Felietony Witolda Modzelewskiego

"Rosyjskiej agresji" nie będzie

Utworzono: wtorek, 25 wrzesień 2018 Anna Leszkowska

ModzelewskiW XX wieku nauczyliśmy się dzielić epoki na przedwojnia, międzywojnia i powojnia. Ówczesne międzywojnie trwało bardzo krótko (dwadzieścia jeden lat); skończyło się jeszcze większą katastrofą niż poprzednie. Dopiero druga z wielkich wojen, wyniszczająca i degradująca, a w zasadzie likwidująca Wielkie Niemcy, dała nam długi czas powojenny, który trwa już ponad sześćdziesiąt lat, co jak na realia europejskie jest czymś zupełnie wyjątkowym. 

Nasza państwowość, utworzona u zarania tej epoki, przetrwała bez istotnych wstrząsów i strat terytorialnych do dziś i ma szansę na kolejne dziesięciolecia, a obecne powojnie nie przekształci się w międzywojnie, bo… wojny w tym regionie świata nie będzie. Dlaczego? Odpowiedź wynika z oceny istotności trzech czynników, które w tej części świata mogą niszczyć status quo.

Pierwszym z nich są Niemcy, które w zeszłym wieku wywołały i przegrały wszystkie istotne wojny. Obecna Polska została ukształtowana jako państwo antyniemieckie, osłabiające i przywracające naturalny stan wielości państw niemieckich. Ich zjednoczenie w 1871 roku było największym i najkrwawszym błędem Europy. Co prawda podjęto już w naszych czasach częściowo udaną próbę odtworzenia (prawie) Wielkich Niemiec, lecz z wielu przyczyn (na razie) nie wrócą one do tej destrukcyjnej (dla innych i siebie) roli.

„Wielkie Niemcy” były najistotniejszym twórcą naszej międzywojennej, bardzo nietrwałej państwowości, a w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku wróciły do projektu Mitteleuropy i przywróciły swoją hegemonię na najszerszym historycznie wariancie. Ale dziś są one państwem konserwującym status quo, a nie rewizjonistycznym jak w międzywojniu, co przecież oznacza, że wspólna polityka z rewizjonistyczną Rosją nie ma większych szans.

Gdyby nasi politycy choć trochę nadawali się do międzynarodowej roli, to wykorzystaliby ten atut, by uzyskać korzyści od obu stron. Na razie podporządkowujemy się do cna niemieckim interesom, ale to też jest jakiś pomysł na naszą małą stabilizację. Dopóki w Berlinie, podobnie jak w Polsce, będzie rządzić kolejne pokolenie powojennych polityków, nie grozi nam niemiecka agresja (nie muszą zdobywać tego, co już mają ekonomicznie i politycznie). Każdy, kto broni status quo, a ma więcej, niż jest w stanie obronić, prowadzi politykę pokojową.

Drugim czynnikiem jest rewizjonistyczna Rosja, która cofnęła się do rozmiarów siedemnastowiecznego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (czasy Aleksego Michajłowicza Romanowa). Oczywiście – wbrew powtarzanym w Polsce bredniom – nie chce ona „przywrócić” Związku Radzieckiego, ani tym bardziej uniwersalistycznego imperium czasów Aleksandra Pawłowicza, bo to zupełnie przebrzmiałe i martwe wzorce.

Rosja odradza się w wersji nacjonalistycznej, bardziej moskiewskiej niż petersburskiej; chce odzyskać wpływy w „kanonicznych” ziemiach ruskich, które w niemieckiej wersji Mitteleuropy stanowią odrębne, antyrosyjskie państwa. Dotyczy to głównie obecnej Białorusi i Ukrainy, a może jeszcze Estonii (większość rosyjska), ale nie Litwy, a na pewno już nie Polski. Nawet Związek Radziecki nie chciał popełnić carskiego błędu formalnego przyłączenia do swojego państwa ziem etnicznej Polski i sądzę, że również dziś w Moskwie nie ma i nie będzie takich planów.

Dopóki Rosja z lepszym lub gorszym skutkiem będzie odbudowywać swoje wpływy na „kanonicznych” ziemiach „Świętej Rusi”, a to może jeszcze potrwać długo i z niewiadomym skutkiem, to my możemy spać spokojnie. Żadne wojny z Rosją nam nie grożą, zresztą i nie groziły również w niedawnej przeszłości. Obyśmy tylko pozbyli się szkodliwej misji bezinteresownego „obrońcy niepodległości” państw wschodniej Mitteleuropy, bo nic na tym nie zyskujemy, a tracimy ekonomicznie i politycznie zbyt dużo. Powinniśmy robić z Rosją interesy, zarabiać na jej rynku, bo w czasie pokoju liczą się tylko ci, co mają pieniądze.

