Felietony Witolda Modzelewskiego

"Rosyjskiej agresji" nie będzie

Utworzono: wtorek, 25 wrzesień 2018 Anna Leszkowska

ModzelewskiW XX wieku nauczyliśmy się dzielić epoki na przedwojnia, międzywojnia i powojnia. Ówczesne międzywojnie trwało bardzo krótko (dwadzieścia jeden lat); skończyło się jeszcze większą katastrofą niż poprzednie. Dopiero druga z wielkich wojen, wyniszczająca i degradująca, a w zasadzie likwidująca Wielkie Niemcy, dała nam długi czas powojenny, który trwa już ponad sześćdziesiąt lat, co jak na realia europejskie jest czymś zupełnie wyjątkowym. 

Nasza państwowość, utworzona u zarania tej epoki, przetrwała bez istotnych wstrząsów i strat terytorialnych do dziś i ma szansę na kolejne dziesięciolecia, a obecne powojnie nie przekształci się w międzywojnie, bo… wojny w tym regionie świata nie będzie. Dlaczego? Odpowiedź wynika z oceny istotności trzech czynników, które w tej części świata mogą niszczyć status quo.

Pierwszym z nich są Niemcy, które w zeszłym wieku wywołały i przegrały wszystkie istotne wojny. Obecna Polska została ukształtowana jako państwo antyniemieckie, osłabiające i przywracające naturalny stan wielości państw niemieckich. Ich zjednoczenie w 1871 roku było największym i najkrwawszym błędem Europy. Co prawda podjęto już w naszych czasach częściowo udaną próbę odtworzenia (prawie) Wielkich Niemiec, lecz z wielu przyczyn (na razie) nie wrócą one do tej destrukcyjnej (dla innych i siebie) roli.

„Wielkie Niemcy” były najistotniejszym twórcą naszej międzywojennej, bardzo nietrwałej państwowości, a w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku wróciły do projektu Mitteleuropy i przywróciły swoją hegemonię na najszerszym historycznie wariancie. Ale dziś są one państwem konserwującym status quo, a nie rewizjonistycznym jak w międzywojniu, co przecież oznacza, że wspólna polityka z rewizjonistyczną Rosją nie ma większych szans.

Gdyby nasi politycy choć trochę nadawali się do międzynarodowej roli, to wykorzystaliby ten atut, by uzyskać korzyści od obu stron. Na razie podporządkowujemy się do cna niemieckim interesom, ale to też jest jakiś pomysł na naszą małą stabilizację. Dopóki w Berlinie, podobnie jak w Polsce, będzie rządzić kolejne pokolenie powojennych polityków, nie grozi nam niemiecka agresja (nie muszą zdobywać tego, co już mają ekonomicznie i politycznie). Każdy, kto broni status quo, a ma więcej, niż jest w stanie obronić, prowadzi politykę pokojową.

Drugim czynnikiem jest rewizjonistyczna Rosja, która cofnęła się do rozmiarów siedemnastowiecznego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (czasy Aleksego Michajłowicza Romanowa). Oczywiście – wbrew powtarzanym w Polsce bredniom – nie chce ona „przywrócić” Związku Radzieckiego, ani tym bardziej uniwersalistycznego imperium czasów Aleksandra Pawłowicza, bo to zupełnie przebrzmiałe i martwe wzorce.

Rosja odradza się w wersji nacjonalistycznej, bardziej moskiewskiej niż petersburskiej; chce odzyskać wpływy w „kanonicznych” ziemiach ruskich, które w niemieckiej wersji Mitteleuropy stanowią odrębne, antyrosyjskie państwa. Dotyczy to głównie obecnej Białorusi i Ukrainy, a może jeszcze Estonii (większość rosyjska), ale nie Litwy, a na pewno już nie Polski. Nawet Związek Radziecki nie chciał popełnić carskiego błędu formalnego przyłączenia do swojego państwa ziem etnicznej Polski i sądzę, że również dziś w Moskwie nie ma i nie będzie takich planów.

Dopóki Rosja z lepszym lub gorszym skutkiem będzie odbudowywać swoje wpływy na „kanonicznych” ziemiach „Świętej Rusi”, a to może jeszcze potrwać długo i z niewiadomym skutkiem, to my możemy spać spokojnie. Żadne wojny z Rosją nam nie grożą, zresztą i nie groziły również w niedawnej przeszłości. Obyśmy tylko pozbyli się szkodliwej misji bezinteresownego „obrońcy niepodległości” państw wschodniej Mitteleuropy, bo nic na tym nie zyskujemy, a tracimy ekonomicznie i politycznie zbyt dużo. Powinniśmy robić z Rosją interesy, zarabiać na jej rynku, bo w czasie pokoju liczą się tylko ci, co mają pieniądze.

