Co znaczy być Europejczykiem?

Utworzono: niedziela, 27 październik 2019 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

Vae victis (biada zwyciężonym)
Pseudolus, Plaut

 

Czarnecki do zajawkiWszyscy jesteśmy Europejczykami. Ten okrzyk brzmiał przed wyborami do Parlamentu Europejskiego niemal powszechnie. I jest powtarzany przy każdej okazji, zwłaszcza w kontekście obecności Polski w UE. Rodzi się pytanie – jaka to ma być Unia? Czy tęczowo-ultraliberalna z takimi paradygmatami jak wolność, demokracja, prawa człowieka i swobodnym przepływem kapitału, usług i ludzi czy narodowo-chrześcijańska, tradycyjna, ograniczona jedynie do spraw rynku. Wolnego rynku dla kapitałów narodowych.
Co prawda, nacjonaliści i konserwatyści stronią od terminu Europejczyk. Ale i w ich przekazie można także znaleźć swoiste paradygmaty „europejskości”, zakreślające krąg pojęciowy do kultury białego człowieka, zmaskulinizowanej, chrześcijańskiej, tradycyjnej.

Kolejne pytanie w tym kontekście winno brzmieć – czy warto być Europejczykiem i jakim Europejczykiem? Co za tą nazwą ma się kryć - jakie wartości, wzorce, jakie przesłanie i tradycje? I czy tylko jedne, zadekretowane i modne, wzniosłe i optymistyczne mają to być skojarzenia?
Mainstream – nie tylko w Polsce – mówi zawsze o demokracji, wolnościach osobistych, prawach człowieka, szerzeniu cywilizacji stanowiącej ponoć clou rozwoju naszego gatunku, człowieczeństwa. Nie bez znaczenia jest też poziom oraz jakość życia – mamiące wszystkich w złotych czasach kapitalizmu pozornym bezpieczeństwem, dobrobytem, dostępnością, tolerancją itd.
Choć Europa tak naprawdę to wyrostek robaczkowy giganta, jakim jest Azja, to ona skolonizowała Amerykę, Australię, włączając je w obieg cywilizacji euro-atlantyckiej, niszcząc przy okazji miejscowe, tysiącletnie kultury autochtoniczne.

Polska Europa

Polski wymiar europejskości jest wybitnie specyficzny i to z wielu powodów. Przede wszystkim z racji historii, która spowodowała u nas specyficzne stosunki społeczne i relacje interpersonalne rzutujące na naszą teraźniejszość. W wielu dziedzinach życia. Spóźniliśmy się – tak wielu z nas uważa – do Zachodu. Szukamy wymówek i objaśnień, dlaczego tak się stało. A wychodzi opacznie. Bo wszyscy późni bracia, neofici i przedstawiciele peryferii zazwyczaj są bardziej papiescy od samego papieża, a każdy przechrzta chce być purytaninem i prozelitą. Mamy tego przykłady z dziejów i tradycji tzw. religii abrahamowych, czyli monoteistycznych, rzucających zdecydowane cienie na kulturę i mentalność Europejczyków oraz tradycję i dzieje kontynentu za czasów i po upadku Cesarstwa Rzymskiego.
Co do klasycznie pojmowanej europejskości jako tradycji rzymsko-greckiej, bądź szerzej - hellenistycznej, w przypadku Polski i Polaków, jak i w kontekście całej tzw. Mitteleuropy (z niewielkimi wyjątkami), wypada przymrużyć oko.

Kultura rzymsko-grecka zatrzymuje się w I tysiącleciu nowej ery na Renie i Dunaju (tak jak limesy Imperium Rzymskiego). Oddziaływanie w formie peryferyjnej luźnych wpływów kulturowych (świadczą o tym dość liczne artefakty archeologiczne znajdowane na wschód i północ od tych rzek) sięga jeszcze w Europie Środkowej Łaby, na Bałkanach dotyczy to Dacji. Dalej w głąb kontynentu te echa są coraz słabsze.

