowadził agresywną politykę przeciwko Lucicom, wrogom Krzywoustego, a jednocześnie konspirował przeciwko swemu wujowi, królowi Knutowi Lavardowi., którego w końcu zabił. W międzyczasie został Magnus królem Zachodnich Gotów i tym samym Ryksa ich królową. Urodziła im się dwójka synów, Niels i Knut, który został królem duńskim. Spokoju Ryksa nie zaznała, bowiem doszło do wojny domowej, w której jej mąż wraz z masą rycerstwa i paroma biskupami zginął w bitwie pod Foteviken w roku 1134.

- Dramat niesłychany!

- Ale jakże typowy. Nasza młoda wdowa wraca do ojca Krzywoustego, który ma dla niej nową misję dyplomatyczną i nowego męża. Tym razem chodzi o dogadanie się z innym wrogiem, ruskimi Monomachowiczami. Jeden z nich, Włodzimierz, siedzi jako książę w Nowogrodzie, potężnym mieście handlowym. I właśnie do niego udaje się Ryksa. I znowu trafia nie najlepiej. Jej nowy mąż traci swoje księstwo i para ma poważne trudności, również finansowe. Włodzimierz umiera gdzieś w połowie lat 40. XII w., a ponieważ Krzywousty umarł już przedtem, Ryksa musi sama znaleźć następnego męża.

- Nie mogła wrócić do domu i żyć spokojnie?

- Nie mogła. Raz rozpoczętej działalność na scenie politycznej nie można było przerywać. Wraca na Północ i dokonuje właściwego wyboru - wraz ze swoją córką Zofią pojawiają się na dworze króla szwedzkiego Sverkera I Starszego rezydującego w Gocji Wschodniej. Sverker, władca nietuzinkowy, wie kogo ma przed sobą: kobietę pochodzącą ze znakomitego rodu, no i z wielkim królewskim doświadczeniem. Akceptuje ją od razu. Zdążą mieć jednego syna, Bolesława i przeżyć razem parę lat, zanim jej pobożny mąż, w drodze na poranną mszę, nie zostanie zamordowany przez swego koniuszego.. Dalszy los Ryksy jest nam nieznany.

- Wiemy coś o losach jej córki Zosi?

- Wiemy, bo Zofia poszła w ślady matki i zostawiła widoczny ślad wśród wielkich Skandynawii. Uboga była, co podkreślają kronikarze, ale ze swoją genealogią, mogła wyjść tylko za wspaniałego króla. I wyszła. Za króla Waldemara I, legendy historii duńskiej. Jego genealogia była nieźle zwichrowana. Był synem króla Knuta Lavarda, tego co go zabił Magnus, pierwszy mąż Ryksy, i Ingeborgi, żony Mścisława I, księcia kijowskiego. Ingeborga była wnuczką króla szwedzkiego Inge I.
Jak widzimy, była to mieszanka podobnych genów i trzeba było co pewien czas prosić papieża o dyspensę, bo pokrewieństwo potencjalnych małżonków było zbyt bliskie. A Zosia urodziła Waldemarowi, czyli Włodzimierzowi - bo to była nordycka wersja tego popularnego ruskiego imienia - siedmioro dzieci, z których dwóch synów zostało królami duńskimi, jedna córka żoną króla Francji Filipa II, tylko dwie córki poszły do klasztoru. Niezły wynik. Życie Zofii jest owiane legendą. Miała być piękna, ale zła. Twierdzi się, że zabiła Tove, kochankę męża, a jej siostrę ciężko zraniła. Po śmierci Waldemara wyszła za niemieckiego grafa, ale została przez niego oddalona i wróciła do Danii.

- Obraz krwawy ale fascynujący. Polskie księżniczki do potulnych kobiet nie należały...

- Gdyby były potulne, to by nie były władczyniami. Zwykle widzi się Germanki jako takie ostre władczynie, te wszystkie Amalasunty, Brunhildy, Fredegundy, a im podobne Słowianki często bywają usunięte w cień. Są szczególnie widoczne w Czechach. Na przykład, matka świętego Wacława i Bolesława I, ojca naszej Dobrawy, żony Mieszka I. Nazywała się Drahomira i pochodziła z wielkiego zachodniosłowiańskiego plemienia Stodoran.
Jej bratanek Tęgomir i jego siostra są znani w historii niemieckiej początków X wieku. Wzięci zostali do niewoli saskiej, gdzie siostra została kochanką młodego Ottona I, z którym miała syna Wilhelma, późniejszego arcybiskupa Moguncji. Tęgomir okazał się zdrajcą, który wydał w ręce niemieckie gród w Brenie/Brandenburgu. Jeden z jego synów, Dobromir, miał córkę Emmildę, która została trzecią żoną Bolesława Chrobrego. Drugi - Przybysław - stał się szwagrem Mieszka I, ponieważ był ożeniony z siostrą Niemki Ody, tej co ją musiano pośpiesznie wyciągać z klasztoru i wysyłać do niecierpliwego Piasta.

- Strasznie są te dynastyczne drzewa genealogiczne ze sobą poplątane..

- Nie mogło być inaczej. Siatki władzy budowało się głównie poprzez małżeństwa. Wróćmy do Drahomiry. Była on , jak się wydaje, dość świeżej daty chrześcijanką i dlatego jej dzieci oddano w opiekę teściowej, księżnej Ludmile, założycielce dynastii Przemyślidów i pierwszej czeskiej świętej...
Księżniczka stodorańska jest nam znana głównie z legend, raczej czarnych, gdzie jest przedstawiana jako wcielenie zła. A przecież ona chciała być tylko pragmatycznym politykiem. Kiedy jej teściowa weszła w sojusz z Sasami, Drahomira uznała że nie było to dobre ani dla Stodoran, ani dla Czechów i miała w tym zresztą rację. Podejmuje więc szybką i drastyczną decyzję: wysyła dwójkę oddanych jej drużynników, podobno Skandynawów, którzy dostają się do sypialni starej księżnej w grodzie w Tetinie i ją duszą. Po zabójstwie Drahomira ma całkowitą władzę w swoich rękach. Jak widzimy, działy się tam prawdziwie szekspirowskie dramaty.