Wreszcie trzeci, choć dość odległy gracz na europejskiej scenie, czyli Stany Zjednoczone Donalda Trumpa. Tu zmieni się najwięcej. W Ameryce chyba definitywnie kończy się ich powojnie, które wykreowało to państwo do roli światowego lidera. Warto przypomnieć, że ani w XIX wieku, ani tym bardziej w międzywojniu państwo to nie było „światowym przywódcą”. Donald Trump zupełnie przecież nie pasuje do tej wizji. Jego polityką są interesy, a on ma zamiar chronić interesy amerykańskie i gospodarkę swojego kraju, a także odbudować przemysł, bo na globalizacji, „wolnym handlu” i innych postzimnowojennych pomysłach amerykański biznes na pewno dużo zarobił, ale koszty tego poniósł obywatel, który nie ma roboty i żadnych perspektyw.

Powstała nowa wersja pasożytniczego kapitalizmu – centra produkcyjne przenosi się do państw azjatyckich, a to historycznie osłabiło Amerykę, która ma pieniądze, ale towary musi kupować od innych (nonsens). Pod tym względem diagnoza nowego prezydenta jest trafna, bo w gospodarce liczą się – jak świat światem – tylko ci, którzy u siebie produkują towary (przemysłowe lub surowce, a najlepiej jedne i drugie). Aby przemysł wrócił do amerykańskich miast, dał pracę, czyli zajął w ciągu dnia miliony wyborców, trzeba zmienić wiele, co zresztą nastąpi.

Nie chcę formułować efektownych tez, ale ostatnie wybory w USA prawdopodobnie definitywnie zakończyły nie tylko postzimnowojenną epokę (lata 1991–2017), lecz również amerykańską wersję czasów powojennych. Nie trzeba być nadto przenikliwym obserwatorem, żeby stwierdzić, że wszyscy obrońcy (również naszego) status quo bardzo boją się przyszłości i nie ukrywają swojego strachu. Słusznie?
W pewnym sensie tak, bo zglobalizowany politycznie i zdominowany przez Stany Zjednoczone świat nie okazał się korzystny dla tego państwa, które straciło istotną część swoich realnych aktywów, czyli przemysł. W tym świecie inni bogacili się kosztem Ameryki, tworzyli nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale również niezależne związki państw, czego najlepszym przykładem jest właśnie Unia Europejska. Ten związek państw chce uchodzić za trzeciego gospodarczego gracza w świecie (obok USA i Chin), chroni swój „wspólny rynek”, eliminując amerykańską produkcję. Czy tak wygląda sukces z perspektywy Waszyngtonu?

Minione ćwierćwiecze wykreowało przede wszystkim najważniejszego przeciwnika – światową potęgę gospodarczą – Chiny, które są już albo prawdopodobnie będą większą gospodarką od amerykańskiej. Stany Zjednoczone potrzebują rozwoju realnej gospodarki, wielkich zamówień i nowych rynków zbytu, aby zrealizować polityczne i ekonomiczne wizje nowego prezydenta.

Jest jeden kraj, który może zaoferować te możliwości, a jego interesy nie są tu przeciwstawne. Kto? Wiadomo – Rosja. Jeżeli ten kraj będzie głównym partnerem strategicznym reindustrializacji Ameryki (możliwy wariant), to my powinniśmy zacząć myśleć, jak będzie wyglądać (już wygląda?) nasz polski świat, bo jesteśmy dzieckiem innej, przemijającej już dla Ameryki epoki.

Dlaczego nic nam nie daje do myślenia fakt, że sprowadzone na nasze terytorium w ostatniej chwili obce wojska, które (jakoby) mają nas bronić przed „rosyjską agresją”, są na naszej zachodniej granicy, a dokładnie na terenach należących do 1945 roku do Wielkich Niemiec?
Sądzę, że Ameryka nie chciała w przeszłości i nie chce dziś konfliktu z Rosją, a jej bezinteresowna chęć obrony istniejącego status quo jest już tylko częścią mitu założycielskiego III RP. Pora zacząć szukać koncepcji polskiej polityki w świecie rządzonym przez Donalda Trumpa. Kluczem do zrozumienia naszej przyszłości nie może być jednak strach przed wyimaginowaną „agresją rosyjską”, której ma jakoby zapobiec (rotacyjna) obecność amerykańskiej brygady na naszych zachodnich rubieżach.
Witold Modzelewski

 

Czy czegoś nauczyły nas klęski z lat 1917 - 2017?

