Demografia el.

Czas na inwestycje społeczne

Utworzono: sobota, 29, grudzień 2012 Krystyna Hanyga

>

>

>Z prof. Ireną E. Kotowską z Instytutu Statystyki i Demografii SGH rozmawia Krystyna Hanyga

>

>

>kotowska

>

>

- Prognozy demograficzne dla Polski są złe i pogarszają się. W 2050 roku ma być nas o 6 mln mniej. Rodzi się coraz mniej dzieci. Czy Polsce grozi wyludnienie? Katastrofa narodowa?


- Niezupełnie zgadzam się z taką interpretacją faktów, nie uważam, by ten spadek liczby ludności był zagrożeniem substancji biologicznej narodu. Są narody mniej liczne, które sobie świetnie radzą.
Natomiast bardziej niepokoi mnie to, jak zmienią się relacje między poszczególnymi pokoleniami, które możemy odzwierciedlać poprzez szeroko pojęte grupy wieku.

Sukcesem cywilizacyjnym jest wzrost liczby osób dożywających starszego wieku. Natomiast ranga tej zmiany dla całej populacji zależy od tego, ile rodzi się dzieci, czyli od tego, co się dzieje u podstaw tzw. piramidy wieku.

To, co stało się w ostatnich 20 latach, czyli głęboki spadek płodności oraz znaczne wydłużenie życia Polaków, a także wcześniejsze zmiany - głównie chodzi mi o powojenny wyż urodzeń i jego echo, sprawia, że po pierwsze, w ciągu dwóch-trzech dekad będzie bardzo szybko wzrastać liczba osób uznanych za starsze (na ogół uznaje się za nie osoby w wieku 65 lat i więcej), a po drugie, w tym samym czasie bardzo szybko spadnie nam liczba osób, które mogą być na rynku pracy (czyli osób w tzw. wieku produkcyjnym). To oznacza, że pogorszy się proporcja między liczbą tych osób, które korzystają ze świadczeń, a liczbą tych, które wypracowują te świadczenia.
To pogorszenie będzie wynikać z tego, że przybywa osób starszych, a nie ze zwiększania się grupy osób najmłodszych, które także korzystają z wypracowanego produktu. Krótko mówiąc, obawiam się przede wszystkim zmian struktury wieku ludności, które określają proporcje między poszczególnymi grupami wieku.



>

>- O ile fakt, że będziemy się starzeć, był przewidywany od dawna, to gwałtowny spadek dzietności kobiet (obecny wskaźnik 1,36) zaskoczył nawet demografów. Dlaczego kobiety nie chcą rodzić dzieci?

>

>

- Pary nie chcą, nie tylko kobiety. Natomiast rzeczywiście nie spodziewaliśmy się, że dzietność spadnie i utrzyma się na tak niskim poziomie. Ta zmiana jest bardzo ważnym elementem intensyfikacji procesu starzenia się ludności. Dlaczego rodzi się mniej? Po pierwsze, zmieniły się warunki do podejmowania decyzji o dziecku. Dzięki upowszechnieniu skutecznej antykoncepcji pary mają możliwość decydowania o tym, czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci.

Najważniejszym czynnikiem jest wzrost tzw. kosztów dzieci. Nie chodzi tutaj tylko o koszty w wymiarze materialnym, które zdecydowanie wzrosły po 1989r. Po pierwsze, państwo wycofało się z pewnych świadczeń (w tym transferów finansowych na rzecz rodziny). Po drugie, nastąpiło to, co jest określane mianem „urynkowienia” usług publicznych. Na przykład, edukacja generalnie jest bezpłatna, jednak osoby korzystające z edukacji publicznej muszą uzupełniać te usługi, opłacając dodatkowe usługi sektora publicznego, bądź kupując inne bezpośrednio na rynku. Pojawił się sektor prywatny, który je oferuje.

Krótko mówiąc, edukacja kosztuje nas więcej, a jej znaczenie wzrosło i rodzice, zarówno potencjalni, jak i ci, którzy już mają dzieci, rozumieją, że poziom wykształcenia określa nie tylko ich możliwości zarobkowania i rozwoju, ale także decyduje o przyszłości ich dzieci.


>- Planują z takim wyprzedzeniem?

>

>

- Myślą o tym i to też jest ważny element zmiany postaw wobec rodzicielstwa – określa się to jako wzrost znaczenia jakości dziecka. Ten czynnik wpływał znacząco na spadek dzietności w krajach rozwiniętych obserwowany do lat 60-tych XX w. Ta zmiana jakościowa współwystępuje ze zwiększeniem kosztów bezpośrednich. Ale wzrosły także tzw. koszty alternatywne albo koszty pośrednie związane z tym, że zdecydowanie się na dziecko wymaga okresowej rezygnacji z innych aktywności, przede wszystkim z udziału w rynku pracy. Wychowanie małego dziecka, odpowiedzialność za jego opiekę i naukę jest ciągle przypisywane rodzinie, czyli u nas – kobietom.

Mamy głęboki niedobór miejsc w żłobkach i przedszkolach, który uniemożliwia znacznej części matek kontynuację pracy zawodowej. A z drugiej strony, sytuacja na rynku pracy w sensie wymagań stawianych pracownikom, trudności w pozyskaniu dobrej pracy i utrzymaniu się na rynku sprawiają, że coraz więcej wysiłku trzeba przeznaczyć na to, żeby po prostu móc zarabiać. Ten wysiłek może przybierać formę inwestycji w edukację – przecież to, jak Polki korzystają z możliwości kształcenia i wzmacniania swoich szans na rynku pracy poprzez zdobywanie kwalifikacji jest ewenementem!

Tak więc, jeśli Polki tyle w siebie zainwestowały, nie będą tak łatwo wycofywać się z tego, co zdobyły. Jednak sztywna organizacja pracy, niedobór usług opiekuńczo-edukacyjnych dla małych dzieci, a także organizacja zajęć w szkołach dla młodszych dzieci przyczyniają się do występowania w Polsce silnego konfliktu między pracą zawodową, zwłaszcza pracą rodziców małych dzieci, a szczególnie matek, a wychowywaniem dzieci. To jest bardzo ważny element myślenia o rodzicielstwie. Z badań Eurobarometru, dotyczących aspiracji rodzicielskich, wynika, że chcemy mieć przynajmniej dwójkę dzieci.

Podobnie jest w innych krajach europejskich. Natomiast, gdy patrzymy, ile dzieci rzeczywiście się urodziło w tych krajach, zauważamy widoczne różnice między zamierzeniami rodzicielskimi a ich realizacją. Mówimy o luce popytu na dzieci, wynikającej z niespełnionych zamierzeń dotyczących liczby dzieci. Największa luka obserwowana jest w tych krajach, gdzie stosunkowo trudno łączyć pracę zawodową z rodziną, gdzie występuje niedobór usług edukacyjno-opiekuńczych i ciągle jeszcze zobowiązania dotyczące opieki nad dziećmi, ale także nad innymi osobami tego potrzebującymi, przypisuje się przede wszystkim kobietom. Tak jest właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej, a także Europie Południowej.

