Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1095
Istnieje wiele oficjalnych i nieoficjalnych, akademickich i pozaakademickich podejść oraz formalnych/nieformalnych definicji polityki i jej funkcjonowania w społeczeństwie. Jednakże jako najbardziej uniwersalną koncepcję przyjmuje się, że polityka to po prostu zdolność kierowania i administrowania państwem (w starożytnej grece – polis lub państwo-miasto) lub innymi organizacjami politycznymi (takimi jak wielostronne, międzynarodowe, ponadnarodowe itp.). W istocie administrowanie państwem lub innymi podmiotami politycznymi jest sprawą sztuki.
Państwo można zdefiniować jako stowarzyszenie polityczne, które ustanawia autonomiczną/suwerenną jurysdykcję w określonych granicach terytorialnych. Ponadto suwerenność to praktyka wyższej władzy politycznej, która jest odzwierciedlana przez państwo jako jedynego i nadrzędnego twórcę praw oraz władzę chroniącą je w granicach państwa (rzeczywistych lub wyobrażalnych).
W praktyce wyróżnia się dwa rodzaje suwerenności państwa: zewnętrzną i wewnętrzną.
Suwerenność zewnętrzna (polityczna) uwzględnia zdolność państwa do działania jako niezależny aktor w stosunkach międzynarodowych. Jednak w praktyce oznacza to dwa kluczowe punkty:
1) że państwa muszą być z różnych punktów widzenia (lub przynajmniej prawnych) równe w stosunkach ze sobą; I
2) że integralność terytorialna, a następnie niezależność polityczna państwa jest nienaruszalna.
Suwerenność wewnętrzna (polityczna) państwa odnosi się natomiast do terytorium znajdującego się w granicach państwa sprawowanego przez najwyższą władzę polityczną (rząd, w praktyce wspierany przez uzbrojone siły bezpieczeństwa).
Wreszcie polityka jest ściśle powiązana z koncepcją władzy, która jest zdolnością wpływania na politykę innych, zasadniczo w oparciu o wymagane obowiązki i posłuszeństwo.
Niemniej jednak, jak można się spodziewać, rozumienie, a zwłaszcza niektóre oficjalne definicje polityki, są historycznie rzecz biorąc kwestią bardzo wysoko, a nawet zasadniczo sporną. W praktyce istnieje duża rozbieżność zdań co do bardzo praktycznych kwestii, które aspekty życia społecznego i środowiska ludzkiego można zastosować w sztuce politycznej.
Według jednego z podejść, człowiek jest polityczny z urodzenia, co w praktyce oznacza po prostu, że podstawowa istota życia politycznego będzie upatrywana w każdej relacji międzyludzkiej, w tym na przykład w relacjach płci (mężczyzna/kobieta). Jednakże w powszechnym użyciu na całym świecie (ale szczególnie na Zachodzie) projektuje się ograniczone ramy dla polityki.
Mówiąc najprościej, należy rozumieć, że polityka funkcjonuje wyłącznie na szczeblu rządowym, zajmując się sprawami państwa. Ponadto w społeczeństwach zachodnich polityka musi obejmować rywalizację między partiami politycznymi, po której następują wielopartyjne wybory na różne poziomy władzy. Ogólnie rzecz biorąc, polityka jako zjawisko społeczno-historyczne jest niezwykle ograniczona zarówno w przestrzeni, jak i w czasie.
Tradycyjne rozumienie fenomenu polityki było takie, że jest to „sztuka i nauka rządzenia” lub „zarządzanie sprawami państwa” . Jednak w tym przypadku problem praktyczny pozostaje nadal nierozwiązany: nigdy nie osiągnięto wspólnego porozumienia co do zakresu działań i szczebli zarządzania państwem, za które odpowiada rząd. Oto niektóre z kluczowych pytań:
1) czy władza ogranicza się wyłącznie do spraw państwowych?
2) czy władza ma prawo ingerować w sprawy Kościoła, społeczności lokalnej, rodziny?
3) Czy rząd ma miejsce w gospodarce (liberalnej)?, itp.
Historycznie rzecz biorąc, filozofowie nauk politycznych zajmowali się dwoma kluczowymi pytaniami odnoszącymi się do zjawiska polityki:
1) czy inne stworzenia poza ludźmi uprawiają politykę?
2) czy możliwe jest istnienie społeczeństwa bez polityki?
Część z nich twierdziła, że inne stworzenia (np. pszczoły) mają politykę i że jakiś rodzaj społeczeństwa, przynajmniej teoretycznie, (jak Utopia) może istnieć bez polityki.
Niemniej jednak w praktyce politykę stosuje się wyłącznie do istot ludzkich; innymi słowy, do tych istot, które potrafią komunikować się symbolicznie i w rezultacie formułować oświadczenia, akceptować pewne zasady, kłócić się, a w końcu nie zgadzać.
Na przykład, polityka ma miejsce w przypadkach, gdy istoty ludzkie spierają się o pewne praktyczne kwestie w swoich społeczeństwach i mają pewne procedury umożliwiające rozwiązanie problemu w celu znalezienia wspólnego porozumienia akceptowalnego przynajmniej przez większość arytmetyczną (demokracja), ale nie jest to konieczne.
W zachodniej (liberalno-demokratycznej) koncepcji polityki nie ma (realnej) polityki w przypadkach, gdy istnieje monolityczna i całkowita zgoda co do praw i obowiązków w społeczeństwie (np. w jednopartyjnym systemie dyktatorsko-totalitarnym).
Jednak z najszerszego punktu widzenia polityka odnosi się do pewnych działań wykorzystywanych przez ludzi do tworzenia, obrony i zmiany zasad na różnych poziomach, na których żyją.
Polityka była przez cały czas ściśle powiązana zarówno z konfliktami i współpracą, jak i porozumieniami i nieporozumieniami.
Z jednego punktu widzenia mamy do czynienia z praktyką przedstawiania przeciwstawnych argumentów, przeciwnych życzeń dotyczących rozwiązania problemu, konkurowania ze sobą pragnieniami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi itp. oraz pokonywania interesów innych. W tym przypadku nie ma zgody co do zasad, według których żyją ludzie w określonych społeczeństwach. Jednak w wielu praktycznych przypadkach, w celu wywarcia wpływu na takie zasady (prawo) lub wymuszenia ich praktycznego wdrożenia, ludzie mogą współpracować z innymi ludźmi.
Niemniej jednak polityka w istocie jest zjawiskiem niezwykle spornym, ponieważ historycznie była rozumiana jako sztuka rządu/państwa, w większości ogólnych punktów widzenia jako sprawy publiczne, jako pokojowe rozwiązywanie różnych sporów i wreszcie jako władza i podział różnego rodzaju zasobów. Wreszcie państwowość (polityczne zarządzanie państwem) można zdefiniować jako sztukę prowadzenia spraw publicznych i polityki zagranicznej w celu realizacji interesu narodowego: celów polityki zagranicznej państwa dla (rzekomo) dobra społeczeństwa.
W każdym przypadku działania państwa jako niezależnego aktora politycznego, czy to w polityce wewnętrznej, czy zewnętrznej, konieczne jest posiadanie realnej władzy. Zjawisko władzy politycznej można rozumieć jako zdolność wpływania na rezultaty określonych działań, co obejmuje zdolność państwa do kierowania sprawami politycznymi i innymi w obrębie własnych granic, bez ingerencji innych (zewnętrznych) aktorów politycznych. W tym sensie polityka państwa i władza są ze sobą w bardzo bliskich stosunkach, w zasadzie synonimami.
Vladislav B. Sotirović
dr Vladislav B. Sotirović jest byłym profesorem uniwersytetu w Wilnie na Litwie. Jest pracownikiem naukowym w Centrum Studiów Geostrategicznych, stałym współpracownikiem Global Research.
Tekst (tłumaczenie maszynowe) pochodzi z portalu Global Research z 5.12.23 https://www.globalresearch.ca/what-politics/5842227
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 424
Światowe Forum Ekonomiczne w Davos (WEF) 2026: Upadek neoliberalizmu, handel stał się bronią, „Koniec porządku opartego na zasadach”.
Koniec Pax Americana, ustanowionego po 1945 roku, został oficjalnie uznany przez liderów kapitału finansowego i wybranych przywódców w Davos 26.
Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) 2026 w Davos, które od pół wieku pełni funkcję centrum wizji i doktryny globalnego kapitalizmu, odbyło się w dniach 19–23 stycznia pod hasłem „Duch dialogu”.
Na spotkaniu, które można uznać za najważniejsze w historii, oficjalnie uznano koniec Pax Americana, ustanowionego po 1945 r., zarówno przez liderów kapitału finansowego, jak i wybranych przywódców państw dziedziczących kolonialno-imperialne dziedzictwo Europy, zwłaszcza Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.
Innym otwarcie uznanym punktem był koniec globalizacji i neoliberalizmu .
Przedstawiciele kapitału finansowego podkreślili, że elity polityczne i gospodarcze utraciły zaufanie społeczne i przyznali, że porządek neoliberalny osiągnął stadium rozpadu z powodu niemożności utrzymania nierówności dochodów.
Politycy z kolei przyznali, że prawo jest coraz częściej zastępowane siłą, a tak zwany porządek międzynarodowy oparty na regułach jest po części fikcją, ponieważ wielkie mocarstwa zawieszają reguły, gdy tylko leży to w ich interesie. Spośród tych wypowiedzi, najbardziej niepokojące dla Donalda Trumpa było chyba oświadczenie Kanadyjczyków.
Premier Kanady, którego Trump wyraźnie zaliczył do Półkuli Zachodniej w swojej zrewidowanej doktrynie bezpieczeństwa narodowego i otwarcie mu groził, przyznał, że narracja o porządku opartym na regułach jest fikcyjna. Stwierdził, że finanse, handel, energetyka i łańcuchy dostaw nie funkcjonują już jako mechanizmy wzajemnych korzyści, lecz jako narzędzia nacisku i broni, a świat zachodni nie przechodzi transformacji, lecz otwartego zerwania. Był to w istocie nieunikniony skutek realiów geopolitycznych i interesów kapitału finansowego.
Przymusowa akceptacja wycofania się USA jest teraz oczywista
Stany Zjednoczone nie posiadają już geopolitycznego potencjału, by kształtować cały świat. Ich równorzędność z Chinami pod względem wskaźników militarnych, technologicznych i przemysłowych, a w niektórych obszarach ich słabsza pozycja, świadczą o strukturalnym załamaniu, które uniemożliwia kontynuację jednobiegunowej hegemonii. Trump został już zmuszony do wycofania się z niektórych swoich gróźb. Na przykład w sprawie Grenlandii początkowo sugerował użycie siły militarnej, ale później zrezygnował z tej opcji po tym, jak w przededniu Davos z amerykańskich rynków akcji zniknęło prawie 800 miliardów dolarów.
W rzeczywistości Stany Zjednoczone próbują odnaleźć się w nowym porządku świata. Ich dążenie do bezwarunkowego związania Półkuli Zachodniej ze sobą poprzez odrodzenie doktryny Monroe'a jest samo w sobie przyznaniem się do malejącego potencjału globalnego. Nawet w tych ramach Waszyngton nie może powstrzymać Kanady ani Brazylii przed rozwijaniem relacji z Chinami, ani Argentyny przed utrzymywaniem kompleksowych powiązań gospodarczych z Pekinem. Te przypadki, wraz z przypadkami BRICS i innych krajów Globalnego Południa, pokazują, jak polityka oparta na presji i groźbach jest kontrproduktywna.
Państwa coraz częściej dążą do równowagi z Chinami, których model handlu, finansowania infrastruktury i wzajemnych korzyści jest atrakcyjny właśnie dlatego, że nie opiera się na przymusie. W Davos o Chinach mówiono przez pryzmat kontrolowanej niepewności, a nie otwartego zerwania. Podczas gdy Stany Zjednoczone kreślą ostrą linię systemowej konkurencji, kraje europejskie starają się zrównoważyć realia gospodarcze z presją geopolityczną. Z jednej strony dążą do utrzymania handlu, inwestycji i dostępu do rynku z Chinami; z drugiej strony dążą do dystansu w dziedzinie technologii, bezpieczeństwa i infrastruktury krytycznej. Odzwierciedla to europejską politykę charakteryzującą się elastycznością taktyczną, a nie strategiczną jasnością.
Natomiast przymusowe podejście Stanów Zjednoczonych generuje raczej zerwanie niż lojalność. Dla Waszyngtonu wielobiegunowość nie jest już wyborem strategicznym, lecz symptomatycznym skutkiem osłabienia władzy i wymuszonej akceptacji rzeczywistości. Otwarte przyznanie się sojuszników, takich jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Kanada i Arabia Saudyjska, że porządek skoncentrowany wokół USA dobiegł końca, jest bezpośrednim skutkiem tej erozji. Jeśli ta trajektoria się utrzyma, Stany Zjednoczone ostatecznie staną przed koniecznością powrotu do polityki pokojowego współistnienia z Chinami, przypominającej współistnienie ze Związkiem Radzieckim w czasach zimnej wojny. Alternatywą jest oczywiście wojna.
Koniec porządku opartego na zasadach
Najbardziej oczywistym wspólnym mianownikiem Davos 2026 było uznanie, że porządek globalny ulega pęknięciu, a nie ewolucji. Przez dziesięciolecia dyskurs opartego na regułach systemu międzynarodowego funkcjonował jako narracja, która ukrywała arbitralne wyjątki i asymetryczne praktyki wielkich mocarstw. W Davos ta kurtyna została otwarcie podniesiona. Selektywne stosowanie prawa, naginanie zasad handlowych na korzyść potężnych i przekształcanie bezpieczeństwa w instrument przetargowy nie były już negowane.
Najbardziej uderzające oświadczenie polityczne w tej sprawie pochodziło od premiera Kanady, byłego finansisty Marka Carneya . Podkreślił, że finanse, handel, energia i łańcuchy dostaw stały się instrumentami nacisku i przymusu. Deklarując, że nie podziela już wiary w porządek oparty na regułach, Carney skutecznie rozpuścił ideologiczną legitymację liberalnego systemu kierowanego przez USA. Jego deklarację można uznać za epokową, gdyż sygnalizuje ona upadek ideologicznych podstaw porządku zachodniego, utrwalonego od czasów zimnej wojny.
Jednak ta chwila prawdy obnaża także hipokryzję: państwa, które popierały interwencje imperialne od Libii po Irak i od Syrii po Gazę, stają twarzą w twarz z rzeczywistością dopiero wtedy, gdy zagrożenia dotyczą ich samych, jak w przypadku Grenlandii i Danii.
Konfrontacja z zastępowaniem prawa siłą
Uczestnicy Davos 2026 byli zgodni, że świat szybko zmierza w kierunku porządku, w którym prawo ustępuje miejsca sile. Chociaż kanclerz Niemiec Friedrich Merz , prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer podeszli do tego z różnych punktów widzenia, uzyskany obraz był ten sam.
Ci przywódcy, którzy dotychczas milczeli w obliczu naruszeń prawa w Strefie Gazy, ataków Izraela na Iran, porwania prezydenta Wenezueli przez Stany Zjednoczone czy nękania cywilnych statków handlowych pod pretekstem „floty cieni”, nagle odkryli niebezpieczeństwa świata rządzonego przez brutalną siłę. Ci, którzy teraz ostrzegają, że nawet wielkie mocarstwa tracą poczucie bezpieczeństwa, gdy zasady się załamują, sami rok wcześniej byli aktywnymi uczestnikami polityki siły przeciwko słabszym państwom.
Wynik ich przemówień ujawnił wyraźną konfrontację między dwoma obozami: tymi, którzy postrzegają władzę jako jedyne źródło legitymizacji, i tymi, którzy dążą do ograniczenia władzy za pomocą prawa.
Handel jest teraz bronią
Niemal każda dyskusja ekonomiczna w Davos podkreślała, że handel nie jest już neutralnym narzędziem dobrobytu. Cła stały się narzędziami negocjacyjnymi, sankcje – mechanizmami kar geopolitycznych, a łańcuchy dostaw – strefami podatności na zagrożenia. Efektywność globalnej integracji przekształciła się w przewagę wykorzystywaną przez wielkie mocarstwa do tłumienia konkurencji.
W konsekwencji koncepcja bezpieczeństwa handlowego wysunęła się na pierwszy plan, szczególnie w gospodarkach średnich i rozwiniętych, gdzie wolny handel jest coraz częściej zastępowany selektywną, kontrolowaną i upolitycznioną wymianą. Davos podkreślił również, że strukturalny dystans między Stanami Zjednoczonymi a Europą nie jest już chwilowym napięciem.Deficyty handlowe, eksport samochodów i przemysłu, konflikty regulacyjne oraz wydatki na obronność stały się głównymi punktami rozbieżności.
