Nauka i sztuka (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 471
Do 7.06.26 w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w Warszawie czynna jest wystawa prac Barbary Kasten – Postabstrakcja.
"Barbara Kasten. Postabstrakcja" to pierwsza tak obszerna wystawa twórczości amerykańskiej artystki w tej części Europy — a zarazem powrót do miejsca, które przed laty pomogło ukształtować jej artystyczny język. Przekrojową prezentację 100 prac Barbary Kasten w różnych mediach – fotografii, rzeźbie i instalacji – uzupełnia interwencja artystki w przestrzeni klatki schodowej Zachęty.
Wystawa przypomina o ważnym etapie w biografii artystki związanym z Polską. Na początku lat siedemdziesiątych Kasten, jako stypendystka programu Fulbright-Hays, pracowała z rzeźbiarką Magdaleną Abakanowicz w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie Uniwersytet Artystyczny) w Poznaniu.
Zafascynowana polską szkołą tkaniny artystycznej — traktującej włókno jak medium rzeźbiarskie — stworzyła tu serię rzeźb z sizalu. Prace trafiły następnie do Warszawy na indywidualną prezentację w Galerii Rzeźby.
Choć były to jej ostatnie realizacje rzeźbiarskie, doświadczenie pracy w Polsce okazało się przełomowe. Umocniło podejście, które do dziś definiuje twórczość artystki: obraz jako budowanie relacji między obiektem, przestrzenią i światłem.
Ekspozycja w Zachęcie pokazuje, jak to myślenie rozwija się od wczesnych eksperymentów w latach siedemdziesiątych po prace współczesne.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych artystka zaczęła eksperymentować z fotografią – od fotogramów i cyjanotypii po inscenizowane Polaroidy. Kasten nie fotografuje zastanej rzeczywistości.
Tematem jej prac nie jest obiekt — studyjny czy architektoniczny — lecz relacje między jego elementami: sposób, w jaki światło, często nasycone kolorem, załamuje się i przekształca przestrzeń. W studiu i w plenerze buduje własne układy z luster, stalowych prętów, siatek, filtrów barwnych i prostych brył geometrycznych. Za pomocą światła i odbić konstruuje obrazy bez ingerencji cyfrowej.
Tytuł Postabstrakcja odnosi się do dialogu, jaki Kasten prowadzi z historią awangardy, konstruktywizmem oraz modernistyczną i postmodernistyczną architekturą. Artystka nie powtarza języka abstrakcji — raczej go przepisuje, testuje i konfrontuje z doświadczeniem patrzenia. Interesuje ją, jak geometryczne formy i świetlne konstrukcje działają dziś: w konkretnych wnętrzach, w relacji do otoczenia i publiczności.
Wystawa w Zachęcie nie ma układu chronologicznego. Proponuje poruszanie się między zagadnieniami: rzeźbą jako punktem wyjścia, fotografią jako polem eksperymentu, architekturą jako sceną dla światła oraz przestrzenią jako medium samym w sobie.
Zgromadzone na ekspozycji prace ukazują Barbarę Kasten konsekwentnie badającą światło, kolor, strukturę i relacje między elementami obrazu.
Postabstrakcja jest przeglądem sześciu dekad pracy artystki i zaproszeniem do świadomego patrzenia — do doświadczania przestrzeni, w której światło staje się tworzywem, a widz częścią kompozycji.
Kuratorka: Agnieszka Pindera
Barbara Kasten urodziła się w 1936 roku w Chicago. Studiowała malarstwo na University of Arizona i projektowanie rzeźbiarskich form z tkaniny w California College of Arts and Crafts w Oakland. Jej mentorką była Trude Guermonprez, której metoda nauczania wywodziła się z Bauhausu. W latach 1971–1972, jako stypendystka programu Fulbright-Hays, odbyła staż w pracowni rzeźbiarki Magdaleny Abakanowicz w PWSSP w Poznaniu.
W 1982 roku w ramach artystycznej wymiany między Polską a Stanami Zjednoczonymi przekazała do Muzeum Sztuki w Łodzi fotografię Konstrukt PC/4B (1981). Jej prace znajdują się w kolekcjach wielu muzeów na świecie, m.in. Museum of Modern Art (MoMA) i Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku, Tate Modern w Londynie oraz Musée National d’Art Moderne i Centre Pompidou w Paryżu.
