Euroatlantycki Zachód czy Eurazja?

Utworzono: czwartek, 26 listopad 2020 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

Oh, East is East and West is West and never the Twain shall meet *
Rudyard Kipling


 

Czarnecki do zajawkiMotto tego materiału jest esencją imperialnego stosunku nie tylko Brytyjczyków - modelowych kolonizatorów globu w XIX wieku - do nie zachodnich Europejczyków. Paternalizm i poczucie misji, którą ci Europejczycy nieśli przez wieki pozaeuropejskiemu, niezachodniemu światu w tej wypowiedzi nabiera swoistego wydźwięku. To niespotkanie, przy założeniu, iż my jesteśmy tymi lepszymi, bardziej cywilizowanymi i mamy misję naprawy tego świata (obojętnie od Boga, demokracji czy rozumu) jest clou prezentowanych zagadnień i odpowiada na pytanie: czy warto być Europejczykiem? A jeżeli tak – to jakim?

Alternatywą, patrząc na złożoność dzisiejszej rzeczywistości, jest tylko porzucenie europocentrycznego systemu symboli, kultów, narracji i uzasadnień. Co trzeba zaproponować, aby znów terminy Europa, Europejczyk ponownie zaświeciły przyjaznym, zachęcającym, (ale nie tylko w formie złudnie materialnego blichtru) blaskiem?
Degradacja środowiska naturalnego i problemy, jakie w związku z tym stają przed ludzkością winny wymusić już nie tyle ponadnarodowe, pozakontynentalne i ponadkulturowe myślenie i działanie, co globalne, ogólnoludzkie. Partie „zielonych” zdobywające coraz szerszą popularność na Zachodzie idą w dobrym kierunku. Z tym się wiąże oczywiście sprawiedliwy, braterski podział dóbr oraz odrzucenie neoliberalnych dogmatów.

Europejczycy winni wziąć na siebie odpowiedzialność za źródła własnego, współcześnie istniejącego (jeszcze) dobrobytu. Dobrobytu, który powstał m.in. w wyniku kolonialnych i imperialnych działań. Polski przekaz środowisk „zielonych” czy demoliberalnych, zarażonych jak większość polskiego mainstreamu ideologią neoliberalną i kultem rynku, nie wyartykułował jeszcze zasadniczych punktów swej doktryny, które by mówiły o sprzeczności rynku i ochrony naturalnych zasobów Ziemi. Zysk, jakim kierują się wszyscy gracze rynkowi, na zasadzie dobrej woli i charytatywności, sam z siebie, pod wpływem perswazji i spektakularnych akcji nie zniknie, ani się sam nie ograniczy. Byłoby to zaprzeczeniem istoty rynku i idei homo oeconomicus.

Pojęciem wartym odkurzenia jest internacjonalizm, któremu po upadku socjalizmu w Europie Środkowo-Wschodniej trzeba przywrócić należne miejsce w przekazie publicznym. Było ono zawłaszczone dawniej przez propagandę i zmanipulowane, choć niosło zawsze (i niesie nadal) niezwykle wzniosły i humanistyczny przekaz.
Dla lewicy winno to być priorytetem, gdyż internacjonalizm - tak jak np. antymilitaryzm, humanizm czy socjalizm - to jej rudymenty doktrynalne. Dopiero po tych wartościach winne stać elementy utożsamiane z liberalizmem (klasycznie rozumianym). Dla ruchów ekologicznych – z innych, nie ideowych, względów – także.

Priorytet człowieczeństwa

Mówmy więc o byciu przede wszystkim człowiekiem. I na tym się koncentrujmy. Bo to jest dziś zarówno wymóg, jak i intelektualne wyzwanie. Bodajże czy nie najważniejsze dla nas od chwili, kiedy eliminując jako homo sapiens erectus kilkadziesiąt tysięcy lat temu inne podgatunki hominidów (neandertalczyków, denisowian, homo floresiensis itd.) zostaliśmy samodzielnymi władcami Ziemi.
Warto przywołać fragment wykładu Bertranda Russella niedługo po tragedii w Hiroszimie i Nagasaki (co prawda dotyczy to rozbrojenia, ale wydźwięk tych słów jest uniwersalny i niezwykle aktualny): „Zwracamy się do was jako ludzie do ludzi. Pamiętajcie o swoim człowieczeństwie i zapomnijcie o wszystkim innym. Jeśli zdołacie, otworzycie drogę ku nowemu społeczeństwu. Jeśli wam się to nie uda, staniecie wobec ryzyka powszechnej zagłady”. Czyli – internacjonalizm wolny od jakiejkolwiek państwowości, bądź systemu hegemonii, socjalizm – jako praktyka funkcjonowania populacji naszego gatunku i świata oraz humanizm – jako wielowymiarowa, agnostyczna (najszerzej pojmowana, nie wartościowana) wiara w człowieka.

