Naukowa agora
Naukowa agora
Co to będzie, jakie będzie?
- Szczegóły
- Odsłon: 3734
Artur Górski, PiS
Czy tworząc koncepcję centrum, rząd korzystał z doświadczeń innych krajów,
a jeśli tak, to których? Jak miałaby wyglądać w przyszłości ta racjonalna konsolidacja instytucjonalna?
Czy w projektach rządu jest w tym zakresie jakiś model docelowy?
Dlaczego dyrektor centrum nie będzie należał do państwowego zasobu kadrowego?
Tadeusz Kopeć, PO
Czy nie byłoby właściwe określić ustawowo, jakie kryteria – wykształcenie oraz doświadczenie zawodowe – w zakresie objętym projektem powyższej ustawy - muszą spełniać wskazani i wyznaczeni przedstawiciele do Rady NCBR?
Danuta Jazłowiecka, PO
Jakie oprócz centrum przewidziano działania, instrumenty zwiększające
wysokość środków przeznaczonych na badania i rozwój, wspierające szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa?
Jaka jest szansa dla naszych naukowców, by pracowali w standardach europejskich?
Mirosław Krajewski, Samoobrona
Czy są, a jeśli tak, to jakie, kryteria wyboru jednostek, które będą współpracowały
z NCBR?
Czy istnieje jakiś system gwarancji zatrudnienia dla tych, którzy swymi pracami potwierdzili zdolności do samodzielnej pracy badawczej?
Tadeusz Iwiński, SLD
Na ile przy tworzeniu NCBR próbowano wzorować się na francuskim Centre National de la Recherche Scientifique (Narodowym Ośrodku Badań Naukowych)?
Jak można przystępować do reformy polskiej nauki, jeżeli się nie ma docelowej wizji?
Jak ma wyglądać docelowo wizja PAN, szkół wyższych, jbr-ów, NCBR, jeśli chodzi o proporcje między nimi i zadania? Czy będzie tu uwzględniona wizja uniwersytetów sieciowych i czy znajdzie odzwierciedlenie w tym projekcie Europejska Rada Badań?
Henryk Siedlaczek, PO
Jaki będzie skutek wprowadzenia w życie nowelizacji ustaw o jednostkach badawczo-rozwojowych oraz o zasadach finansowania nauki?
Czy sektor nauki ma zaspokajać potrzeby występujące w państwach bardziej
rozwiniętych gospodarczo niż Polska, czy ma pracować na potrzeby rozwoju naszego kraju?
Czy podobne formy organizacji badań istnieją w krajach UE? Jeżeli tak, to jakie?
Czy NCBiR ma realizować politykę naukową państwa poprzez zarządzanie programami badań naukowych i prac rozwojowych i ich finansowanie, czy też ma mieć własne instytuty realizujące badania?
Jakie konkretne środowiska naukowe oraz gospodarcze i finansowe mogą wskazywać kandydatów do rady centrum, która przeprowadza konkurs na stanowisko dyrektora?
Jerzy Materna, PiS
Czy nowa instytucja, jaką będzie NCBR, wypełni w całości te postulaty?
Jakie będzie miejsce instytutów PAN w polskiej nauce po utworzeniu NCBR?
Waldemar Nowakowski, Samoobrona
Czy przyjęcie ustawy oznacza wywiązanie się Polski ze zobowiązań wynikających ze
strategii lizbońskiej w zakresie nakładów na badania i rozwój?
Czy warunki finansowe dla przedsiębiorstw przy zlecaniu badań byłyby korzystniejsze niż obowiązujące obecnie?
Kto będzie decydował o strategicznych kierunkach badań i jaka będzie ich hierarchia?
Tomasz Markowski, PiS
Czy ministerstwo ma już opracowaną dokładną procedurę przekazywania środków pieniężnych dla jednostek naukowych?
W jakiej wysokości szacowane są koszty administracyjne ośrodka badawczego
ponoszone na skuteczne przygotowanie się do wystartowania w konkursie na realizację danego zadania badawczego?