- Rzeczywiście, bardzo szekspirowskie!

- Ale to był tylko początek. Gdy około roku 924 syn Drahomiry Wacław staje się pełnoletni, pierwsze co robi to wypędza matkę, ale po jakimś czasie przywołuje ją z powrotem. Na swoje, jak się okazało, nieszczęście. Wacław prowadził prosaską politykę, co było źle widziane przez jego młodszego brata Bolesława. Żądny władzy i podżegany przez matkę, doprowadza do zabójstwa brata. Drahomira chowa ciało syna w kościele,do którego nie mógł się dostać na mszę w poranek zabójstwa i ucieka z kraju. O tym co robiła dalej nic nie wiemy.

- Dużo się działo u sąsiadów Czechów...

- To nie wszystko. Jest jeszcze ich bajkowa historia, a właściwie mit powstania państwowości czeskiej, gdzie kobiety odgrywają bardzo interesującą rolę. Żeby wspólnota była prawdziwie ucywilizowana, musi mieć władcę i prawa - bez tych dwóch podstaw żadna społeczność nie opuści stanu zwierzęcego. Ale oprócz tych fundamentalnych rzeczy, trzeba jeszcze zmienić relacje między mężczyznami i kobietami, ustalić kto od kogo będzie zależny. Wiadomo, kto musi się poddać - kobiety, których seksualność i dzikość trzeba ujarzmić i tym samym skończyć z chaosem panującym w społeczności.

- Taki chaos panował?

- Tak to widzieli mężczyźni. Jak to działało w praktyce widzimy w starożytnych Atenach, gdzie powstał system demokracji. Ateńscy mężczyźni odsunęli kobiety od rządów, miały siedzieć w domu i zajmować się gospodarstwem. Grecy, którzy mieli w swojej religii pełno kobiecych bóstw, i to głównych, mających podstawowe znaczenie, w rzeczywistości społecznej starali się ograniczać rolę kobiet do absolutnego minimum. Ich mit o Amazonkach, kobiecych wojowniczkach żyjących bez mężczyzn, pokazuje, że mieli obawy przed samodzielnymi kobietami, które nie powinny mieć władzy. Na początku pierwszego tysiąclecia naszej ery wielki pisarz rzymski, Tacyt, opisując różne ludy, w pewnym momencie stwierdza, że jacyś Sitoni żyjący dalej na północy, to już jest dno, bo nimi rządzą kobiety.

- I coś podobnego było u wczesnych Czechów?

- Mamy zapisany w średniowieczu mit, mówiący o prapoczątkach czeskiej społeczności. Chaos panował, kobiety robiły co chciały, mężczyźni robili swoje, nie było jedności i porządku. Kobiety dominowały, polowały, wojowały, wybierały sobie mężczyzn, dobrze im było. Do czasu, kiedy jedna z nich, pramatka Czechów - Libusza, decyduje się wyjść za mąż. Przez prorocze objawienie, wybiera oracza Przemysła i buduje z nim własne miasto, Pragę. Kobietom się to zdecydowanie nie podoba. Nie chcą być zależne i budują własny gród, Devin.
Wybucha wojna, przywódczyni kobiet - Wlasta - umiejętnie prowadzi swoją społeczność i długo nie może dojść do zwycięstwa jednej ze stron. Wreszcie obie strony spotykają się na uczcie, w trakcie której dochodzi do może nie gwałtów, ale przez mężczyzn wymuszonych seksualnych zbliżeń. Nazajutrz wojownicy wybierają sobie kobiety, które decydują się na zawarcie pokoju. I tak się kończy hegemonia kobiet i na poważnie zaczyna tworzenie ucywilizowanego społeczeństwa prowadzonego przez Przemysła.

- W tradycji polskiej nic podobnego się nie zachowało.

- Trochę jest, ale nie dotyczące Piastów, tylko krakowskich władców. Mistrz Wincenty Kadłubek wprowadza wątek córki Kraka, Wandy, tej, co nie chciała Niemca. Nie dość, że była piękna i mądra, to prawdziwa z niej była wojowniczka. To właśnie ona prowadziła pierwszą wojnę w polskiej historii. Wanda na czele swoich oddziałów stanęła naprzeciw nieprzyjaciół alemańskich, którzy porażeni jej niesłychaną pięknością natychmiast pierzchli. Nie tylko Napoleon padł przed piękną Polką - tak to było już u samych początków.

-Dziękuję za rozmowę

 

oem software

Archeologiczne niespodzianki

Utworzono: poniedziałek, 29, listopad 2010 Justyna Hofman-Wiśniewska

Czasem wystarczy remont, by ujawniły się rzeczy, których nikt się nie spodziewał. Remont Archikatedry w Przemyślu zaowocował rozpoczęciem wykopalisk...

Z Andrzejem Koperskim, archeologiem, rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska.


 

Andrzej Koperski.jpg- W katedrze przemyskiej planowano remont. Właśnie się rozpoczął i nagle niezbędne okazały się wykopaliska archeologiczne. Dlaczego?

- Remont wiązał się z tym, że od dawna już planowano zbudowanie klatki schodowej, która prowadziłaby do podziemi katedry, więc do krypt. Powstał plan, aby zejście do piwnic było w przedsionku, a droga prowadziła przez nawę główną do reliktów romańskich, czyli najstarszej części świątyni.
To było powodem, że zdjęto posadzkę i zaczęto wybierać ziemię. I wtedy ujawniły się nagle jakieś fundamenty.
Niezbędne stały się więc wykopaliskowe badania archeologiczne, które to wyjaśnią. Na zewnątrz katedry, przed fasadą, przed ścianą główną gotyckiej katedry znajduje się kruchta, pochodząca z czasów biskupa Aleksandra Fredry z 1730 roku. W związku z tym wszystko, co odsłaniamy w tej chwili pod ziemią musi być starsze, czyli sprzed roku 1730. Kruchta została dobudowana do katedry przez Fredrę.

