Wydatek czy inwestycja?

Utworzono: wtorek, 01 lipiec 2008 Drukuj E-mail
Wydatek czy inwestycja?

Autor: Krystyna Hanyga 2008-07-01

To, co blokuje rozwój przedsiębiorstw społecznych – to relacje między władzami lokalnymi a inicjatywami społecznymi.Często inicjatywa podejmowana niezależnie od tej władzy, powoduje pojawienie się napięć.

O przedsiębiorczości społecznej i budowie nowego Liskowa z dr. Tomaszem Kaźmierczakiem, socjologiem z Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW, ekspertem Instytutu Spraw Publicznych, rozmawia Krystyna Hanyga

Polacy mają się coraz lepiej, gospodarka rozwija się, stopa życiowa wzrasta, bezrobocie maleje. Skąd więc ta niesłychana kariera, zwłaszcza medialna, ekonomii społecznej, która wydaje się być sposobem na gorsze czasy?

Ten typ aktywności, który nazywamy ekonomią społeczną, nie dotyczy wyłącznie krajów biednych czy rozwijających się. Jest obecny w najbardziej rozwiniętych krajach świata i nawet stamtąd przychodzi do nas. Swoją ekonomię społeczną mają Amerykanie, chociaż oni nie używają tego pojęcia, mają Brytyjczycy, nieco inną od kontynentalnej. W Polsce to też nie jest nic nowego; zaczęło się w XIX wieku tak jak w innych regionach Europy, od rozwoju ruchu spółdzielczego. Ruch ten w wieku w wieku XX tracił na znaczeniu; w krajach demokratycznych spółdzielnie ulegały komercjalizacji; w krajach realnego socjalizmu, jak Polska, stały się elementem nieefektywnej, bo centralnie sterowanej i poddanej biurokratycznej kontroli państwa, gospodarki. Ale gdzieś w latach 80. ub. wieku ekonomia społeczna powróciła w reakcji na nowe problemy społeczne, których nie było jak rozwiązywać przy wykorzystaniu tradycyjnego instrumentarium. O ile w XIX wieku „stara” ekonomia społeczna były pomysłem dla „klas uciśnionych” (robotników, chłopów), o tyle w tej „nowej” znalazły swój wyraz próby podejmowane przez społeczeństwo obywatelskie dla uporania się z nowym fenomenem, które zostało nazwane wykluczeniem społecznym. Do Polski „nowa” ekonomia społeczna trafiła ok. połowy lat 90. dzięki organizacjom pozarządowym, które próbowały coś robić dla ludzi wykluczonych. Oprócz działań praktycznych, zaczęły one też wywierać pewną presję na rząd, czego efektem jest właśnie ustawa o spółdzielniach socjalnych, nie najszczęśliwsza, ale to już inna sprawa. Ostatnio dużo się u nas o ekonomii społecznej mówi, zrealizowano też wiele pomysłów w tym zakresie. Wszystko to w znacznej mierze dzięki środkom Europejskiego Funduszu Społecznego, z którego po wejściu do Unii Europejskiej możemy korzystać.

Ekonomia społeczna – raczej społeczna niż ekonomia. Cele społeczne mają priorytet.

Chodzi o znalezienie takiego sposobu gospodarowania, by było jedno i drugie. To wymaga przedsiębiorczości ( pojecie przedsiębiorczości społecznej funkcjonuje jako synonim ekonomii społecznej), a przedsiębiorczość wiąże się z kreatywnością. Świetnym przykładem jest gmina Bałtów, od niedawna znana w całym kraju dzięki powstałemu tam „Parkowi Jurajskiemu”, który stał się największą atrakcją turystyczną regionu świętokrzyskiego. W ciągu paru ostatnich lat powstało tam ponad 100 nowych miejsc pracy, a jednocześnie rozwijają się inne małe biznesy, jak agroturystyka, hoteliki, restauracje. Więc są efekty gospodarcze i społeczne - jest rozwój.

Niestety, te przedsiębiorstwa społeczne są szybko rzucane na głęboką wodę i mimo trudniejszych warunków funkcjonowania muszą konkurować na rynku i podlegają tym samym, co inni, zagrożeniom. Co prawda, mają pewne ulgi, ale jest to niewystarczające i niekonsekwentne, wymaga zmian ustawowych.

Rzeczywiście przedsiębiorstwa społeczne są bardzo zróżnicowane pod względem poziomu wiedzy, umiejętności oraz, nazwijmy to, postaw życiowych pracobiorców. Mogą tutaj wchodzić w grę takie inicjatywy gospodarcze, które powstają po to, żeby dać pewien surogat aktywności zawodowej dla ludzi o trwale ograniczonej sprawności. I oczywiście takie przedsiębiorstwa nigdy nie będą miały szansy, żeby być w pełni konkurencyjne i funkcjonować na rynku. Ale są też inne przykłady, gdzie nawet przy tym „trudniejszym” pracobiorcy takie możliwości istnieją.{mospagebreak}

Czy projekt ”Budujemy nowy Lisków” został poprzedzony badaniami, rozeznaniem lokalnej sytuacji, możliwości, potrzeb? Czy z tego się wyłonił jakiś polski model ekonomii społecznej?

Nie było żadnych wcześniejszych badań. W tych czterech powiatach zawiązały się partnerstwa z zadaniem założenia przynajmniej jednego przedsiębiorstwa. Podjęte działania wynikały całkowicie z ich własnej inicjatywy. Jedyne, co było „podrzucone” z Warszawy, to animatorzy. To, że pod Nidzicą powstała Garncarska Wioska, to jest wynik aktywności pana Krzysztofa Margola i całego skupionego wokół niego środowiska. To, co zaczęto robić pod Ełkiem, w Prostkach i Golubiach, to też jest efekt tego, co wymyślili ludzie tworzący partnerstwo. Nikt niczego z zewnątrz nie narzucał, my tylko obserwowaliśmy to wszystko z boku chłodnym okiem..
Pierwotny zamysł był taki, by zobaczyć, czy da się coś zrobić w takiej społeczności, w której nic nie ma i nic się nie dzieje. To byłoby jednak zbyt duże ryzyko, musieliśmy więc znaleźć miejsca, gdzie byłyby jakieś lokalne struktury, dające szanse na zrealizowanie w relatywnie krótkim czasie zakładanego projektu. Natomiast celowy był wybór regionów: warmińsko-mazurskiego i lubelskiego, a wiec z jednej strony tzw. ziemie odzyskane, a z drugiej - tradycyjne społeczności, zasiedziałe z pokolenia na pokolenie. To ważny czynnik różnicujący.

Jednak wydaje się, że niektóre pomysły na działalność przedsiębiorstw społecznych, tych zakorzenionych w społecznościach lokalnych, zostały podsunięte bez rozeznania lokalnego rynku i możliwości zatrudnionych, a są to przecież długotrwale bezrobotni, na ogół bez kwalifikacji, wycofani, niepełnosprawni. Tymczasem powołane przedsiębiorstwo ma się zajmować np. rękodziełem artystycznym, do czego potrzebne są pewne zdolności i umiejętności.

Każdy przypadek trzeba by rozpatrywać z osobna. Niemniej jest prawdą, iż już w trakcie trwania projektu biznesplany przyszłych przedsiębiorstw ulegały w mniejszym lub większym stopniu zmianom. Na przykład w Prostkach pomysł z szyciem zabawek pojawił się niemal w ostatniej chwili; w efekcie nie było czasu na wcześniejsze przyuczenie zatrudnionych tam pań do szycia. Problem przedsiębiorstwa w Prostkach polega teraz nie na tym, że brak zamówień, ale że wydajność pracy jest zbyt niska. Można wiec powiedzieć, że rzeczywiście nie wszystko zostało wcześniej przemyślane. Ale też, z drugiej strony, w tychże Prostkach, i w ogóle w Ełckiem, jest jakaś odwaga działania. Tam właśnie, moim zdaniem, udało się wywołać największy efekt synergii – zakres zmian wydaje się być większy niż można było się tego spodziewać. W innych miejscach nie jest on tak duży. Dodajmy, ze w Prostkach planowane są dalsze przedsięwzięcia aktywizujące ich mieszkańców; w starej szkole, którą zajmuje spółdzielnia, ma powstać klub integracji społecznej, kawiarenka, hotelik na ostatnim piętrze.

Bardzo prężne wydało mi się przedsiębiorstwo społeczne Garncarska Wioska w Kamionce koło Nidzicy, reklamujące się mazurskim weselem jako regionalną atrakcją turystyczną. Mają wiele ciekawych pomysłów, tylko czy zostaną one zrealizowane?