Ewa Wolak, PO
Kto będzie oceniał, które z projektów przyniosą korzyść interesom Polski i jakie będą kryteria tej oceny?
Jednostki naukowe uczestniczące w programach realizowanych przez centrum będą musiały uzgadniać między sobą plany rozbudowy infrastruktury badawczej oraz rozwoju kadr. Czy są one administracyjnie i organizacyjnie w stanie tworzyć duże zespoły badawcze, a tym samym poprawiać konkurencyjność polskiej nauki?
W jaki sposób działalność centrum, zgodnie z założeniami, zwiększy udział
młodych naukowców w programach badawczych i jakie zostaną podjęte działania przez centrum, aby promować polską naukę, szczególnie w programach międzynarodowych?
Stanisława Okularczyk, PO
Czy do wyboru dyrektora centrum wystarczą takie kryteria jak: umiejętność prezentacji, umiejętność wystąpień, odporność na stres i komunikatywność?
Dlaczego nie odbyły się jeszcze konsultacje w środowiskach naukowych?
Czyżby skutki ekonomiczne tej ustawy były zerowe, bo nie sądzę, aby św. Franciszek zarządzał tym centrum, dużym i kosztownym zresztą?
Czy rada naukowa jest radą polityczną, czy naukową? Czy nie jest to pełzające zawłaszczanie demokracji miast stosowania merytorycznego kryterium zarządzania nauką?
Sylwester Pawłowski, SLD
W jakim stopniu uwagi środowiska naukowego, środowisko związkowego i pracodawców znalazły swoje odzwierciedlenie w tym projekcie?
Co jest powodem, że w tej sprawie milczą pracodawcy?
Jaka jest ocena dotychczasowego stanu wykorzystania badań naukowych dla
polskiej gospodarki i czy proponowane utworzenie NCBR może ten obraz zmienić?
Jan Jarota, LPR
W jakim stopniu wprowadzenie przepisów ustawy przyczyni się do wzrostu wydatków na naukę? Jaki to jest poziom w stosunku do PKB?
W jakim stopniu wprowadzenie przepisów ustawy przyczyni się do wzrostu płac pracowników nauki?
Tadeusz Sławecki, PSL
Jak ministerstwo zamierza zachęcić podmioty gospodarcze do zwiększenia
nakładów na badania naukowe?
Jerzy Zawisza, Samoobrona
Czy resort nauki ma określone kryteria, według których będą rozliczane środki finansowe pochodzące z budżetu, jak i z funduszy europejskich przeznaczonych na inwestycje naukowe?
Do tej pory łączenie nakładów pochodzących z budżetu i pochodzących spoza budziło wiele zastrzeżeń. Jak według nowych wyzwań będzie je można łączyć?
Czy nie zachodzi obawa, że środki przeznaczone na naukę zubożą ją?
Henryk Młynarczyk, niezrzeszony
Jak należy rozumieć przepis art. 4 ust. 4 projektu o udzielaniu za pośrednictwem centrum pomocy publicznej, komu i na jakich warunkach?
W jaki sposób zapewniona będzie efektywność realizacji projektów?
Na czym, zważywszy intencje rządu, będzie polegać realizacja programów mobilności naukowców?
Ewa Malik, PiS
W jaki sposób będzie zapewnione bieżące nadzorowanie projektów badawczych, by środki finansowe były jak najlepiej wykorzystane?
W jaki sposób wyniki badań będą wykorzystywane w celu wzrostu i rozwoju
społeczno-gospodarczego oraz czy NCBR będzie właścicielem wyników
badań i jak te wyniki będą upowszechniane?
Andrzej Szlachta, PiS
Czy uczestnictwo w dużych programach badawczych, strategicznych dla rozwoju gospodarczego kraju, doprowadzi do konsolidacji rozdrobnionej obecnie struktury podmiotowej nauki polskiej, do konsolidacji programowej instytutów PAN, JBR-ów
oraz zespołów uczelnianych?
Czy projekt rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego dotyczący
konkursu na dyrektora NCBiR pozwala na formułowanie przez opozycję zarzutów, że będzie to wybór polityczny, a nie merytoryczny?
