Kiedy nasze zasady wykluczają inne racje

Utworzono: poniedziałek, 27 styczeń 2020 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

Amerykanin Thomas Merton, trapista, poeta, pisarz, myśliciel opisał współczesne stosunki międzyludzkie jako „cywilizację hien”, w której przyszło nam żyć. Hieny to ssaki drapieżne, stadne, które mają bardzo silne poczucie swej klanowości. Osobniki spoza swego klanu są zabijane w niezwykle brutalny sposób.

Kiedy człowiek chce zabić tygrysa, uważa to za sport. Kiedy tygrys chce zabić człowieka, uważa to za dzikość i okrucieństwo.
George Bernard Shaw


Czarnecki do zajawkiWszystko co jest niezgodne z naszą wizją liberalnej demokracji, z podstawowymi i powszechnie szanowanymi prawami człowieka, funkcjonowania państwa prawa, ale przede wszystkim z humanizmem, przyjętymi standardami w XXI wieku, podlega krytyce. Nawet wykluczeniu. To tkwi w polskiej świadomości i jest immanencją myślenia „porządnych demokratów”, cywilizowanych Europejczyków made in Poland (i nie tylko), a nie tylko prawoskrętnie myślących fanatyków.

Nasze zasady kulturalne, europejskie, są a priori wyższe od wszelkich innych zasad i systemów wartości z tej racji „że udzielił ich nam sam Bóg”. Polska jest – zaraz po Ameryce – narodem wybranym przez Pana Boga, gdyż tu urodził się Jan Paweł II, stąd wywodzi się „Solidarność”, my obaliliśmy komunizm i mamy najlepszą elitę z rządów państw w Unii Europejskiej, której symbolem jest „poległy” Prezydent Lech Kaczyński.
To jest religijna, katolicka, dogmatyczna pieczęć stawiana na polskiej świadomości przez lata. I dotyczy chyba wszystkich Polek i Polaków, bez względu na ich stosunek do religii i Kościoła kat.

Błąd konfirmacji

Prof. Maria Janion sądzi, iż takie zachowania wynikają z trudnego do zaakceptowania w cywilizowanym, zachodnim świecie „połączenia tożsamości narodowej i religijnej z demokracją i równouprawnieniem płci”. A do takiego świata usilnie chcemy się zapisać. W związku z tym piętrzące się przeszkody na drodze ucywilizowania i przystosowania do universum demokracji, wolności i pluralizmu chcemy nadrobić, głośno i nachalnie zwracając na siebie uwagę.

Echo zasady „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” powraca w XXI wiek ubrane w sarmacki kontusz. Trudności w przyjęciu autentycznych wartości demokracji liberalnej nie są związane jedynie z rządzącym dziś PiS-em. Poprzednicy też mieli wiele „za uszami” z polskiego zapyzienia, kołtuństwa i peryferii mentalnej (choćby nie przyjęcie wielu podstawowych zasad, na których funkcjonuje europejska wspólnota – np. Karty Praw Podstawowych).

Geneza tych zjawisk tkwi w polskiej kulturze, gdyż ma ona patriarchalno-katolicki charakter. Dajemy więc im upust, folgując obecnemu od dawna indywidualizmowi i swarliwości. Polskie przysłowie mówi: „dwóch Polaków - trzy partie”, Wolter pisze: „Jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków - to awantura, trzech Polaków – och, to już jest polski problem narodowy”, a według Słowaków - „Gdy się dwaj Polacy zejdą, to w trzy strony się rozejdą”.

Dyktat moralności

Za prof. Januszem Romanowskim trzeba stwierdzić, że „Solidarność" jako ruch społeczny, niesłychanie mocno okopując się w tradycji religijnej i narodowej, sięgając po wartości kojarzone jawnie z katolicyzmem, polskością, potraktowała siebie jako „naród wybrany”. (Ten syndrom jest bardzo mocno zakorzeniony w naszej świadomości i ma nie tylko religijne konotacje – są to także uwarunkowania kulturowe). Dała tym samym tej wizji nowe, życiodajne (choć szkodliwe) soki. „Naród wybrany” nie potrzebuje uniwersalnej, na miarę europejskiego Oświecenia, jurysprudencji. Ważna jest moralność grupowa, plemienna, dogmatycznie kiedyś zadekretowana. Zwykle przez uznany tzw. autorytet moralny, lub instytucję mającą kolosalne znaczenie w historii czy kulturze zbiorowości.

Leon Petrażycki pisał, iż prawo nie może być instrumentem czyjejś subiektywnej, bądź grupowej moralności. Mobilizacja zbiorowego nacisku moralnego niszczy jej źródła, ponieważ zachodzi niezgoda z wolnością sumienia i jak stwierdza z kolei prof. Andrzej Walicki – z „ideałem Caritas”.
Moralność nie może narzucać swych norm przez ustawodawstwo. Jej oddziaływanie powinno iść wyłącznie za pomocą przykładu. Nie można tworzyć atmosfery wymuszonego konformizmu, która sprzyja rozprzestrzenianiu się hipokryzji, pospolitej obłudy i faryzejstwa. W takich przypadkach rodzi się dyktat moralności – najczęściej elit czy nawet fundamentalistycznie zorientowanych jednostek – prowadzący do wytworzenia fałszywej praktyki politycznej.

Przykłady z dziejów takich działań są zazwyczaj tragiczne. Jeśli elity lub rządzące gremia trwają w przyzwyczajeniu do wyłącznego posiadania podmiotowości, prawdy, wartości moralnych itd., wtedy przepaść między ich oczekiwaniami, a realiami politycznymi będzie powodowała irytację mainstreamowych rywali politycznych, zaś pogardę lub mitologizację rzeczywistości przez tzw. lud.