Waszyngton postrzega Europę jako blok, który odnosi korzyści gospodarcze, nie dzieląc się obciążeniami w zakresie bezpieczeństwa, podczas gdy Europa postrzega Stany Zjednoczone jako nieprzewidywalne, jednostronne i narzucające wysokie koszty. Relacje transatlantyckie przekształciły się z partnerstwa opartego na wspólnych wartościach w twardą arenę negocjacji.
Zerwanie połączenia bezpieczeństwa z gospodarką
Chociaż NATO nie było bezpośrednio omawiane w Davos, to jednak odgrywało ważną rolę w tle. Udział USA w wydatkach sojuszu na obronę jest coraz częściej wykorzystywany jako dźwignia ekonomiczna i polityczna. Stany Zjednoczone odpowiadają za około dwie trzecie wydatków obronnych NATO i około 16 procent jego rocznego budżetu.
Długotrwała krytyka strategicznego samozadowolenia Europy przez Trumpa przerodziła się w szerszą próbę spieniężenia amerykańskiego parasola bezpieczeństwa poprzez handel, energię i ustępstwa strategiczne. Państwa europejskie coraz częściej interpretują to jednak jako atak na suwerenność i autonomię, podważając tym samym tradycyjną równowagę między bezpieczeństwem a gospodarką w NATO. Upieranie się Trumpa, że Grenlandia ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa USA, a nie dla zbiorowej obrony NATO, dodatkowo podważyło spójność sojuszu i symbolizowało głębszy kryzys zaufania.
Nowa koniunktura geopolityczna i wzrost potęgi średniego szczebla
Proces Davos 2026 wzmocnił również pewność siebie mocarstw średniej wielkości, takich jak Turcja. Zaostrzająca się rywalizacja między mocarstwami stwarza zarówno ryzyko, jak i szanse dla państw, które unikają sztywnego sojuszu lub całkowitego zerwania. Kraje zdolne do budowania odporności w dziedzinie energetyki, żywności, kluczowych surowców mineralnych, finansów i dyplomacji mogą na nowo zdefiniować współpracę w rozdrobnionym systemie globalnym.
Stopniowe zbliżenie Europy z Chinami, odzwierciedlające wcześniejszy zwrot Rosji na wschód, sugeruje przyszłość, w której Stany Zjednoczone konsolidują półkulę zachodnią, a Europa coraz bardziej uznaje się za zachodni półwysep Eurazji. Wewnętrzne rozdrobnienie w Stanach Zjednoczonych, napędzane przez sprzeczne interesy frakcji MAGA, neokonserwatystów, lobbystów, przemysłu zbrojeniowego, kapitału finansowego i think tanków, dodatkowo podważa strategiczną spójność Waszyngtonu.
Lekcje języka tureckiego
Davos 2026 niesie dla Turcji surowe lekcje. Żadna narracja o globalnym porządku nie jest trwała. Koncepcje takie jak porządek oparty na zasadach, partnerstwo strategiczne czy solidarność sojusznicza mogą zostać zawieszone, gdy tylko staną w konflikcie z interesami mocarstw. Turcja musi zatem oprzeć swoje bezpieczeństwo, gospodarkę i politykę zagraniczną na konkretnych zdolnościach, odstraszaniu i wielowymiarowych relacjach, a nie na abstrakcyjnych normach. Handel, energia i finanse stały się kwestiami bezpieczeństwa, co sprawia, że samowystarczalność, dywersyfikacja i odporność stają się koniecznością. Rolnictwo, gospodarka wodna i zasoby krytyczne wymagają pilnej ponownej oceny strategicznej. Architektura bezpieczeństwa nie może już opierać się na jednoosiowej logice sojuszu; musi opierać się na potencjale narodowym, silnym przemyśle obronnym i wielowarstwowym odstraszaniu.
Wielobiegunowość, choć ryzykowna, poszerza również pole manewru. Droga Turcji wiedzie przez elastyczną, opartą na zasadach równowagę opartą na interesach, a nie przez jedność czy izolację. Najsurowszą lekcją płynącą z Davos jest to, że w świecie, w którym siła ma pierwszeństwo przed prawem, ci, którzy naprawdę potrzebują prawa, to ci, którzy potrafią go bronić. Prawo międzynarodowe należy traktować nie jako abstrakcyjną moralność, lecz jako ramy chroniące suwerenność i interes narodowy. Ostatecznie źródłami bezpieczeństwa, dobrobytu i prestiżu są potencjał wewnętrzny i wywiad strategiczny, a nie zewnętrzne odniesienia. W tej nowej erze przetrwanie należy do państw, które łączą silne rządy, produktywną gospodarkę, niezależną obronę i wielopłaszczyznową dyplomację.
Oto lekcja, jaką Türkiye wyciągnęła z Davos.
Cem Gürdeniz
Admirał w st. spocz. Cem Gürdeniz, pisarz, ekspert geopolityczny, teoretyk i twórca tureckiej doktryny Błękitnej Ojczyzny (Mavi Vatan). Opublikował liczne książki na temat geopolityki, strategii morskiej, historii i kultury morskiej.
Jest pracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/reflections-davos-26-geopolitics/5913651
- Szczegóły
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 3436
Rozumienie interesu narodowego (2)
Warunkiem właściwego sformułowania interesu narodowego przez elity rządzące – zgodnie z założeniami konstruktywizmu – jest rzetelne rozpoznanie środowiska międzynarodowego, identyfikacja interesów partykularnych, kolektywnych i komplementarnych.
Zadanie to zależy od jakości przywództwa politycznego, sprawności i kompetencji ludzi zatrudnionych w aparacie służby zagranicznej.
Legitymizacja władzy w III RP sięga od 25 lat do zasług w obalaniu poprzedniego ustroju. Na drugim planie są kompetencje merytoryczne rządzących, których nikt nie pyta o kwalifikacje w dziedzinie zarządzania państwem i gospodarką. Staż partyjny i kariera polityczna ludzi władzy są ważniejsze od gruntownego wykształcenia w dziedzinie prawa, ekonomii czy zarządzania. W kampaniach wyborczych większe szanse na zdobycie poparcia mają też celebryci i ekscentrycy, a nie poważni fachowcy.
Dopóki to się nie zmieni, poziom klasy rządzącej będzie jedynie się obniżał. Widać to po kulturze politycznej - tak mentalnej, jak i instytucjonalnej, obnażonej choćby przy okazji afery podsłuchowej latem 2014 r. Korupcja na wysokich szczeblach władzy, afery podsłuchowe, ingerencje służb specjalnych w sferę wolności dziennikarskich – to przykłady, które zbliżają Polskę do reżimów wschodnioeuropejskich, a nie do Zachodu.
Oprócz braku kompetencji członków polskich elit politycznych uderza ich mentalny prowincjonalizm. Wprawdzie bieżące kontakty z Brukselą i instytucjami unijnymi służą „cywilizowaniu” rodzimych polityków, ale to jeszcze nie oznacza, że mają oni horyzonty myślowe wykraczające poza dominujące w Polsce swary.
Elity polityczne, niezależnie od ich kwalifikacji i proweniencji, ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za kreowanie strategii rozwojowej państwa. To od ich jakości i sprawności zależy efektywny plan gry.
Polskie elity polityczne po 1989 r. okazały się nieprzygotowane do przyjęcia na siebie pełnej odpowiedzialności za państwo, które w wielu dziedzinach po prostu abdykowało.
Odwołując się do dogmatów wolnego rynku doprowadzono do demontażu wielu funkcji państwa. Powołując się na konieczność prywatyzacji czy wymogi związane z integracją, pozbyto się własnego przemysłu, zakładając, że obcy kapitał uczyni Polskę bogatą i szczęśliwą.
Tymczasem skala pauperyzacji, rozwarstwienia społecznego i bezrobocia przerosła wszelkie wyobrażenia.
Do tego doszła niesprawność administracji rządowej, która staje się zagrożeniem nie tylko dla członków elit politycznych (ze względu na utratę stanowisk), ale jest niebezpieczna dla państwa jako całości.