Próbom podbojów krain i terenów między Renem a Łabą oraz ich kolonizacji na wzór np. Galii czy Wysp Brytyjskich kres ostateczny położyła klęska legionów rzymskich w 9 roku n.e. w Lesie Teutoburskim. To pasmo niewysokich wzgórz ciągnące się na północ od dzisiejszego miasta Bielefeld między rzekami Wezerą a Ems w zachodnich Niemczech. Legiony rzymskie - XVII, XVIII, XIX - zostają rozgromione, ginie ponad 20 tysięcy legionistów, a ich wódz - Publiusz Kwinktyliusz Warus - popełnia ze sromoty samobójstwo. Numery tych legionów nigdy już w historii Rzymu nie zostają powtórzone z racji rozmiarów blamażu oręża rzymskiego, hańby i utraty symboli legionowych. Rzym nie chciał o tym pamiętać. Tę klęskę zadają Rzymianom połączone siły germańskich plemion (ich podstawą są Cheruskowie) w liczbie ok. 40 tysięcy pod dowództwem Arminiusa.

W 718 roku n.e. w pobliżu tego samego miejsca Karol Młot gromi Sasów, podporządkowując ich po raz pierwszy władzy Franków. Imperium jego wnuka, Karola Wielkiego, dochodzi do Łaby. Na wschód i północny-wschód od niej są to terytoria opanowane przez plemiona Słowian. Łaba rozdzielała świat postrzymski (teraz germański) od świata słowiańskiego, barbarzyńskiego, pogańskiego - terenów do kolonizacji i podboju. A przede wszystkim – do chrystianizacji. Rzeka rozdzieliła dwa światy, dwie kultury, dwie tradycje. Ciekawostką jest w tym kontekście fakt, iż porządek pojałtański tak też podzielił Europę. Na Łabie stanęła po 1945 roku Armia Czerwona. Taki XX-wieczny limes.

Ten podział w zasadniczym kontekście widać nawet dziś, kiedy to Unia Europejska sięgnęła Narwy, Jeziora Pejpus, Bugu i Prutu. Dotyczy to latynizacji kultury w formule wdrożenia prawa rzymskiego, jego rozumienia oraz stosowania się do niego przez mieszkańców tych regionów, rozwoju form feudalizmu, a następnie kapitalizmu oraz wynikającego z tego charakteru gospodarki funkcjonującej na wschód od Łaby: Prus, I RP, Węgier. Gospodarki z autarkiczną produkcją, eksportem nisko przetworzonych produktów. Skutkiem tego było zapóźnienie cywilizacyjne, a co za tym idzie określona struktura społeczna, styl sprawowania władzy, stosunki interpersonalne i mentalność elit i ludu.
Ten wpływ kultury rzymsko-hellenistycznej powoli rozmywa się, glajchszaltuje, niknie w otwartych przestrzeniach na wschód od Łaby, nie poprzecinanych aż po Ural (nawet dalej – do centrum Azji) żadnym znaczącym pasmem górskim.

Niewolnicy

Tereny na wschód od Łaby i na północ od Dunaju służyły wpierw Rzymowi, potem Zachodowi jako zaplecze surowcowo-rolne, stanowiąc przy okazji bazę najemnej i taniej siły roboczej. Podczas istnienia Imperium Romanum były terenem łowów niewolników, sprzedawanych później na imperialnych targach. Łaciński termin sklave (niewolnik) z czasem uległ „zesłowiańszczeniu” i przekształceniu w słowo „Słowianie”, określające ludy z Europy Środkowej. To niezwykle symboliczne przypomnienie historii kontaktów Zachodu i Wschodu Europy.
Uboższe, zapóźnione cywilizacyjnie z racji trwania gospodarki folwarcznej, bez potencjału twórczej myśli (np. technicznej czy w przedmiocie idei), tereny te traktowane były jako typowe półkolonie. Czy dziś wiele osób z tych regionów, mimo przynależności do gigantycznie powiększonej Unii Europejskiej, nie odczuwa tego historycznego bagażu? Czy czasem nie stąd biorą się sukcesy parlamentarne skrajnie prawicowych, nacjonalistycznych, ksenofobicznych, często quasi-faszystowskich ugrupowań?
Te odczucia mijają się z powszechnie głoszonymi hasłami równości, solidarności czy braterstwa mającymi spajać wspólny, europejski dom i społeczeństwa tu żyjące.