Wreszcie trzeci, choć dość odległy gracz na europejskiej scenie, czyli Stany Zjednoczone Donalda Trumpa. Tu zmieni się najwięcej. W Ameryce chyba definitywnie kończy się ich powojnie, które wykreowało to państwo do roli światowego lidera. Warto przypomnieć, że ani w XIX wieku, ani tym bardziej w międzywojniu państwo to nie było „światowym przywódcą”. Donald Trump zupełnie przecież nie pasuje do tej wizji. Jego polityką są interesy, a on ma zamiar chronić interesy amerykańskie i gospodarkę swojego kraju, a także odbudować przemysł, bo na globalizacji, „wolnym handlu” i innych postzimnowojennych pomysłach amerykański biznes na pewno dużo zarobił, ale koszty tego poniósł obywatel, który nie ma roboty i żadnych perspektyw.

Powstała nowa wersja pasożytniczego kapitalizmu – centra produkcyjne przenosi się do państw azjatyckich, a to historycznie osłabiło Amerykę, która ma pieniądze, ale towary musi kupować od innych (nonsens). Pod tym względem diagnoza nowego prezydenta jest trafna, bo w gospodarce liczą się – jak świat światem – tylko ci, którzy u siebie produkują towary (przemysłowe lub surowce, a najlepiej jedne i drugie). Aby przemysł wrócił do amerykańskich miast, dał pracę, czyli zajął w ciągu dnia miliony wyborców, trzeba zmienić wiele, co zresztą nastąpi.

Nie chcę formułować efektownych tez, ale ostatnie wybory w USA prawdopodobnie definitywnie zakończyły nie tylko postzimnowojenną epokę (lata 1991–2017), lecz również amerykańską wersję czasów powojennych. Nie trzeba być nadto przenikliwym obserwatorem, żeby stwierdzić, że wszyscy obrońcy (również naszego) status quo bardzo boją się przyszłości i nie ukrywają swojego strachu. Słusznie?
W pewnym sensie tak, bo zglobalizowany politycznie i zdominowany przez Stany Zjednoczone świat nie okazał się korzystny dla tego państwa, które straciło istotną część swoich realnych aktywów, czyli przemysł. W tym świecie inni bogacili się kosztem Ameryki, tworzyli nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale również niezależne związki państw, czego najlepszym przykładem jest właśnie Unia Europejska. Ten związek państw chce uchodzić za trzeciego gospodarczego gracza w świecie (obok USA i Chin), chroni swój „wspólny rynek”, eliminując amerykańską produkcję. Czy tak wygląda sukces z perspektywy Waszyngtonu?

Minione ćwierćwiecze wykreowało przede wszystkim najważniejszego przeciwnika – światową potęgę gospodarczą – Chiny, które są już albo prawdopodobnie będą większą gospodarką od amerykańskiej. Stany Zjednoczone potrzebują rozwoju realnej gospodarki, wielkich zamówień i nowych rynków zbytu, aby zrealizować polityczne i ekonomiczne wizje nowego prezydenta.

Jest jeden kraj, który może zaoferować te możliwości, a jego interesy nie są tu przeciwstawne. Kto? Wiadomo – Rosja. Jeżeli ten kraj będzie głównym partnerem strategicznym reindustrializacji Ameryki (możliwy wariant), to my powinniśmy zacząć myśleć, jak będzie wyglądać (już wygląda?) nasz polski świat, bo jesteśmy dzieckiem innej, przemijającej już dla Ameryki epoki.

Dlaczego nic nam nie daje do myślenia fakt, że sprowadzone na nasze terytorium w ostatniej chwili obce wojska, które (jakoby) mają nas bronić przed „rosyjską agresją”, są na naszej zachodniej granicy, a dokładnie na terenach należących do 1945 roku do Wielkich Niemiec?
Sądzę, że Ameryka nie chciała w przeszłości i nie chce dziś konfliktu z Rosją, a jej bezinteresowna chęć obrony istniejącego status quo jest już tylko częścią mitu założycielskiego III RP. Pora zacząć szukać koncepcji polskiej polityki w świecie rządzonym przez Donalda Trumpa. Kluczem do zrozumienia naszej przyszłości nie może być jednak strach przed wyimaginowaną „agresją rosyjską”, której ma jakoby zapobiec (rotacyjna) obecność amerykańskiej brygady na naszych zachodnich rubieżach.
Witold Modzelewski

 

Czy czegoś nauczyły nas klęski z lat 1917 - 2017?