Zatem po pierwsze – rezygnacja z zachodnio-europocentryzmu, po drugie – porzucenie imperializmu i militaryzmu, po trzecie – Eurazja, a nie sojusz euroatlantycki oraz po czwarte - wyzbycie się narodowo-rasistowskiego kulturowego paternalizmu. Drogą dla Europy i świata jest internacjonalizm - tak twierdzi (podobnie jak Russell 75 lat temu) prof. Bruno Drwęski z Sorbony.

Siła Eurazji

Tylko Eurazja jest alternatywą na rodzące się bolączki świata i Europy. Bolączki podszyte nacjonalizmami i szowinizmem, które kilka razy w dziejach Starego Kontynentu wydały niezwykle gorzkie owoce. Stara Europa ze swymi mikronacjonalizmami, granicami co chwila i co kilometr, musi swe miazmaty rodem z XIX wieku rozpuścić, wywłaszczyć z mocy sprawczej. Ogrom Eurazji temu sprzyja. Bo dotyczy to nie tylko gospodarki, ale jest to wizja również i cywilizacyjno-kulturowa, społeczna, ogólnoludzka. Gdyż „ostatnie 200 lat dominacji Zachodu było swego rodzaju historycznym wyjątkiem. Począwszy od 1 aż do 1829 r. n.e. dwiema największymi gospodarkami na świecie były nieustannie Chiny i tereny dzisiejszych Indii” (Kishore Muhbubani, Znak 3/364/2009). To w Azji, nad Pacyfikiem i Oceanem Indyjskim leży przyszłość świata.

Funkcjonowanie Zachodu od ponad 900 lat, kiedy to pierwsza krucjata krzyżowa wyruszyła do Jerozolimy, musi przestać opierać się o to, co eurouniwersalistyczne (to błędne mniemanie, iż co jest dobre dla Zachodniej Europy jest automatycznie dobre dla świata), ale i intencjonalne. W idei krucjatowej podniósł to na Synodzie w Clermont-Ferrand (1098) papież Urban II: „Zachód musi wyruszyć, aby obronić Wschód. Wszyscy powinni iść, bogaci i ubodzy. Frankowie muszą zakończyć bratobójcze wojny i sprzeczki. Niech walczą, lecz przeciwko niewiernym w słusznej sprawie”.

Ta obrona, może i potrzebna, zamieniła się z jednej strony w nawracanie (bo ludzie różnych denominacji wschodnio-chrześcijańskich podlegali takim samym prześladowaniom przez krzyżowców jak Żydzi i muzułmanie), a z drugiej - w otwartą wrogość. IV krucjata z 1204 roku, zdobycie i splądrowanie przez zachodnich krzyżowców Konstantynopola, grabież i zniszczenia, jakim poddano to cesarskie, jedno z największych i najwspanialszych miast ówczesnego świata pozostała na wieki w świadomości wyznawców prawosławia.
Jeszcze w 2001 roku przed planowaną (i odbytą w końcu) pielgrzymką Jana Pawła II do Grecji zgromadzenie mnichów z Góry Athos sprzeciwiało się wizycie papieża, argumentując swój sąd brakiem pokajania się Watykanu i prośby o przebaczenie za ową nieszczęsną krucjatę.

Zdobywając w 1453 r. Konstantynopol, Turcy osmańscy nie dokonali takich zniszczeń i profanacji, gwałtów i grabieży jak 350 lat wcześniej zachodni chrześcijanie. I to jest zadra w umysłach i duszach wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, która po dziś dzień tkwi niczym drzazga głęboko w ich świadomości. Często już bez konkretnej materializacji i racjonalnego uświadomienia.
Można tę traumę jaką pozostawiły w świadomości prawosławia upadek i splądrowanie Konstantynopola przez zachodnio-europejskich krzyżowców w 1204 roku porównać do efektów - politycznych, społecznych, psychologicznych, medialnych etc. - ataku al-Kaidy na WTC w Nowym Jorku 11.09.2001.