Klasycznym tego przykładem niech będzie powszechne mniemanie byłych NRD-owców na temat poziomu życia ich ziomków z Zachodu po zjednoczeniu Niemiec. Podział na Wesich i Osich widać także w odrębnej mentalności i kulturze Niemców ze wschodu, ugruntowanej nie tyle przez 45 lat trwania NRD, co przez długie trwanie, tradycję folwarku (junkierskie latyfundia) i militarystyczne nastawienie ludności pogranicza (marchie, potem państwo krzyżackie i brandenburskie, na końcu - Prusy). Odmiennej od mieszczańskich społeczeństw rozdrobnionych przez wieki, i o różnych tożsamościach, Niemiec na zachód od Łaby.
Karol I Wielki to mit i legenda leżąca u podstaw dzisiejszej UE, Europy i „europejskości”. Władca Franków i Longobardów, namaszczony przez papieża cesarz, kontynuator tym samym idei Imperium Romanum w nowej wersji. To też symbol osi miedzy Paryżem a Berlinem. Duopolu niemiecko-francuskiego, na jakim osadzona jest dzisiejsza Unia Europejska. Ze wszystkimi pozytywami i negatywami takiego układu.

Z racji owego namaszczenia Karola przez Leona III władza nad Zachodem (i jednocześnie władza Zachodu) a tym samym Europy i Europejczyków (potomków i kontynuatorów karolińskiego Imperium) uległa sakralizacji. I z tego tytułu cywilizacyjnie i kulturowo przoduje, stoi wyżej niż inne nacje reszty świata. Ma moralne i historyczne prerogatywy, aby pouczać innych. To dotyczy też misjonarstwa (tak religijnego jak i kulturowego) szerzonego ogniem i mieczem, którego genezę znajdziemy zarówno w starogermańskich kultach, jak i (a może przede wszystkim) w chrześcijańsko-feudalnym sposobie spojrzenia na wiarę religijną, a przede wszystkim stosunki społeczne charakterystyczne dla zachodnioeuropejskiego feudalizmu.

Wkład Kościoła

I tu dochodzimy do zagadnienia dotyczącego roli Kościoła rzymskiego, czyli totalitarnego władcy (często największego feudała tamtejszej epoki), zarówno doczesnego jak i duchowego, w utwierdzaniu takiego schematu i mentalności Europejczyków. Celnie o tym pisze niemiecki naukowiec Peter Sloterdijk (Kryształowy pałac). Jego zdaniem, niebezpieczny jest ten dar Europy dla reszty świata. Polega on na tym, że to właśnie Europa dostarczała światu kolejnych załóg, które realizowały projekty kolonizacyjne niszczące inne kultury i cywilizacje.
Chrześcijaństwo – tak w wersji katolickiej, jak i protestanckiej - tresowało społeczeństwa w posłuszeństwie, poddaństwie a jednocześnie wmawiało im ową wyższość wobec innych kultur, innych cywilizacji, innych rozwiązań społecznych i obyczajowych. Ten stan rzeczy stał się podstawą świadomości, która utrzymywała się przez cały okres ekspansji. Świadomości, w której także mieszczanom i chrześcijanom wolno było czynić wyjątki od własnych norm, o ile tylko pozwalały na to, bądź wymagały tego okoliczności.

Epoka rozpoczęta wyprawami krzyżowymi do Palestyny, uzasadnianymi religijnymi argumentami, poprzez czasy kolonizacyjnych podbojów i związaną z nimi eksploatacją reszty świata przez Zachód po dzisiejsze interwencje zbrojne (tłumaczone szerzeniem demokracji lub pomocą humanitarną) w imię ideologii i doktryny neoliberalnej trwa cały czas. Jej początek dało hasło Deus le vult (Bóg chce) rzucone przez papieża Urbana II na synodzie w Clermont 27.11.1095 roku. Dało ono przyzwolenie na rozpoczęcie pod patronatem papiestwa (czyli w imieniu całego, zachodniego i chrześcijańskiego świata) krucjat krzyżowych.

