Protofaszyzm a kultura Zachodu (3)

Utworzono: niedziela, 26, luty 2017 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail
Przyczajony faszyzm*


Trzecią i ostatnią część poświęconą rozważaniom nad protofaszyzmem pragnę rozpocząć cytatem, który z jednej strony podsumuje dotychczasowe refleksje na ten temat, a z drugiej – otworzy pole do dalszych konkluzji.

Gloryfikacja wojny to forma poligonu dla tzw. wielkości narodu
prof. Anna Wolf-Powęska

racjonalista.tv 305Charakterystycznym rysem protofaszyzmu są wszelkie tendencje sekciarskie i konspiratorskie. To przeciwieństwo otwartości, demokracji (klasycznie pojmowanej, nie neoliberalnej - sterowanej przez jednostki, czy kapitał), wolności osobistych i pluralizmu.

Konspiratorski rys osobowości utrwala się w grupie założycielskiej wówczas, kiedy jej członkowie spiskują  przeciwko aktualnemu porządkowi prawnemu, politycznemu, kulturowemu etc. To współgra zazwyczaj z sekciarstwem, z tzw. twardym jądrem, esencją ruchu partii faszystowskiej (czy quasi-faszystowskiej), będącym zaczynem i początkiem dobrych  zmian oraz nośnikiem zasadniczej idei.

Sekciarstwo idzie zawsze w parze z „konspirą”, nieufnością, a to z kolei związane jest z podejrzliwością i tropieniem agentów obcych sił we własnych szeregach. Ten aspekt jest również echem  praktyk stosowanych przez Kościół rzymski w dawnych czasach: właśnie ściganie i prześladowanie odstępców we własnych szeregach, heretyków, schizmatyków, fałszywych wyznawców, bądź egzegetów prawd nie pobłogosławionych przez Rzym jest zasadniczym źródłem zinstytucjonalizowanej nienawiści leżącej u podstaw tego, co zwiemy protofaszyzmem.

To tu genezę znajduje np. polska tradycja tropienia i prześladowania obcej agentury od czasów powstania listopadowego (1831) aż po czasy współczesne (piętnowanie spisków sprzed laty we własnych szeregach, poszukiwanie donosicieli i konfidentów oraz ich stygmatyzacja etc. po zwycięstwie w 1989 r. w Polsce „Solidarności” to typowy przykład takich działań, czego zinstytucjonalizowaną emanacją jest Instytut Pamięci Narodowej). Trzeba zaznaczyć, bo tak uczy historia, że wszelkie początki ruchów faszystowskich są bezpośrednio związane z takimi pojęciami jak podejrzliwość, stygmatyzacja Innego, tropienie heretyków i obcych agentów oraz z tak wytworzonym społecznym klimatem.

Alternatywa dla pogardzanych

Walka skierowana jest także (i tu przydatna jest prostota przekazu, a nawet prostactwo argumentacji) przeciwko dotychczas funkcjonującej elitarności. Elitarność jest bowiem rysem arystokratycznym, oznacza reglamentację wartości i ograniczenie dostępu. W historii – jak pisze Umberto Eco – zawsze „wszystkie arystokratyczne i militarystyczne elitaryzmy oznaczały pogardę dla słabych”.
Protofaszyzm może więc z antyelitaryzmu czerpać swe życiodajne soki do stworzenia alternatywy dla pogardzanych: elitaryzmu ludowego, swojskiego (choć owo „twarde jądro” skupione wokół charyzmatycznego przywódcy z czasem buduje nowy, swoisty faszystowski elitaryzm).

Hierarchiczna organizacja wspólnoty wedle reguł wojskowo-zakonnych (wystarczy przeanalizować schematy i zasady organizacyjne dominikanów i jezuitów, Opus Dei czy Legionu Chrystusa, by znaleźć potwierdzenie tej tezy), z jasną, nie podlegającą dyskusji strukturą, sprzyja decyzyjności, ale jednocześnie stwarza sytuację, kiedy przywódca gardzi podwładnymi, a ci z kolei gardzą osobnikami usytuowanymi niżej w hierarchii. Wzmacnia też więzy wewnątrzwspólnotowe.
Sprzyja to też – tu sporą rolę pełnią media, edukacja, praktykowana religia, powszechna narracja itp. –  tworzeniu „ludzkiego materiału” (jednostka w takim społeczeństwie się nie liczy, gdyż jej indywidualne myślenie i sceptycyzm poznawczy podważają spójność plemienia, rodzą podejrzenia o zdradę, agenturalność), podatnego na bohaterszczyznę, chojractwo, irracjonalny heroizm, zamiłowanego w kulcie śmierci, grobów, cmentarzy, przelewania krwi etc.
Bohater to ten, kto zginął w walce za ojczyznę, za wiarę ojców, za „nasz rodzinny dom”. Dlatego wojnę, walkę, agresję trzeba gloryfikować, czynić z niej najwyższą wartość, sakralizować (co w połączeniu z chrześcijańskim kultem męczeństwa – nadal obecnym w niektórych środowiskach religijnych purytanów – jest zaczynem dla symbiozy religii i faszyzmu tworzącym śmiercionośny koktajl).