Nasuwają się automatycznie również obrazy z drugiej inwazji na Irak (2003 r.) koalicji państw Zachodu, w której niechlubną rolę odgrywał mój kraj, gdzie obecność żołnierzy międzynarodowej koalicji poważnie przyczyniła się do zniszczenia pozostałości starożytnego Babilonu w Iraku; został on rozjeżdżony ciężkim sprzętem i przekopany rowami dla celów militarnych (jak informował raport UNESCO).
Leżący ok. 90 km na południe od Bagdadu Babilon, znany z wiszących ogrodów - jednego z siedmiu cudów starożytnego świata - w latach 2003-2004 służył wojskom koalicji jako obóz „Babilon”. W 2005 r. specjaliści z British Museum porównali tę lokalizację do zbudowania bazy wojskowej koło piramidy Cheopsa lub megalitów w Stonehenge. Ciężki sprzęt rozjeżdżający święte ścieżki, buldożery ścinające szczyty wzgórz i kopiące rowy na terenie jednego z siedmiu cudów świata - to obraz wyłaniający się z raportu opisującego działania żołnierzy koalicji.

Owa tradycja europocentryczna zawiera się dziś nie w demokracji, wolności, prawach człowieka, osiągnięciach określonego poziomu życia (choć to dziś jak widać pozory i iluzja), które to wartości zachodnia cywilizacja i kultura ma do zaproponowania światu, ale w końcowej sentencji wiersza Cypriana K. Norwida pt. „W Weronie”:
Nad Capulettich i Montekich domem
Spłukane deszczem, poruszone gromem,
łagodne oko błękitu.
Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,
Na rozwalone bramy do ogrodów -
I gwiazdę zrzuca ze szczytu;
Cyprysy mówią, że to dla Julietty,
Źe dla Romea - ta łza znad planety
Spada i groby przecieka;
A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I - że nikt na nie nie czeka!

Należy zacząć od siebie

Ucieczkę od historii Europy i jej zapominanych niecnotliwych dziejów postuluje wielu myślicieli i refleksyjnie podchodzących do życia. Bo to kula u nogi uniwersalizmu, praw człowieka, demokracji i wolności (które chce się szerzyć). Ucieczkę w różny sposób. Np. Jean Baudrilard w Rozmowach przed końcem wprost pisze o niej jako metafizycznej ewakuacji, „daleko od jej nostalgicznej kultury i historii. Uciec aż na krańce, gdzie nasza historia byłaby zarazem unieważniona i poddana multiplikacji” . Bo oryginalność i przyszłość są poza Europą.
Gdy francuski filozof pisze o przyczynach upadku Europy, jej degeneracji i starczemu uwiądowi, obarcza tym inteligencję, komentatorów, tzw. mainstream, elitę.
I to drąży wszystkie bez wyjątku kraje należące (lub chcące należeć) do tej kultury. Z jednej strony zapomnienie o swej historii, jej ciemnych i mrocznych zakamarkach, przyczynach światowej biedy i wykluczenia, ludobójstw, eksterminacji, eksploatacji innych kultur i cywilizacji, z których zrodziły się współczesny dobrobyt i (pozorne) bezpieczeństwo Europejczyków, a z drugiej – mentorskie, moralizatorskie, okraszone cywilizacyjną wyższością i neokolonialnym mniemaniem o swej uniwersalności.

Bo ta „elita, przynajmniej w swoim autorskim wizerunku, chce być postrzegana jako ruchliwa i zaczarowana. To zaczarowanie jest delikatne: bije, ale nie uderza - w interesach, w polityce czy w informatyce. Wszędzie widać ten nieznośnie lekki skalpel” (J. Baudrilard, Ameryka).

I to jest też jeden z elementów tej degeneracji: hipokryzja w świetle jednoczesnego pouczania ex cathedra o wartościach. Czeski intelektualista Vaclav Belohradsky, wykładowca Uniwersytetu w Pradze, mówi wprost o erze ubóstwienia własnego głosu (co prawda, parafraza ta odniesiona była do sytuacji istniejącej w Ameryce rządzonej przez Georga Busha jr., ale oddaje ona zasadniczo esencję tego „zasłuchania się w siebie”).