Jak ważna jest to data dla Europejczyka z Zachodu niech świadczy fakt, iż uczestnicy wyprawy do Ziemi Świętej mieli otrzymać odpust zupełny (indulgentia plenarna) – czyli odpuszczenie wszelkich grzechów dotychczasowych i przyszłych. Mogli grabić, zabijać, gwałcić, palić w imię Chrystusa - byleby nie dotyczyło to rzymskich chrześcijan podległych papieżowi.
Niezwykle krwawą wojnę krzyżową toczono również przeciwko Słowianom połabskim (kontynuacja polityki Karola Wielkiego rozszerzania imperium na Wschód, za Ren i Łabę). Ogłosił ją św. Bernard z Clairvaux, fanatyczny prorok średniowiecznego Złotego Wieku, Doktor Kościoła i spiritus movens XII wiecznego chrześcijaństwa zachodniego. Nie przypuszczał ów święty mąż, ile krwi zbroczy ręce jego wyznawców.

Manipulacje

Dziś takie pojmowanie istoty świata i rzeczywistości go tworzącej dotyczy także liberalnych demokratów. Trzeba by dodać (parafrazując cytowanego Sloterdijka), iż w Polsce to może nie tyle chrześcijańsko-mieszczańska tresura, a raczej cień folwarku oraz pańszczyźniano-mesjanistycznych i patriarchalno-ziemiańskich rojeń kresowych, mitów i klechd o wielkiej Polsce sarmackiej niesionych na Wschód, do azjatyckiej barbarii w postaci wiary i wartości typowych dla oligarchii magnacko-szlacheckiej.

Ten mit Europy, jej wizerunek jako uniwersalnego projektu polityczno-kulturowego, (co demoliberalny mainstream stara się wszystkim wmówić), najpełniej się odczuwa podczas odwiedzenia tronu Karola Wielkiego w katedrze akwizgrańskiej. Były Prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet zwrócił uwagę na mistykę tego miejsca i drogowskaz dla współczesnych, eurotechnokratycznych elit brukselsko-strasburskich odnośnie traktowania idei i wartości zjednoczonej Europy, idei kłębiących się od 800 roku wokół tego tronu, a symbolizującym imperium tego Franka.
Owo przywołanie jest pojęciową, historyczną i polityczną manipulacją. Kolejnym chciejstwem rozbijającym się o rzeczywistość i istotę tego, czym jest „gospodarka rynkowa” ubrana na dodatek w doktrynalne szaty: „Nigdzie indziej nie są one bardziej odczuwalne niż w Akwizgranie, u tronu Karola Wielkiego” – rzec miał Trichet.

Próba odbudowy Cesarstwa Rzymskiego podjęta przez Karola Wielkiego cesarza Franków i Longobardów, namaszczonego przez papieża Leona III, w wersji chrześcijańsko-germańskiego Imperium w zachodniej części Europy i traktowanie jej dziś jako logo UE, a tym samym uniwersalizmu, postępu i rozwoju ludzkości, jest co najmniej niestosowna.
Po pierwsze – rzymskie wpływy to linia Dunaju i Renu. Tak wielu badaczy i myślicieli traktuje to, co zwie się bezpośrednią latynizacją sensu stricte.
Po drugie – jego imperium wyszło podbojami i misją chrystianizacji poza Ren, podbijając brutalnie i eksterminując opornych w swych tradycjach pogańskich plemiona Germanów i Słowian zamieszkujących na wschód od tej rzeki.

Chrystianizacja Europy Zachodniej i powiązanie germańskich mitologii sławiących przemoc i kult siły z judeochrześcijańskim mesjanizmem i nawracaniem dała w dziejach Starego Kontynentu, a potem świata, opłakane i tragiczne efekty. Chrześcijanie wyparli rzymskie, pogańskie wierzenia za pomocą i w imię najwznioślejszych zasad moralnych, jakie ktokolwiek głosił. Europejczycy i jednocześnie biali chrześcijanie jako pierwsi w historii naszego gatunku podbój, agresję i niszczenie innych kultur podparli kultem miłosiernego Boga, religii miłości i szerzeniem ogólnoludzkiego uniwersalizmu.
Można więc śmiało twierdzić, że ta kultura i jej wartości miały być (i po dziś dzień są przez Europejczyków tak prezentowane) najlepsze, najwznioślejsze oraz niepodzielnie uniwersalne.
Radosław S. Czarnecki

 

Jest to pierwsza część eseju pod tym tytułem. Drugą zamieścimy w numerze grudniowym SN.

 

Odsłony: 285
Our website is protected by DMC Firewall!