Jestem optymistą, uważam, że to naprawdę nie ma znaczenia, czy w Garncarskiej Wiosce zrealizują wszystkie plany, byle się rozwijali, byle na wesela mazurskie przyjeżdżali ludzie. Tam jest świetny pomysł klastra, czyli włączenia innych przedsiębiorców czy organizacji społecznych do działania pod wspólną marką Garncarskiej Wioski.{mospagebreak}

Czy spółdzielnie socjalne, zatrudniające ludzi, którzy nie daliby sobie rady w normalnych przedsiębiorstwach, mogą być w ogóle konkurencyjne na rynku?

To jest problem. Ustawa o spółdzielniach socjalnych jest w Polsce mniej korzystna niż np. we Włoszech. Jeśli spółdzielnie takie mają u nas przetrwać, trzeba zmienić tę ustawę. We Włoszech wśród pracowników spółdzielni osób „trudno zatrudnialnych” nie może być mniej niż 30%, w Polsce – mniej niż 80%. Poza tym we Włoszech sytuacja jest o tyle korzystniejsza, że działają one w sieci powiązań spółdzielczych. Sieć ta daje wsparcie, na które nowopowstająca spółdzielnia może liczyć; u nas podobnie działa „ koncern” Fundacji Barka w Poznaniu. Rzecz jasna, mając wsparcie i „lepszych” pracowników włoskim spółdzielniom łatwiej przetrwać niż polskim.

Co jest najważniejsze w naszym nowym modelu ekonomii społecznej? Co trzeba zmienić?

Jest raport przygotowany dla Komisji Europejskiej o stanie ekonomii społecznej w krajach Unii. Tam sformułowano stanowisko, że w Europie, generalnie rzecz biorąc, przedsiębiorstwa społeczne sprawdzają się w 2 obszarach. Jeden to reintegracja zawodowa, a drugi to rozwój lokalny. I to samo można powiedzieć o Polsce: z jednej strony rzeczywiście reintegracja, czyli szukanie możliwości pełnego, bądź częściowego, zatrudnienia dla tych, którzy mają trudności z wejściem na rynek pracy. I drugi obszar to jest aktywizacja ubogich obszarów wiejskich.
To zaś, co blokuje rozwój przedsiębiorstw społecznych – i co w związku z tym wymaga zmiany – to relacje między władzami lokalnymi a inicjatywami społecznymi. Badania pokazują, iż często inicjatywa podejmowana niezależnie od tej władzy, powoduje pojawienie się mniejszych lub większych napięć. Jest wiec pewnym problemem dogadanie się władzy lokalnej i aktywizujących się członków lokalnych społeczności. Źródeł tych napięć upatrywałbym w polskim modelu samorządu.

Te przedsięwzięcia, realizowane w programie „Budujemy nowy Lisków”, są niesłychanie kosztowne. Powiększają je takie pomysły, jak na przykład remont prywatnego pałacyku i wynajmowanie go przez zatrudniającą kilka osób spółdzielnię socjalną w Golubiach. Czy koszty reintegracji zawodowej w tak małej skali nie są za duże?

To zależy, na ile te środki okażą się środkami zainwestowanymi. Czas pokaże, czy pieniądze, które dostaliśmy z Unii Europejskiej, zostały tak wykorzystane, że będzie z nich pożytek w przyszłości, że, innymi słowy, takie Prostki, Golubia, Garncarskie Wioski i inne wsie/obszary wejdą na ścieżkę rozwoju, i że udało się wypracować jakiś know-how, zdobyć doświadczenia, które można będzie stosować gdzie indziej. Jeśli tak się stanie, wówczas poniesione wydatki nie będą zmarnowanymi pieniędzmi, nawet jeśli obecnie rachunkiem czysto ekonomicznym nie da się ich do końca uzasadnić.
Z pewnością przedsiębiorstwa społeczne to nie jest pomysł na to, żeby rozwinąć gospodarkę narodową, ale jest to pomysł, by wzmacniać potencjał lokalnych społeczności. Trzeba bowiem pamiętać, że ich znaczenie staje się tym większe, im więcej globalizacji. W zglobalizowanej gospodarce z wędrującym swobodnie kapitałem mają szanse te społeczności, których potencjał jest dostatecznie silny; dzięki niemu nawet w niekorzystnych sytuacjach będą one w stanie dać sobie radę, będą umieć się przystosować. Jest takie doświadczenie z walońskiej części Belgii, gdzie niegdyś kwitł przemysł górniczy. Kiedy pozamykano kopalnie - nastąpił kryzys. W jednym z miast „wielki biznes” uruchomił nową fabrykę, która dała ludziom pracę. Jednak po kilku latach powędrował on dalej, być może do Polski czy na Ukrainę, tam, gdzie koszty pracy były niższe, i znowu wszystko upadło. Rzecz w tym, że w mieście tym inicjatywa gospodarcza nie pociągnęła za sobą rzeczywistej zmiany właśnie na poziomie potencjału, a potencjał to są zasoby organizacyjne, kapitał ludzki ludzi tam mieszkających, to jest też kapitał społeczny. Otóż gdyby w tym mieście pojawienie się owego zakładu wiązało się także z podniesieniem poziomu sprawności działania całej społeczności, jego odejście nie byłoby takim ciosem. Przykład Coventry, dawnej stolicy brytyjskiego przemysłu motoryzacyjnego. W tej chwili nie ma tam już żadnej fabryki, która miałaby coś wspólnego z samochodami, ale miasto funkcjonuje dlatego, że potrafiono znaleźć nowe formy aktywności gospodarczej. To jest właśnie znaczenie tego potencjału.{mospagebreak}

Wracając do przedsiębiorstw społecznych i związanych z nimi oczekiwań. To nie jest też sposób na bezrobocie. Raczej na rozładowanie napięć społecznych. A może należy spojrzeć na to zjawisko jako na fragment polityki społecznej, której praktycznie w Polsce nie ma?

Dla polityki społecznej problemem nr 1 jest niski poziom aktywności zawodowej. I akurat ekonomia społeczna to jest pomysł na to, żeby wprowadzać na rynek pracy nie tyle tych rzeczywistych czy fasadowych bezrobotnych zarejestrowanych w biurach pracy, ale wciągnąć na rynek pracy tych, którzy do tej pory byli nieaktywni.

Z tym różnie bywa - nie chcą, nie mogą, nie potrafią…

Jeśli nie chcą, to można im pomóc w tym, żeby chcieli. To jest często kwestia przełamania psychologicznych barier, które ludzie mają w sobie. Nie potrafią – można nauczyć, a nie są w stanie – to jest kwestia odpowiednich źródeł finansowania, form doradztwa, wsparcia. Na te wszystkie trzy kwestie polityka społeczna może zareagować, pod warunkiem, że rzeczywiście się zmieni. Ważna jest tu przede wszystkim zmiana systemu pomocy społecznej, której, moim zdaniem, politycy kompletnie nie rozumieją. Dla nich pomoc społeczna, często zresztą utożsamiana z polityką społeczną, to jest kłopotliwy wydatek. A przecież można, a nawet trzeba, patrzeć na nią jak na inwestycję.
Człowiek zawsze wybiera racjonalnie - jeśli bardziej opłaca mu się nie pracować, to nie będzie pracował. To jest przykład niepełnosprawnych, których część by chętnie poszła do pracy, ale przepis jest taki, że jeśli zacznie się pracować, to traci się prawo do renty. Nie są pewni, czy się utrzymają, w związku z tym bardziej racjonalna dla nich jest pewna, choć marna, renta i siedzenie w domu niż zaryzykowanie wejścia na rynek pracy. To jest właśnie przykład takiego przepisu, który dezaktywizuje i marginalizuje ludzi. W tej sferze jest potrzebne zupełnie nowe myślenie.

Właśnie takie zbliżone do idei przedsiębiorczości społecznej?

Myślę, że nie ma innego wyjścia. W żadnej mierze nie oznacza to zepchnięcia na margines problemów ludzi, którzy nie mogą pracować. O nich trzeba zadbać. Zresztą znaczna część tych, którzy do tej pory nic nie robią, mogłaby np. zająć się tymi, którzy rzeczywiście nie mogą pracować, to jest całą sferą opieki. Starzejemy się, w starszej populacji zawsze będzie wyższy odsetek osób, których sprawność jest ograniczona, zatem potrzebni są ci, którzy będą się nimi opiekować.
To jest właśnie przykład miejsca ekonomii społecznej w polityce społecznej. Myślę, że błąd polega na tym, że gdzieś tam stawia się znak równości: ekonomia społeczna – spółdzielnia socjalna, a w tej spółdzielni socjalnej więźniowie, alkoholicy itd. Też, ale nie tylko. Wracam do włoskich spółdzielni socjalnych typu A, czyli takich, które dostarczają usługi np. opiekuńcze. Tu powstaje pewien rynek pracy. Teraz można stworzyć typ A+B i świadczyć usługi opiekuńcze zatrudniając osoby, które do tej pory nie pracowały, wcześniej oczywiście je ucząc, przygotowując. Tutaj jest pewna komplementarność myślenia, u nas tego brak.