Kto wie, czy odwracanie uwagi w stronę konfliktu z Rosją nie służy kamuflowaniu porażek wewnętrznych i mobilizowaniu nowego poparcia społecznego?
Wiele państw o podobnym statusie dąży do zachowania nie tylko swojego stanu posiadania, ale i umacniania funkcji regulacyjnych, służących zachowaniu bezpieczeństwa socjalnego obywateli czy podnoszeniu kondycji intelektualnej społeczeństwa. Tak więc np. w państwach nordyckich najważniejsze są wartości służące utrzymaniu i podnoszeniu standardów życia obywateli, a nie militaryzacji.
Jedynie słuszna racja
Elity polityczne, a przynajmniej ich światła część, muszą być świadome, że warunkiem utrzymania swojej wiarygodności i legitymizacji władzy jest posiadanie – niezależnie od zewnętrznej sojuszniczej protekcji czy powiązań integracyjnych – własnych autonomicznych celów, spójności doktrynalnej i skuteczności realizacyjnej, wyrażającej się zarówno w sile gospodarki, jak i determinacji rządzących na rzecz obrony interesu narodowego. Psychologiczne nastawienie członków elit politycznych jest często jednym z najważniejszych czynników identyfikacyjnych.
Odnosi się wrażenie, że infiltracja Polski przez potężne zachodnie grupy interesu i kapitału prowadzi do osłabiania pierwiastka narodowego, kosmopolityzacji elit, które nie są w stanie bronić odrębnych, partykularnych, a nawet egoistycznych (jak trzeba) interesów.
Polski euroentuzjazm ma, niestety, płytkie podłoże. Opiera się na przekonaniu o bezwzględnych korzyściach płynących z integracji. Gdy jednak Polska przestanie być beneficjentem pomocy i zacznie przegrywać w rywalizacji z innymi państwami o podział środków, może wzrosnąć niechęć nie tylko wobec wzorów kulturowych, płynących z Zachodu, ale rosnący eurosceptycyzm wyniesie do władzy siły skrajne i nieprzewidywalne.
Za najważniejszą słabość polskiego dyskursu o polityce zagranicznej należy uznać brak wariantowego myślenia i nieprzejednanie, tak wobec myślących inaczej w kraju, jak i wobec sąsiadów, którzy mają swoje odrębne interesy. Dotyczy to nie tylko wielkiej i nieprzyjaznej Rosji, ale także małej i przyjaznej Litwy, z którą stosunki są w stanie głębokiego chłodu.
W dyskursie próbuje się wykluczyć oponentów, narzucić jednolitą narrację, zdezawuować inne racje poza oficjalną i uznaną za jedynie słuszną. Mamy do czynienia z dyktatem „patriotycznej poprawności”, mimo że sprawy nie są jednoznaczne.
Podczas gdy świat jest pluralistyczny i zróżnicowany, w oficjalnym dyskursie w Polsce panuje przekonanie, że występuje w nim manichejski czarno-biały podział na „swoich” i „obcych”, „przyjaciół” i „wrogów”, a gdy ktoś próbuje skomplikować to uproszczone, by nie powiedzieć prymitywne widzenie świata, pada ofiarą podejrzenia o niecne, wręcz zdradzieckie zamiary.
Diagnoza położenia Polski w środowisku międzynarodowym musi opierać się na szerokiej debacie społecznej, a nie na dogmatach i odgórnie narzucanej narracji. Widać, jak nie umieją spierać się ze sobą politycy, ale także jak nie potrafią tego robić dziennikarze i analitycy. Mamy raczej do czynienia z agresywną retoryką i w sumie bezmyślną aprobatą oficjalnych enuncjacji.
Ta obawa przed myślącymi inaczej, przed broniącymi innego punktu widzenia jest wynikiem braku wykrystalizowanej tożsamości, braku pewności, że wyznawane wartości da się racjonalnie obronić na drodze logicznej argumentacji.
Media masowe pretendują do sprawowania funkcji „czwartej władzy”, ale wiele wskazuje na to, że są one narzędziem w ręku polityków i sponsorów. Same ulegają manipulacjom i realizują misje ideologiczne, wbrew zasadom obiektywizmu i poszanowania pluralizmu we współczesnym świecie. Przybierają pozy misyjne, wykazując zbyt mało dystansu wobec złożoności interesów we współczesnym świecie.
Polska polityka zagraniczna pod względem doktrynalnym jest niezwykle uboga. Nie jest to jedynie wynik mizerii intelektualnej środowisk analitycznych, ale pewnego mechanizmu systemowego, który nie promuje aktywności niezależnej i nie wyzwala myślenia alternatywnego wobec koncepcji oficjalnych.
Dla środowisk polityki zagranicznej III RP charakterystyczny jest epigonizm i sięganie do anachronicznych koncepcji, przywołujących świetność ekspansji jagiellońskiej na Wschód, późniejszego misjonizmu i prometeizmu. Wszystkie te koncepcje świadczą o oderwaniu od współczesnych realiów, braku pogłębionej refleksji intelektualnej i analitycznej, afektywności i emocjonalności w ocenie zjawisk zachodzących na Wschodzie, co pokazała histeria antyrosyjska w związku z kryzysem krymskim i wydarzeniami na Ukrainie.
Brak krytycznej refleksji
Z powodu braku spójnej wizji i strategicznego myślenia odpowiadającego możliwościom i celom państwa średniej rangi, rząd Polski prowadzi politykę dorywczą i reaktywną, cedując ważne rozwiązania na struktury unijne, bądź oddając inicjatywę państwom o silnej pozycji w Europie, przede wszystkim Niemcom i Francji. Państwa te dbają przede wszystkim o swoje interesy, co niekoniecznie jest korzystne dla Polski.
W kontekście dyskursu wokół polityki zagranicznej nikomu w Polsce nie zależy na zbilansowaniu potencjału intelektualnego, który można byłoby wykorzystać w kreowaniu polskiego interesu narodowego. Nieczytelny system obsadzania stanowisk w wielu instytucjach publicznych blokuje dostęp do kształtowania polityki przez ludzi kreatywnych i odważnych, a przede wszystkim niezależnych w myśleniu i dobrze wykształconych.
Brakuje też systemu przyciągania ludzi powracających do Polski po studiach zagranicznych czy dłuższym pobycie na emigracji. Traktuje się ich jak konkurentów i zagrożenie dla istniejących układów. W tym kontekście promocja wymiany naukowej z zagranicą także pozostawia wiele do życzenia.
W dyskursie o polityce zagranicznej nie przebijają się głosy samodzielne i oryginalne. Istniejące think tanki, finansowane ze środków rządowych lub zagranicznych, uprawiają badania, które jedynie uzasadniają realizowaną politykę, są więc zaangażowane w służbie konkretnych sił politycznych, zamiast pokazywać, co jest korzystne, a co niebezpieczne dla państwa i narodu z punktu widzenia podejmowanych przez rząd decyzji.
W Polsce wszystkie decyzje rządu uchodzą za słuszne i niepodważalne. A przecież psychoza wojenna i nakręcanie koniunktury zbrojeniowej zasługują naprawdę na krytyczną refleksję, a nawet społeczną debatę.
Odnosi się wrażenie, że polska myśl polityczna stała się całkowicie zależna od mocodawców zewnętrznych. Istnieje groźba, że polscy decydenci wykonują dyrektywy płynące z zewnątrz, albo jedynie pośredniczą w przekazywaniu decyzji podjętych gdzie indziej. Nawet gdy takie stwierdzenia wydają się przejaskrawione, to jednak w potocznej opinii coraz bardziej umacnia się przekonanie o zewnętrznym uzależnieniu polskich elit politycznych. Jest to m.in. wynikiem braku wiedzy na temat procesów decyzyjnych. Gdy brak jest dostępu do informacji, rodzą się podejrzenia i mity polityczne.
Niewiele czyni się dla odkrycia mechanizmów kształtowania polityki zagranicznej państwa i jego aktywności międzynarodowej. Nie ma praktycznie żadnych analiz na temat postrzegania Polski w różnych państwach zachodnich, które traktowane są jako sojusznicy.
Przyjmuje się np., że neokonserwatyści amerykańscy z zasady sprzyjają polskim interesom, gdy tymczasem po bliższej analizie okazuje się, że nie znajduje to odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jest to bardziej wymysł polskiej propagandy i przejaw dobrego samopoczucia polityków znad Wisły. W żadnej bowiem amerykańskiej wizji stosunków międzynarodowych Polska nie zajmuje ważnego miejsca. Podobnie jak nie znajduje uznania w strategiach państw zachodnioeuropejskich.
W dyskursie publicznym rzadko podejmuje się problematykę imitowania wzorów zachodnich, czy ograniczania suwerenności intelektualnej. Ponieważ zbyt silne są skojarzenia z dominacją imperialną czasów radzieckich, unika się jak ognia badań nad zależnościami ekonomicznymi i politycznymi państwa polskiego od nowych ośrodków imperialnych, w tym od Stanów Zjednoczonych.
Zawodowi amerykaniści w Polsce pełnią rolę tuby propagandowej Ameryki. Nie są w stanie pozbyć się kompleksu niższości i nawyków serwilistycznych. Występuje osobliwe zjawisko idealizacji Zachodu, traktowanie go jako jedynego punktu odniesienia, co świadczy o silnym kompleksie niższości i niedowartościowaniu.
Niemałą rolę w tym procesie odgrywa celowa zachodnia narracja, kreowana zarówno przez świat polityki, mediów, jak i badania akademickie. Jest na przykład faktem, że Unia Europejska narzuca obszarom peryferyjnym swoje diagnozy i wytyczne rozwojowe, oparte na nieadekwatnych do realnych problemów wizjach, zaczerpniętych z doświadczeń tych państw, które dominują w gospodarce światowej i mają zasadniczy wpływ na procesy polityczne. Instytucje unijne pod presją globalizacji przyjmują często założenia o uniwersalności problemów społecznych i gospodarczych w skali całego świata, proponując także uniwersalne recepty na ich rozwiązanie. Powoduje to wiele negatywnych skutków, które są przede wszystkim rezultatem niesamodzielności państw słabszych i ich rosnącej desuwerenizacji. Dlatego bezrefleksyjne powielanie wszystkiego, co dociera do Polski z Zachodu świadczy o utrzymywaniu się głębokiej „prowincjonalizacji”, mającej swoje źródła w odległej przeszłości, ale i w błędach popełnianych współcześnie.
Na podobne zjawiska zwracają uwagę badacze pozaeuropejscy, zwłaszcza w ramach nurtu postkolonialnego, ale w Polsce nie znajduje to większego odzewu. Polityka medialna przedstawia zachodniocentryczny punkt widzenia, ulegając „przemocy symbolicznej” zachodnich systemów informacyjnych.
„Peryferyjne” atrybuty wobec „centralnych” aspiracji
Na początku lat 90. ubiegłego wieku Polska nie zdołała zdefiniować swojej roli międzynarodowej. Nie brakowało pomysłów na samodzielną rolę pośrednika czy „pomostu” w stosunkach między Wschodem a Zachodem. Możliwości realizacyjne takiej roli były jednak ograniczone tak pod względem motywacyjnym, jak i materialnym. Polska okazała się słabym aktorem, zabiegającym raczej o ciągłe wsparcie ze strony instytucji unijnych i państw NATO.
Brak inicjatywności i innowacyjności w poszukiwaniu własnej roli międzynarodowej oraz obsesyjny strach przed Rosją czynią z państwa polskiego przedmiot w kalkulacjach innych państw, zwłaszcza mocarstw. Nie udało się stworzyć żadnego ośrodka gospodarki, który byłby w stanie konkurować z innymi państwami Unii Europejskiej. Najdobitniej świadczy o tym skala migracji zarobkowej, zwłaszcza ludzi młodych i wykształconych, co jest bolesną stratą dla państwa.
Akcesja Polski do struktur zachodnich zwolniła elity polityczne z myślenia o samodzielnym kreowaniu polityki. Wybrały one strategię bandwagoning (schronienia się pod parasolem najsilniejszego mocarstwa), licząc jednocześnie na zdobycie absolutnych gwarancji bezpieczeństwa i włączenie do ekskluzywnego klubu zachodniego.
Rzeczywistość międzynarodowa okazuje się jednak bardziej złożona. Stany Zjednoczone realizują bowiem przede wszystkim własne interesy, a Unia Europejska nie jest sojuszem, zapewniającym bezpieczeństwo swoim uczestnikom.
W stosunkach międzynarodowych nie chodzi o jakieś abstrakcyjne przyjaźnie między państwami, ale o polityczne zobowiązania, które są oparte na wzajemności interesów stron. Jedynie NATO jako organizacja wojskowo-polityczna może sprostać pewnym wyzwaniom i zagrożeniom, ale prawdę mówiąc, nie ma dotąd jednoznacznych dowodów na temat wartości operacyjnej jej zobowiązań sojuszniczych.
Błędne diagnozy sytuacji międzynarodowej wpływają na fałszywe definiowanie własnych interesów. Ignorancja i naiwność członków elit politycznych w sprawach międzynarodowych spowodowały przyjęcie założenia, że po rozpadzie bloku wschodniego skończył się czas hegemonii mocarstwowych.
W nowym układzie sił geopolitycznych, do którego zaczęła zmierzać Polska, nie chciano dostrzegać – odreagowując epokę „zniewolenia” – nowych zagrożeń, wynikających z nadrzędności jednych państw wobec drugich.
Nie wiadomo dlaczego – być może z powodu niewiedzy i naiwności, a może po prostu w wyniku nowego umysłowego „zniewolenia” – przyjmowano idealistyczne wyobrażenie o świecie, złożonym z altruistycznie postępujących potęg zachodnich, którym można entuzjastycznie zawierzyć i dobrowolnie się podporządkować. Tak, jakby doświadczenia minionej epoki nie miały w tym względzie żadnego znaczenia, jakby niczego one nie nauczyły, jeśli chodzi o koszty subordynacji.
Struktury i mechanizmy zależności między potęgami i państwami słabszymi są stare jak świat, stąd dziwi bezgraniczna wiara polskich elit politycznych i intelektualnych w bezinteresowną protekcję amerykańskiego hegemona. Tym bardziej, że w samych Stanach Zjednoczonych pojawiło się w ostatnich latach szereg analiz, pokazujących istotę polityki imperialistycznej w nowych uwarunkowaniach. Amerykanie nie kryją zaangażowania na rzecz obejmowania swoimi wpływami coraz większych przestrzeni. Nie oznacza to dominacji terytorialnej, ani budowy imperium w tradycyjnym rozumieniu, co z kolei zarzuca się Rosji.
Współcześnie imperialistyczne uzależnianie przybrało znacznie bardziej wyrafinowane formy w porównaniu do dawnej dominacji.
Przede wszystkim miejsce bezpośredniego wyzysku, jak w czasach kolonialnych, zajęła skuteczna perswazja i presja dyplomatyczna, propagowanie własnych wzorów ustrojowych, manipulowanie opinią publiczną, uzależnianie elit poprzez system stypendiów, dotacji, apanaży, wreszcie przejmowanie cudzej własności dzięki przewadze i sile pieniądza. Doszło doprawdy do zadziwiającego zjawiska, że amerykańska kultura masowa, model polityczny i ekonomiczny są traktowane jako kryteria oceny dla wszystkich innych kultur i modeli ustrojowych.
Sny o potędze
Na tym tle warto zastanowić się nad definicją miejsca Polski w świecie, w którym następują dynamiczne zmiany geopolityczne. Polska, uczestnicząc w procesach integracyjnych, stała się niejako w sposób naturalny uczestnikiem globalnych procesów. Nie zdefiniowała jednak swojego położenia w świecie ze względu na rangę i rzeczywiste możliwości, przyjmując niejako intuicyjnie, że jest równoprawnym partnerem największych potęg Zachodu.
W ten sposób po raz kolejny społeczeństwo i elity polityczne ulegają zakłamaniu, że Polska jest elementem światowego „centrum”, a nie „peryferii”. Ta ucieczka w stronę „centrum” jest wynikiem historycznych doświadczeń, związanych z uzależnieniem od Rosji, ale także nagromadzonych kompleksów, które stawiały Polaków w roli „peryferii”, „prowincji”, „szarej strefy” czy „ofiary”.
Identyfikacja z cywilizacją zachodnią stała się celem tak mocno zideologizowanym, że niemożliwa jest realistyczna diagnoza stanu rzeczy. Świat polityki otwarcie unika debaty na temat peryferyjnego, a w istocie zależnego od Zachodu statusu państwa polskiego.
Wszystkie głosy pojawiające się w ramach dyskursu intelektualnego, które nie odpowiadają narzuconej przez polityków i media poprawności, są traktowane jako nieobiektywne i szkodliwe dla polskiej racji stanu. Mało komu przychodzi do głowy, że każda trafna diagnoza polskich uzależnień w różnych dziedzinach wcale nie musi oznaczać pogłębiania kompleksów niższości, ani też nie musi prowadzić do obniżania poziomu aspiracji, realizowanych od czasu wyboru przez Polskę prozachodnich afiliacji. Przeciwnie, może ona przyczynić się do bardziej realistycznego rozpoznania ograniczeń możliwości własnego działania, ale także do przygotowania działań adekwatnych do stojących przed państwem wyzwań.
Doświadczenie innych niż Polska państw uczy, że właściwa diagnoza stanu posiadania, możliwości i interesów prowadzi do zbudowania stosownej strategii, umożliwiającej nie tylko zdobycie silnej pozycji międzynarodowej, ale i sprostanie wyzwaniom środowiska międzynarodowego.
Takimi państwami są choćby północni sąsiedzi Polski, zaliczani do świata nordyckiego, ale także partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej. Trafne rozpoznanie przez nich własnej peryferyjności pozwoliło im na wybór takich strategii akomodacyjnych, które zapewniły dostosowanie i wybitny awans w europejskich strukturach politycznych i gospodarczych. Towarzyszyło temu systematyczne umacnianie prestiżu i autorytetu, jako państw zdolnych do poszukiwania kompromisu w sporach między państwami silniejszymi od siebie, państw rozumiejących hierarchię międzynarodową i gotowych zaakceptować w tej hierarchii swoje miejsce.
W odróżnieniu od „drogi nordyckiej” w Polsce mamy do czynienia z demonstrowaniem zachodnich aspiracji, bez dokładnej diagnozy, wskazującej na koszty przyjęcia takich strategii rozwojowych, które wymagają wyrzeczeń, ale nie gwarantują jednoznacznego awansu. Deklaracje polityczne zastępują rzetelne analizy i kalkulacje, a to oznacza, że polska polityka bazuje raczej na improwizacji i „zaklinaniu” rzeczywistości, a nie na racjonalnym planowaniu i wzmacnianiu własnego potencjału, który w ostatecznym rozrachunku decyduje o sile i pozycji międzynarodowej państwa.
Swój peryferyjny status, słabość gospodarki i niewielkie znaczenie polityczne pośród najbogatszych państw Zachodu Polska kompensuje sobie pewnymi atutami o charakterze kulturowym. Za atuty uznaje zatem swoją wielkość historyczną z czasów I Rzeczypospolitej, cierpienia pod zaborami, w czasie II wojny światowej i w okresie komunistycznym, osiągnięcia artystyczne, a także dokonania religijne na czele z pontyfikatem Karola Wojtyły.
***
Przedstawione wyżej refleksje o polskim interesie narodowym mają w dużej mierze charakter minorowy i pesymistyczny. Zapewne wiele stwierdzeń i ocen ma charakter kontrowersyjny. Należy je jednak traktować jako pewne inspiracje intelektualne w dyskursie, który powinien toczyć się w Polsce na różnych poziomach społecznych.
W kształtowaniu interesu narodowego biorą bowiem udział nie tylko kręgi rządzące, ale także obywatele i różne organizacje społeczne. Tylko takie podejście do omawianej problematyki pozwoli wypracować najbardziej racjonalne założenia strategii międzynarodowej Polski i weryfikować hasła polityczne pod kątem ich racjonalnej implementacji.
Największym osiągnięciem byłoby przewartościowanie własnego interesu ze względu na kooperację, a nie konfrontację z największym sąsiadem, tj. Rosją. Prędzej czy później na Zachodzie obudzą się siły, które podejmą odwracanie nakręconego ryzyka konfliktu, na którym obecnie tracą wszyscy. Byłoby dobrze, gdyby polscy decydenci odnaleźli się w ramach tego procesu, ratując pozycję państwa zdolnego do prawidłowej oceny sytuacji, inteligentnego i odważnego partnera Zachodu, ale także otwartego na pozytywne relacje z Rosją, państwa zdolnego do odrzucenia fałszywych diagnoz, iluzji i ambicji.
Stanisław Bieleń
Prof. Stanisław Bieleń jest politologiem, pracownikiem Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
Jest to druga część obszernego tekstu opublikowanego w czasopiśmie naukowym „Stosunki Międzynarodowe – International Relations”nr 2 (t . 50), 2014
Pierwsza część została opublikowana w numerze listopadowym, Nr 11/15 SN - Rozumienie interesu narodowego (1)
Śródtytuły i podkreślenia pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1470
W historii nie wszystkie „marsze” znamionowały zwycięstwo „ludowładztwa”. „Marsz na Rzym” Mussoliniego, czy „marsze z pochodniami” wszelkiej maści nazistów niosły w XX wieku złowrogie przesłania antydemokratyczne. Euforia części komentatorów spowodowana „marszem 4 czerwca” w Warszawie równie dobrze mogła być zapowiedzią przyszłego wyborczego zwycięstwa opozycji, jak i skutecznej kontrofensywy ze strony rządzących. Czy jednak moga być zapowiedzią zwycięstwa „demokracji”? A jeśli tak, to jakiej?
W trakcie transformacji ustrojowej, podczas wychodzenia z „realnego socjalizmu”, zaszczepiono w powszechnej świadomości Polaków przekonanie, że demokracja stanowi panaceum na wszystkie bolączki, dziedziczone po poprzednim ustroju i nabywane w codziennym funkcjonowaniu. Uczyniono to bezrefleksyjnie, przy udziale rodzimych „rewolucjonistów” i za namową możnych „suflerów” z zewnątrz. Tymczasem nie jest to ustrój o charakterze uniwersalnym, pożądany i skuteczny we wszystkich sytuacjach. Już amerykańscy Ojcowie Założyciele wiedzieli, że „demokracja jest gorsza od grzechu pierworodnego”. Mało kto pamięta, że niektórzy z nich opowiadali się za ustrojem monarchicznym, a nie brakowało opinii, że „lud jest głupi” i „nie potrafi się rządzić”.
W euforii zwycięstwa „nad komuną” wielu ludzi nie bardzo wiedziało, co uczynić z odzyskaną „wolnością”. Na fali dyskredytacji poprzedniego ustroju, niezależnie od jego „plusów dodatnich i plusów ujemnych”, społeczeństwo polskie było zdezorientowane i podatne na manipulacje. Ostatecznie za niewielką cenę zrezygnowano ze wszystkich atutów dotychczasowej tożsamości, oddając się stopniowo pod protekcję mitycznego Zachodu. Szkoda, że opublikowane w ostatnich latach książki o kulisach przechodzenia Polski pod kuratelę Stanów Zjednoczonych (Setha G. Jonesa, Bruno Drwęskiego czy Johna Pomfreta) nie wywołały żadnego poruszenia ani w świecie politycznym, ani medialnym. Uporczywa amnezja utrudnia dokonanie rozliczeń z trudną historią ostatnich dekad.
W przypadku polskiego społeczeństwa, ze względu na dziejowe perturbacje, nie było kiedy nabyć demokratycznych wzorów ustrojowych, kultura polityczna i prawna były na niskim poziomie, a wielu rozemocjonowanych obywateli nie odróżniało wiedzy o państwie i gospodarce od ignorancji. Taka sytuacja utrzymuje się do dzisiaj. Ideologizacja, a nawet mitologizacja demokracji uczyniła z niej swoistą religię.
Wyznawcy ze wszystkich stron gorąco w nią wierzą, ale nie bardzo wiedzą, czemu ona służy i dokąd prowadzi. Traktują ją instrumentalnie, narzucając swój sposób rozumienia norm i wzorów postępowania, w zależności od tego, kto aktualnie władzę sprawuje. Przy powszechnej dezorientacji, co jest prawdziwe, a co fałszywe, co uczciwe, a co niemoralne, dochodzi do powszechnego zidiocenia społecznego (nie chodzi wyłącznie o ogłupienie, ale o swoiste upośledzenie osób skupionych na prywatnym życiu, w opozycji do społeczności, z gr. idiόtes). Dalsze konsekwencje to apatia i absencja wyborcza, samoizolacja, frustracja, emigracja wewnętrzna, a nawet ucieczka z kraju.
Szli krzycząc: „Polska! Polska!”
Najważniejszym hasłem walki o demokrację w Polsce stało się ratowanie wolności, która jest zagrożona przez „pełzającą dyktaturę”. Owa mityczna wolność dla każdego niemal Polaka oznacza jednak coś innego. Jedni chcą „świętego spokoju”, wolności od rządów PiS-u, inni od kleru, jeszcze inni odejścia od zakazu aborcji czy ideologizacji szkół, ale mało kto potrafi wolność zdefiniować w sensie pozytywnym. Jak ją zagospodarować, aby nie było możliwości odwrotu od norm i praktyk demokratycznego państwa prawa? Jak pogodzić racjonalizm z moralnością, żeby nie dopuścić do recydywy zawłaszczania państwa przez oligarchię partyjną zwycięzców? Jak wreszcie uczynić wolnych obywateli współodpowiedzialnymi za wszystko, co decyduje o wspólnym dobrostanie?
Demokracja opiera się na rządach większości równych pod względem politycznym obywateli (bezpośrednio in persona lub poprzez przedstawicieli). Demokratyczne reguły gry i obyczaje „ucierają” się latami i bynajmniej nie gwarantują „dobrych” rządów. Historia demokracji zachodnich pokazuje, czy to w Anglii, Francji, czy w Stanach Zjednoczonych, że dzisiejsza niedoskonała stabilność kształtowała się w żmudnej walce, pełnej porażek i odwrotów, grożących zawłaszczeniem władzy przez wąskie koterie i grupy oligarchiczne. Obecnie widać jak na dłoni, że demokracje, zwane liberalnymi, kierując się zasadą rządów większości, niewiele mają wspólnego z zasadą „dobrego rządzenia”.
Mimo rozmaitych optymistycznych wyliczeń, spośród 193 członków ONZ jedynie ok. jedna trzecia z nich praktykuje liberalno-demokratyczne wzory ustrojowe, zagwarantowane w konstytucjach. Wiele z pozostałych państw mieni się „demokratycznymi”, choć w rzeczywistości ich demokracje są ułomne i nietrwałe. Warto więc zauważyć, że demokracja liberalna jest niezwykle zmitologizowanym ustrojem. Nie ma w niej zgodności między wolnością a równością. Te dwie wartości wzajemnie się wykluczają. Ludzie bowiem mogą być albo wolni, albo równi. Mówiąc w uproszczeniu, wolność polityczna dzieli społeczeństwa na rządzących i rządzonych, wolność gospodarcza - na bogatych i biednych. Korzystając z wolności, ludzie sami siebie skazują na nierówne położenie. Żyjemy w świecie zhierarchizowanym. Ludzie być może rodzą się równi, ale są różni, choćby pod względem predyspozycji umysłowych i fizycznych.
Jak złośliwie zauważył austriacki filozof polityczny Erik von Kuehnelt-Leddihn, „gdyby wszyscy ludzie mieli być równi pod względem intelektualnym, wszystkich głupich i leniwych trzeba byłoby zmusić do wysiłku umysłowego, a mądrych na siłę ogłupić”. Jak pokazują różne eksperymenty ustrojowe, zwłaszcza w stalinowskim Związku Radzieckim i innych państwach „realnego socjalizmu”, równość próbowano osiągać przy użyciu przemocy (słynna urawniłowka) i zawsze działo się to kosztem ograniczania wolności. Dlatego błędnym jest poszukiwanie sprawiedliwości społecznej w jednakowym (równym) traktowaniu obywateli. Niestety, demokracja, zwłaszcza w ujęciu populistycznych demagogów, tak właśnie ludzi usposabia.
Pułapki demokracji
Demokracja zawiera w sobie sporo pułapek, nad którymi wielu obywateli nigdy się nie zastanawia. Przede wszystkim wierzący w magiczną moc wyborów nie chcą pamiętać, że „siła” pojedynczego głosu wyborcy jest minimalna, by nie rzec mikroskopijna. Głosy pojedynczego wyborcy doprawdy nie mają większego znaczenia. „Są niczym liście niesione przez wodę”.
Ponadto głosując na tę czy inną partię, wyborca nigdy nie wie, jak zachowa się jego partia po wyborach, wchodząc na przykład w najmniej spodziewane czy wręcz niepożądane z jego punktu widzenia koalicje. Szwindel demokracji polega także na tym, że większość zdobyta w powszechnym głosowaniu nie odpowiada rzeczywistej większości społeczeństwa. Liczy się bowiem suma głosów większości spośród biorących udział w wyborach, upoważnionych do głosowania.
Przeliczanie głosów na mandaty jest kolejną pułapką (tzw. arytmetyka wyborcza), nie wspominając o progach wyborczych, czy geometrii wyborczej (gerrymandering). Największym chyba zagrożeniem ze strony demokratycznie wybranych rządów jest to, że mogą one w imię „woli ludu” uzurpować sobie prawo do podporządkowania wszystkich innych władz (na przykład sądów), a największą niesprawiedliwość nazywać „racją stanu”.
Wbrew powszechnemu mniemaniu, demokracja oparta na zasadzie pluralizmu politycznego wcale nie uczy sił politycznych walki o wspólne dobro. Celem każdej rywalizacji wyborczej jest klęska innych. Nie chodzi zatem o to, aby wygrał najlepszy. Chodzi o to, aby go jak najbardziej osłabić. Jest w tym ogromna doza bezwzględności, cynizmu i hipokryzji. Rządy inteligentne i skuteczne są na dalekim planie. Ważne, żeby utworzyć swój rząd przy poparciu jak największej publiczności.
Dawno odkryto, że demokracja połączona z liberalizmem może być wolnościowa i tolerancyjna, ale może być też „totalitarna” (Jacob Talmon) i ciemiężąca naród w najrozmaitszy sposób. Pandemia Covid-19 pokazała, jak w imię dobra wspólnego rządy demokratyczne mogą swobodnie ograniczać wolności obywatelskie, a ustrój państwa modyfikować na modłę autorytarną.
Z demokracji w patokrację
W obliczu takich zagrożeń tym większe jest przywiązanie do demofilii, czyli zgodnie ze stadnym myśleniem, upowszechniania szacunku dla rządów większości. Zadeklarowany demokrata skupia więc uwagę na tym, kto powinien rządzić w państwie. Mniej obchodzą go praktyki rządzenia, które w zależności od okoliczności mogą być mniej lub bardziej demokratyczne. Ba, mogą prowadzić do wykreowania hybrydy ustrojowej, zwanej demokracją nieliberalną, której nieobce są patologie, związane z patokracją. Można je obserwować w dzisiejszej Polsce, na Węgrzech, w Turcji, czy w Izraelu.
Patokraci za nic mają dobro wspólne, są zaborczy i chciwi, władzę traktują instrumentalnie dla zdobycia innych dóbr i wartości. Obsesja na tle konkurencji politycznej prowadzi zwykle do nadużyć władzy, a nieraz nawet do otwartej wojny. Są bowiem bezwzględni i mściwi wobec oponentów politycznych. Nie bez powodu te patologie władzy są kojarzone z kalectwem umysłowym i zakłóceniami osobowości rządzących.
Najgorsze jest to, że w demokracjach nie ma skutecznych mechanizmów obrony przed politykami socjopatycznymi i psychopatycznymi, którzy ostentacyjnie łamią prawo i działają na szkodę społeczeństwa. Straszenie ich za nadużycia odpowiedzialnością przed trybunałami stanu ma charakter groteskowy.
W tym kontekście warto zastanowić się nad problemem rekrutacji elit politycznych. Polityka jest sferą najwyższego ryzyka, w której na szali spoczywa życie i los milionów ludzi. Dlaczego więc brak jest jakichkolwiek mechanizmów sprawdzających i eliminujących z gry politycznej groźnych psychopatów? Dlaczego nikt nie sprawdza kwalifikacji i przydatności w zawodzie polityka? Nikt odpowiedzialny nie posadzi przecież za sterami samolotu czy za kierownicą pojazdu mechanicznego nieprzygotowanego profesjonalnie osobnika. Skąd więc wynika niefrasobliwość społeczna, przyzwalająca na objęcie sterów państwowych każdemu cwaniakowi, jeśli tylko znajdzie on dla siebie sprzyjające okoliczności?
Pomieszanie pojęć między demokracją a liberalizmem powoduje, że zwolennicy „ludowładztwa” są ślepi na liczne praktyki ograniczania wolności obywatelskich. Nie ma zwłaszcza żadnych gwarancji, że demokratyczna zmiana władzy na drodze wyborów zawsze służy liberalizacji. Wodzowskie wzory przywództwa partyjnego fatalnie przecież rzutują na rządy w państwie. Upowszechnia się praktyka przestrzegania lojalności osobistej, a nie rządów prawa, przypisuje się przywódcom nadzwyczajne umiejętności i kompetencje, gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z ludźmi przeciętnymi, cynicznymi, pozbawionymi wiedzy i charyzmy.
W takiej sytuacji następuje przesuwanie władzy, przy zachowaniu pozorów pluralizmu światopoglądowego i procedur wyborczych, w stronę autokracji. Nie mogąc zanegować a priori roszczeń dotyczących władzy ze strony partii opozycyjnych, tzw. partia władzy sięga po rozmaite ograniczenia szans swoich konkurentów. To, że sprawująca władzę większość (mająca oparcie w większości parlamentarnej) może pozwolić sobie na najbardziej nieuczciwe chwyty pokazuje, jak demokracja podąża w stronę makiawelizmu i arbitralnej woli samozwańczych autorytetów. Utrzymanie władzy za wszelką cenę staje się imperatywem, a determinacja na rzecz tego celu usprawiedliwia wszelkie, choćby najbardziej niemoralne i bezwzględne środki.
Inwektywy zamiast rozumu
Powyższa konstatacja stwarza podstawy dla dyskusji na temat programu wyborczego każdej demokratycznej siły politycznej. W Polsce żaden „marsz wolności” nie zmieni stanu rzeczy, jeśli kampania wyborcza – zamiast na dyskusjach merytorycznych o koniecznych reformach i szansach ich realizacji – będzie się skupiać na zakulisowych licytacjach i rozgrywkach o miejsca na listach wyborczych. Przykrywką dla nich stają się wiecowe hasła, ale oprócz emocjonalnych uniesień nie wywołują one głębszej refleksji. Poza tym wzajemna nienawiść skłóconych ze sobą „plemion” prowadzi do tego, że hasła ideologiczne, a także wzajemne inwektywy wypierają z walki wyborczej rozum, a nawet zwykły ludzki rozsądek.
Na tle mizerii intelektualnej aparaty partyjne obnażają swój deficyt koncepcyjny i od lewa do prawa skupiają się na sprawach drugorzędnych. Brakuje solidnych projekcji i scenariuszy przyszłości w różnych dziedzinach. Nie chodzi o wyścig na obietnice wyborcze, których i tak nikt w pełni nie zrealizuje. Warto pochylić się nad realnymi i możliwymi przewartościowaniami w polityce wewnętrznej i zagranicznej, zdecydować, czy Polska jest w stanie poradzić sobie z dramatycznymi wyzwaniami w gospodarce (energetyka, klimat, rolnictwo, ale także korupcja i naciski ze strony obcych korporacji), jak połączyć dynamiczny wzrost i postęp społeczny z największymi w historii zbrojeniami, włączyć się w międzynarodowy podział pracy i odpowiedzialności, przywrócić prestiż i reputację solidnego partnera.
Obietnice rozliczeń z dotychczasową władzą nie rokują dobrze szansom na pojednanie społeczne. Zwolennikom skłóconych obozów politycznych wtłacza się do głów tyle ohydnych kłamstw na temat przeciwnika, że o żadnym pojednaniu nie może być mowy. Pojednanie wymaga dobrej woli skłóconych stron na rzecz poszanowania wzajemnych racji i znalezienia tego, co łączy, a zaniechania tego, co dzieli. Najpierw trzeba więc przeprowadzić głęboki proces ekspiacji, oczyszczenia, okupienia winy, uderzenia się w piersi, aby zrozumieć, na czym polegały zjawiska patologiczne po każdej ze stron. Następnie potrzebna jest rehabilitacja społeczna, żmudne przywracanie na drodze edukacji obywatelskiej wzajemnego zaufania, woli porozumienia i współpracy. Dopiero wtedy możliwe będzie pojednanie społeczne. Trudno uwierzyć, aby mogli te cele zrealizować dotychczasowi antagoniści polskiej sceny politycznej.
Dodatkową przeszkodą jest utrata mocy i sprawczości mediacyjnej ze strony takich autorytetów, jakimi w czasach PRL byli hierarchowie Kościoła katolickiego oraz niezależni intelektualiści. Na naszych oczach zachodzą procesy degradacji prestiżu i reputacji tych środowisk. Z pewnością jest to temat na odrębne rozważania, ale nie wolno o nim zapominać w kontekście dekompozycji polskiej sceny politycznej.
Partie opozycyjne, aby wygrać najbliższe wybory, muszą więc sięgać po jak najszerszy potencjał intelektualny i wolicjonalny w polskim społeczeństwie. Trzeba zorganizować niejeden „kampus”, aby wciągnąć do polityki ludzi inteligentnych, młodych i zdolnych, którzy w sposób naturalny zastąpią „starą gwardię”. Ambicje wodzowskie przywódców partyjnych muszą ustąpić na rzecz racjonalnie zaplanowanego zwycięstwa, którego istotą ma być oryginalność programowa i nowatorstwo pomysłów na realną zmianę. Dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że zwalczające się strony w walce politycznej nawzajem się indukują i odnoszą się do siebie z najwyższą pogardą. Ta zaś nie sprzyja demokratycznej kulturze politycznej.
Programy obozów politycznych opierają się na wzajemnej konfrontacji, wręcz negacji. Między nimi nie ma miejsca na konstruktywny dialog, ani na wzajemne ustępstwa. Stąd nie ma szans, aby przy rotacyjności partii politycznych u władzy zachować jakąś rozsądną ciągłość. Po stoczonych bitwach wyborczych każdy zaczyna od nowa i po swojemu definiować mityczną „rację stanu”. Nie służy to ani powadze państwa, ani korzyściom społecznym.
Cementująca nienawiść
Na tle tej niezgody tym większym paradoksem staje się identyczna wizja polityki zagranicznej i obronnej. „Szantaż rosyjski” jest tak silny w świadomości elit rządzących i opozycyjnych, że w debacie na temat bezpieczeństwa czy stosunku do wojny na Ukrainie, obowiązuje niewiarygodna uniformizacja poglądów, postaw i zachowań. Partie polityczne od prawa do lewa są „odcieniami” jedynego „właściwego” światopoglądu, co na tle wspomnianej wyżej pogardy i nienawiści jest dla wielu postronnych i myślących ludzi trudne do zrozumienia. Nie mając bowiem własnego zdania, także krytycznego osądu, opozycja osłabia swoją wiarygodność i pokazuje swój kompradorski charakter.
Ten przykład obnaża także brak samodzielności polskich polityków w kreowaniu niezależnej myśli politycznej i wizjonerskiej doktryny strategicznej. Amerykańska hegemoniczna zwierzchność, wyrażająca się w totalnej kontroli zachowań Polski, ma jednak także pozytywną stronę. Otóż wydaje się, że niezależnie od instrumentalnego traktowania rządzących w Polsce nacisk ze strony Waszyngtonu może mimo wszystko zapobiegać ograniczeniom wolności politycznych. Gdyby bowiem kiedykolwiek doszło do podjęcia antydemokratycznych decyzji (na przykład zawieszenia wyborów czy unieważnienia ich wyników) w imię bezpieczeństwa państwa i narodu, czyli w imię odpowiednio zideologizowanej vis maior (siły wyższej), współodpowiedzialność za całkowity demontaż demokracji nad Wisłą spadnie również na amerykańskiego protektora.
Po tych przygnębiających wywodach można skonstatować, że na szczęście nic nie trwa wiecznie. Abraham Lincoln zauważył kiedyś, że „można oszukiwać wszystkich przez pewien czas, część ludzi przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas”. Pozostaje więc nadzieja, że ludzie z czasem rozpoznają rzeczywiste intencje patokratów, mając dość ich arogancji i „wchodzenia z buciorami” we wszystkie sprawy. Uodpornienie na patologie władzy jest skutkiem stopniowego gromadzenia wiedzy, wytworzenia odpowiednich nawyków reagowania, wreszcie aktywnego budowania sprzeciwu w postaci głośnego wyrażania przekonań i demonstrowania postaw moralnych, choćby w formie „radosnych marszów wolności”.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