Utworzono: środa, 18 lipiec 2018 Anna Leszkowska

ModzelewskiDo dziś jesteśmy zaczadzeni dwudziestowieczną wizją świata, która żyje w nas, w naszym języku, wyobraźni, obawach, a przede wszystkim „praktycznie stosowanej” ideologii. Nasza polska świadomość końca drugiego dziesięciolecia nowego wieku jest paradoksalnie bliska (i zbliża się zamiast się oddalać) swojej genezie sprzed prawie stu lat. Wtedy uwierzyliśmy, że „skończyły się zabory”, a my „odzyskaliśmy niepodległość”, którą – jak wszystko, co trzeba zdobyć – można również stracić. Dziś też mówimy o „okupacji lat 1944–1989” i „odzyskaniu niepodległości”.

Nasza demokratyczna „niepodległość” z lat 1918–1939 była dość osobliwym czasem; zniszczył ją zamach stanu z 1926 roku przekształcający rodzącą się demokrację parlamentarną w sanacyjną karykaturę. Trzynastolecie rządów Piłsudskiego i jego następców skończyło się upokarzającą klęską militarną, całkowitym blamażem politycznym oszukanych dyletantów, niegodnym nawet współczucia. Później francuski sojusznik faktycznie mianował „swój” rząd emigracyjny polski, który – nim minął rok – musiał uciekać z pokonanej Francji. Polityka rządu emigracyjnego kończy się równie poniżającą klęską i „zdradą” jedynego niepokonanego przez Niemców sojusznika, który – podobnie jak Francuzi w 1939 roku – nie chciał „umierać” w naszym interesie.

Ale te dwie następujące w ciągu sześciu lat polityczne porażki stworzyły mit niepodległości, odzyskanej przez przegranych polityków, którym ktoś oszczędził dożycia swoich klęsk. Piłsudski „szczęśliwie” nie musi przegrywać w 1939 roku, a Sikorski nie pozna goryczy upadku rządu londyńskiego w 1945 roku. Mimo, że byli wręcz śmiertelnymi przeciwnikami, w latach 1945–1989 stawiani byli w jednym rzędzie mężów stanu, w dodatku symbolizujących demokratycznie legitymowane władze naszego kraju, co jest kompletnym absurdem, bo Piłsudski zdobył władzę w wyniku zamachu stanu, który obalił legalnie wybrany rząd, a Sikorski był narzucony przez Francuzów, którzy postanowili „unieważnić” powołanie następcy Mościckiego na stanowisko głowy państwa (krótka kariera w roli groteskowego prezydenta generała Wieniawy).

Czy równie „demokratycznie” wybrane władze nowego państwa polskiego, utworzonego w 1944 roku, reprezentowały państwo „niepodległe”? Zapewne nie, lecz brak owej „niepodległości” wynikał ze swoistego sposobu definiowania tego pojęcia: zgodnie z doktryną Kühlmanna, Polska jest państwem „niepodległym”, gdy jest wroga wobec Rosji lub bolszewików, a stan uzależnienia od innych państw nie ma znaczenia.

Czy rząd londyński mógł prowadzić w miarę samodzielną politykę? Dwa razy to zrobił – raz w 1943 roku (sprawa katyńska), a drugi raz w 1944 roku (w sprawie Powstania Warszawskiego), lecz w obu przypadkach dostał po łapach (boleśnie) od wielkich protektorów. W latach 1944–1989 (i później) daliśmy sobie wmówić, że zależność od Związku Sowieckiego jest dowodem „braku niepodległości”, którą później znów „odzyskaliśmy”, gdy weszliśmy w orbitę wpływów niemieckich, wspólnotowych czy amerykańskich.

Jedno jest pewne: w latach 1991–2017 byliśmy najbardziej demokratyczną wersją państwowości polskiej ostatnich stu lat, co wcale nie oznacza, że byliśmy (i jesteśmy) mniej uzależnieni od obcych państw. Tu też trochę daliśmy się w XX wieku ogłupić, bo przyjęliśmy znak równości między demokracją i niepodległością, a przecież państwa o bardzo ograniczonej suwerenności mogą być w pełni demokratyczne, gdyż… większość wyborcza w cale nie musi hołdować potrzebie uzyskania „pełnej niepodległości”.