Europa, budująca po 1945 r. swą pozycję z jednej strony na liberalnych i demokratycznych wartościach, a z drugiej na przekonaniu o swojej wyjątkowości, światłości i otwartości (popierając często w historii owe przekonanie siłą militarną), musi więc en bloc odrzucić kulturowo-cywilizacyjny imperializm. Bo ta hegemonia się do tego sprowadza. I należy zacząć stosować się do myśli tak admirowanych guru europejskiej, zachodniej, łacińsko-atlantyckiej cywilizacji: Sokratesa, który prawie 2 500 lat temu zauważył, iż należy zacząć od siebie oraz Immanuela Kanta, który ponad 300 lat temu stwierdził: „postępuj zawsze tak wobec drugiego człowieka, jakbyś chciał być w takiej sytuacji potraktowany”.

Polski głos w tej sprawie też jest ważny, choć oczywiście musi on zabrzmieć jak dzwoneczek z półperyferii czy (dziś) półkolonii (technologicznej, intelektualnej, ideowej etc.). O polskim zachwycie – elitarnym – nad wstąpieniem III RP do Unii Europejskiej, któremu towarzyszyły irracjonalne i idealistyczne (pobrzękujące po dziś dzień w mainstreamie demoliberalnym mrzonki) mówi znany komentator i publicysta Jacek Rakowiecki.
W rozmowie z Grzegorzem Rzeczkowskim potwierdza nie tylko kłamstwa i oszustwa dokonywane permanentnie przez elity rządzące Polską formalnie i niepodzielnie od ponad dwóch dekad, ale dodaje jeszcze własne spostrzeżenie w tej materii: „byliśmy idiotami!”. A dalej: „Kompletnie nie rozumieliśmy kapitalizmu. Naiwnie uważaliśmy, że to jest system, który właściwie gwarantuje wolność, równość, no może z braterstwem ma najmniej wspólnego, ale z tym braterstwem to damy radę, bo sobie dorobimy je na boku. A okazało się, że to guzik prawda, że ten system nie gwarantuje ani wolności, ani równości, że jest to, przynajmniej w wydaniu, z którym już mieliśmy do czynienia, system dla uprzywilejowanych, a nie dla wszystkich. Pewnie, co gorsza, wydawało nam się przez pewien czas, że to my jesteśmy uprzywilejowani. „I to jak najbardziej słusznie!” – myśleliśmy. Bo przecież zasłużyliśmy na to swoimi osiągnięciami, stanowimy bardzo ważny element systemu demokratycznego” (p. Krytyka Polityczna, 5.02.2016).

Demoliberałowie i sekundujący im bałwochwalczo mainstream irracjonalnie, iluminacyjnie, z wrodzonym Polakom chciejstwem sądziły, iż sam ten akt zmienia wszystko. Brak autokrytycyzmu, zadufanie, pewność siebie i megalomania – na co zwraca w rzeczonym wywiadzie Rakowiecki – położyły kamienie milowe pod społeczny przechył sympatii w kierunku autokracji. Zresztą – takie procesy, takie tendencje obserwuje się także od dawna w całej kulturze i polityce Zachodu.

Prostacka ideologia

Powolną degrengoladę demokracji i kultury Zachodu po upadku muru berlińskiego i poczucia się z tej racji absolutnym hegemonem na świecie doskonale definiuje termin demokratologia. Głównie to widać w polityce i stosunkach USA ze światem, ale Europa zmajoryzowana z jednej strony przez kulturę neoliberalną płynącą z Ameryki, a z drugiej strony – pozostająca pod przemożnym wpływem Wuja Sama z racji mikrych zasobów militarnych, powróciła również do praktyk z epoki kolonialnej (Niemcy w byłej Jugosławii, Francja w Libii i Afryce Subsaharyjskiej, a dalej: Syria, Irak czy Afganistan).

Filozof, prof. Adam Karpiński, konstruując pojęcie demokratologii (opisujące również aktualny stosunek popkultury i mediów elektronicznych do kultury w ogóle) zauważa, że „Francis Fukuyama ogłaszając koniec historii, wyraził tylko stanowisko zajmowane przez darwinistów społecznych, które uznaje, iż treści demokracji wypracowane przez społeczeństwo amerykańskie są już ostateczne”.
Społeczeństwo amerykańskie rozpoznało już treści demokracji i wystarczająco je urzeczywistniło. Teraz nastał czas wdrażania demokracji przez inne narody i społeczeństwa. „Dlatego demokratologia stała się prostacką ideologią przybraną w szaty nowoczesności udekorowanej elementami kultury ponowoczesnej” (A. Karpiński, Wschód – Zachód. Płaszczyzny integracji).

Religioznawca prof. Zbigniew Stachowski zauważył, że w świetle ataku na WTC 11.09.2001 weryfikacji i falsyfikacji uległy podstawowe wartości i schematy przypisywane kulturze Zachodu. Nie sposób jest nadal zachowywać się w sposób hegemonistyczny i optymistyczno-pretensjonalny, przy świadomości multikulturowej istoty naszego świata, w zgodzie z podstawowymi prawdami (dotąd głoszonymi właśnie przez prominentnych reprezentantów formacji cywilizacyjno-kulturowej Zachodu) dotyczącymi wolności, demokracji i swobody człowieka do samorealizacji. „Chyba, że w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość - a więc te idee, które tę kulturę wytworzyły - zwłaszcza wówczas, gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych, lecz bez naszej akceptacji” (Z. Stachowski, Dyktat, protest i integracja w kulturze). Nie wyciągnięto jednak z tego dramatycznego faktu – zburzenia wież WTC – żadnych sensownych wniosków. Zadziałano w stylu „polityki kanonierek”. Bo tym jest tzw. wojna z terroryzmem.

Niczym Talmud

System demokratyczny stał się więc talmudycznie traktowaną wartością samą w sobie, bez możliwości ewolucji i zmieniających go procesów społecznych zależnych od czasu, przestrzeni, warunków lokalnych, kultury czy cywilizacyjnych doświadczeń poszczególnych wspólnot. Jego technokratyzacja i neoliberalizacja pogłębiają jedynie ten uwiąd i degenerację. Zwłaszcza, jeśli chodzi o pozaeuroatlantyckie spojrzenia i doświadczenia kultur, ludów, państw kolonizowanych i eksterminowanych. A wraz z wycofywaniem się europejskich zbiorowości, społeczeństw „do swego wnętrza”, wraz z zamykaniem się w sobie, wraz z przekonaniem, iż to co stworzyliśmy i tworzymy jest wzorem - następuje intelektualna degeneracja, rośnie oportunizm, nihilizm i cynizm. Stabilizacja – nie jako niechęć do chaosu co jest stanem naturalnym – staje się „dojutrkowością”, trwaniem, odcinaniem kuponów od dotychczasowego dorobku i bogactwa. I patrzeniem z wyższością na tych którym się nie powiodło, którym się nie wiedzie.

Siła kapitału

W wyniku eksplozji neokonserwatyzmu i neoliberalizmu, wzmaganych leseferyzmem ekonomicznym warstw, którym się powiodło lepiej niż innym członkom społeczeństw Zachodu oraz indywidualizmem, będącym hybrydą powszechnej potrzeby wolności, odżywać począł stary wiktoriański podział (odzwierciedlający stratyfikację społeczno-mentalną) na godnych szacunku pracowników, posiadaczy kapitału, przedsiębiorców i niegodnych szacunku biedaków, którym się nie poszczęściło tylko z ich winy. Ten kolonialny obraz społeczeństwa powrócił do polityki wewnętrznej krajów Zachodu jak i międzynarodowej. To żałosna sytuacja, w jakiej znalazły się miliardy ludzi po tylu tłustych, wspaniałych (wydawałoby się) latach światowego boomu.