Za: https://zacheta.art.pl/pl/wystawy/barbara-kasten-postabstrakcja
- Szczegóły
- Autor: ANNA LESZKOWSKA
- Odsłon: 3307
Wystawa zaproponowana przez Narodowe Muzeum Historii i Sztuki z Luksemburga ukazuje niezwykle ciekawy, choć pozostający nieco na uboczu fragment historii japońskiej kultury i sztuki. Jest jednak wydarzeniem wyjątkowym - nie tylko w zakresie wystawiennictwa w Polsce, ale również w skali Europy i świata. Drzeworyty tworzone w Edo (dziś Tokio) są od końca XIX wieku niezwykle popularne na całym świecie, ale drzeworyty, które powstawały w tym samym czasie w drugim ośrodku kulturalnym dawnej Japonii: Kioto-Osaka (tzw. region Kamigata) − zwane Kamigata-e lub Osaka-e − znane są i cenione tylko przez nielicznych.
Nieliczne też studia naukowe zajmują się tym gatunkiem i niestety, nieliczne dotąd wystawy w muzeach o światowej renomie (Filadelfia, Londyn, Osaka) prezentowały ten interesujący odłam japońskiego tradycyjnego drzeworytu.
Na wystawie pokazano 313 drzeworytów autorstwa około 200 twórców, z kilku prywatnych kolekcji w Europie. Ukazują one wszystkie aspekty i kierunki japońskiego tradycyjnego drzeworytu barwnego, jakim były „obrazki z Kamigaty” czyli Kamigata-e lub Osaka-e, czyli tworzone nie w mieście Edo, lecz innym bardzo ważnym ośrodku kulturalnym w dawnej Japonii − w rejonie Kioto i Osaki.
Tematem drzeworytów z tego regionu w przeważającej mierze byli aktorzy teatru kabuki, ukazywani przez profesjonalnych artystów i twórców-amatorów o wybitnych zdolnościach z tego regionu w sposób nieco bardziej realistyczny niż to miało miejsce w Edo. Drzeworyty, prezentując aktorów na scenie w ich rolach, kostiumach i makijażu, w garderobie i w życiu prywatnym stały się z kolei formą zapisu historii teatru kabuki.
Malarze i twórcy drzeworytów sławili aktorów w drzeworytach, malowidłach i książkach ilustrowanych. Ich twórczość i nowe, specyficzne relacje społeczne, jakie wytworzyły się między wszystkimi artystami, a także odbiorcami sztuki, sprzyjały powstaniu wokół teatru bogatej i barwnej kultury, w której najważniejszym kryterium uczestnictwa było umiłowanie wartości artystycznych. W Osace rozkwit tej kultury przypadł na lata 1780−1830. Owe rozmaite kierunki i aspekty kulturowe prezentują drzeworyty z Kamigaty. Więcej - http://manggha.pl/wydarzenia/kamigata
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 938
W Muzeum Sztuki MS1 w Łodzi do 24.11.24 będzie można oglądać wystawę prac Beaty Bols zatytułowaną "Sztuka i ewakuacja”.
Wystawa stanowi szeroką prezentację prac malarskich i fotografii cyfrowej Beaty Bols powstałych w ostatniej dekadzie.
Udostępnione na ekspozycji trzydzieści pięć obrazów akrylowych to kwintesencja poszukiwań malarskich artystki. Niemal monochromatyczne i abstrakcyjne, noszą wprawdzie wieloznaczne tytuły sugerujące odniesienia do rzeczywistości lub przywołują metaforyczne interpretacje, są jednak przede wszystkim efektem pracy z widzeniem i formą.
To, co maluje Beata Bols, to na pozór dalekie echo abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Widać pociągnięcia farby, efekty jej skapywania, nawarstwiania się. Widać twardość użytych narzędzi, mechaniczność szablonów. Zarazem jednak nie jest to malarstwo mięśni i gestu, rzekome efekty przypadkowości są pozornie przypadkowe. Przede wszystkim ujawnia się tu słynne oko na końcu pędzla, o którym pisał Władysław Strzemiński. Formy narastają i stają się intencjonalne. Temu, co widać, można nadać tytuł nasuwający różne skojarzenia, ale to nadal przede wszystkim kształty wizualne, barwa i jej brak, światło i ciemność, bez próby manipulacji intelektualnej – jak pisze autorka.
Ową pracę oka widać jeszcze wyraźniej w seriach fotografii cyfrowej. Beata Bols wykonuje swoje zdjęcia przede wszystkim w mieście. Cały czas. Przemieszczając się, podróżując, spacerując, wyglądając przez okna budynków, pojazdów, jadąc windą, idąc po schodach, odpoczywając. Niektóre fotografie są fragmentaryczne, jakby przypadkowe, niedokończone lub nieostre. We współczesnym świecie, kiedy wiele osób dokumentuje swoje życie na tysiąc sposobów w mediach społecznościowych, wydaje się to działaniem powszechnym.
Jednak aparat w rękach Beaty Bols przede wszystkim rejestruje, a to, co jego mechaniczne oko widzi, artystka poddaje zwielokrotnieniu, powtórzeniu, wyabstrahowaniu, czasem powiększeniu lub zbliżeniu.
Wypełnieniem powstałych kompozycji mogą być wizerunki tego, co było dostępne w rzeczywistości, na przykład architektura lub ludzie, choć stają się jedynie kształtem i barwą. Kolaże to pozbawione usilnej estetyzacji efekty owych działań. To surowe połączenia obrazów, impresje zamieniające się w kompozycje geometryczne, czasami wręcz rodzaj fotografii konceptualnej. Na podobnej zasadzie artystka tworzy serie selfie i kolaże z nich.
Beata Bols (primo voto Olszewska), artystka związana z Wrocławiem, po ukończeniu tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych przez wiele lat działała w obszarze filmu jako szeroko doceniany kostiumograf. Od połowy lat 80. i w latach 90. ubiegłego stulecia był to jej główny sposób wypowiedzi artystycznej, przeplatany rzadko performansem, tworzeniem instalacji, obiektów i malarstwa, między innymi w ramach działań w Galerii Szalona Masarnia. Powrót do sztuk plastycznych nastąpił w jej twórczości na dobre dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Od końca drugiej dekady w obszarze jej zainteresowania pojawiła się też fotografia i grafika cyfrowa. I to one wraz z malarstwem zaczęły stopiono dominować w twórczości artystki w ostatnim czasie.
To, co robi Beata Bols, pokazuje, że można być artystą nowoczesnym i z powodzeniem realizować się zarówno w działaniach perfomatywnych i efemerycznych, jak i w malarstwie lub fotografii cyfrowej. I to malarstwie abstrakcyjnym, wynikającym z gestu i pracy z formą, jej przeżyciem, a także w fotografii, która jeszcze bardziej umożliwia skupienie się na samej wizualności, będącej istotą sztuk plastycznych. Pokazuje, że w sztuce ciągle ważna jest indywidualna wrażliwość wizualna i próba jej przełożenia dostępnymi środkami na konkretne realizacje.
Na tle widocznego w twórczości wielu młodych artystów boomu na wątki surrealne, niekiedy hiperrealizm, ale też na sztukę krytyczną, uwikłaną społecznie, ten zwrot ku obrazowi i widzeniu wydaje się zaskakująco świeży i niepokorny. Artystka znajduje się w takim momencie swojej drogi twórczej, że czuje się wolna od zewnętrznych ograniczeń i swobodna w wypowiedzi. Sztuka to życiowa potrzeba wypowiedzi twórczej, ewakuacja może być skrytym wycofywaniem się z tego, co w niej niepotrzebne.
Paulina Kurc -Maj
Za: https://msl.org.pl/beata-bols-sztuka-i-ewakuacja
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3507
Zjawisko jest widoczne od dawna – także w środowisku naukowym. Oto na przeróżne imprezy, np. wręczanie nagród odbywające się w Sali Balowej Zamku Królewskiego czy w Auli Politechniki Warszawskiej, inauguracje roku akademickiego na uczelniach, koncerty, itp. podniosłych uroczystościach, na sale wkraczają młodzi goście z ... progeniturą w pieluchach, wózkach, ew. na niepewnych jeszcze dwóch nogach.
Jeszcze w latach 90. takie obrazki można było oglądać sporadycznie, np. w CSW w Zamku Ujazdowskim, ale były to 2-3 matki w wieku bliższym siusiu majtkowemu, więc traktowane były jako wybryk natury. Kiedy jednak okazało się, że i na spektakl operowy, czy na reprezentacyjne salony państwa można wejść z oseskiem robiącym w pieluchy i drącym się wniebogłosy, sprawa nabrała innego wymiaru.
To już nie pojedyncze wybryki, ale styl młodego pokolenia, zorientowanego na własne przyjemności (potrzebami malucha nikt się nie przejmuje), które nie dorosło ani do posiadania, ani wychowywania dzieci. Dzieci po prostu nie powinny przeszkadzać rodzicom w spełnianiu własnych pragnień, realizacji wytyczonych celów.