Dziś wciąż mówimy językiem sprzed stu lat, odmieniamy – podobnie jak wtedy – słowo „niepodległość” przez wszystkie przypadki, w czym nie przeszkadza ciągła erozja naszej suwerenności w wyniku „pogłębiania integracji”, i nikomu nie przeszkadza powtarzanie tego absurdu. W niczym nie zmienił się również nasz stosunek do Rosji. Wtedy też była „śmiertelnym zagrożeniem”. Podobnie jest dziś. Także Rosja zaczyna i kończy to stulecie w podobnie słabej kondycji: wtedy przegrała z przysłanymi przez Niemców bolszewikami, których jedynym celem było jej unicestwienie, a dziś, zepchnięta do szesnastowiecznych granic, jest osamotniona i w głębokiej defensywie.
Witold Modzelewski

 

Koloryzowanie przeszłości

Utworzono: sobota, 27 październik 2018 Anna Leszkowska


ModzelewskiHistoria naszego wschodniego sąsiada wymagała wielokrotnego uwznioślenia i koloryzowania, bo jej rzeczywisty obraz często był przygnębiający lub wręcz haniebny. Władców wynosiły na tron i z niego strącały intrygi zagranicznych ambasadorów, obce pieniądze decydowały o polityce, która często była prowadzona wyłącznie w interesie sponsorów na szkodę Rosji.
Przypomnę tylko najbardziej znane fakty. Przewrót dokonany przez Elżbietę Piotrownę w 1740 roku był brytyjską intrygą, małżeństwo jej siostrzeńca (przyszłego Piotra III) z Zofią Anhalt-Zerbst (późniejszą Katarzyną II) było zaaranżowane przez Fryderyka Wielkiego, który miał w późniejszej władczyni wierną sojuszniczkę, mimo werbalnej wrogości, a zamordowanie Pawła I zainicjował, przeprowadził i sfinansował znów ambasador brytyjski.

Są to fakty znane i niekwestionowane przez badaczy, z reguły jednak bagatelizowane przez naszych (i zachodnich) historyków, dokonujących dość oryginalnej manipulacji: chwalą prozachodnich uzurpatorów, gdy działali w interesie mocodawców i jednocześnie ganią, gdy emancypowali się spod ich kurateli, co im się niekiedy zdarzało. Te pochwały były jednak czymś raczej wyjątkowym, bo w zasadzie cała zachodnia historiografia (w tym polska) maluje obraz Rosji w ciemnych barwach: taka tam „dzicz”, pełna okrucieństwa i podłości, kontrastująca z „oświeconą” i „przyjazną zwykłym ludziom” Europą Zachodnią, zaludnioną przez apostołów miłości i dobroci.

Również i my koloryzujemy naszą historię. Wyjątkiem są lata 1944–1989, w których „oczywistą” nędzę prezentujemy z masochistyczną przyjemnością („sowiecka agentura”, „renegaci”, „zniewolenie” itp.). Po tym okresie zaczynają się (a jakże) rządy nieskazitelnych patriotów i „niepodległościowych” partii, oczywiście „prozachodnich”, co tylko potwierdza ich oddanie dla „idei wolnego świata”. Tu nawet nikt nie tworzy jakichś pozorów: współpraca z CIA jest dowodem patriotyzmu, a z KGB – zdrady. Z obiektywnej perspektywy oba przypadki są co najmniej wątpliwe. Ale czy doczekaliśmy się wreszcie rządów, które chcą, a przede wszystkim mogą działać w naszym polskim interesie?
Na razie my również koloryzujemy zwłaszcza okres przedwojenny, który wbrew faktom był jakoby wzorcowym przykładem demokracji i gospodarki rynkowej (bzdury).