Wiemy zatem, jakie są główne bariery rodzicielstwa, natomiast problem polega na tym, że ich ograniczenie wymaga szerokich działań. Nie wystarczy na przykład obiecać, że wzrośnie liczba miejsc w przedszkolach o 10-20 tys. Chodzi bowiem nie tylko o to, by rodzice nie obawiali się, czy znajdą miejsce dla dziecka w żłobku czy przedszkolu, ale czy oferowana usługa jest odpowiedniej jakości.

Drugi ważny obszar to organizacja pracy, a więc działania na poziomie pracodawców. Co z tego, że mamy rozwiązania prawne umożliwiające stosowanie elastycznych form organizacji czasu pracy, które sprzyjają łączeniu obowiązków zawodowych z rodzinnymi, skoro są one stosunkowo rzadko wykorzystywane. I nierzadko to pracodawcy są temu nieprzychylni. Co z tego, że wprowadzono urlop ojcowski, skoro część rodziców nie wie, jak z tego korzystać. Inni ojcowie nie korzystają z niego – między innymi - także z powodów leżących po stronie pracodawców. Potrzebna jest więc zmiana świadomości dotycząca podziału zobowiązań opiekuńczych między matkę i ojca czy szerzej społecznych ról kobiet i mężczyzn. Mamy przykłady systematycznych działań prowadzonych od lat w krajach nordyckich czy we Francji.

Dodatkowym mankamentem sytuacji w Polsce jest to, że polityka rodzinna nie jest traktowana jako sprawa ogólnopaństwowa, tylko jest przedmiotem gry politycznej. Podejście do niej i proponowane rozwiązania zmieniają się zależnie od tego, kto rządzi. To skracamy urlopy macierzyńskie, to je wydłużamy, zmieniamy zasady przyznawania pieniężnych świadczeń rodzinnych, komplikując niejednokrotnie system. Świadczenia te są jednak niskie, docierają do rodzin o najniższych dochodach, zatem zasadnicza część rodzin nie czuje wsparcia państwa w ponoszeniu kosztów bezpośrednich wychowywania dzieci. Potrzebna jest ugoda ponadpolityczna, taka jak we Francji czy krajach skandynawskich. Konieczna jest zgoda co do tego, że polityka rodzinna nie może być przedmiotem licytacji, która partia jest bardziej „prorodzinna”. Mam nadzieję, że to już powoli dociera do różnych uczestników naszej debaty o tym, co robić, by więcej dzieci rodziło się w Polsce.


>- Wydaje mi się, że w naszej sytuacji źle brzmi argument, czy raczej groźba pod adresem młodych kobiet, że jeśli nie urodzą sobie dzieci, nie będzie miał kto ich utrzymywać na starość. Jest mało skuteczny, zbyt instrumentalny i chyba także nieetyczny.

>

>

- Po pierwsze, dzieci mają nie tylko kobiety, ale i mężczyźni. Po drugie, w istocie dzieciom przypisywano kiedyś tzw. użyteczność zabezpieczającą. Stopniowy rozwój systemu zabezpieczenia społecznego sprawił, że przestało się oczekiwać od potomków zabezpieczenia na starość ich rodziców. Dziś mówienie, że masz się sam troszczyć o swoje zabezpieczenie na starość i mieć dzieci, jest nie tylko instrumentalnym traktowaniem rodzicielstwa. Przy współczesnej mobilności młodych ludzi to też nie gwarantuje wsparcia w okresie starości w wymiarze indywidualnym.

Jednak głębokie naruszenie proporcji między podstawowymi grupami wieku sprawia, że na decyzje rodzicielskie patrzymy nie w kategoriach indywidualnych, ale z perspektywy powiązań międzygeneracyjnych. Dzieci, które się pojawią, gwarantują, że gospodarka będzie funkcjonować, a z wytwarzanego produktu i nagromadzonych oszczędności będą korzystać inne generacje. Staram się tłumaczyć to studentom, że ich decyzje podejmowane dzisiaj i jutro mają, po pierwsze, wpływ nie tylko na to, jak oni będą żyli jako rodzice i dziadkowie, ale także jak będą żyli ich rodzice i dziadkowie. Nie uniknie się tych powiązań między różnymi generacjami funkcjonującymi w danej populacji.


>- W tym podejściu do spraw prokreacji bardzo dużą rolę odgrywa zmiana modelu i funkcji rodziny, zmiany obyczajowe i także inna filozofia życiowa, bardziej egoistyczna.

>

>

- Myślę, że oni wcześniej czy później, choć chyba raczej później to zrozumieją. Na początku są przekonani o swojej niezależności, są młodzi i mają dobrą pracę, albo jej poszukują. Tym, którzy odnieśli sukces, wydaje się, że panują nad swym życiem i otoczeniem, ale z czasem przychodzi refleksja. Liczę tylko, że ta refleksja nie przyjdzie za późno w tym sensie, że nie da się uniknąć ograniczeń biologicznych, zwłaszcza dla kobiet jest to problem wymagający większej wyobraźni. Z drugiej strony odraczanie rodzicielstwa nie musi prowadzić do niskiej dzietności. Są kraje europejskie, gdzie mimo późnego rodzicielstwa, dzietność jest relatywnie wysoka. To jest też kwestia odpowiedniej infrastruktury medycznej. Jednak obawa o to, że odraczanie decyzji o dziecku może doprowadzić do tego, że część osób nie będzie mogła mieć dzieci jest uzasadniona.


>- Nierzadko młodzi niepokoją się, czy ich dziecko nie będzie obciążone wadami genetycznymi, czy będzie zdrowe. To są autentyczne obawy.

>

>

- Rzeczywiście jest większa świadomość potencjalnych zagrożeń, co sprawia, że w planach rodzicielskich bierze się pod uwagę i takie ryzyko. Generalnie możemy mówić o pewnej profesjonalizacji zawodu rodzica - potencjalni rodzice więcej wiedzą o czynnikach biologicznych wpływających na zdrowie ich dziecka. Ponadto są przekonani, że to dziecko ma być najlepsze pod względem zdolności, umiejętności i mają mu zapewnić właściwy rozwój. Przygotowują się zatem do „zawodu” rodzica, zdobywając odpowiednie kwalifikacje, a przy tym nierzadko traktując dziecko trochę jako „produkt”.
Uważam, że z jednej strony, to świadczy o poczuciu odpowiedzialności, ale z drugiej - może być jednym z powodów rezygnacji z posiadania dzieci. Stawianie sobie ogromnych wymagań i świadomość tylu różnych zagrożeń mogą bowiem prowadzić do uznania, iż tak pojmowane rodzicielstwo przekracza ich możliwości.
Niebagatelną rolę pełni także ogólna obawa o przyszłość. Myślę, że to przede wszystkim wynika z obrazu malowanego, niestety, przez mass media, katastroficznej wizji zatrucia środowiska, przeludnienia, wojen i licznych chorób, które nas mogą dotyczyć. To może wpływać na przesadną ostrożność.


>- Jakie są i będą konsekwencje ekonomiczne i społeczne naszej tak zaburzonej struktury wieku?

>

>

- Przede wszystkim musimy się liczyć z niedoborem pracowników na rynku pracy, nawet uwzględniając rozwój technologiczny, automatyzację, robotyzację itd. Obecnie trudno nawet o tym mówić, bowiem ciągle mamy więcej chętnych do pracy niż miejsc pracy, o czym świadczy liczba bezrobotnych. Nie zlikwidujemy całkiem bezrobocia, pewien jego poziom jest naturalnym efektem dostosowywania się popytu na pracę i jej podaży. Jednak będą odczuwane niedobory specjalistów, przedsmak tego, co nas czeka, mieliśmy w Polsce między 2006 a 2008 rokiem. Z drugiej strony liczę na to, że będą się rozwijać te sektory gospodarki, które są związane bezpośrednio z inwestycjami w ludzi.


>- Zasoby pracy mają zmniejszyć się o ok. 30%, ale przecież mamy jeszcze spore rezerwy, o czym świadczy niski poziom aktywizacji zawodowej Polaków, ukryte bezrobocie na wsi. Z kolei procesy zachodzące na globalnym rynku pokazują, że pracy raczej nie będzie więcej.

>

>

- Myślę jednak, że spadek liczby osób w wieku produkcyjnym doprowadzi do niedoborów pracowników, aczkolwiek liczba miejsc pracy potrzebnych w gospodarce może się zmniejszyć. Jednak są sektory, które nie powinny doświadczać spadku zatrudnienia wbrew temu, co się w Polsce dzieje. To są przede wszystkim sektory usług społecznych - oświata i edukacja, badania i rozwój, usługi na rzecz zdrowia, usługi opiekuńcze, usługi związane ze spędzaniem wolnego czasu, pomoc społeczna.

W systemie edukacji, zwłaszcza na poziomie podstawowym i średnim, mamy szansę przejścia na inne relacje jakościowe. Inaczej powinniśmy organizować nauczanie, w mniejszych grupach i bezpośrednim kontakcie z nauczycielem. Uważam też, że szkoły powinny stać się także miejscem wspólnej edukacji różnych generacji. To one powinny uczestniczyć w promowaniu uczenia się przez całe życie. Podobnie będą rozwijać się sektory świadczące usługi na rzecz osób, które tego będą potrzebować.

Na pewno będzie przybywać miejsc pracy, których nie da się całkowicie poddać automatyzacji czy robotyzacji – robot może podawać lekarstwo leżącemu w łóżku, ale nic nie zastąpi kontaktu człowiek – człowiek. Musimy tylko zrozumieć, że jest to praca równie ważna jak np. w banku czy przy produkcji części samochodowych. Na pewno bardzo wyraźnie zmieni się struktura zatrudnienia i nastąpi wzrost znaczenia tych sektorów, gdzie wiele zależy od bezpośrednich kontaktów międzyludzkich jak w edukacji, czy opiece zdrowotnej.


>- Będzie nas mniej, to jest najlepszy moment na konieczne procesy modernizacyjne. Ale czeka nas także przewrót na rynku konsumpcyjnym skoro dominującą grupą będą ludzie starsi i to oni, a nie młodzi, zaczną stawiać wymagania.

>

>

- Oni będą chcieli być młodsi i będą, bo dzisiejsza osoba 60-letnia jest, w sensie wydolności fizycznej i intelektualnej, jak osoba 50-letnia 10-15 lat temu. Wydłuża nam się życie, dożywamy coraz dłuższego w lepszej kondycji zdrowotnej. Musimy zatem zredefiniować starszy wiek i jego rozumienie.

I to jest właśnie ta głęboka zmiana społeczna. Zmienia się wszystko - rozumienie procesu zmian struktur wieku, co on oznacza w wymiarze indywidualnym i w skali całej populacji. Próbujemy tę zmianę oswoić w sensie mentalnym i ekonomicznym, a także organizacji naszego życia i gospodarki. Zmieniają się także obyczaje, sposoby zachowania młodych i starszych osób - nikt nie ma już pretensji do osób 50+, że dbają o swój wygląd i atrakcyjność. Kiedyś była taka presja, zwłaszcza jeśli chodzi o starsze kobiety - przestawały być zauważalne jako osoby atrakcyjne.

Obecnie kobiety w coraz większym stopniu funkcjonują już nie tylko w sferze rodzinnej, zajmują określone pozycje w sferze publicznej, dochodzą, choć za wolno, do wysokich stanowisk. To także przyspiesza zmianę percepcji ich miejsca w społeczeństwie.


Przeszkodą w pełnym docenianiu potencjału społecznego osób starszych może być przypisywanie innej niż kiedyś rangi doświadczeniu – zawodowemu czy ogólnie życiowemu doświadczeniu. Wobec tak szybkich zmian technologicznych, ekonomicznych i społecznych, doświadczenie, zwłaszcza zawodowe, stosunkowo szybko deprecjonuje się i dość często uważa się, że jest nieprzydatne. Myślę jednak, że to powoli ustabilizuje się. Otwartość na zmiany i gotowość do stałego uczenia się nie musi bowiem oznaczać małej przydatności nabytego doświadczenia.

Coraz większy opór przeciwko pośpiechowi, życiu w ciągłym biegu, bez zastanowienia się jest sygnałem takiej zmiany. Tak jak kiedyś pojawiły się ruchy slow food, tak teraz np. inicjatywy społeczne typu slow reading przejawem ruchu społecznego, w którym może nabrać znaczenia refleksja odwołująca się do doświadczeń osób, które mają już pewien okres życia za sobą. A poza tym tych ludzi będzie więcej.


>- Jak mamy przystosowywać się do tej nowej rzeczywistości?

>

>

- Zrozumieć, że to nie jest tsunami, że to nie jest zagrożenie. Natomiast zagrożeniem jest brak świadomości tego, co się dzieje i nie podejmowanie działań, zarówno w skali państwa, jak i własnym, indywidualnym. Postęp cywilizacyjny oferuje nam dłuższe życie i musimy ten dany nam czas jakoś zagospodarować. To nie może być egzystencja bez pracy i żadnych aktywnych działań, wegetacja. Na pewno są ograniczenia zdrowotne związane z wiekiem, ale możemy na nie wpływać poprzez styl życia, aktywność nie tylko ruchową, ale i umysłową.

Postęp technologiczny, zwłaszcza dotyczący pozyskiwania informacji i komunikowania się, konieczność korzystania z komputera czy internetu daje nam szanse zachowania aktywności intelektualnej, tylko trzeba chcieć z tego korzystać. Cieszą mnie różne akcje społeczne, grupy zainteresowań, eksplozja uniwersytetów III wieku. To przyspieszenie, jakie nastąpiło w ostatnich latach, stwarza przesłanki zmiany jakościowej.

Starsi ludzie zaczynają być dostrzegani i traktowani poważnie. Dobrze, żeby wiedzieli, czego się domagać, rozumieli, co się wokół nich dzieje, a nie ograniczali się do oglądania telewizji. Przecież to, że żyjemy dłużej, oznacza, że kolejne generacje mają szanse przebywania ze sobą dłużej. Czy kiedyś było możliwe, żeby dziadkowie znali swoich prawnuków, obserwowali, jak dorastają i stają się dojrzałymi ludźmi? Przecież to jest taka radość, której niczym nie da się zastąpić. To jest ogromna nagroda od losu i spróbujmy z tego skorzystać.