Walicki uważa, że metody zaprowadzania moralnego dyktatu urzeczywistnia się na dwa sposoby:

1) próbami wykluczenia przez ostracyzm i izolację,

2) próbami legislacji moralności, czyli uczynienia moralne słusznych poglądów prawnie obowiązującymi.

Obie drogi są zawsze tragiczne w skutkach, owocują dramatami ludzkimi, łamaniem sumień i powszechną hipokryzją.

W Polsce przez ostatnie trzy dekady od odzyskania suwerenności - cofamy się w zbiorowych zachowaniach do poziomu trybalizmu plemiennego. I dzieje się to mimo członkostwa w międzynarodowych strukturach i autentycznego sukcesu cywilizacyjnego. Coraz więcej osób uważa, że kulturowo, obyczajowo, pod względem modernizmu, jest gorzej niż 30, 40 czy nawet 50 lat temu.
W takich organizmach plemiennych, wsobnych zbiorowościach, pierwotne instynkty, namiętności, afekty i pospolity fanatyzm, pozwalają tolerować tylko członka swego klanu i swego ziomka. Dziś taki pogląd wziął górę nad racjami rozumu, empatią i solidarnością, poczuciem odpowiedzialności za zbiorowość, szacunkiem dla stanowionego prawa (tym samym negując jurydyczne podstawy państwa prawa), dystansem do rzeczywistości (a przede wszystkim - do siebie). Sądzę, że ta zła tradycja, złe wartości, szkodliwa mentalność, wywodzą swój rodowód m.in.

z idei „narodu wybranego".

W wielu wierzeniach religijnych w historii ludzkości ta idea była i jest obecna. I wyrządziła niepomierne szkody: poczynając od masowych mordów i grabieży, poprzez podboje i rzezie Innego, a na krwawych rytuałach religijnych ku czci bóstwa wybierającego dany naród, klan, kończąc. Powszechnie kojarzy się ową ideę z mozaizmem. Stary Testament, opisując podbój Kanaanu przez Izraelitów w XIV-XI w. p.n.e. daje liczne dowody masowych rzezi, wręcz ludobójstwa niehebrajskich mieszkańców tych ziem. Przymierze z Bogiem, czyli wybranie narodu, pozwala kapłanom Jahwe uzasadniać wszelkie tego typu zachowania Hebrajczyków, sakralizując je.

Chrześcijaństwo, mając korzenie judaistyczne, również przejęło hebrajską tradycję narodu wybranego. To chrześcijanie, wyznawcy Jezusa Chrystusa - według reguł i działalności św. Pawła z Tarsu (bo to on de facto dał podwaliny chrześcijaństwu w obecnym kształcie) - stawali się narodem wybranym pośród barbarzyńców, heretyków i osobników o wątpliwym z tej racji człowieczeństwie. Mieli krzewić swą jedynie prawdziwą wiarę religijną na całym świecie.
I nieważne, iż w tych metodach sięgali nader często po miecz, armaty, karabiny czy szable, nie mówiąc o kłamstwach, oszczerstwach, donosach, przemocy symbolicznej i psychicznej, czy torturach. Stosy płonęły, katowskie topory spadały niezwykle często, szubieniczne sznury dyndały nagminnie. Wiele ruchów społecznych, politycznych, kulturowych wywodzących się z tradycji europejskiej, czyli poniekąd chrześcijańskiej (ale tak samo judaistycznej, muzułmańskiej, gdyż tzw. religie Abrahamowe mają wspólne korzenie i tożsamość) siłą rzeczy nawiązywało do tej wygodnej idei, bo usprawiedliwiającej wszelkie formy działalności publicznej.

Od końca XVIII wieku wybierać miał jednak kto inny, nie Bóg: dla jakobinów z Wielkiej Rewolucji Francuskiej była to idea Rozumu podniesiona do rangi bóstwa z całym ceremoniałem i obrzędowością quasi-religijną. Dla radykalnych bolszewików - też uważających się za naród wybrany - Trocki, Zinowiew, poniekąd Lenin. Tym, co nobilitowało mających nieść światu wolność, tłumaczyło ich czyny, była idea marksizmu-leninizmu, kult postępu i bezkrytyczne przekonanie o swoich racjach. Byli zakonem wśród reakcjonistów, imperialistów, burżujów. Swoistym kościołem i quasi-religijną sektą z własnymi obrzędami i ideologią.

Podobnie uzasadniali swe podboje kolonialne ludzie Zachodu: wybrani przez chrześcijańskiego Boga (tak katolicy, jak i protestanci) nieść mieli wyższą kulturę i cywilizować ludy tzw. trzeciego świata, czyniąc ziemie i ludy ją zamieszkujące poddanymi.
Także i dziś analogiczne elementy, choć z inną interpretacją i argumentami, spotykamy w odniesieniu do „szerzenia demokracji” zachodniej w pozaeuropejskim świecie.

Jakiekolwiek elity czy mainstream, które nie zważając na porządek demokratyczny, reguły państwa prawa, zasady cywilizowanego parlamentaryzmu i oświeceniowej tradycji politycznej, budują wokół swych instancji, wokoło swego logo i programu aureolę „narodu wybranego", głoszącego prawdę, nie są godne miana nowoczesnej, prowolnościowej formacji. Takie działania znamy np. z czasów Republiki Weimarskiej, Italii lat 20-tych czy stalinowskich represji w ZSRR. W tych krajach tworzono formy organizacyjne zbliżone do sekt, zakonów czy organizmów społeczno-administracyjnych egzemplifikujących ideę „narodu wybranego”. Grano na emocjach, podgrzewano namiętności, stymulowano fobie, szczuto na Innego. Efekty tego wszyscy znamy.
Radosław S. Czarnecki

Odsłony: 146
DMC Firewall is a Joomla Security extension!