A teraz spójrzmy na „prawdziwy” Zachód. Swego czasu dziesiątki milionów Niemców zawierzyło Hitlerowi i jego rasistowskiej wizji ich państwa. Sromotna klęska, bezmiar zniszczeń i wielomilionowe ofiary drugiej wojny światowej, ale przede wszystkim wola zwycięzców nakazały Niemcom radykalną zmianę poglądów, odrzucenie legendy „uwielbianego wodza”, jego wizji i dorobku.
Mimo korzyści uzyskanych przez prawie każdego obywatela tego państwa, pochodzących z rabunku dóbr innych narodów, ludobójstwa, a przede wszystkim przywrócenia niewolnictwa, lata 1933–1945 zostały oficjalnie potępione: Niemcom nakazano widzieć zło w tym, co cenili (kochali?) i z czego korzystali pełnymi garściami.
Swoją drogą warto uświadomić sobie, że dwudziestowieczny kapitalizm był również ustrojem… niewolniczym, znacznie bardziej barbarzyńskim, szybciej i skuteczniej wyniszczającym przymusowych robotników, jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych niż oficjalne i powszechne niewolnictwo w czasach antycznych. Gdy zabrakło im rąk do pracy, nastąpiło załamanie ekonomiczne ich gospodarki.

Wróćmy jednak do zasadniczego wątku. Powszechne poparcie, wręcz uwielbienie jakiegoś przywódcy nie musi legitymować obiektywnie pozytywnych ocen jego dokonań, a on może być szkodnikiem działającym w cudzym interesie. Inaczej mówiąc, powszechną „miłością ludzi” może być darzony również obcy agent, nawet ludobójca, a kolejne pokolenia jego wyznawców mogą tylko przeszkadzać w trzeźwej ocenie dokonań swojego idola.
Niemcy i Rosjanie, rządzeni w XX wieku przez krwawych tyranów, usłyszeli własny lub obcy nakaz ich potępienia. Zburzyli ich pomniki, rehabilitowali (częściowo) ofiary, uciszyli wyznawców i zmienili podręczniki historii.

Po co przypominam te fakty? Ano tylko dla zobrazowania tła naszych polskich problemów z przeszłością. My wciąż nie bardzo umiemy się rozliczyć z tym, co było: koloryzujemy okres międzywojenny, a wieszamy psy na Polsce Ludowej. Musimy kiedyś dojrzeć do trzeźwej samooceny. W latach 1944–1989 było akurat odwrotnie: piętnowano międzywojnie, ale krytyka była bardziej powściągliwa i obiektywna w porównaniu z obecnymi kubłami pomyj wylewanymi na „sowieckich agentów” typu Bierut, Gomułka czy Jaruzelski. Nie jest ważne to, że stajemy się przez to jeszcze głupsi. To nam wcale nie przeszkadza, bo nikomu nie jest potrzebna nasza mądrość.

Gorzej, że z tego koloryzowanego obrazu II RP wyciągamy wnioski na dziś i jutro, przez co pogrążamy się we współczesnym świecie nonsensów. Bo kimże byli przywódcy ówczesnego Państwa Polskiego? Wyjątkowymi dyletantami, bez demokratycznej legitymacji władzy (od 1926 roku), co usiłowali ukryć, plotąc na okrągło o „niepodległości”. Trzeba umieć ocenić trzeźwo ich dokonania, bo nie obronili obywateli II RP przed grabieżą i ludobójstwem lat 1939–1945.
Witold Modzelewski

 

Mitologia roku 1918

Utworzono: wtorek, 27 listopad 2018 Anna Leszkowska

ModzelewskiPytanie o sens wydarzeń sprzed stu lat na ziemiach polskich jest w istocie dialogiem z legendą, tzw. mitem założycielskim, kształtującym czas minionego wieku w Polsce. Jest to legenda obowiązująca we wszystkich okresach naszej „odrodzonej” państwowości, w tym również – co szczególnie znamienne – w latach 1944–1989, który to okres bzdurnie niektórzy nazywają dziś „komunizmem”. Co jest treścią tej legendy? Ma ona trzy wątki: rezurekcyjny, cudotwórczy i etniczny. Przypomnę w skrócie ich istotę.

Wątek rezurekcji, czyli zmartwychwstania, oznacza jednorazowe zakończenie niebytu Polski, trwającego jakoby sto dwadzieścia trzy lata, tj. odrodzenie, które nastąpiło w 1918 roku. Czas „niebytu” jednak bez sensu unieważnił wszystko to, co było formą polskości między 1795 a 1918 rokiem, łącznie z Księstwem Warszawskim, epopeją napoleońską, liberalnym i demokratycznym Królestwem Kongresowym lat 1815–1830 oraz rządami władz powstańczych trzech dziewiętnastowiecznych zrywów narodowych (tak: trzech, bo oprócz powstań antyrosyjskich, była jeszcze Rewolucja Krakowska 1846 roku, czyli powstanie antyaustriackie). Unieważnienie tych zdarzeń jest nadużyciem, wręcz zafałszowaniem przeszłości, która była dużo ważniejsza zarówno wtedy, jak i później.

Wątek cudotwórczy legendy kreuje powstanie państwa polskiego jako akt wyjątkowy, wręcz nadprzyrodzony, gdy po naszej stronie było DOBRO zwyciężające raz na zawsze bezwzględne ZŁO. Ów cud odrodzenia miał być należną nam łaską, sakralizować twór publicznoprawny powstały przed stu laty. Zwycięstwo DOBRA (pisanego dużą literą) jest wyrazem „sprawiedliwości dziejowej” czy też „ładu moralnego”, który został tym samym przywrócony.

Wątek trzeci legendy ma charakter etniczny – odrodzone państwo było państwem Polaków, czyli ludzi, którzy mówią i myślą po polsku. Polska jest „Matką wszystkich Polaków”, my jesteśmy jej „dziećmi” i nie ma tu miejsca dla „obcych” ani wyrodnych, nieuznających swojej matki dzieci. Jesteśmy bowiem jednym plemieniem, musimy być solidarni, tworzyć wspólnotę, która ma „swoje państwo”.

Mitologia ta nie ma i nie miała wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. Nie było cudu odrodzenia, bo od początku grudnia 1916 roku istniały w centralnej Polsce twory państwopodobne („Królestwo Polskie”), które jednak powołali do życia niemieccy okupanci. Utworzono Radę Regencyjną owego „Królestwa” oraz wcześniej Tymczasową Radę Stanu, a nawet jakiś „rząd” złożony z ludzi mówiących po polsku, którzy lojalnie współpracowali z okupantami m.in. w grabieży naszego kraju i jego mieszkańców. Tworzono z niemieckiego rozkazu pseudopolskie wojsko (Polnische Wehrmacht), do którego jakoś jednak nie garnęli się byli poddani „ruskiego cara” z priwislinskiego kraju. Administracja i szkolnictwo zostały jednak spolonizowane, a przyjazd z Niemiec brygadiera Piłsudskiego nie był niczym nadzwyczajnym, bo rok wcześniej był on członkiem Tymczasowej Rady Stanu, która stała wiernie przy tronach niemieckich monarchii. Upadek protektorów, a zwłaszcza abdykacja obu niemieckojęzycznych cesarzy, były czymś zaskakującym. Można raczej mówić o próżni, która otworzyła wręcz nieograniczone możliwości. Komu? Temu, kto chciał rządzić. W Warszawie zostali jednak polscy nominaci niemieckich zaborców, którzy stracili oparcie i legitymację swoich „rządów”. Czy był to cud odzyskania niepodległości? Nie, w jakimś sensie cudem był upadek „nadgniłych tronów”, przegrywających swoje idiotyczne – a dla nas błogosławione – wojny.

Odrodzenie nie miało również charakteru etnicznego. Ziemie, które później weszły w skład państwa polskiego, były mozaiką ludów: w miastach ulice mówiły w jidysz, w gwarach ruskich, po niemiecku i po polsku. Najszybciej rozwijającą się demograficznie nacją był żydowski proletariat. Ale nawet ci, którzy mówili w naszym języku, nie zawsze czuli się Polakami. Chłopi nie kryli obaw, że przywrócenie Polski odbierze ziemie i przywróci pańszczyznę – wszak uwłaszczenie chłopów było dziełem zaborców. Myśli tych nie krył polityk dużego formatu, czyli Wincenty Witos. Naszych ziem nie zasiedlał jeden naród. Wręcz odwrotnie – sprzeczności na tle narodowym były tak głębokie, że doprowadziły do wojny domowej trwającej jeszcze przez kolejne dwa lata. Koncepcję państwa jednego narodu zrealizował dopiero Józef Stalin, który stworzył przesuniętą na zachód, współczesną Polskę, bardzo różniącą się od jej przedwojennej wersji.

Nasze odrodzenie narodowe zawdzięczamy zbrodniczemu rasizmowi Niemców, którzy wzmocnili polską tożsamość. Więcej: to ich antysemityzm stworzył współczesny naród żydowski, wyodrębnił Żydów jako odizolowaną grupę, która już częściowo uległa asymilacji.
Witold Modzelewski

 

Our website is protected by DMC Firewall!