>- Problemy demograficzne są udziałem właściwie wszystkich krajów europejskich. Jakie kroki podejmuje UE, by im zaradzić?

>

>

- Od lat obserwuję nastawienie Komisji Europejskiej do tych problemów. Najkrócej można to ująć następująco: po pierwsze, zasadnicza zmiana procesu odtwarzania pokoleń i jej skutki, czyli nowa demografia Europy została dostrzeżona i uznana w dyskusjach o przyszłości kontynentu za jedno z podstawowych wyzwań. Po drugie, zauważono, że nie można decyzji o prokreacji traktować jedynie jako sprawy prywatnej.
To jest prywatna sprawa w sensie indywidualnych wyborów, natomiast tworzenie warunków podejmowania tych decyzji jest bardzo wyraźnie postrzegane jako odpowiedzialność państwa, prowadzącego odpowiednią politykę. Związane jest to ze znaczeniem, jakie przypisuje się odnowie demograficznej, czyli wzrostowi dzietności w warunkach utrzymywania się jej na niskim poziomie. Co więcej, podkreśla się, że obecność kobiet na rynku pracy musi być powiązana z ich macierzyństwem, przy czym konieczne jest zmniejszanie kosztów pośrednich macierzyństwa.

Łączenie pracy zawodowej z rodzicielstwem przez oboje rodziców zaczęło być postrzegane jako element polityki rozwoju. Szczegółowe rozwiązania muszą być wprowadzane na poziomie krajów, wszak stosowana jest otwarta metoda koordynacji. Jednak sam fakt, że są określone ramy myślenia o strategii rozwoju kontynentu, a także sugerowane konkretne rozwiązania, ułatwia, moim zdaniem, dyskusje na poziomie krajowym poprzez odwoływanie się do tego i perswadowanie decydentom, co należy robić.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny argument, by zrozumieć wreszcie, że odtwarzanie pokoleń i relacje międzygeneracyjne to jest sprawa rangi państwowej. Jeśli troszczymy się o środowisko, o zabezpieczenie zasobów naturalnych, to dlaczego w tym myśleniu pomija się troskę o zabezpieczenie odtwarzalności pokoleń? Powtarzam to od 2000 roku, kiedy dyskutowaliśmy o narodowym planie rozwoju. W 2006 r. ta troska bardzo wyraźnie została wyrażona jako konieczność odnowy demograficznej w stosownym dokumencie Komisji Europejskiej.

Obecnie trwają prace nad zmianą paradygmatu polityki społecznej w Unii, która polega na innym podejściu do wydatków na sektory związane z rozwojem kapitału ludzkiego. Wszelkie wydatki na edukację, badania i rozwój, świadczenia rodzinne, aktywne polityki rynku pracy są uznawane za inwestycje społeczne. Zostanie formalnie w specjalnym dokumencie UE usankcjonowane to, o czym badacze mówią od dawna - środki finansowe przeznaczone na rozwój dobrej jakości publicznych żłobków, przedszkoli, szkół to inwestycje społeczne, na które nie może zabraknąć odpowiednich kwot w budżecie państwa. Jednocześnie pozwoli to na zmniejszenie obciążenia rodziców kosztami inwestycji w dzieci, których wysokość nie tylko w Polsce jest barierą w realizacji ich zamierzeń rodzicielskich.

>Dziękuję za rozmowę.

Depopulacja - drżyjcie samorządy!

Utworzono: niedziela, 26, luty 2017 Piotr Szukalski

szukalski1Depopulacja to termin, który w ostatnich latach trafił do słownika polskich badaczy zjawisk społecznych i decydentów. Oznacza zmniejszanie się liczby ludności zamieszkującej dany teren pod wpływem przewagi liczby zgonów nad liczbą urodzeń lub ujemnego salda migracji w sytuacji braku zdarzeń nadzwyczajnych takich jak wojny, czy rewolucje.


Choć zmiany takie umiejscawiane są dopiero w ostatnich latach, sama depopulacja jest zjawiskiem starym. Na terenie obecnej Polski już pod koniec XIX w. zauważyć można było trwałe zmniejszanie się liczby mieszkańców pasa podsudeckiego (terenów od Kotliny Kłodzkiej do Jeleniogórskiej) czy terenów na pograniczu dzisiejszych województw pomorskiego, zachodniopomorskiego i wielkopolskiego (tj. wokół Piły, Wałcza).
Od lat 60. XX w. obserwować można wyludnianie się terenów zlokalizowanych w trójkącie Włocławek, Konin, Płock - miast, których  rozwój odbywał się kosztem ludności terenów przyległych. Generalnie zmiany te dotykały terenów wiejskich położonych z dala od większych ośrodków miejskich, a zatem na terenach mało atrakcyjnych dla mieszkańców.
Tak definiowana depopulacja widoczna była i w czasach nam bliższych. W efekcie, w ostatnich czterech dekadach ok. 70% wiejskich gmin w Polsce doświadczało depopulacji o różnej skali.


W ostatnich latach zaobserwować można nowe oblicza depopulacji. Z jednej strony, to wyludnianie się dużych, a nawet wielkich miast, czego przykładem niech będzie Łódź (spadek o 150 tys. mieszkańców w ciągu ostatnich 30 lat, tj. 17%), Bytom (spadek o 55 tys., tj. 24%), czy Wałbrzych (spadek o 25 tys., tj. 18%) - w skali przekraczającej skutki suburbanizacji (osiedlania się zamożniejszej części ludności na terenach podmiejskich związane z codziennym dojazdem do pracy).
Z drugiej strony, to wyludnianie się dużych jednostek administracyjnych – województw. W tym drugim przypadku ilustracją niech będą dane zawarte w poniższej tabeli.

  

Liczba ludności województw w latach 1995-2035 (w tys. osób)

Województwo

1995

2015

2035

Dolnośląskie

2 988,3

2 904,2

2 709,1

Kujawsko-pomorskie

2 093,0

2 086,2

1 959,7

Lubelskie

2 244,6

2 139,7

1 932,9

Lubuskie

1 014,6

1 018,1

957,9

Łódzkie

2 687,8

2 493,6

2 231,6

Małopolskie

3 190,2

3 372,6

3 383,9

Mazowieckie

5 060,1

5 349,1

5 400,9

Opolskie

1 093,2

996,0

865,1

Podkarpackie

2 105,6

2 127,7

2 029,6

Podlaskie

1 221,9

1 188,8

1 092,5

Pomorskie

2 165,7

2 307,7

2 323,4

Śląskie

4 907,9

4 570,8

4 107,9

Świętokrzyskie

1 331,4

1 257,1

1 116,6

Warmińsko-mazurskie

1 452,4

1 439,7

1 336,3

Wielkopolskie

3 331,9

3 475,3

3 434,7

Zachodniopomorskie

1 720,8

1 710,5

1 594,7

Polska

38 609,4

38 437,2

36 476,8

Źródło: Bank Danych Lokalnych GUS, Prognoza ludnościowa na lata 2014-2050

 

  

  

Jedynie w 6 województwach liczba ludności jest obecnie nie mniejsza niż 20 lat wcześniej, aczkolwiek widoczne spadki rzadko mają większą skalę, tj. powyżej 5% (łódzkie, opolskie, śląskie). Dostępne prognozy GUS mówią, iż w najbliższych latach wzrost liczby mieszkańców dotyczyć będzie jedynie 3 regionów. Dodać przy tym należy, że o ile w przyszłości wzrost liczby ludności ma być symboliczny, nie przekraczający 2%, to jednocześnie będą województwa tracące w następnym dwudziestoleciu po 10% ludności (łódzkie, opolskie, świętokrzyskie, lubelskie).
W przypadku mniejszych jednostek administracyjnych (powiaty i gminy) zmniejszanie się liczby ludności będzie na jeszcze większą skalę, zapewne w ekstremalnych warunkach  nawet o jedną piątą.