Totalna kontrola

Takim substytutem realnej walki są zaciekłe ataki faszystowskich religiantów, (a także osób ortodoksyjnie religijnych, nieświadomych przyczyn takiego stanu rzeczy) na wszystko, co związane jest z seksualnością człowieka, z jego doczesnością i traktowanie jego intymnej sfery nie jako podstawowej wolności, lecz jako płaszczyzny ingerencji i zniewolenia przez chomąto tradycji, religii, zakazów i schematów.
Jest to dla miłośników  prafaszystowskich rozwiązań - tak w dziedzinie polityki, jak i zagadnień społecznych - priorytet, gdyż tak ustanawia się i sprawuje nadzór nad wspólnotą zorganizowaną w sposób plemienny. Jest to rudymentarna tradycja religijna nakazująca łączyć sacrum i profanum w jedną, niepodzielną, kontrolowaną całość.

Jak słusznie stwierdza  duński aktor - znany z filmów Larsa von Triera - Stellan Skarsgǻrd, „wszystkie religie (a dotyczy to także doktryn politycznych z nich wywiedzionych, bądź funkcjonujących na zasadzie quasi-religijności jak faszyzm) Zachodu mają wspólną cechę: chcą regulować co jesz, co pijesz, z kim sypiasz i kiedy, gdyż jeśli według nich kontrolujesz instynkty, to kontrolujesz tym samym człowieka”.

To tu znajdują swe korzenie wszelkie przewagi seksistowskiej natury, np. kult machismo czy zjawisko mizoginizmu (odpowiednikiem żeńskim machismo jest hembra). Prawdziwi machiści uważają, iż miejscem kobiety jest dom (Kinder, Küche, Kirche - niem. dzieci, kuchnia, kościół), podkreślając przewagę mężczyzny nad kobietą wywiedzioną m.in. z tradycji religijnych wierzeń ( np. Biblia czy Koran). Postawa taka służy często do uzasadnień przemocy domowej.

Namiastki władzy

Protofaszystowskie rozwiązania kwestii organizacji społeczeństwa minimalizują zawsze indywidualizm, wolność jednostki rozumianą według oświeceniowych kanonów, subiektywizm oceny obowiązującego systemu wartości. Plemienny kolektywizm jest tu jedyną dopuszczalną normą tworzenia prawa, wykluczającą inne systemy wartości. Wolę, osądy prafaszystowsko zorganizowanego klanu wyraża nie jednostka, lecz wódz, duszpasterz-biskup (pomazaniec boży), imam, mesjasz  itd.
Nie musi to być konkretna osoba, z której emanuje światło, nadzieja, system obowiązujących norm, moralność etc. Może to równie dobrze być owo „twarde jądro” ruchu, ów zakon, grupa ludzi od początku związana z założycielem sekty, klanu, organizacji. Tu historie religii – zwłaszcza tych światowych – są klasycznym przykładem na powstawanie, rozwój i trwanie tego typu wspólnot, na ich wewnętrzną spójność i wpływ na życie społeczne.

Odwołania się do tzw. woli ludu ma wyłącznie w takim systemie gest teatralny. Daje owemu bezkształtnemu ludowi namiastkę współrządzenia, gdyż wartości, prawo, system ocen narzucane są przez propagandę oraz medialny szum. Tu doskonale materializują się wielotysięczne mitingi (dziś temu pomagają  telewizja i Internet) z klaką dla „uwielbianego” przywódcy.
Ten, kto jest sceptyczny, wyznający antynomiczny system wartości, inaczej interpretujący rzeczywistość, albo jest spychany przez plemienny chór pochlebców władzy w nisze niebytu, albo jest publicznie stygmatyzowany, co wiąże się dla niego z określonymi zagrożeniami w zależności od rozwoju sytuacji.
Tony Judt, znany europejski intelektualista i humanista, opisuje tę sytuacje w następujący sposób: „Dziś debata publiczna wygląda w następujący sposób, że demagodzy mówią tłumowi co ma myśleć. Gdy ludzie odbijają echem te frazesy, oni śmiało ogłaszają iż wyrażają tylko powszechne nastroje”.

Umberto Eco kończył swój zapomniany, lecz niezwykle aktualny dziś esej stwierdzeniem, iż „prafaszyzm jest nadal wokół nas, niekiedy przybrany w cywilne szaty (...). Prafaszyzm może powrócić do nas w najniewinniejszym przebraniu”. Bo nie jest tak, iż ktoś wyjdzie i publicznie będzie nawoływał do otwarcia Auschwitz oraz rozpalenia na nowo pieców stojących obok gazowych komór.
Życie nie jest czarno-białe, zero-jedynkowe jak chcą liczne pięknoduchy, ortodoksyjni religianci różnej maści i … właśnie faszyści. Należy cały czas demaskować źródła faszyzmu, gdyż one wraz z zakończeniem II wojny światowej i upadkiem III Rzeszy nie uległy dematerializacji.
Niech za podsumowanie spojrzenia na faszyzm, na jego istotę i „dorobek” w historii, kulturze, polityce, i memento przed nim, posłuży  stwierdzenie Salvadora Dali w chwili, kiedy ogłoszono, iż dyktator Francisco Franco Bahamonde jest śmiertelnie chory na raka: „Biedny rak” - miał powiedzieć ten wybitny hiszpański malarz.

Radosław S. Czarnecki

Poprzednie odcinki eseju autora zamieszczaliśmy w Nr 1/17 SN - Protofaszyzm a kultura Zachodu  i SN Nr 2/17 - Protofaszyzm a kultura Zachodu (2)

Odsłony: 171