Ekonomia społeczna, Pana zdaniem, ma dobre perspektywy?

Takie jest też myślenie w Komisji Europejskiej i w wielu krajach i to takich, które najlepiej dają sobie radę, np. w tym kierunku idą Skandynawowie.

Dziękuję za rozmowę.


Ekonomia społeczna jest szczególnym segmentem gospodarki. Lokuje się na pograniczu gospodarki i działalności społecznej. Najważniejszym jej celem jest harmonijny rozwój społeczności lokalnych, wzrost gospodarczy miejscowości, poprawa warunków życia mieszkańców. Ekonomia społeczna opiera się na takich wartościach, jak wzajemna pomoc, zaufanie między ludźmi, solidarność społeczna.
Przedsiębiorstwa społeczne nie są nastawione na zysk, działają jednak w warunkach rynkowych i są obciążone ryzykiem gospodarczym. Wypracowane środki przeznaczają na cele społeczne i potrzeby społeczności lokalnych. Mają służyć reintegracji zawodowej i społecznej długotrwale bezrobotnych, marginalizowanych, niepełnosprawnych, niezaradnych, ludzi, którzy nie mają szansy na zatrudnienie na otwartym rynku pracy. Są zakładane i prowadzone przez grupy obywateli w regionach ubogich i o wysokim bezrobociu, aktywizują społeczności lokalne i podnoszą kapitał społeczny.


W stronę polskiego modelu gospodarki społecznej – budujemy nowy Lisków – to projekt realizowany w ramach Inicjatywy Wspólnotowej EQUAL, przygotowany przez Instytut Spraw Publicznych oraz Stowarzyszenie Akademia Rozwoju Filantropii w Polsce i Wspólnotę Roboczą Związków Organizacji Socjalnych WRZOS. Celem projektu jest utworzenie przedsiębiorstw społecznych zakorzenionych w społecznościach lokalnych. Zadanie to realizują 4 Partnerstwa Lokalne, złożone z instytucji publicznych (takich jak starostwo powiatowe, urzędy gminne, urzędy pracy, ośrodki pomocy społecznej), lokalnego biznesu i organizacji pozarządowych. Dotychczas zorganizowano 7 przedsiębiorstw społecznych o różnym profilu (rękodzieło artystyczne, usługi turystyczne, stolarstwo, sprzątanie) i różnej formule prawnej. Projekt, mający charakter eksperymentu społecznego, jest realizowany w czterech powiatach woj. warmińsko-mazurskiego i lubelskiego.



Odświeżanie tradycji: Symbolem nowej polskiej ekonomii społecznej jest Lisków, biedna, zacofana wieś koło Kalisza, która na początku XX w. stała się wzorem gospodarczego i społecznego sukcesu. Animatorem zmian był przysłany z Warszawy młody proboszcz, ks. Wacław Bliziński, który wykazał ogromne zdolności organizacyjne i przywódcze, zdobył autorytet wśród miejscowej ludności. Przy aktywnym współudziale mieszkańców Liskowa utworzone zostały spółdzielnie, mleczarnie, kasy pożyczkowe, a równocześnie organizowano rozmaite kursy dla mężczyzn i kobiet, szkoły, aż po seminarium nauczycielskie, opiekę zdrowotną, stowarzyszenia, Dom Ludowy, a nawet – wydawano lokalne pismo. Dzięki obdarzonemu charyzmą ks. Blizińskiemu, mobilizacji społecznej, zbudowaniu kapitału społecznego Lisków stał się przykładem harmonijnego rozwoju, ośrodkiem silnym gospodarczo, z rozwiniętą oświatą i kulturą, zaspokojonymi potrzebami społecznymi.

Odsłony: 3645
Our website is protected by DMC Firewall!