Łańcuszek…

Samo zmniejszanie się liczby ludności na pierwszy rzut oka łączyć można z pozytywnymi efektami – mniejszą gęstością zaludnienia, czy lepszymi warunkami zamieszkiwania. Jednak należy być świadomym szeregu negatywnych konsekwencji, sprawiających, iż depopulacja postrzegana jest jako poważne zagrożenie dla rozwoju na poziomie krajowym, regionalnym, a przede wszystkim lokalnym.

Zmniejszanie się liczby ludności współwystępuje z głębokimi zmianami struktury ludności według wieku, prowadzącymi do spadku ważności subpopulacji dzieci i młodzieży oraz osób w młodszym wieku produkcyjnym. To pierwsze prowadzi do pogłębiania się na dłuższą metę problemów demograficznych (dzisiejsza młodzież to jutrzejsi rodzice), to drugie zaś do zmniejszania się liczby pracujących i płacących najwyższe podatki dochodowe, z których – po odprowadzeniu części do budżetu centralnego – utrzymują się samorządy lokalne.

Młodzież i młodzi dorośli to najlepsi konsumenci, wydający najwięcej i najchętniej kupujący nowe produkty. Ich niedostateczna liczba oznacza szybkie zmniejszenie się potencjału konsumpcyjnego, a w efekcie i mniejszą gotowość przedsiębiorców do inwestowania w nowe miejsca pracy.
Ta niższa skłonność inwestorów do otwierania nowych i rozbudowywania istniejących firm wzmagana jest z jednej strony problemami ze znalezieniem wystarczającej liczby młodych, dobrze wykształconych pracowników, z drugiej zaś problemami z otrzymaniem kredytów bankowych. Instytucje kredytujące gorzej oceniają szanse rynkowe podmiotów gospodarujących na terenach depopulacyjnych.

Dodatkowo, posiadane przez przedsiębiorców zabezpieczenie w postaci nieruchomości jest mniej warte w skutek depopulacyjnej presji deflacyjnej. Termin ten oznacza, iż na terenach o kurczącej się populacji maleje popyt na zakup nieruchomości, w efekcie czego obniżają się ich ceny. Niższe ceny nieruchomości prowadzą z kolei – wraz z częstszym dziedziczeniem nieruchomości – do niskiego popytu na rynku pierwotnym, dodatkowo zniechęcając deweloperów i firmy budowlane od prowadzenia działalności na terenach poddanych depopulacji.

Mniej osób pracujących i gorsza sytuacja lokalnych firm prowadzi do ograniczania wpływów z podatków dochodowych od osób prawnych i fizycznych, co redukuje dochody gmin, powiatów i województw.

… i jego skutki

Tymczasem zmiany struktury wieku ludności, przejawiające się najmocniej w starzeniu się lokalnych społeczności, prowadzą do wzrostu popytu na szereg usług społecznych oferowanych przez samorządy. Równocześnie koszty utrzymania infrastruktury komunalnej (drogi, wodociągi, kanalizacja) i społecznej (szkoły, urzędy) rozkładają się na coraz mniejszą liczbę mieszkańców, zwiększając problemy finansowe samorządów. Z reguły ograniczeniu ulegają inwestycje, co dodatkowo obniża atrakcyjność danego terenu, prowadząc do ucieczki młodszych mieszkańców i przedsiębiorców.

Powyższe problemy widoczne są przede wszystkim w skali lokalnej – gmin i powiatów. Z kolei w skali regionalnej wspomnieć należy o jeszcze jednej konsekwencji – problemach z zapewnieniem pracowników – brakiem absolwentów niszowych kierunków kształcenia.
Zmniejszanie się liczby młodych ludzi na danym terenie prowadzi do trudności z naborem oraz do zamykania szkół i kierunków nauczania różnego szczebla, co jest niebezpieczne przede wszystkim w przypadku kierunków jednocześnie newralgicznych dla rozwoju i niszowych. Brak wystarczającej liczby chętnych do studiowania np. inżynierii medycznej oznacza, iż po zamknięciu takiego kierunku w danym regionie brak będzie chętnych do otwarcia nowych firm produkujących zaawansowane technicznie produkty medyczne. Kluczowym czynnikiem przekonującym inwestorów w takim przypadku jest dostępność  wysoko wykwalifikowanych zasobów pracy.

Sytuacja bez wyjścia


Depopulacja jest zatem zjawiskiem niebezpiecznym, prowadzącym do szeregu niekorzystnych konsekwencji, a w rezultacie do wzmacniania niskiej atrakcyjności osiedleńczej danego obszaru, co z kolei wzmaga ujemne saldo migracji.


Rodzi się więc pytanie, czy istnieją skuteczne narzędzia jej przeciwdziałania? Odpowiedź jest twierdząca i zaprzeczająca jednocześnie. Można wprowadzić wiele działań poprawiających sytuację demograficzną danego regionu – zwiększyć jego atrakcyjność osiedleńczą bezpośrednio (np. bezpłatny przydział domów i gruntów pod warunkiem zamieszkania i uprawiania ich) lub pośrednio (stworzenie lepszych warunków spędzania wolnego czasu, zapewnienie wysokiej jakości usług społecznych), czy wprowadzić ułatwienia dla rodzin posiadających potomstwo (usługi społeczne na rzecz tych rodzin, hojne zasiłki).
Działania te mają jednak ograniczony skutek, a poza tym są bardzo kosztowne. Na dodatek, w warunkach zmniejszania się liczby ludności Polski oznaczałoby to konieczność podejmowania przez samorządy swoistej licytacji coraz bardziej korzystnych ofert.


Jedynymi długofalowymi rozwiązaniami byłyby wzrost liczby urodzeń lub duży napływ imigrantów. Rozwiązania te jednak są iluzoryczne – imigranci osiedlają się na najlepiej rozwiniętych terenach, zaś dzieci po osiągnięciu dorosłości również przesiedlają się na bardziej atrakcyjnych tereny. Koncentracja – zmniejszającej się – ludności na relatywnie niewielkiej części obszaru kraju przy depopulacji na terenie jego większości byłaby faktem nawet w przypadku wzrostu dzietności i dodatniego salda migracji w skali kraju.