- Po co?

- Królował wszędzie barok, więc i katedrę postanowiono „zbarokizować". Na zewnątrz wybudowano ozdobny przedsionek z galerią itp. Nas jednak interesuje nie to, co widać, ale to, co wychodzi spod ziemi. Zaczęliśmy odsłaniać fundamenty, więc powstało zasadnicze pytanie, z jakiego okresu one pochodzą? Czy są to jeszcze starsze elementy, które mogłyby w jakiś sposób nawiązywać do okresu romańskiego, czyli od końca wieku XII do czasów budowy katedry, czyli roku 1460, czy to są elementy związane z gotycką katedrą? Cały nasz proces badawczy polega na prześledzeniu powiązań odkrytych fundamentów ze ścianą gotycką. Chcieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy te mury są z nią integralnie powiązane, czy są tylko jakby dostawione. Na razie wszystko wskazuje na to, że są powiązane z zasadniczą bryłą przedsionka katedry.

- A to by sugerowało, że..?

- Są czasowo zbieżne z gotycką katedrą. Skoro główna fasada pochodzi z roku 1460, to te fundamenty są też mniej więcej z tego okresu.

Gdy odsłanialiśmy fundamenty, można było przypuszczać, że to były przypory wzmacniające główną ścianę gotyckiej katedry. Jednak tych elementów jest na to za dużo, poza tym wygląda to na ciągły mur, co wskazuje, że raczej w przedsionku znajdowało się kilka pomieszczeń.
Wygląda na to, że Fredro w 1730 roku budując ten przedsionek, jakby wzorował się na jakimś elemencie wcześniejszym. Uważano do tej pory, że była w tym miejscu po prostu pusta przestrzeń. Obecnie wiemy, że nie. Mało: nie stała tu tylko sama ściana fasady, lecz pierwotnie był tam przedsionek nieco innego kształtu.
Fredro w okresie mody na barok powiększył ówczesny przedsionek i obudował go z zewnątrz. Niewykluczone, że wcześniejsza kruchta była podcieniowa, więc były w tym miejscu arkady. To mogło być - i najprawdopodobniej było - bardziej efektowne niż to, co zrobiono później w okresie baroku. Tamto było lekkie, ażurowe, barok zaś był ciężki, masywny, zabudowany. Na podstawie odkrytych elementów będziemy się starali zrekonstruować ów przedsionek z czasów gotyckiej katedry.

- Czy jeszcze jakieś niespodzianki mogą się pojawić, np. w postaci grobów?

- Krypty są wewnątrz, ale nie można wykluczyć, że i tu trafimy na groby, zwłaszcza, że wokół romańskiej rotundy i później gotyckiej katedry do roku 1787 istniał cmentarz. Na skutek różnych prac ziemnych dawne groby były naruszane, stąd w nasypie znajdujemy fragmenty szczątków. Jeśli chodzi o detale architektoniczne, odnajdujemy dużo fragmentów dachówek, gdyż pierwotna katedra gotycka była pokryta ceramiczną dachówką. Dopiero biskup Fredro cały dach pokrył miedzianą blachą. Znaleźliśmy też fragment detalu architektonicznego, który - niewykluczone - że pochodzi z jakiegoś ozdobnego portalu. Być może właśnie z tego przedsionka, który odkryliśmy.

To nawarstwianie wieków jest fascynujące. Wiemy na pewno, że jest to poziom starszy niż 1730 rok. Pod prezbiterium znajduje się romańska rotunda. Wprawdzie w pewnej odległości od naszego przedsionka, ale nie można wykluczyć, że jakieś elementy z tego okresu romańskiego mogły się i tu uchować. Wcześniejsze prace wykopaliskowe ujawniły i w tej partii katedry jakiś wątek, jakiś fragment muru, na który jest nałożona katedra gotycka. Stąd nasza ogromna ostrożność w interpretacji. Przewiązania między murami obecnie odkryte wskazują raczej na gotyk, ale...

Dziękuję za rozmowę.


Obecna bazylika archikatedralna obrządku łacińskiego jest budowlą trzynawową o wystroju barokowym zespolonym z gotyckim prezbiterium. Przemyski ordynariusz Aleksander Antoni Fredro w latach 1724-1734 rozpoczął wielki remont świątyni katedralnej, nadając jej barokowy charakter. Przebudowano i otynkowano ściany zewnętrzne, wybudowano kaplicę grobową Fredrów przylegającą do południowej ściany świątyni, zmieniono także jej fasadę, gdzie wymurowano barokowy portyk, poniżej którego umieszczono herb biskupa Fredry (Bończa) oraz łaciński napis odnoszący się do przebudowy.
Niestety, po zakończeniu prac, przed pierwszą niedzielą Wielkiego Postu 1732 roku w nocy, runęło ciężkie nowe sklepienie katedry, niszcząc również nowe filary oraz znajdujące się wewnątrz 62 pomniki. Do roku 1743 odtworzono stan sprzed katastrofy, a 3 maja 1744 biskup Hieronim Sierakowski ponownie poświęcił odbudowaną świątynię.



oem software

Gdańskie osobliwości

Utworzono: czwartek, 30, wrzesień 2010 Justyna Hofman-Wiśniewska
Z Henrykiem Panerem, dyrektorem Muzeum Archeologicznego w Gdańsku i koordynatorem ds. ochrony archeologicznej woj. pomorskiego rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska
 



- Przejmuje Pan coraz to nowe budynki, tereny, przestrzenie i czyni z nich filie czy odgałęzienia Muzeum Archeologicznego w Gdańsku. Jak się to Panu w dzisiejszych czasach mizeroty muzealnej i kulturalnej udaje?