Co ciekawe, ludzie, od których zależy, czy te robiące w majtki dzieci mogą przebywać na sali teatralnej (sama byłam świadkiem karmienia piersią - podczas spektaklu - ryczącego oseska na widowni Teatru Wielkiego – Opery Narodowej), balowej, czy jakiejkolwiek innej – chowają głowę w piasek, udając, że nie widzą problemu.(Ci sami ludzie stawiają jednak wymagania uczestnikom różnych uroczystości, np. co do obowiązującego stroju...).
A to są przecież rodzice i dziadkowie owych młodych, którzy nie zauważają różnic w potrzebach między dzieckiem a dorosłym, przestrzenią prywatną a publiczną, sacrum a profanum. Zatem niedaleko pada jabłko od jabłoni...
Zdumiewa więc, że tę belkę w swoim oku dostrzegła przedstawicielka właśnie młodego pokolenia, Katarzyna Rosłaniec (autorka także słynnych Galerianek) i pokazała go w filmie Bejbi blues. Film jest portretem – z lekka przerysowanym, ale oddającym zasadniczo charakter i styl życia - generacji epoki cyfrowej (młodych Polaków, a pewnie nie tylko), Internetu i jego możliwości (Facebook, chaty, blogi), telefonii komórkowej, itp. wyjaławiających intelektualnie zabawek technologicznych, które zmieniają całe społeczeństwa.
Bejbi blues to opowieść wcale nie tak znów wydumana: 17-letnia Natalia (Magdalena Berus) urodziła dziecko. Ale to wcale nie była „wpadka”. Natalia ciążę zaplanowała. Razem ze swoim chłopakiem Kubą (Nikodem Rozbicki) próbują podołać obowiązkom rodziców, choć sami są dziećmi, w dodatku całkowicie uzależnionymi materialnie od swoich rodziców.
Natalia chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Ale dlaczego tak naprawdę zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania. Kiedyś tę rolę spełniał pies,chomik, dzisiaj jest dziecko...
Ale to tylko jeden z problemów, jakie porusza reżyserka. Jest też sprawa pokolenia ich rodziców – równie mało dojrzałych jak ich nastoletnie dzieci. I za młodych, żeby chcieć i móc zajmować się wnukami. Jest też sprawa obecności mężczyzny w związku i jego roli – wzorca przenoszonego na następne pokolenie. Jest sprawa popkultury i bezrobocia, stosunków społecznych (acz ledwie zarysowanych, niemniej dla wyczulonych w tym względzie – aż nadto czytelnych). Ale przede wszystkim film pokazuje narastający problem wielkiej samotności (to dotyczy obu pokoleń) i jałowości, miałkości kontaktów międzyludzkich.
To film gęsty od problemów, jakie przynosi cywilizacja cyfrowa, w dodatku w takim kraju jak Polska. Co ciekawe, nie ma w tym portrecie miejsca na edukację i naukę. Młodej matce, zdaje się, nie jest potrzebna nawet matura,a młody ojciec ją zdaje chyba tylko wskutek nacisku rodziców. Według Rosłaniec, ta ścieżka rozwoju wypada w obecnym pokoleniu, gdzie liczą się celebryci, kasa, narkotyki i seks jako akt fizjologiczny.
Ten portret pokolenia kreślony jest grubą kreską, dotyczy marginesu młodzieży, środowiska bliższego patologii społecznej i z pewnością nie jest reprezentatywny dla większości młodych (zwłaszcza żyjących poza wielkimi aglomeracjami). Ale pokazując takie zjawiska, środowiska, zachowania, reżyserka zwraca uwagę na istniejące (a może nieuniknione) trendy społeczne i problemy, z jakimi już teraz musi się zmierzyć nie tylko pokolenie dwudziestolatków, ale i pokolenie ich rodziców, którzy chyba coś przegapili w wychowaniu swoich dzieci. Nikt ich w tym nie wyręczy.
Anna Leszkowska
Bejbi blues – obsada:
Natalia – Magdalena Berus
Martyna – Klaudia Bułka
Kuba – Nikodem Rozbicki
Ernest – Michał Trzeciakowski
Seba – Mateusz Kościukiewicz
Matka Natalii – Magdalena Boczarska
Dorota – Renata Dancewicz
Matka Kuby – Danuta Stenka
Ojciec Kuby – Jan Frycz
Sąsiadka – Katarzyna Figura
Magda – Dagmara Krasowska
Reżyseria i scenariusz: Kasia Rosłaniec