Piotr Szukalski

Instytut Socjologii UŁ

Dzietność - problem nie tylko statystyki

Utworzono: wtorek, 28, październik 2014 Andrzej Wawryniuk



Przy omawianiu liczby ludności w danym państwie najczęściej podawane są dwie wielkości mające wpływ na liczbę obywateli konkretnego kraju. Z punktu widzenia statystyki, przy uwzględnieniu wielkości migracji, taka ocena jest prawidłowa. 


Demografia, jako nauka, wyróżnia jeszcze jeden zasadniczy element – dzietność, czyli statystyczną ilość urodzonych dzieci przez statystyczną kobietę w wieku prokreacyjnym, uwzględniając przy tym aspekt prawny dolnej dopuszczalnej granicy legalnego zajścia w ciążę. W Polsce wynosi ona około 15 - 16 lat. W Pakistanie – 16 lat. Podobnie jest na Ukrainie. W Maroku dziewczęta mogą wychodzić za mąż mając ukończonych 18 lat. W Iranie prawo zezwala na zamążpójście 9. letnim dziewczynkom, a w Arabii Saudyjskiej 10. letnie dziewczynki to legalne kandydatki na żonę. Jak z powyższego wynika, w różnych państwa, na różnych kontynentach minimalny wiek kandydatek na żony jest bardzo zróżnicowany.

Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) podał, że w 2011 r. było 51 milionów dzieci – mężatek, nie podając ich konkretnego wieku. One również rodzą dzieci, przyczyniając się do podwyższania średnich wielkości dzietności w swoich państwach.

W poniższym artykule przedstawione zostaną dane oficjalne płodności kobiet wybranych państw za pierwsze półrocze 2014 r. sporządzone przez Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA).

 

Dzietność w Polsce

 

Badania demograficzne ukazują, że w Polsce, na początku lat osiemdziesiątych wskaźnik dzietności (płodności) wynosił 2,07 dzieci na statystyczną kobietę w wieku od 15 do 49 lat, co w minimalnym stopniu gwarantowało zastępowalność pokoleń. Jednocześnie wiadomo, iż od 1997 r. wskaźnik ten gwałtownie się obniżał, a jego obecna wartość nie przekracza 1,3 dziecka na kobietę w w/w przedziale wiekowym. Jedna z autorek - Katarzyna Kocot-Górecka - określa taką sytuację jako „pułapkę niskiej dzietności”.
Należy nadmienić, że około 80% dzieci rodzi się w usankcjonowanych prawem związkach małżeńskich, a 20% urodzeń przypada na matki samotne, w tym młodociane oraz dzieci, które zostały poczęte w tzw. wolnych (nieformalnych, heteroseksualnych) związkach.


Główny Urząd Statystyczny podał, że wskaźnik dzieci pozamałżeńskich w naszym kraju wyższy jest w miastach, gdzie wynosi ponad 22%, niż na wsiach – ponad 15%. GUS wskazał jednocześnie na inne zjawisko – przewagę samotnych matek z dziećmi – 17% nad samotnie wychowujących dzieci ojców – ok. 2%. Z danych 2002 r. wynika również, że w Polsce było 200 tys. związków partnerskich, w tym połowa posiadała dzieci na utrzymaniu.


Ciekawych danych dostarcza też zestawienie porównujące liczbę urodzeń pozamałżeńskich w latach 1980 – 2010. Otóż cztery lata temu w stosunku do pierwszego okresu porównawczego w RP nastąpił wzrost liczby dzieci pozamałżeński o 431,41% w tym w miastach o 446,93% oraz na wsiach o 407,93%. Należy podkreślić, że powyższy wysoki wskaźnik nie jest następstwem gwałtownego skoku, a zjawiskiem o stałej porównywalnej rok do roku tendencji.


Interesujące  dane dotyczą średniego wieku matek. Od 1980 r. daje się zauważyć ciągły jego wzrost. Inaczej mówiąc, polskie kobiety decydują się na potomstwo  coraz  później, lub  średnia wszystkich urodzeń jest coraz wyższa. Przykładowo,  w 1980 r. wymieniony wskaźnik wynosił 26,47 lat; w 1982 – 26,50 lat; w 1993 – 26,64 lat, by w 1999 r. wynosił on już 27,28 lat. Dziesięć lat później średni wiek matek polskich oscylował w granicach nieco przekraczających 29 lat.

                    

Inne kraje Europy

 

Najwyższy w Europie wskaźnik dzietności ma Francja. Wynosi  2,08 nowonarodzonych na statystyczną kobietę. W rankingu światowym to państwo plasuje się na 112 pozycji. Granicę 2 dzieci na kobietę przekroczyła nieznacznie Irlandia (125 miejsce na świecie).


Są to dwa kraje, gdzie byt ludnościowy (narodowościowy) nie jest zagrożony. Inaczej mówiąc, liczba ludności w obu państwach nie powinna się zmniejszać. Oczywiście, należy brać pod uwagę migrację oraz liczbę zgonów, ale ten właśnie wskaźnik może napawać rządy Francji i Irlandii optymistycznie co do problemów demograficznych.


Należy przy tym zauważyć, że na wysoką pozycję kobiet francuskich odnośnie płodności mają wpływ urodzenia w rodzinach, których rodowody sięgają innych kontynentów i innych wyznań. Dotyczy to Francuzów naturalizowanych, czyli tych, którzy otrzymali obywatelstwo Republiki dzięki prawu  – dront du sol – w myśl którego dziecko urodzone we Francji automatycznie otrzymuje obywatelstwo tego państwa a wraz z niemowlęciem obywatelstwo francuskie nabywa również jego matka.


Powracając do rankingu CIA, w pierwszej dziesiątce państw europejskich, w których odnotowano proporcjonalnie wysoki wskaźnik dzietności znalazły się: Wielka Brytania – 1,90 dziecka na statystyczną kobietę (140 pozycja w świecie), Dania – 1,73 (168), Finlandia – 1,73 (169), Lichtenstein – 1,69 (173),  Belgia – 1,65 (176), Federacja Rosyjska – 1,61 (179), Macedonia – 1,59 (180), Mołdawia – 1,56 (183), Malta – 1,54 (187), Malta – 1,54 (187), Szwajcaria – 1,54 (188), Portugalia – 1,52 (189), Monako – 1,52 (190), Albania – 1,50 (191), San Marino – 1,49 (193), Hiszpania – 1,48 (194), Białoruś – 1,47 (195), Estonia – 1,46 (196). Drygą dwudziestkę tworzą: Chorwacja – 1,45 (199), Bułgaria – 1,44 (200), Czechy – 1,43 (201), Austria – 1,43 (202), Serbia – 1,42 (204), Włochy – 1,42 (205), Węgry – 1,42 (206), Gracja – 1,41 (207), Andora – 1,38 (210), Łotwa – 1,35 (211), Polska – 1,33 (212), Słowenia – 1,33 (213), Rumunia – 1,30 (214), Ukraina – 1,30 (215), Litwa – 1,29 (217) oraz Bośnia i Hercegowina – 1,26 (218).