Utworzono: środa, 18 lipiec 2018 Anna Leszkowska

ModzelewskiDo dziś jesteśmy zaczadzeni dwudziestowieczną wizją świata, która żyje w nas, w naszym języku, wyobraźni, obawach, a przede wszystkim „praktycznie stosowanej” ideologii. Nasza polska świadomość końca drugiego dziesięciolecia nowego wieku jest paradoksalnie bliska (i zbliża się zamiast się oddalać) swojej genezie sprzed prawie stu lat. Wtedy uwierzyliśmy, że „skończyły się zabory”, a my „odzyskaliśmy niepodległość”, którą – jak wszystko, co trzeba zdobyć – można również stracić. Dziś też mówimy o „okupacji lat 1944–1989” i „odzyskaniu niepodległości”.

Nasza demokratyczna „niepodległość” z lat 1918–1939 była dość osobliwym czasem; zniszczył ją zamach stanu z 1926 roku przekształcający rodzącą się demokrację parlamentarną w sanacyjną karykaturę. Trzynastolecie rządów Piłsudskiego i jego następców skończyło się upokarzającą klęską militarną, całkowitym blamażem politycznym oszukanych dyletantów, niegodnym nawet współczucia. Później francuski sojusznik faktycznie mianował „swój” rząd emigracyjny polski, który – nim minął rok – musiał uciekać z pokonanej Francji. Polityka rządu emigracyjnego kończy się równie poniżającą klęską i „zdradą” jedynego niepokonanego przez Niemców sojusznika, który – podobnie jak Francuzi w 1939 roku – nie chciał „umierać” w naszym interesie.

Ale te dwie następujące w ciągu sześciu lat polityczne porażki stworzyły mit niepodległości, odzyskanej przez przegranych polityków, którym ktoś oszczędził dożycia swoich klęsk. Piłsudski „szczęśliwie” nie musi przegrywać w 1939 roku, a Sikorski nie pozna goryczy upadku rządu londyńskiego w 1945 roku. Mimo, że byli wręcz śmiertelnymi przeciwnikami, w latach 1945–1989 stawiani byli w jednym rzędzie mężów stanu, w dodatku symbolizujących demokratycznie legitymowane władze naszego kraju, co jest kompletnym absurdem, bo Piłsudski zdobył władzę w wyniku zamachu stanu, który obalił legalnie wybrany rząd, a Sikorski był narzucony przez Francuzów, którzy postanowili „unieważnić” powołanie następcy Mościckiego na stanowisko głowy państwa (krótka kariera w roli groteskowego prezydenta generała Wieniawy).

Czy równie „demokratycznie” wybrane władze nowego państwa polskiego, utworzonego w 1944 roku, reprezentowały państwo „niepodległe”? Zapewne nie, lecz brak owej „niepodległości” wynikał ze swoistego sposobu definiowania tego pojęcia: zgodnie z doktryną Kühlmanna, Polska jest państwem „niepodległym”, gdy jest wroga wobec Rosji lub bolszewików, a stan uzależnienia od innych państw nie ma znaczenia.

Czy rząd londyński mógł prowadzić w miarę samodzielną politykę? Dwa razy to zrobił – raz w 1943 roku (sprawa katyńska), a drugi raz w 1944 roku (w sprawie Powstania Warszawskiego), lecz w obu przypadkach dostał po łapach (boleśnie) od wielkich protektorów. W latach 1944–1989 (i później) daliśmy sobie wmówić, że zależność od Związku Sowieckiego jest dowodem „braku niepodległości”, którą później znów „odzyskaliśmy”, gdy weszliśmy w orbitę wpływów niemieckich, wspólnotowych czy amerykańskich.

Jedno jest pewne: w latach 1991–2017 byliśmy najbardziej demokratyczną wersją państwowości polskiej ostatnich stu lat, co wcale nie oznacza, że byliśmy (i jesteśmy) mniej uzależnieni od obcych państw. Tu też trochę daliśmy się w XX wieku ogłupić, bo przyjęliśmy znak równości między demokracją i niepodległością, a przecież państwa o bardzo ograniczonej suwerenności mogą być w pełni demokratyczne, gdyż… większość wyborcza w cale nie musi hołdować potrzebie uzyskania „pełnej niepodległości”.

Dziś wciąż mówimy językiem sprzed stu lat, odmieniamy – podobnie jak wtedy – słowo „niepodległość” przez wszystkie przypadki, w czym nie przeszkadza ciągła erozja naszej suwerenności w wyniku „pogłębiania integracji”, i nikomu nie przeszkadza powtarzanie tego absurdu. W niczym nie zmienił się również nasz stosunek do Rosji. Wtedy też była „śmiertelnym zagrożeniem”. Podobnie jest dziś. Także Rosja zaczyna i kończy to stulecie w podobnie słabej kondycji: wtedy przegrała z przysłanymi przez Niemców bolszewikami, których jedynym celem było jej unicestwienie, a dziś, zepchnięta do szesnastowiecznych granic, jest osamotniona i w głębokiej defensywie.
Witold Modzelewski

 

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd