Szwejk ciągle żywy

Utworzono: niedziela, 27, listopad 2016 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail

Czarnecki-do zajawkiW tym roku minęło 60 lat (od 1956 r.) jak nasi południowi bracia Czesi pokazali niedoścignioną wersję mega-epopei, jaką są „Przygody dobrego wojaka Szwejka” w reżyserii Karela Stekly’ego, ze wspaniałymi aktorami, m.in. Rudolfem Hrušinskim (jako Szwejkiem) czy Milošem Kopecky’m (jako feldkuratem Otto Katzem).
To obraz prezentujący ponadczasowe i ponadustrojowe  powody do śmiechu, drwiny i zdystansowania wobec przejawów wszelkiego napuszenia, klerykalizmu i religianctwa, wybujałego i triumfalnego patriotyzmu, wiecznie żywej „klaki”, głupoty elit rządzących oraz pospolitego zadęcia i polityczno-kulturowej hipokryzji. Warto obejrzeć ten film po raz kolejny, by zobaczyć w nim i nasz kraj, i nasze stosunki międzyludzkie. 

Politisch Verdachtig (politycznie  niepewny) - to dzisiaj nic takiego dziwnego – stwierdza  Szwejk. I dodaje: o kim się tak dziś nie mówi..”. 

W Polsce od początku tzw. transformacji ustrojowej z 1989 roku ciągle ktoś jest permanentnie  Politisch Verdachtig. Tę retoryczną figurę najlepiej opisują nie współczesne tyrady reprezentantów rządzącego PiS, ale stwierdzenie reprezentantki salonu-salonów, clou nadwiślańskiej moralistyki, że zwycięskiemu w demokratycznych wyborach ugrupowaniu  „mniej wolno”.       

Jest tak dlatego, że te elity-elit, ci moraliści i owe etycznie nieskazitelne autorytety (mianowane de facto przez siebie samych), były najczęściej kompletnie nieprzygotowane do sprawowania władzy. I jak wszystko w Polsce od wieków poszło wedle kanonu: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze...
 

Gdy popatrzeć na feldkurata Katza - czyż nie widzimy współczesnego, katolickiego kościoła polskiego i jego funkcjonariuszy? Czy zadęcie narodowo-patriotyczne i wszechobecny wojskowy „sznyt”, militaryzacja nie tyle już przestrzeni medialnej, ale i umysłów polskiej młodzieży (z Antonim Macierewiczem, Bartoszem Misiewiczem i gen. Romanem Polko w tle)  nie są wypisz – wymaluj obrazem ze Szwejkowych peregrynacji eszelonem na front, przygotowywanych batalii i samych działań wojennych? Czy Bogdan Chazan i Konstanty Radziwiłł nie są niczym dr Grünstein z lazaretu, leczący starających się uniknięcia wysłania na front  Simulanten chininą, lewatywą, zawijaniem w mokre prześcieradła i rycyną? Czy przerabianie przez Szwejka bezdomnych psów, zwykłych kundli, na rasowe egzemplarze i upłynnianie ich z zyskiem (oczywiste szalbierstwo jest przez wszystkich widoczne) to nie magiczne sztuczki politycznych szalbierzy od ekonomii mieniących się „niezależnymi fachowcami” światowej i  europejskiej marki?

Gdy ostatnio przypadkowo wpadłem w „telewizorni” na wywiad Elizy Michalik z europosłem Michałem Bonim z niezwykle proeuropejskiej, liberalnej i nowoczesnej asocjacji politycznej, od razu stanął mi przed oczyma porucznik Dub. Michał Boni bowiem, po zapewnieniu o wyciągnięciu wniosków z przeszłości przez jego ugrupowanie, mówił z przekonaniem, jaką to ono miało wizję Polski świeckiej, nieklerykalnej, wręcz  laickiej, gdzie rozdział państwa i Kościoła był ściśle przestrzegany, a konkordat niósł „samo dobro” (m.in. w tym kontekście nawiązał do pozytywów tzw. „kompromisu aborcyjnego”, który teraz chce się podważyć).
 

Dobry wojak Szwejk na takie dictum by rzekł: „Człowiek uczy się na błędach jak ten giser Adamec z Dańkovki, co to przez pomyłkę napił się kwasu solnego”. Europoseł to może i nie napił się tej mikstury, lecz społeczeństwo polskie to i owszem, a efekty są widoczne po receptach i egzorcyzmach odprawianych przez polską prawicę podczas sprawowania rządów (partia Michała Boniego jest konserwatywno-liberalną prawicą, omyłkowo inaczej traktowaną w Polsce).

Dlatego bardzo  szanuję zacnego wojaka Szwejka, moje uosobienie czeskości. Czyli czegoś, czego  nam Polakom brakuje najbardziej. To antyteza polskiej megalomanii, mesjanizmu, misyjności (najszerzej i najdokładniej ujętej), napuszenia, kompleksów – zarówno niższości jak i wyższości. Kocham Józefa Szwejka, podziwiam go, zazdroszczę mu, a jednocześnie z niego kpię, śmieję się, czyli  poniekąd gardzę nim, czując  wyższość prawdziwego Polaka. A może tylko polska tożsamość, tradycja, kultura  tak  malują owego sąsiada Polski?
 

Szwejk nie podpalił świątyni Artemidy w Efezie jak Herostrates, nie zabił na stopniach Kapitolu Juliusza Cezara jak Brutus, nie był papieżem jak Karol Wojtyła, ani wodzem zwycięskich armii jak np. hrabia Radecki von Radetz; to nie  Napoleon, Attyla, Jan III Sobieski,  Piotr I Wielki, Lincoln czy Robespierre; to nie Nobel, Curie-Skłodowska, Oppenheimer,  Einstein czy Hawking. Nie przeskoczył przez żaden płot jak Lech Wałęsa i nie spał na styropianie jak rządzący naszym krajem „współcześni bohaterowie”. Daleko mu także do Mahatmy Ghandiego, Martina Luthera Kinga czy  Desmonda Tutu. To także nie jest wymiar jego sławnego rodaka Vaclava Havla.
 

Ale przecież  jest coś nietuzinkowego w tym prostym Czechu, odzianym w szynel żołnierski armii C.K. Austro-Węgier, coś ponadczasowego, uniwersalnego i zarazem prostodusznego (choć na pewno nie prostackiego).  
Dobry wojak Szwejk chce być prowincjuszem, outsiderem, huncwotem i obwiesiem. Przygłupem i notorycznym idiotą. Lecz to  tylko poza i (udana)  próba przetrwania tych wielkich (ponoć) czasów, w jakich przyszło mu żyć (a nam dane jest dzisiaj). Tego bowiem sobie nie wybieramy. I nie wybiera nam tego też żaden Bóg, żaden premier, żaden mentor, autorytet moralny czy kapłan.
 

Jego postawa i mentalność są tak niekompatybilne z duchem naszych czasów, tak passe, że aż dziw bierze, iż ktokolwiek może je brać na serio, odwoływać się do nich, podziwiać je i składać im hołd. O stawianiu za wzór nawet nie  mówiąc. Ale byt każdego człowieka winno się utożsamiać z wielkimi czasami, gdyż jest on (i te czasy) niepowtarzalny, nie do przeżycia po raz wtóry i szkody w tym czasie popełnione są nie do naprawienia. Dlatego każde życie, każdego człowieka, jest wielkim czasem - dla niego, dla jego świadomości, dla jego samopoczucia.        

Stąd  kocham i szanuję, wielbię i podziwiam dobrego wojaka Szwejka oraz chylę czoła przed jego życiową filozofią. Bo to jest  filozofia czci i atencji  dla życia jako takiego, najwyższej i jedynej prawdziwej wartości, jaką posiada człowiek. Czegoś autentycznego i niepowtarzalnego.
Szwejk i jego filozofia to jest to, o czym mówi duński aktor - znany z filmów Larsa von Triera - Stellan Skarsgård: że wszystkie religie (i doktryny polityczne z nich wywiedzione) Zachodu chcą regulować to co jesz, pijesz, z kim sypiasz i kiedy, bo jeśli kontrolują instynkty, to tym samym kontrolują człowieka.

Radosław S. Czarnecki

 

 

Odsłony: 334
Our website is protected by DMC Firewall!