- Na pewno jest wiele miejsc, których nie tknąłem i do których się nawet nie przymierzam! Nasze, czyli Muzeum Archeologicznego w Gdańsku, posiadłości, jeśli można tak powiedzieć, istotnie prezentują się dość okazale. Zacznijmy od budynku głównego przy ulicy Mariackiej 25/26. To tzw. Budynek Przyrodników z piękną historią, zbudowany pod koniec XVI w.
Zrujnowany podczas wojny, odremontowany i przeznaczony na siedzibę Muzeum Archeologicznego w latach 60. XX w.. Brama Mariacka, budynek muzeum wraz z przylegającymi doń kamieniczkami przy ulicy Dzianej i Długim Pobrzeżu tworzą piękny kompleks - wymarzony dla tego muzeum.

Następna nasza posiadłość to budynek przy ulicy Rycerskiej 9, w którym niegdyś mieścił się browar. Otrzymaliśmy go w latach 80. Był zrujnowany do poziomu I piętra, w piwnicach stały ogromne beczki po „jabolach", gdyż w czasach powojennych mieściły się tam przez jakiś czas magazyny win. Budynek wyremontowaliśmy i są tam nasze magazyny oraz pracownie.
Obok budynku jest plac, który był kiedyś parkingiem straży miejskiej. Pod i obok tego placu już w latach 50. odkryto fragmenty wału obronnego i budynków. Zachowały się też szczątki dawnej siedziby książąt gdańskich i relikty zamku krzyżackiego. Zaproponowaliśmy więc, aby zbudować tam podziemną ekspozycję archeologiczną z wykorzystaniem znalezisk.
Chcieliśmy zrekonstruować fragment wczesnośredniowiecznego Gdańska. Wszystko było pięknie, napisaliśmy projekt unijny, który uzyskał bardzo wysoką ocenę ekspertów... Miało być zrekonstruowanych w skali 1: 1 ok. 10 ulic, z domami, warsztatami itp. Pięć metrów pod ziemią żywe miasto przepojone hałasami i zapachami, wzbogacone ok. 40 zrekonstruowanymi postaciami w ubiorach z epoki.

- Zrekonstruowanymi na podstawie...

- Badań szkieletów ze średniowiecznych cmentarzysk gdańskich. Z narzędziami, garnkami, w strojach z epoki itd. Realistyczne wczesnośredniowieczne miasto pod ziemią. Takie rzeczy na świecie już są, np. Viking Center w York w Anglii Północnej które od 1984 r. zwiedziło ponad 16 milionów widzów , czy - w miniskali - podziemna ekspozycja w Dublinie.

Na podstawie tego projektu wystąpiliśmy do urzędu miasta o przekazanie nam placu. I po 10 latach otrzymaliśmy go. Przystąpiliśmy do badań, projektów, studiów i okazało się, że znajduje się tam główny kolektor ściekowy miasta. 8 metrów w lewo, 8 metrów w prawo i 18 ponad tym obiektem nic nie można budować! Nie mogliśmy nic zrobić pod ziemią, więc zaczęliśmy realizować „plan awaryjny" naziemny. Jednak nadziei nie tracimy, gdyż prawdopodobnie cały kolektor będzie przebudowywany w związku z budową nowego stadionu.

- A obecnie jak plac jest wykorzystywany?

- Jest to plac turniejowy, gdyż współpracujemy z różnymi bractwami rycerskimi, zwłaszcza z bractwem rycerskim zamku gniewskiego. Turnieje cieszą się dużym powodzeniem, ale są dosyć kosztowne. Myślimy więc o nieco innym wykorzystaniu tego placu: zrobimy tam w przyszłym roku kiermasz średniowieczny z prezentacją różnych rzemiosł, tańców, zabaw, uciech, medycyny ludowej, ziołolecznictwa, strojów itp. Przymierzamy się też do wykonania rekonstrukcji średniowiecznego okrętu dla przypomnienia wielu wieków chwały gdańskiego przemysłu okrętowego.

- Kolejna muzealna nieruchomość to spichlerz nad Motławą, w którym została zrekonstruowana średniowieczna ulica gdańska...

- To jest część tryptyku edukacyjnego - tak to było kiedyś pomyślane. Plac na zamczysku i pozostałościach siedziby książąt gdańskich to osadnictwo od wieku XI do XIII, potem od początku XIV do 1454 roku są Krzyżacy... którzy zbudowali w tym samym miejscu swój zamek.

Kompleks budynkow MAG.jpg
Kompleks budynków Muzeum Archeologii w Gdańsku
 

 

- Gdyby zacząć ów tryptyk od początku, to pierwszy jego człon stanowi...

- Grodzisko średniowieczne w Sopocie. Po kilkuletnich badaniach archeologicznych udało się zrekonstruować domy, palisadę, bramę. U stóp wzgórza, na którym jest grodzisko budowany jest nowoczesny pawilon, w którym będą się odbywały spotkania, odczyty, będą wyświetlane filmy itp. Uzyskaliśmy na ten cel środki unijne. Pawilon zostanie wyposażony w nowoczesny sprzęt multimedialny. Mamy też apetyt na 2 hektary chaszczy powyżej grodziska, gdzie można by było urządzać duże widowiska, festyny itp. To byłaby nie tylko świetna oferta edukacyjna, ale i turystyczna.