System, który stoi za kulturą Zachodu i jej wartościami niesionymi w dzisiejszy świat to neoliberalny kapitalizm. A rynek będący podstawą tego systemu ma to do siebie, że aby żył i miał sens musi kolonizować, eksploatować, wyzyskiwać, podbijać. Bo zysk, naczelny kanon wszelkiej przedsiębiorczości i rynku, tak mu nakazuje. Kapitał kolonizuje także umysły. Zwłaszcza mające mu służyć i pomnażać jego zasoby.
„Służba kapitałowi polega na jednoznacznie określonym działaniu. Jego właściciel musi postępować tak, jak sobie życzy kapitał. Innego wyjścia nie ma. Kapitał wymaga oszczędzania – właściciel jest więc człowiekiem oszczędnym; wymaga zabójstwa – ktoś jest zabijany itd. Kapitał decyduje o postępowaniu ludzi rzekomo nim władających; jest recenzentem tekstów naukowych, literackich i prasowych; jest krytykiem dzieł sztuki, spektakli teatralnych oraz wystaw artystycznych; kapitał przez swych funkcjonariuszy religijnych głosi kazania z ambon, reformuje istniejące i tworzy nowe doktryny; jest wreszcie promotorem mężów stanu – polityków, którzy udają, że są wolni w swoim zbawczym dziele. Chcąc ów mit zrozumieć, chcąc wyzwolić się z tej kultury, trzeba wcześniej przezwyciężyć stan produkcji, który ją produkuje” (A. Karpiński, Filozofia podmiotowości. Problemy i metody).

I znów wypada się odwołać do Immanuela Kanta, tak szanowanego w dorobku myśli zachodnioeuropejskiej filozofa, wielokrotnie przywoływanego podczas różnych konwentykli, zebrań czy naukowych konferencji. Choć ta werbalność nie ma nic wspólnego z refleksją i przykładem, jaki niosą słowa królewieckiego myśliciela: „Nikt nie może mnie zmusić, abym był szczęśliwym na jego sposób”. Czy można szerzyć demokrację zbrojnymi siłami? Czy można inkulturować wolności i swobody obywatelskie w sferę obyczajów, przyzwyczajeń, praktyki politycznej takich zbiorowości, których doświadczenia, kultura, historia nie za bardzo przystają do dziejów Zachodu, które owe wartości i zasady ukształtowały? Czy możemy na siłę je uszczęśliwiać?

Wyspa dla świata

Mahendra Yadav z indyjskiego Instytutu Demokracji Porównawczej, występując podczas Forum na Rzecz Demokracji w Warszawie (czerwiec 2000) miał wypowiedzieć niezwykle istotną, podobną do cytowanego Singapurczyka Muhbubaniego sentencję: „Przyszłość nie może być jednokierunkową ulicą. Nie można się zgodzić na to, żebyśmy przyjęli dokument, który napisaliście w Nowym Jorku. W nowojorskiej optyce, wyrażając nowojorskie wartości. My też mamy coś do dodania”. To jest właśnie manifest multikulturalizmu, pluralizmu i wielowektorowości świata XXI wieku. W nim się zawiera wielobiegunowa przyszłość naszej planety, równoznaczna z więdnięciem hegemonii Zachodu.

Jeszcze na przełomie I i II dekady XXI wieku proponowanie nieśmiało przez przedstawiciela Azji takich rozwiązań, jakie podał Mahendra Yadav w Warszawie były do dyskutowania. Współcześnie, w obliczu katastrofy klimatycznej, pandemii SARS-COVID-19 i następnych, spodziewanego krachu światowych finansów, narastających wojen handlowych i rosnącego napięcia w różnych częściach świata owocującego lokalnymi, lecz coraz groźniejszymi konfliktami i wojnami, wzrostem agresji i nienawiści globalno-internacjonalistyczne spojrzenie na nasz świat to rudyment naszego gatunkowego przetrwania.

Z racji swych doświadczeń kulturowo-cywilizacyjnych, ogromu i ludnościowego potencjału, Azja jawi się jako opoka i przystań o wiele bardziej bezpieczna niźli konkwistadorsko-krucjatowy sojusz łacińsko-atlantycki (euro-atlantyzm jest nie do końca słusznym pojęciem gdyż wiele krajów europejskich było przedmiotem ekspansji NATO, który jest synonimem jego ofensywności i prób narzucania wartości kojarzonych z Zachodem innym kulturom, krajom czy regionom). Więc – raczej (czy tylko) Eurazja.

Na koniec należy przytoczyć sentencję brytyjskiego twórcy geopolityki – Halforda Johna Mackindera (1861-1947) - która niesie sobą esencję oraz istotę przedstawionego tu problemu: „kto panuje we wschodniej Europie - panuje nad sercem Eurazji. Kto panuje nad sercem Eurazji - ten panuje nad wyspą światową - kto panuje nad wyspą światową ten panuje nad światem".
Radosław Czarnecki

* - Och, Wschód to Wschód i Zachód to Zachód i nigdy się nie spotkają.

 

Odsłony: 99
Our website is protected by DMC Firewall!