Jak z powyższego wynika, zdecydowana większość krajów Europy znajduje się w bardzo trudnej sytuacji demograficznej, grożącej w niezbyt odległej przyszłości nawet utratą narodowego bytu biologicznego. Może się więc zdarzyć, że bez wojen niektóre terytoria będą wówczas wolną przestrzenią i zostaną zagospodarowane przez narody, którym ze względu na eksplozję demograficzną brakować będzie przestrzeni życiowej. 

 

Rekordziści wskaźnika dzietności (płodności)

 

Cytowany raport CIA podaje dane dotyczące 224 podmiotów międzynarodowych.  W sporządzonym wykazie znajduje się 126 państw, parapaństw i innych terytoriów nie będących podmiotami prawa międzynarodowego, w których dzietność mieści się w przedziale od 2,00 do 6,89 dzieci na statystyczną kobietę w wieku od 15 do 49 lat.


Pierwszą dziesiątkę krajów świata z rekordową średnią płodności (wskaźnikiem dzietności) stanowią: Niger (Afryka) – 6,89; Mali (Afryka) – 6.16; Burundi (Afryka) – 6.14); Somalia (Afryka) – 6,08; Uganda (Afryka) – 5,97; Burkina Faso (Afryka) – 5,93; Zambia (Afryka) – 5,76; Malawi (Afryka) – 5,66; Afganistan (Azja) – 5,43; Angola (Afryka) – 5,43.

Do drugiej dziesiątki weszły: Sudan Południowy (Afryka) – 5,43; Mozambik (Afryka) – 5,27; Nigeria (Afryka) – 5,25; Etiopia (Afryka) – 5.23; Timor Wschodni (Australia) – 5,11; Benin (Afryka) – 5.04; Tanzania (Afryka) – 4.95, Gwinea (Afryka) – 4,93; Sierra Leone ( Afryka) – 4,83; Kamerun (Afryka) – 4,82.

Trzecią dziesiątkę tworzą:  Liberia (Afryka) – 4,81; Kongo (Republika Demokratyczna) – Afryka – 4,80; Republika Kongo (Afryka) – 4,73; Czad (Afryka) – 4,68; Wyspy św. Tomasza (Afryka) – 4,67; Gwinea Równikowa (Afryka) – 4,66; Rwanda (Afryka) – 4,62; Togo (Afryka) – 4,53; Senegal (Afryka) – 4,52 i Gabon (Afryka) – 4,49.


Poza powyższym wykazem pozostało jeszcze 9 państw, w których statystyczna dzietność przekracza 4,00 dzieci na kobietę w wieku prokreacyjnym. Są to: Republika Środkowoafrykańska – 4,46; Gwinea Bissau – 4,30; Madagaskar – 4,28; Strefa Gazy – 4,24; Erytrea – 4,14; Jemen – 4,09; Ghana – 4,09; Sahara Zachodnia – 4,07 i Mauretania – 4,07.

 

Pewnym zaskoczeniem jest bardzo odległe miejsce Chin (188 pozycja), w których średnia dzietność wynosi tylko 1,55. Natomiast Indie ze średnią 2,51 są na 81 pozycji, co można uznać za wielkość gwarantującą biologiczne przetrwanie narodu hinduskiego.


Dokonując oceny prezentowanych danych, można dojść do zasadniczego wniosku, że państwa europejskie starzeją się i ich sytuacja demograficzna nie jest najlepsza. Podobnie jest w krajach Ameryki Północnej. Najbardziej korzystne zjawiska z punktu widzenia demografii zaobserwować można na kontynencie afrykańskim.

Czy w związku z powyższym należy spodziewać się dużej migracji mieszkańców Afryki do Europy? Taki scenariusz jest już realizowany, a jego nasilenie nastąpi najprawdopodobniej za kilkanaście – kilkadziesiąt lat. 

Andrzej Wawryniuk

 

Przy opracowaniu niniejszego artykułu korzystałem ze stron internetowych CIA:
https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/rankorder/2002rank.html 

https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/rankorder/2127rank.html.

 

Dr Andrzej Wawryniuk jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym Katedry Stosunków Międzynarodowych Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie.

 

Kłopoty z aktywnym starzeniem się

Utworzono: sobota, 28, styczeń 2017 Piotr Szukalski


Piotr szukalskiWbrew pierwszym skojarzeniom, tekst ten nie będzie mówić o problemach związanych z utrzymaniem dobrej kondycji psychicznej i fizycznej przez seniorów, lecz o problemach związanych z wdrażaniem modnej na europejskich salonach koncepcji aktywnego starzenia się.



Aktywne starzenie się to rozwijany obecnie projekt polityczny mający przeciwdziałać starzeniu się ludności. Wbrew pozorom, nie dotyczy tylko okresu starości, ale – odnosząc się do przebiegu życia – związany jest z oddziaływaniem na gotowość jednostek i zbiorowości do przygotowywania się do długiej starości indywidualnej, przygotowania odnoszącego się do kilku najważniejszych obszarów aktywności: pracy zawodowej, zdrowia, relacji z innymi, zabezpieczenia odpowiedniego poziomu życia, edukacji, itp.

Naczelnym założeniem koncepcji aktywnego starzenia się jest przekonanie o konieczności oddziaływania na jak najdłuższe zachowanie społecznej produktywności jednostki. Społeczna produktywność definiowana jest jako „każda aktywność, która wytwarza dobra i usługi, niezależnie czy opłacana czy nie, włączając taką aktywność jak praca domowa, opieka nad dziećmi, wolontariat, pomoc rodzinie i przyjaciołom”.
W praktyce aktywne starzenie zasadza się na przekonaniu o możliwości przekształcenia karier realizowanych przez świadome swych możliwości i ograniczeń jednostki w taki sposób, aby owe kariery realizowane były w sposób zrównoważony, jak najszerszy, umożliwiający jak najdłuższą produktywność społeczną.
W efekcie politycy usiłują oddziaływać na najważniejsze przejścia odnoszące się do szeregu karier (choć – pomijając retorycznie podkreślaną ich równą ważność – koncentrują się na najbardziej interesującej władze publiczne karierze zawodowej), wiedząc o tym, iż jest to najskuteczniejsze oddziaływanie odznaczające się trwałym skutkiem.
W rezultacie współczesne państwa budują zespół bodźców uświadamiających ludzi jak mogliby żyć lepiej, zachęcających do tego, umożliwiających kontynuację różnych, a społecznie produktywnych karier, wreszcie nierzadko podejmują działania zmuszające do tego (np. podwyższanie wieku emerytalnego).

Zemsta na naukach medycznych

 

Rozwój i szerokie poparcie przedstawicieli nauk społecznych i humanistycznych dla koncepcji aktywnego starzenia się to swoista zemsta na naukach medycznych i biologicznych za wymuszoną, głęboką biomedykalizację naszego sposobu myślenia o ostatniej fazie ludzkiego życia.
Biomedykalizacja to nic innego jak narzucony wskutek współdziałania lobby naukowego (reprezentującego nauki medyczne i biologiczne) i komercyjnego (przemysł farmaceutyczny, sektor usług medycznych) sposób myślenia o publicznej polityce w sferze starzenia się, prowadzący do legitymizowania dużych publicznych wydatków na działania korzystne dla wspomnianego lobby (priorytety wydatków publicznych na badania, zakup usług społecznych).