Wracając do szlaku edukacyjnego... Grodzisko to prezentacja czasów plemiennych, czyli osady i następnie warowni od VIII do X wieku. Drugą częścią miało być podziemne miasto przy ul. Rycerskiej, trzecią jest wspomniany przez panią spichlerz. W spichlerzu przy ulicy Chmielnej 53 mieści się Centrum Edukacyjne „Błękitny Lew", gdzie zwiedzający zapoznają się ze złotym wiekiem Gdańska (XVI - XVII w.), więc z wielkim handlem dalekomorskim, wymianą handlową z całym światem i jednocześnie przekonają się, jak potężnym partnerem handlowym i politycznym był Gdańsk w ówczesnej Europie.
Ale oprócz tego, nie mogąc na razie zrealizować projektu podziemnego miasta, stworzyliśmy tu na jednym z pięter „Uliczkę hanzeatycką". Znajdują się na niej domy i warsztaty z XIV w. zasiedlone postaciami gdańskich kupców rzemieślników i innych średniowiecznym mieszkańców tego miasta. Ich wygląd i twarze zostały wiernie zrekonstruowany przez antropologów. Można więc powiedzieć że uliczkę zamieszkują obecnie gdańszczanie z XIV w.

Tak więc w tej chwili funkcjonuje początek i koniec tryptyku edukacyjnego.

- Rekonstrukcja uliczki w spichlerzu jest wspaniała!

- Dziękuję bardzo. Są tam wyposażone warsztaty, narzędzia, ludzie, stroje z epoki, zapachy. Można się przenieść w przeszłość. Jest klimat.

- Hm - zapachy?

- Tak pachniało wczesne średniowiecze! Staramy się nie przesycać uliczki zapachami, ale... Najpierw myśleliśmy o zapachach naturalnych, więc nawóz koński, przepocone ciuchy kowala itp. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie tędy droga. Pomysł opracowania pewnej gamy zapachów zgłosiliśmy do firmy Pollena Aroma. Produkujemy zazwyczaj ładne i przyjemne zapachy - powiedział nam dyrektor. - Te jako rodzaj wyzwania wytworzymy gratis. Oprócz rekonstrukcji uliczki, pokazujemy też bardzo cenne zabytki archeologiczne.

- W bardzo nowoczesny sposób eksponowane.

- Wymóg czasów. Nowoczesna forma, ale jednocześnie efektywna. Są filmy, które wyjaśniają, jak były rekonstruowane postacie, jak wyglądały wykopaliska, opowiadają historię Wyspy Spichrzów itd. Te filmy zrobiliśmy własnym sumptem. Nasi koledzy przebierali się w stroje z epoki, gasili pożar, nosili cegły, szli w orszaku itd. W samej realizacji i montowaniu filmów pomogli nam zawodowcy. Podobnie, jeśli chodzi o animację.

- Zabytkowy spichlerz uratowany został przed zniszczeniem przez Muzeum?

- Tak, bo stał i niszczał. Ten spichlerz swoimi początkami sięga prawdopodobnie XIV w., konstrukcja pochodzi z XVII w., ale są tam i elementy starsze. Remontując i przygotowując do naszych celów budynek, nie naruszyliśmy wewnętrznej konstrukcji drewnianej, wręcz ją wyeksponowaliśmy. To był jedyny budynek spichlerza na Wyspie, jaki ocalał w całości. W ogóle historia Wyspy Spichrzy jest niezwykle ciekawa i stanowi świetny materiał na powieść sensacyjną.

Zaczyna się pod koniec XIII w., kiedy jeszcze znajdowała się ona poza granicami miasta i wskutek tego położenia nie płaciło się tam czynszu. Mieszczanie zaczęli więc na wyspie budować pomieszczenia magazynowe, co miało związek z funkcjonowaniem portu rzecznego na Motławie. Potem te przepisy się zmieniły, ale zanim to nastąpiło, powstały już setki placów składowych, spichlerzy itp. W XIV w. było 120 spichlerzy, a w XVI w. - ponad 300. Cała wyspa była wielkim magazynem zbożowym. Jednak w miesiącach, gdy nie przechowywano tam zboża, składowano różne inne towary. Zboże zwykle było w magazynach od lipca - sierpnia do wiosny. Gdy już cała Europa przymierała głodem, handlarze wypuszczali swoje zboże na rynek. Ceny zboża w Anglii czy Niderlandach były kilkunastokrotnie wyższe niż w Gdańsku, więc wiele statków zaopatrywało się w nie tutaj.

- Wróćmy do archeologii...

- Na wyspie było kilka wielkich pożarów. Archeolodzy, dokopując się podczas badań do kolejnych warstw pożarowych, mogli ustalić lata, w których się one zdarzyły. I tym samym zabytki znajdujące się między tymi warstwami też można było dość precyzyjnie datować. Wyspa Spichrzów to wielki skarbiec zabytków archeologicznych. Tu się toczyło życie, tutaj docierała masa przybyszów zamorskich, ktoś coś zakopywał, np. monety z XIV w., zostawiał, gubił...
Znaleźliśmy piękną srebrną pozłacaną zapinkę do płaszcza z XIV w. - są tylko takie trzy w Europie.

Bardzo ważnym znaleziskiem na Wyspie Spichrzów i dookoła są plakietki pielgrzymie. Posiadamy chyba ich największą w Europie kolekcję. Jest ich co prawda sporo w Anglii, Francji, Niemczech, ale pochodzą głównie z przypadkowych znalezisk, czyli nie mają kontekstu. Nasze pochodzą z wykopalisk, mają więc kontekst, warstwę, obiekt, wiadomo, czy były na ulicy czy w domu, w jakim czasie itp. Na temat naszych plakietek przygotowujemy obszerną publikację.

- Ile plakietek posiada Muzeum?

- Około tysiąca. Mamy też plakietki, które sugerują związek z miejscowym kultem - są to plakietki maryjne. Trochę podobne np. do plakietek w Aachen. Wyspa Spichrzów i nasz spichlerz to kawał pięknej i ciekawej historii. Ostateczne zniszczenie Wyspy nastąpiło w czasie II wojny. Zniszczono niemal wszystko, ocalał tylko ten jedyny spichlerz, w którym mieści się obecnie nasze Centrum Edukacji Archeologicznej.

- To nie koniec muzealnych posiadłości...

- Mamy oddział w zamku w Gniewie. Zamek przeszedł obecnie w ręce prywatnej firmy, ale udało nam się porozumieć i zostaliśmy. Możemy więc tam nasz program edukacyjny nadal prowadzić, jak i badania na Kociewiu.

Henryk Paner. Wycinanie skaly z rytem przy uzyciu wiertarki do kamieni.jpg
 dyr. Henryk Paner wycina skałę z rytem

 

- A okolice Pruszcza Gdańskiego?

- Nie nasze, ale i tu mamy swój udział! Wiele lat temu władze Pruszcza spotkały się z nami i prosiły o podpowiedź, co można zrobić, żeby turystycznie Pruszcz uatrakcyjnić. Myśmy właśnie rozpoczęli rekonstrukcję Grodziska w Sopocie. Powstał pomysł, żeby w Pruszczu zbudować też taki gród średniowieczny, chociaż żadnych pozostałości po nim tam nie było. Po namyśle stwierdziliśmy jednak, że nie ma sensu opierać się o średniowiecze i stwarzać coś sztucznego, skoro w Pruszczu są bogato wyposażone cmentarzyska rzymskie. W te okolice Rzymianie przybywali prawdopodobnie po bursztyn. Wymyśliliśmy więc, żeby zrekonstruować tam faktorię rzymską. Władze Pruszcza przeznaczyły na ten cel ładnie położony teren, zaprojektowano też bursztynową ścieżkę rowerową, która kończyłaby się w faktorii. Obecnie rekonstruowanych jest kilka drewnianych domów z okresu wpływów rzymskich.

- Muzeum prowadzi badania archeologiczne pod Halą Targową na Placu Dominikańskim i też zostawiło tam swoje trwałe ślady...

- W roku 2000 - 2002, gdy Hala Targowa była w remoncie, prowadziliśmy tam badania i odkryliśmy fundamenty dwóch kościołów romańskich. Jeden z końca XII w., drugi z I połowy wieku XIII. Stwierdziliśmy, że należy zrobić ekspozycję pokazującą te romańskie ruiny, gdyż są one niezwykłą rzadkością na terenie Gdańska. Kupcy dogadali się i postanowili to przedsięwzięcie sfinansować. Dla turystów to ogromne zaskoczenie, że robiąc zakupy przy okazji mogą obejrzeć zabytkowe ruiny i plansze z wykopalisk.

Obok Hali, na placu Dominikańskim, odkryliśmy XIII-wieczne piwnice, unikatowe, jeśli chodzi o architekturę. Przy pomocy władz miasta namówiliśmy kupców, by odstąpili nam pod ziemią wykrojony kawałek terenu, na którym znajdują się najciekawsze fragmenty piwnic. Przy wsparciu finansowym ministerstwa kultury, Marszałka Województwa Pomorskiego i Prezydenta Gdańska, za dwa lata piwnice będą gotowe do zwiedzania. Powstanie tam multimedialna ekspozycja.

- Wszystko jest nastawione na edukację...

- Całe przesłanie dzisiejszej archeologii, jak mi się wydaje, nastawione jest na to, żeby pokazać ją ludziom w taki sposób, aby nikt nie odczuwał swojego niedostatku wiedzy. Prosto, zrozumiale i atrakcyjnie. Chcemy, aby ludzie coś zobaczyli, czegoś dotknęli i chcieli tu wrócić z dziećmi, znajomymi... Chcemy, żeby archeologia stała się czymś żywym, a nie była tylko muzealną gablotą z zabytkiem.

- Muzeum jest nie tylko placówką wystawienniczą, ale i naukową...

- Oczywiście. Przecież, aby udostępnić zabytki archeologiczne ludziom, trzeba je nie tylko wydobyć z ziemi, ale i opracować, tzn. zinwentaryzować, sklasyfikować, opisać, osadzić we właściwym kontekście, zinterpretować itd.


Od wielu lat wydajemy roczniki muzealne „Pomorania Antiqua", a od czterech - także „Archeologię Gdańska". Także bardzo dużo materiałów z naukowych konferencji, których organizujemy od 3 do 8 rocznie i jedną stałą - pomorzoznawczą. Przebadaliśmy w ciągu ostatnich 20 lat ok. 150 000 m2 do głębokości 5 m i z tego pozyskaliśmy blisko 200 000 zabytków. Ta kolekcja jest jednym z najcenniejszych w Europie zbiorów związanych z historią średniowiecznego miasta i dziejami gdańskiego rzemiosła.

Powołaliśmy do życia m. in. serię wydawniczą pt. „Źródła i materiały do historii i do dziejów Gdańska i Pomorza" - pierwsze dwa tomy zawierają prace Joachima Zdrenki o gdańskich urzędnikach od średniowiecza do XIX w. Współpracujemy tu z Uniwersytetem Gdańskim, którego profesorowie rekomendują nam najcenniejsze prace doktorskie.


Od 1993 r. prowadzimy badania archeologiczne w Sudanie. Było chyba w sumie 20 ekspedycji. Wyniki badań publikujemy w „African Reports" w języku angielskim - wydaliśmy już siedem tomów. Jest to obecnie jeden z trzech takich periodyków na świecie.
Rząd sudański w 1995 ogłosił, że w okolicach IV katarakty na Nilu będzie budowana tama i zostanie zalany obszar, który nigdy nie był archeologicznie badany. Na ten apel odpowiedzieliśmy jako pierwsi na świecie i w roku 1996 wyjechaliśmy tam, gdzie nikt nie chciał wyjechać. Akcję realizowano na obszarze trudno dostępnej Pustyni Nubijskiej, na której - z powodu skalistego terenu - nie jest możliwy transport kołowy. Do najbliższego dostępu do prądu mieliśmy 250 km, w tej odległości był też jeden duży targ w miasteczku Karima. To nie tylko była szkoła przetrwania, ale i szlifowanie umiejętności zawodowych.

- Najcenniejszym zabytkiem stamtąd są ryty naskalne?

- Tak. W ciągu kilku lat badań wykopaliskowych zanotowaliśmy ok. 100 stanowisk, na których były rysunki naskalne. Niekiedy był to jeden wizerunek zwierzęcia, niekiedy scenki, karawana, polowania. A w kilku miejscach było po kilkaset rysunków. Myśl, że to wszystko zostanie zatopione, nie pozwalała nam spokojnie spać. Doszliśmy do wniosku, że trzeba spróbować przynajmniej jakąś część tych skarbów uratować. Ale jak? Po konsultacjach z kamieniarzami okazało się, że aby ze skał wyciąć rysunki, to trzeba by tam dostarczyć maszynę, która waży kilkanaście ton. Jak ją dostarczyć, skoro z ledwością można tam dojechać samochodem terenowym?! Stwierdziliśmy, że trzeba to zrobić przy pomocy sprzętu ręcznego. Pojechaliśmy więc całą męską ekipą na przeszkolenie do Strzegomia.
Byliśmy też w Bolesławcu, gdzie wydobywa się piaskowiec. Natrafiliśmy na bardzo przyjaznych i chętnych do pomocy ludzi, którzy nam podpowiadali, jak to zorganizować, jakimi narzędziami, jak ciąć kamień itp. Kupiliśmy dwie piły łańcuchowe do cięcia skał, dwie wiertarki do wiercenia kamieni i odcinaliśmy te ryty metodami jak za króla Ćwieczka, czyli używając młotków, dłut, klinów, kołków itp. Niektóre rysunki znajdowały się na wysokich i trudno dostępnych szczytach. Wnosiliśmy więc na szczyty 6-metrowe drewniane drągi, z których układaliśmy szyny, aby spuścić po nich odcięte ryty.

Wycięliśmy w sumie 170 rytów ważących blisko 30 ton. Po negocjacjach z sudańskim rządem, otrzymaliśmy w nagrodę za uratowanie tak cennych zabytków 71 paneli z rytami o różnej wadze i wielkości. Żadne muzeum europejskie nie może się poszczycić taką kolekcją! Otrzymaliśmy też dwa dzwony naskalne, z których jeden waży 2,5 tony i jest wielkości ogromnego stołu konferencyjnego. Są to jedne z najstarszych instrumentów na świecie. Zbiór 73 zabytków przekazanych do Gdańska jest początkiem unikalnej galerii, która zostanie tu utworzona, aby pokazać Europejczykom dorobek kulturowy Afryki sprzed wielu tysięcy lat.

Wielkie nadzieje pokładamy w badaniach, które prowadzimy obecnie na Pustyni Bayuda w Sudanie. Koncesja, jaką posiadamy na pow. ok. 140 000 km2 jest jedną z największych na świecie. W ciągu kilku lat chcemy odkryć i skatalogować znajdujące się tam stanowiska. W ciągu pierwszych dwóch sezonów odkryliśmy stanowiska z narzędziami kamiennymi sprzed miliona lat. Stawia nas to w kręgu tych naukowców, którzy mają swój istotny wkład w badaniach nad początkami dziejów człowieka, a tym samym - także znaczącą pozycję w historii nauki.

Nasze osiągnięcia są docenione przez międzynarodowe środowisko naukowe. W sierpniu tego roku na międzynarodowym kongresie w Londynie organizowanym w British Museum, wybrano mnie jako jedną z pięciu osób z całego świata do Zarządu International Society of Nubian Studies.

- Dziękuję za rozmowę.

 

 

oem software

I Cousteau by nie pogardził

Utworzono: sobota, 03, grudzień 2011 Anna Szalak

Można by pomyśleć, że takie rzeczy to… raczej w kinie. A jednak: w samym centrum Mazowsza, w postaci pięciu ton marmurowych rzeźb i fragmentów architektury, zmaterializował się archeologiczny sukces, wypracowany w atmosferze intelektualnej ( i nie tylko) przygody.

            Cała historia zaczęła się w końcu roku 2008, wraz z początkiem współpracy dr Justyny Jasiewicz z Instytutu Informacji Naukowej i Studiów Bibliologicznych UW, dr. Huberta Kowalskiego z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz Marcina Jamkowskiego - z wykształcenia chemika, z zawodu reportera, a z zamiłowania wspinacza i płetwonurka. Efektami wspólnej pracy pochwalili się po trzech latach na konferencji prasowej w gmachu dawnej biblioteki UW. "Oto wracają zabytki, które przez 350 lat uważano za zaginione, i których nikt nie spodziewał się jeszcze zobaczyć" – oznajmił dziennikarzom Jamkowski, wskazując na podest przed stołem konferencyjnym, z trudem mieszczący próbkę tego, co jeszcze tydzień wcześniej z okładem leżało na dnie Wisły.

Było to kilkadziesiąt elementów dekoracji rzeźbiarskiej i architektonicznej, zdobiącej wnętrza rezydencji królewskich XVII-wiecznej Warszawy. Jeden z nich wstępnie zidentyfikowano jako herb rodowy Wazów, a jego wiek oceniono na ok. 1610 rok. Prawdopodobnie był to element wystroju Zamku Królewskiego lub Villa Regia (dzisiejszego Pałacu Kazimierzowskiego - siedziby władz UW). „Są to prawdopodobnie elementy z I fazy przebudowy wnętrza zamku, z której nie zachowały się żadne ślady materialne, nie ma nawet dokumentów i rysunków obrazujących, jak mógł w tamtym okresie wyglądać" – tłumaczył Marcin Jamkowski.

Wszystkie te kamienne dekoracje archeolodzy wydarli Wiśle. Te zaś nie trafiłyby w odmęty, gdyby nie zbytnia zachłanność, pośpiech albo zwykły pech kilku Szwedów, spławiających na łodziach zrabowane z Warszawy dobra. W źródłach archiwalnych można znaleźć wzmianki na temat dzieł sztuki, zrabowanych podczas potopu szwedzkiego i wysyłanych łodziami w dół Wisły, gdzie przeładowywano je na statki i wywożono do Szwecji. "Rabowano wszystko” – mówił na konferencji dr Hubert Kowalski. „Nawet posadzki, kolumny, fragmenty obramień, rozkładano drzwi i portale".



Nie mniej ciekawe od efektu były poszukiwania. Zaczęło się od żmudnego badania materiałów źródłowych, kwerend archiwalnych i bibliotecznych, szukania wzmianek dotyczących wypadków podczas żeglugi. Wynikało z nich, że łodzie nadmiernie obciążone zrabowanymi dobrami tonęły, a łupy ginęły w wiślanym nurcie. I właśnie taka hipoteza znalazła potwierdzenie w historycznym odkryciu warszawskich piaskarzy, dokonanym przypadkowo w 1906 r.
Jak donosiły stołeczne gazety, piaskarze pracujący na Wiśle na w okolicach Cytadeli natrafili na dnie rzeki na zabytki. Część wyłowionych wówczas fragmentów uległa zniszczeniu w czasie wojny, ale część trafiła do zbiorów Muzeum Historycznego m. st. Warszawy, m.in. marmurowa rzeźba pochodząca z ogrodów Pałacu Kazimierzowskiego. Podczas kwerend archiwalnych natrafiono też na fotografie przedstawiające piaskarzy w łodzi wyładowanej cennymi elementami architektonicznymi, które trafiły do stołecznych muzeów.
Po 1906 r. nikt nigdy nie powrócił do poszukiwań zrabowanych zabytków - mimo wspomnień piaskarzy twierdzących, że wydobyli tylko część rzeźb leżących na dnie. Wspominali też, że jedna z rzeźb – wspaniały marmurowy orzeł – ze względu na swój ciężar, zerwała liny i wpadła z powrotem do wody.

W marcu 2009 r. do zespołu dołączyli kolejni eksperci, a równolegle do prac archiwalnych trwały analizy i typowanie potencjalnego miejsca, gdzie mogą spoczywać rzeźby. Dr Piotr Kuźniar z Politechniki Warszawskiej udostępnił swój zbiór historycznych map Wisły. Dzięki „nałożeniu” na siebie map z różnych okresów udało się ustalić, jak na wysokości Cytadeli zmieniało się koryto Wisły. Była szansa, że rzeźby nadal spoczywają w wodzie. Ale też braliśmy pod uwagę także scenariusz pesymistyczny, mówiący, że są one już całkowicie wtopione w strukturę miasta i spoczywają od lat pod jezdniami Wisłostrady – przyznała dr Justyna Jasiewicz.

Po wytypowaniu obszaru, na którym mogą spoczywać zabytki, rozpoczęto pomiary dna Wisły z wykorzystaniem specjalistycznych urządzeń, w tym sonarów, echosondy oraz sub-bottom profilera. "Chcieliśmy namierzyć pozostałość po tym, co wyłowili piaskarze w 1906 i sprawdzić, czy nie ma śladów po innych, ewentualnych wypadkach szkup" - opowiadał Marcin Jamkowski. Być może żaden inny odcinek dna Wisły nie został tak dokładnie i gęsto wymierzony (koordynaty GPS, „obrazy” dna rzeki, wyniki pomiarów z wykorzystaniem specjalistycznych urządzeń pomiarowych). Analiza wyników pozwoliła wskazać wymagające dokładniejszych oględzin obiekty „nienaturalnego pochodzenia”.

W badaniach zaplanowanych na 2010 rok przeszkodziła powódź. Coraz to nowe fale powodziowe pokrywały dno grubą warstwą osadu i mułu, który zasłonił wszystkie wytypowane wcześniej obiekty. Plus był zaś taki, że wysoki poziom wód umożliwił jesienią wpłynięcie na miejsca wcześniej niedostępne dla łodzi wyposażonej w sprzęt pomiarowy, np. nad łachy i brzegi. Można też było ustalić, że większe obiekty nie zmieniają swojego położenia nawet pod wpływem działania dużych mas wody.

Od czerwca 2011 do prac włączyli się nurkowie. W październiku i listopadzie ostatecznie zlokalizowano zabytki i wydobyto je na powierzchnię. „Wszystko, co można było wydobyć – wydobyliśmy. Amatorzy archeologii i poszukiwacze skarbów nie mają już czego szukać” - zapewniał dr Kowalski. Dodał jednak, że razem z kolegami planuje kontynuację badań i przeszukiwanie kolejnych miejsc, „wobec których mają podejrzenia graniczące z pewnością, że coś tam będzie”.

Po konserwacji zabytki trafią do Muzeum Historycznego m.st. Warszawy.

Anna Szalak



Projekt „Wisła 1655-1906-2009 – Interdyscyplinarne badania dna rzeki” został zainicjowany pod koniec 2008 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Jego celem było zlokalizowanie i wydobycie zabytków zrabowanych z rezydencji królewskich XVII-wiecznej Warszawy w 1655 r. i zatopionych w Wiśle na jej warszawskim odcinku. Oprócz dr. Kowalskiego, dr Jasiewicz i Marcina Jamkowskiego w badaniach uczestniczyli też dr Andrzej Osadczuk z Uniwersytetu Szczecińskiego, dr Piotr Kuźniar z Politechniki Warszawskiej i dr hab. Grzegorz Kowalski z Wydziału Fizyki UW oraz liczni eksploratorzy i osoby specjalizujące się w pracach podwodnych. Projekt „Wisła 1655-1906-2009 – Interdyscyplinarne badania dna rzeki” przeprowadzono przy współpracy z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Narodowym Instytutem Dziedzictwa. Wsparcia finansowego udzielili tez: Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, Wydział Historyczny UW, Wydział Geologii UW, Instytut Archeologii UW i Klub Absolwentów UW. Podczas prowadzonych badań współpracowano z Komisariatem Policji Rzecznej w Warszawie, Komendą Wojewódzką Państwowej Straży Pożarnej i Komendą Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Legionowie.