Czy rząd oszacował koszty związane z powołaniem i funkcjonowaniem
NCBR?
Ryszard Knosala, PO
Mamy jedno z ostatnich miejsc w Europie pod względem generowania
patentów, jesteśmy płatnikiem netto w UE w zakresie badań naukowych. W jakim czasie jest możliwa zmiana tej sytuacji?
Teresa Piotrowska, PO
Jaki będzie koszt funkcjonowania NCBR? Czy w podanych w uzasadnieniu kosztach osobowych, uwzględniono również wynagrodzenia dla przewodniczącego rady centrum i członów rady? Czy będą to koszty dodatkowe?
List otwarty
- Szczegóły
- Odsłon: 3652
Andrzej Ceynowa
Rektor
Uniwersytetu Gdańskiego
List otwarty
W sprawie pomówienia przy pomocy środków masowej komunikacji Rektora Uniwersytetu Gdańskiego o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa PRL
Szanowni Państwo,
W związku z przekazywanymi przez niektóre media fałszywymi informacjami na temat mojej rzekomej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL pragnę jeszcze raz publicznie odnieść się do stawianych mi zarzutów i wyjaśnić wszelkie ewentualne wątpliwości. Dotychczas udzielałem krótkich odpowiedzi, które, po odpowiednim zmontowaniu, przedstawiano opinii publicznej jako dowód, iż plączę się w zeznaniach i, jak to ujęła pani redaktor Dorota Kania, autorka artykułu „Agenci w gronostajach”, „kłamię.”
Oświadczam,
NIGDY NIE BYŁEM, NIE JESTEM I NIE ZAMIERZAM BYĆ Współpracownikiem ŻADNYCH Służb SPECJALNYCH!
Nikt nie ma żadnych podstaw by twierdzić, że kiedykolwiek świadomie i tajnie współpracowałem ze Służbą Bezpieczeństwa. To wierutne kłamstwo! W moim przekonaniu, kłamstwo nieprzypadkowo rozpowszechniane.
Najpierw jednak chciałbym się odnieść do niektórych insynuacji, pomówień i tendencyjnych manipulacji informacją, jakich dopuściła się pani redaktor Dorota Kania w audycji „24 Godziny” nadanej przez TVN24 w dniu 3 kwietnia o godzinie 21:00.
1. Pani redaktor Dorota Kania konfrontuje tam fragment mojego oświadczenia z dnia 2 kwietnia, w którym mówię, że z Panem Prezydentem Lechem Wałęsą poznałem się zaledwie 3-4 lata temu, z moją wypowiedzią dla „Gazety Wyborczej” (i tożsamą informacją podaną jej telefonicznie w piątek 30 marca), że w latach osiemdziesiątych parokrotnie (dwa może trzy razy) tłumaczyłem wystąpienia Pana Prezydenta na spotkaniu z grupami anglojęzycznych gości. Przedstawia tę rzekomą sprzeczność jako „koronny argument” dowodzący, że „mijam się z prawdą”.
Z prawdą mija się pani redaktor Kania, i to w sposób w pełni świadomy. Proszę wyobrazić sobie taką sytuację: przychodzę na plebanię u ks. Jankowskiego (bo tam odbywały się wszystkie spotkania które tłumaczyłem) jako jeden z wielu tłumaczy, którzy pomagali wówczas „prywatnemu obywatelowi” Lechowi Wałęsie, tłumaczę spotkanie i wychodzę. Komuś, kto choćby trochę zna język polski (a pani redaktor z pewnością zna go bardzo dobrze) trudno byłoby określić to jako sytuację, w której „poznaliśmy się” z Panem Prezydentem. Jak większość Polaków „znałem” Pana Prezydenta z mediów od sierpnia 1980 roku. On, w latach osiemdziesiątych, nawet bezpośrednio po tłumaczonym spotkaniu, gdyby zderzył się ze mną na ulicy, prawdopodobnie nie uświadomiłby sobie, że „byłem jego tłumaczem”. I ja nie miałbym żalu. Nie miałbym żalu, ponieważ w czasie tych spotkań Pana Prezydenta z zagranicznymi gośćmi mówiliśmy do siebie tylko tyle, ile było konieczne by ustalić, w których momentach ja wchodzę z wersją angielską. Nie znaliśmy się. Dobrego tłumacza „słychać, ale nie widać”, nawet gdy stoi obok osoby tłumaczonej; na scenie jest tylko bohater wystąpienia, a nie jego tłumacz.
Z Panem Prezydentem „poznałem się”, to znaczy zostałem mu przedstawiony i uczestniczyłem w rozmowach z nim, dopiero jakieś 3-4 lata temu. Dziś, gdybym do niego podszedł, a on nie chciałby zamienić ze mną paru słów zastanawiałbym się, co się stało. Bo przecież „znamy się od (paru) lat”. Jak widać, nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy moimi wypowiedziami, na które powołuje się pani redaktor. I pani redaktor Kania dobrze o tym wie. Kierując się jednak swoimi racjami stara się wmówić opinii publicznej, że jakaś sprzeczność istnieje tam, gdzie jej nie ma.
2. W wypowiedzi we wspomnianej audycji pani redaktor Kania dopuszcza się jeszcze jednej godzącej w moje dobre imię insynuacji. W kontekście potwierdzenia przez Pana Prezydenta Wałęsę faktu, że byłem jego okazjonalnym tłumaczem, wypowiada zdanie: „Pan Prezydent nie chciał się wypowiadać na temat ludzi, którzy go inwigilowali.” Z kontekstu wypowiedzi wynika, że do „ludzi, którzy go inwigilowali” pani redaktor zalicza również mnie. Jest to kolejne, padające z jej ust, oszczercze pomówienie, na które nie jest w stanie przedstawić żadnych dowodów.
3. Pani redaktor Dorota Kania stwierdziła w audycji, że „ta współpraca została podjęta i trwała do 1989, co jest bardzo istotne, ponieważ był to już schyłek komunizmu”. Jedyna wcześniejsza data, którą pani redaktor wspomina to rok 1972, kiedy ubiegałem się o paszport na wyjazd do USA. Zestawiając te dwie daty w kontekście jednej wypowiedzi pani redaktor Kania niedwuznacznie wskazuje, że według niej datą rozpoczęcia mojej rzekomej współpracy jest rok 1972, i że ta współpraca trwała (nieprzerwanie, jak można się domyślać) do roku 1989. Jeszcze raz powtarzam: żadnej współpracy nigdy nie było. Insynuacja pani redaktor Kani to oszczerstwo i naruszenie moich dóbr osobistych. Tym bardziej, że w przytaczanym w audycji fragmencie rozmowy, na którą powołuje się pani redaktor, wyraźnie stwierdzam, że w 1972 roku, ani gdy później wyjeżdżałem na stypendium Fulbrighta, oficerowie SB ze mną nie rozmawiali.
To tylko kilka, ale chyba najważniejszych, kłamstw, manipulacji i insynuacji, które pani redaktor Dorota Kania będzie musiała wyjaśnić nie tylko w sądzie, ale przede wszystkim opinii publicznej.
W zeszły czwartek kurier doręczył do redakcji tygodnika „Wprost” żądanie zamieszczenia sprostowań do artykułu „Agenci w gronostajach.” Było dość czasu by sprostowanie zamieścić, gdyby taka była wola redakcji. W dzisiejszym numerze tygodnika sprostowania nie ma. Zamiast sprostowania i przeprosin są drwiny. Pani redaktor, Czy tak trudno przyznać się do błędu i spróbować choć w części naprawić wyrządzone krzywdy?
APEL
Ponieważ
1. skojarzenie w tytule artykułu („Agenci w gronostajach”) słów oznaczających symbole atrybutów władzy rektorskiej (uniwersyteckiej) ze zbrodniczą Służbą Bezpieczeństwa czasów komunizmu jest próbą zbeszczeszczenia godności całej społeczności akademickiej, jak również, ponieważ
2. zatajenie przed opinią publiczną faktów i dokumentów jest sprzeniewierzeniem się mandatowi społecznemu mediów, złamaniem ustawy „Prawo prasowe” oraz zasad zawartych w Kodeksie Etyki Dziennikarskiej SDP
ZWRACAM SIĘ Z APELEM
do Przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, pana prof. dr hab. Tadeusza Lutego, oraz Przewodniczącego Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich, pana prof. dr hab. Stanisława Lorenca, o spowodowanie przedstawienia opinii publicznej, w tym Konferencji Rektorów, wszystkich dokumentów, w których posiadaniu jest tygodnik „Wprost”. Domagam się tego, by Szanowni Państwo Rektorzy, a przede wszystkim opinia publiczna, mogli sobie wyrobić bezstronną opinię ta temat stawianych mi zarzutów. Proszę również by dokumenty te zawierały pełny tekst nagranych bez mojej wiedzy i zgody rozmów telefonicznych pani redaktor Kani ze mną z dnia 30 marca 2007 roku. Nagrywanie rozmów telefonicznych bez wiedzy i zgody rozmówcy jest złamaniem ustawy „Prawo prasowe” oraz Kodeksu Etyki Dziennikarskiej.
Zwracam się z tym apelem, ponieważ pani redaktor Kania w programie „24 Godziny” z 3 kwietnia br., zapowiedziała, że nie przedstawi opinii publicznej posiadanych dokumentów abym „nie mógł się zapoznać z materiałem dowodowym, z tym, czym dysponujemy” oraz „by sojusznicy w środowisku akademickim, którzy również są przeciwni lustracji nie ruszyli do boju… i nie zaczęli zbijać tych dowodów, które mamy.”
Historia „moich kontaktów z SB”
Na anglistyce Uniwersytetu Gdańskiego pracuję nieprzerwanie od 2 lutego 1974 roku. Po jakichś trzech, a może czterech latach pracy (a więc albo w 1977 albo w 1978 roku) dostałem pocztą wezwanie do stawienia się w gmachu Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej na ulicy Okopowej w Gdańsku. Cel wezwania nie był określony. Na miejscu okazało się, że jestem przesłuchiwany przez dwóch milicjantów w cywilu i zmuszany do podjęcia współpracy z SB. Stosowano względem mnie różne niewybredne metody, które dziś są powszechnie opisywane jako „standardowe” metody działania służb specjalnych PRL. Mimo tych prób zastraszania i mimo obaw, że mogą spełnić swoje groźby, grzecznie, ale stanowczo odmówiłem jakichkolwiek form współpracy. Takich wezwań, w odstępach paromiesięcznych, może półrocznych, otrzymałem jeszcze dwa albo trzy. W Komendzie za każdym razem nakłaniano mnie do współpracy. Gdy zdecydowanie odmawiałem, straszono mnie zwolnieniem z pracy, trudnościami w karierze uniwersyteckiej i uniemożliwieniem mi wyjazdów zagranicznych, co w moim przypadku (jestem amerykanistą) równało się zablokowaniu mojego rozwoju naukowego. Gdy to nie skutkowało, spróbowano skoordynowanego nacisku jednocześnie na mnie i na moją żonę, która w tym czasie pracowała na Uniwersytecie Gdańskim w Dziale Współpracy z Zagranicą. Wezwano ją do Biura Paszportowego i zażądano sprawozdań składanych przez pracowników Rektorowi po powrocie z zagranicy. Żona odmówiła, a o zajściu poinformowała swoich przełożonych na Uniwersytecie i Rektora. Gdy więc i ta metoda zwerbowania mnie zawiodła, przestano wzywać mnie na Komendę i nakłaniać do współpracy.
Nie oznacza to jednak, że zaprzestano mnie niepokoić. Jeszcze przez długi czas, od czasu do czasu, przychodzili do mojego gabinetu na anglistyce jacyś oficerowie SB i próbowali wypytywać. Byłem odpowiedzialny za obcokrajowców zatrudnionych w Katedrze, a później Instytucie, Anglistyki, szczególnie za profesorów-stypendystów Fulbrighta, i o nich usiłowano mnie pytać. Nie udzielałem żadnych informacji na ich temat i starałem się jak najszybciej ucinać te oficjalne rozmowy. Było ich kilka, może trzy, może pięć; nie pamiętam.
O tych próbach ze strony SB nie składałem oficjalnych zawiadomień moim przełożonym. SBecy straszyli, że jeśli komukolwiek ujawnię ich próby, to nie tylko mogę być usunięty z Uniwersytetu, ale będę miał sprawę w sądzie za ujawnienie tajemnicy. Nie ma co ukrywać: bałem się. Ale z biegiem czasu coraz mniej, bo widziałem, że mimo odmowy ich groźby nie ziszczały się. Był to dla mnie trudny czas, bo obawiałem się nie tylko o swój los, ale przede wszystkim o los swoich najbliższych. O tych prześladowaniach (bo tak to wtedy odczuwałem) mówiłem od czasu do czasu swym najbliższym przyjaciołom, między innymi Wojtkowi, dziś profesorowi Wojciechowi Kubińskiemu i profesorowi Davidowi Malcolmowi, z którymi przyjaźnię się od kilkudziesięciu lat.
Oto cała historia moich „kontaktów” ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Nie było żadnej współpracy, żadnego przekazywania informacji. Nigdy na nikogo nie doniosłem, nigdy nie splamiłem się hańbą bycia konfidentem. Wprost odwrotnie: byłem (i jestem nadal) przekonany, że ze względu na moje częste kontakty z Ambasadą Amerykańską w Warszawie oraz z biurem Fundacji Fulbrighta, ze względu na fakt, że zapraszałem na anglistykę zarówno dyplomatów amerykańskich jak i amerykańskich profesorów, byłem obiektem ścisłej inwigilacji. Przyzwyczaiłem się do myśli, że każdy mój ruch może być obserwowany, a każda rozmowa może być podsłuchiwana. Z przekonaniem, że inwigilacja odarła mnie całkowicie z prywatności, że raporty na mój temat rosną, i że znajomość ze mną może narażać osoby trzecie na podobną inwigilację, żyje się bardzo trudno. Ale żyć można, i można się nie załamać.
Kiedy w 1989 roku upadł komunizm, myślałem, że koszmar SBecji w moim życiu się skończył. Wypadki ostatnich dni dowodzą, że nie. Nie jestem bohaterem: nie dokonałem żadnych spektakularnych czynów w walce z komunizmem. Raczej stronię od polityki. Nie siedziałem za Solidarność. Nie byłem aresztowany. Nie byłem bity. Nie byłem nawet pałowany jak wielu innych. Ale przez te wszystkie lata żyłem w poczuciu pewnej satysfakcji i dumy, że choć tamte czasy były trudne, a ja miałem wiele do stracenia, nie dałem się złamać, nie ugiąłem się, nie splamiłem godności zwykłego Polaka.
Jak więc mogło dojść do tak makabrycznej sytuacji, w której publicznie pomówiono mnie na całą Polskę o współpracę z SB? Zadawałem sobie to pytanie setki razy. Pomijam archiwalne wytwory Służby Bezpieczeństwa. Nie podważam i nie neguję niczego, co znajduje się w archiwach IPN. Sądzę, że jest tam jeszcze wiele różnych notatek i podstępnie, w tajemnicy przed poszkodowanymi, nadawanych pseudonimów. Nie tylko ja w tamtych czasach byłem nakłaniany do współpracy. Nie tylko ja się oparłem. Nie wiem skąd oficerowie SB czerpali informacje, które potem przypisywali temu czy innemu człowiekowi. Czy były to tylko informacje powszechnie znane, czy istotne szczegóły? Wiem, że informacje przypisane „Lek”-owi nie pochodziły ode mnie, i że „Lek” to nie ja.
Jeśli ktoś ma czelność publicznie mnie szkalować, to niech przedstawi chociażby jeden niepodważalny dowód; jeden dokument z moim podpisem, który potwierdzałby moją winę. Żądam pokazania społeczeństwu czegokolwiek, co przemawiałoby przeciwko mnie! Nikt takich dowodów nie przedstawia. Nie przedstawia, ponieważ nie ma i nigdy nie było żadnej deklaracji współpracy, żadnej napisanej czy choćby podpisanej przeze mnie informacji dla SB.
Nie mam żadnych złudzeń, że to nie przypadek, że właśnie mnie, i właśnie teraz, próbuje się wrobić we współpracę z SB. Jestem pewien, że gdybym nie zajął zdecydowanie negatywnego stanowiska wobec obecnie obowiązującej ustawy lustracyjnej, nikomu do głowy by nie przyszło robić ze mnie agenta. To jest zemsta za „fortel antylustracyjny.” To cios poniżej pasa. Cios Czwartej Rzeczpospolitej i ludzi, którzy próbują zastraszyć wszystkich, którzy mają odwagę głosić opinie inne od uznanych za słuszne przez rządców IV RP. Nieważne, czy Rektor Uniwersytetu Gdańskiego był agentem czy nie. Ważne, by widząc, co ze mną się wyprawia, wszyscy, którzy widzą, co się dzieje w naszym życiu społecznym, którzy myślą i mówią, co myślą, zaczęli się bać o własną skórę, a jeśli nie o skórę, to przynajmniej o własną reputację.
To prawda: w moim, i nie tylko moim przekonaniu, ustawa lustracyjna jest zła i będzie wykorzystywana do krzywdzenia ludzi. Jak będzie stosowana widać na moim przykładzie. Jeszcze przed złożeniem oświadczenia lustracyjnego zostałem publicznie oczerniony, osądzony i skazany na wieczną infamię. Bez okazania mi jakichkolwiek dowodów! A teraz, gdy mnie już oczerniono, nie wolno mi nawet zajrzeć do „mojej” teczki, o ile taka istnieje.
Jako jeden z pierwszych podpisałem swoje oświadczenie lustracyjne i pokazałem na stronie internetowej Uniwersytetu by nikt nie posądzał mnie, że, choć mam bardzo krytyczne zdanie o tej ustawie, chcę łamać prawo. Ale nikt nie ma prawa zamykać mi ust i pozbawiać swobody wypowiedzi. Właśnie mój przypadek dobitnie świadczy o tym, że ta ustawa może, i będzie, krzywdzić wielu niewinnych ludzi. Skłócono i podzielono już środowiska lekarzy, adwokatów, nauczycieli, księży, dziennikarzy, a teraz próbuje się to zrobić ze środowiskiem naukowym. To powrót do najgorszych praktyk rodem z PRL. Kto uwierzy w gwałtowną przypadkowość tych zdarzeń? Kto uwierzy, że właśnie teraz ktoś przez przypadek odnalazł jakieś SBeckie notatki, na podstawie których usiłuje się przedstawić mnie jako konfidenta? Jestem przekonany, że to nie koniec. Że za chwilę „przez przypadek” ktoś wpadnie na jakieś inne materiały. Kogo tym razem będą dotyczyć? Kolejnych naukowców, którzy myślą inaczej?
Nie wierzę ani w naiwność tych, którzy obecnie kierują archiwami, służbami czy instytutami, ani w ich brak umiejętności rzetelnej oceny sytuacji czy posiadanych materiałów. Nie wierzę, że to jakiś amator, nie sprawdzając czy jest choćby najmniejszy dowód mojej współpracy, postanowił zdyskredytować mnie w oczach Polaków. Jestem przekonany, że to robota zawodowców, którzy nie przebierając w środkach stosują najbardziej niedopuszczalne metody w swojej walce. Stoję sam przeciwko nim; ja nie posiadam nic, oni dysponują wszystkimi siłami i środkami. Nie potrafię ich nazwać z imienia i nazwiska, ale wzywam do opamiętania. Jeśli macie jakiekolwiek dowody na moją współpracę z SB, to jeszcze raz żądam ich publicznego przedstawienia.
Gdańsk, Wielkanoc 2007 r.
Andrzej Ceynowa
Rektor Uniwersytetu Gdańskiego