Wspomniane narzucanie percepcji dokonuje się głównie dzięki społecznym kampaniom informacyjnym finansowanym przez przedsiębiorstwa komercyjne, w czasie których przekazywane są wybiórczo informacje o przebiegu starzenia się, z reguły ograniczone do wskazywania częstości występowania dysfunkcji w sferze sprawności fizycznej i mentalnej, zaś ich głównym  przesłaniem jest wskazanie działań zaradczych, jakie powinny zostać podjęte przez jednostki, a przede wszystkim przez władze publiczne.

Jednak, paradoksalnie, biomedykalizacja skupia uwagę decydentów na problemach związanych z indywidualnym i społecznym starzeniem się i zachęca ich do poszukiwania metod zwiększenia odpowiedzialności za siebie przez nowych, a przede wszystkim przyszłych seniorów - za swój stan zdrowia, dochody, warunki mieszkaniowe, dostęp do usług społecznych.

Próbując zaś wdrożyć ową bazującą na neoliberalizmie większą odpowiedzialność za siebie, chcąc nie chcąc, władze odwołują się do osiągnięć tzw. gerontologii krytycznej, a przede wszystkim do osiągnięć ekonomii politycznej starzenia się, głównie poprzez odwoływanie się do owocu tego nurtu intelektualnego – koncepcji aktywnego starzenia się.

Jak wspomniano, aktywne starzenie się to przede wszystkim próba oddziaływania z odpowiednim wyprzedzeniem na styl życia, wybory, zachowania, działania, stan zdrowia osób starszych poprzez wykorzystywanie różnorodnych narzędzi, za pomocą których władze publiczne konstruują przebieg życia, przede wszystkim starość. Jednak zdawać sobie należy sprawę, iż wdrażanie tej koncepcji związane jest z szeregiem problemów.

Problem językowy

Problem pierwszy odnosi się do nieporozumień językowych związanych z trudnością przełożenia niektórych stosowanych w języku angielskim pojęć na inne języki bez zmiany znaczenia.
W zdecydowanej większość języków europejskich ageing tłumaczone jest jako pochodna czasownika starzeć się (np. fr. viellir, niem. altern), sam termin wzbudza szczególne konotacje, utożsamiany bowiem bywa samoczynnie ze starością, tj. z pewną fazą życia.
Tymczasem angielskie to age odnosi się do przechodzenia przez uporządkowane chronologicznie etapy życia, nie ograniczając się tylko do ostatniego z nich, choć koncentrując się na nim. W efekcie, w większości państw europejskich następuje zawężenie rozumienia terminu aktywne starzenie się, prowadzące do skupiania uwagi jedyne na ostatnim etapie życia.
Również i w Polsce rozpowszechnione jest takie zawężające rozumienie tego terminu, samo bowiem określenie „starzenie się” jest przez większość osób automatycznie łączone z czymś, co „zdarza się” wyłącznie seniorom.
 

Powyższy problem powiązany jest z przenikaniem do świata decydentów różnych rozwijanych w świecie nauki pojęć – oprócz aktywnego starzenia, pojawiają się terminy: pomyślne, pozytywne, zdrowe starzenie się, co rodzi chaos znaczeniowy.
Dodatkowo chaos ten wzmacniany jest naturalnymi uproszczeniami towarzyszącymi wdrażaniu naukowych konceptów do praktyki.
Prowadzi to często do wyłaniania się nowych stereotypów na temat starości (np. identyfikujących udaną starość jedynie z możliwością przebiegnięcia maratonu w wieku 70 lat), samoistnie marginalizujących większość seniorów i traktujących ich jako przykłady życiowego niepowodzenia. Nowe stereotypy wzmacniają stare praktyki dyskryminacyjne, co samoistnie budzi opory przeciwko uruchamiającym je koncepcjom.

Potrzeba holistycznego podejścia

 

Kolejna bariera jest rezultatem nadmiernego koncentrowania się w praktyce na specyficznym typie produktywności społecznej – aktywności zawodowej. Taki redukcjonizm prowadzi do postrzegania przez potencjalnych beneficjentów  tej koncepcji jako zagrożenia, jako narzędzia mającego zmusić ich jedynie do znacznie dłuższej kariery zawodowej. Percepcja taka związana jest oczywiście z oporami wobec samej koncepcji.

Barierą jest tu nieumiejętność władz publicznych rozwiązywania problemów wymagających holistycznego podejścia.
Aktywne starzenie się wymaga działań odnoszących się do sfery rynku pracy, wolontariatu, opieki zdrowotnej, pomocy społecznej, edukacji. Zazwyczaj każda z tych sfer działań władz publicznych – czy to na poziomie centralnym czy lokalnym – znajduje się w gestii innej instytucji. Brak ich współdziałania w praktyce utrudnia wdrożenie interesującej nas koncepcji.


Zmiany faz życia

Pojawiają się wreszcie problemy związane z bardzo statycznym postrzeganiem przebiegu życia i jego faz. Zgodnie z tradycyjnym poglądem w tym względzie, ludzkie życie podzielone jest na 3 etapy – dzieciństwo i młodość poświęcone jest edukacji i treningowi umiejętności praktycznych, faza środkowa na karierę zawodową i założenie rodziny, wreszcie starość na zasłużony po karierze zawodowej odpoczynek na emeryturze, co najwyżej - związany z dobrowolnymi pracami na rzecz rodziny i lokalnej społeczności.
Tymczasem obecnie wraz z przemianami cywilizacyjnymi to tradycyjne spojrzenie na przebieg życia musi ulec zmianie. Edukacja staje się całożyciową koniecznością, praca zawodowa, odpoczynek, działania na rzecz innych stają się również atrybutem całego dorosłego życia, niezależnie czy mówimy o wczesnej czy późnej dorosłości.
Aktywne starzenie się odnosi się do tego nowego spojrzenia na przebieg życia.


Starość starości nierówna


Ostatnią barierą, o której warto wspomnieć, jest nierównomierne starzenie się różnych grup, w tym i grup wieku. Pomiędzy starzeniem się osób lepiej i gorzej wykształconych, mieszkańców miast (zwłaszcza wielkich) i wsi, kobiet i mężczyzn, podobnie jak pomiędzy stanem typowych osób mających 65, 75 i 85 lat czy starzeniem się w krajach zamożnych i ubogich, istnieją ogromne różnice.
Trudno jest znaleźć instrumenty poprawiające społeczną produktywność wszystkich tych grup jednocześnie czy w zbliżonym zakresie. Pożądana elastyczność stosowanych strategii wdrażania aktywnego starzenia się jest póki co bardziej postulatem, niźli stosowanym rozwiązaniem.

W konsekwencji powyższych problemów projekt polityczny pod nazwą aktywne starzenie się nie jest wdrażany równie skutecznie, jak powinien być. Poszukiwania rozwiązań mających osłabić powyższe bariery trwają, zaś każdy potencjalny beneficjent koncepcji – czyli każda jednostka, która kiedyś osiągnie starość – może poszukiwać własnych recept zmniejszających skalę wspomnianych problemów.

Piotr Szukalski

Uniwersytet Łódzki

 

Więcej artykułów…

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd