Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 7028
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1818
Polityka wschodnia polskich rządów zwących się „niepodległościowymi”, ostatecznie służyła i służy interesom niemieckim.
Schemat polityki wschodniej polskich rządów, które w tradycyjnej historiografii nazywamy „niepodległościowymi”, jest od ponad dwustu lat prawie ten sam:
• rządzący deklarują „wyzwolenie się z zależności” od Rosji (Związku Radzieckiego) i przyjmują antyrosyjską, albo antykomunistyczną retorykę;
• wyzwolenie to nazywane jest „niepodległością”, którą tym samym „odzyskano”;
• następuje seria wrogich działań wobec nowego przeciwnika, również bardzo kosztownych ekonomicznie dla polskiej strony, bo w obronie niepodległości, która jest „bezcenna”, jesteśmy gotowi zapłacić każdą cenę;
• strategicznym celem tej polityki jest „wypchnięcie Rosji z Europy”, odłączenie od jej terytoriów możliwie największej liczby „niepodległych państw”: czym bardziej są sztucznym tworem, tym lepiej, bo są słabsze i mają z nami „wspólnego wroga”.
Jawnym lub niejawnym patronem tejże polityki były początkowo Prusy, a następnie zjednoczone Niemcy, będące prawdopodobnie twórcą tej koncepcji.
Taktycznym celem tej polityki są możliwie najgorsze stosunki polsko-rosyjskie, w płaszczyźnie zarówno politycznej, jak i gospodarczej, likwidacja wszelkich wzajemnych kontaktów, bo każdy z nich jest oczywistą „zdradą”.
Strategiczny cel jest znany i kilkukrotnie skutecznie osiągnięty: Berlin ponad Polską podaje rękę Rosji i dystansuje się do naszej „bezzasadnej” wrogości, przez co zyskuje w Petersburgu (Moskwie) wdzięcznego sojusznika, z którym wspólnie rozwiązuje trudne problemy, a przede wszystkim „problem Polski”.
Obecnie scenariusz ten jest na etapie trzecim, czyli narastającej wrogości obu stron. My oczywiście mamy ku temu również nasze powody, bo tragedia smoleńska ma bezprecedensowy charakter i nie mieści się w dotychczasowych scenariuszach. Od 2010 roku urosła do rangi nierozwiązywalnego problemu, także z naszej, polskiej winy, bo całość śledztwa związanego z wyjaśnieniem przyczyn tej katastrofy (zamachu?) powinna być od początku w polskich rękach, względnie należało powołać też międzynarodową komisję nadzorującą te działania. Teraz już nie cofnie się straconych lat i żadna ze stron sporu nie ma racjonalnego i wiarygodnego wyjścia z powstałej sytuacji.
Drugim nie mieszczącym się w powyższym scenariuszu faktem jest obecnie chęć wyzwolenia się obecnego rządu polskiego z zależności od Berlina, co jest całkowicie sprzeczne z poprawnością III RP. Mamy więc teraz „dwóch wrogów”, czyli jest powtórka sytuacji z lat międzywojnia, gdy wywodzący się z proniemieckiej orientacji politycy sanacyjni chcieli również uniezależnić się od poprzednich protektorów.
Bezceremonialna sugestia, że Berlin może dziś doprowadzić do odbudowy swoich wpływów w Warszawie i zorganizuje powrót byłego szefa rządu „na białym koniu”, była kolejnym sygnałem o wyjątkowym znaczeniu. Na reakcję Warszawy nie trzeba było długo czekać – podniesiono sprawę reparacji wojennych, która na wiele lat stanie się osią stosunków polsko-niemieckich. Nikt, kto będzie chciał zdobyć władzę w Warszawie lub u tej władzy się utrzymać, nie odstąpi od tych żądań.
Nie po raz pierwszy berlińscy politycy, tak jak w 1917 roku, udowadniają swoją tępotę lub całkowity brak wyobraźni, a historycznych analogii jest wiele. Gdyby Ludendorff z Hindenburgiem nie wymyślili bolszewickiej dywersji w Rosji, nie byłoby robotniczej rewolty w Niemczech w 1918 roku i w konsekwencji upadku (rok od przewrotu bolszewickiego) monarchicznych Niemiec, których tak nieudolnie bronili w tej wojnie.
Polskie żądania reparacyjne przyspieszą jednak prorosyjskie działania Berlina, o czym już niedawno mówił Christian Lindner, szef FDP (partii liberalnej), bo wobec polskiej wrogości do obu sąsiadów trzeba przejść do etapu czwartego, czyli „rozwiązania problemu polskiego”.
Rosyjsko-niemieckie zbliżenie utrudnia aneksja Krymu oraz krwawy konflikt we wschodniej Ukrainie, bo Berlin od stu lat wspiera antyrosyjską wersję „samostijnej” Ukrainy. Jaki z tego wniosek? Chyba jest oczywisty: to abecadło polityki.
Witold Modzelewski
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 525
Po II wojnie światowej na Zachodzie uznano, że anomalie pochodzące z blokowego podziału sił dotyczą jedynie strony komunistycznej. Wszelkie nadużycia wobec prawa międzynarodowego i ograniczania suwerenności państw podległych supermocarstwom tłumaczono koniecznością konsolidacji w celu utrzymania równowagi międzyblokowej.
Stany Zjednoczone przy pomocy idei obrony „wolnego świata” dążyły za wszelką cenę do utrzymania przywódczego prymatu w strefie atlantyckiej i w zachodniej hemisferze.Z kolei Związek Radziecki jako mocarstwo ideokratyczne, usiłował pod szyldem „solidarności ideologicznej” narzucać swój model ustrojowy słabszym państwom, przegrywając z czasem konfrontację z silniejszymi państwami kapitalistycznymi.
Po rozpadzie bloku wschodniego, zanim jeszcze Chiny rzuciły wyzwanie Zachodowi, udawano, że mimo naruszeń prawa międzynarodowego przez USA, pozostają one ciągle „dobrotliwym hegemonem”, pod przywództwem którego wspólnota atlantycka skutecznie broni interesów zachodniej oligarchii. Z czasem okazało się, że przekonanie o istnieniu demokratycznego ładu międzynarodowego jest wielkim oszustwem. Coraz jaskrawiej przebijała się prawda, że demokracja w stosunkach międzynarodowych jest fikcją, a porządek międzynarodowy ma charakter hierarchiczny. Z czasem efekty globalizacji i dynamicznej koncentracji sił poza mocarstwami zachodnimi doprowadziły do nowej polaryzacji i wyłonienia się systemu wielobiegunowego.
Zjawisko to pociąga za sobą konieczność głębokich przewartościowań koncepcji i wizji dotychczasowego porządku, a także jego najważniejszych elementów. Supremacja siły nad prawem międzynarodowym powoduje, że suwerenność, która jest przede wszystkim konstruktem prawnym, jako atrybut czy cecha jakościowa państw formalnie równych wobec siebie, ulega całkowitej relatywizacji. Czas najwyższy zrozumieć, że jest to wartość względna i stopniowalna, zależna od rzeczywistego położenia i udziału danego państwa w globalnej dystrybucji sił.
W prawie międzynarodowym nigdy nie było „zasady suwerenności” państw, ani tym bardziej narodów, jak starają się wmawiać ludziom nie tylko media, ale i podręczniki akademickie. Ustanowiono jedynie formalną równość państwowych tworów geopolitycznych na wzór traktowania jednostek w ramach rodzaju ludzkiego. Z czasem prawna równość, nazwana „suwerenną równością” (na II konferencji haskiej w 1907 roku), legła u podstaw systemu norm, skodyfikowanych w 1945 roku w Karcie Narodów Zjednoczonych. Nigdy jednak nie oznaczała rzeczywistej równości, a tym bardziej suwerenności wszystkich państw (w znaczeniu ich samowładności i całowładności).
To oznacza, że państwa ze względu na ogromne zróżnicowanie pod względem atrybutów materialnych i funkcjonalnych nigdy nie traktowały siebie na zasadzie wzajemnej równości. Jako trwałe podmioty geopolityczne, przede wszystkim mocarstwa, kierują się w swoim postępowaniu celami, jakie mają do osiągnięcia i działają z wykorzystaniem zróżnicowanych środków, a stosunki między nimi opierają się naprawdę na radykalnej nierówności i asymetrii.
Zaczadzeni idealistycznym oglądem rzeczywistości i mitologizacją prawa międzynarodowego, studenci nauk politycznych i stosunków międzynarodowych, ba, także utytułowani wykładowcy, skażeni „liberalnym złudzeniem”, nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że wzajemne traktowanie państw w rzeczywistości nie zależy od formalnych reguł, od jakiejś wydumanej „suwerennej równości”, ale od tego, jaką każde z nich generuje potęgę w układzie sił i na ile ich wizje porządku międzynarodowego są zbieżne, a na ile konkurencyjne.
Kwestię struktury uczestników komplikuje dynamiczna pluralizacja systemu międzynarodowego, a także ich heterogeniczność. W wyniku procesów globalizacji i internacjonalizacji życia społecznego państwa przestały być jedynymi czynnikami sprawczymi procesów zmian i stabilizacji systemu międzynarodowego. Obok nich wyrosły rozmaite konstelacje graczy niepaństwowych, których powiązania w postaci sieci kapitału, produkcji, komunikacji, przepływów, ruchów, ale i instytucji czy struktur ograniczają kompetencje władcze oraz zdolności decyzyjne państw. Nie od dziś wiadomo, że siła i moc sprawcza wielu gigantów korporacyjnych jest większa niż nic nieznaczące potencjały państw, mających status protektoratów, klientów i wasali wielkich potęg.
Przed degradacją statusu bronią się jedynie wielkie potęgi, które stanowią od najdawniejszych czasów konstrukcję nośną struktury systemu międzynarodowego, opartego na przestrzennych układach sił. Choć są zmienne w czasie, to jednak zawsze dążą do osiągnięcia statusu najwyższej rangi, wchodząc w skład międzynarodowej „elity przywódczej”. Zazwyczaj dysponują siłą woli (i dziedziczoną z pokolenia na pokolenie determinacją) oraz zdolnością skutecznego przekształcania istniejącej rzeczywistości. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że ich rywalizacja, konkurencja, walka i współpraca stanowią oś oddziaływań międzynarodowych.
Hierarchia sił
Jak pisał Henry Kissinger, klasyk dyplomacji amerykańskiej, ukształtowana przez mocarstwa hierarchia sił jest jedynym naturalnym regulatorem procesów stabilizacji i równoważenia w systemie międzynarodowym. Historia myśli politycznej Zachodu, zwłaszcza świata anglosaskiego, dostarcza na ten temat wiele źródeł, które w niewielkim stopniu były przyswajane w świecie niezachodnim. Notabene, w Rzeczypospolitej nie powstało nigdy żadne dzieło, które byłoby poświęcone analizie aspiracyjnych, operacyjnych i argumentacyjnych interesów państwa, diagnozie środowiska międzynarodowego polskiej polityki zagranicznej czy strategiom przetrwania wobec wrogich sąsiadów.
Polska od samego początku kształtowania nowożytnych reguł funkcjonowania suwerennych aktorów sceny międzynarodowej znalazła się poza ich zasięgiem. Gdy bowiem w połowie XVII wieku kładziono podwaliny porządku opartego na równości statusu mocarstwowego, ówczesna Rzeczpospolita traciła na znaczeniu, ulegała coraz większej marginalizacji, a elity polityczne, uwikłane w wojny wewnętrzne i zewnętrzne nie miały żadnej siły przebicia, aby wpływać na utrwalanie nowych instytucji dyplomacji i prawa.
Uczestnictwo państwa polskiego w procesach kształtowania kolejnych odsłon porządku międzynarodowego z każdym wiekiem było coraz słabsze. W epoce rozbiorowej Polacy nawet w formie śladowej nie mogli zaznaczyć swojej obecności w procesach legitymizacji „koncertu mocarstw”. W wieku XX, choć odbudowano państwowość, była ona chwiejna i podatna na nowe okupacje. Nieszczęściem było i to, że kolejne formacje ustrojowe (Polska powojenna, PRL i III RP) zaprzeczały i zaprzeczają ciągłości polskiej państwowości, co otwiera drogę do kolejnych uzależnień i relatywizacji suwerenności.
Współczesna Polska nie ma trwałego miejsca w geopolitycznej hierarchii rang. Nadzieje na zbudowanie statusu mocarstwowego nie mają szans na spełnienie w żadnym wymiarze potęgi – ekonomicznej, wojskowej czy motywacyjnej.
W sytuacji, gdy większość bogactwa społecznego znajduje się w obcych rękach (przemysł, banki, transport, handel), nie wystarczy powoływać się na Produkt Krajowy Brutto, gdyż on sam nie zapewnia autonomicznego sprawstwa w inicjowaniu procesów przeciwważących wobec największych mocarstw i gigantów korporacyjnych. Polska sama pozbawiła się inicjatywności i skuteczności, opierając swoje żywotne interesy wyłącznie na kierunku euroatlantyckim, przyjmując dobrowolnie gotowe i niesprawiedliwe reguły gry, dyktowane odgórnie przez najsilniejszych oraz rezygnując z rozwiązań komplementarnych.
Obecnie, gdy nastała faza kryzysu zaufania w stosunkach atlantyckich oraz fala zaskoczeń i rozczarowań w nastawieniach wzajemnych przywódców amerykańskich i europejskich, widać wyraźnie, jak szkodliwe było oparcie myślenia strategicznego na ideologicznych dogmatach o bezinteresownej solidarności sojuszniczej, oderwanych od życia zasadach o partnerstwie, czy podwójnych standardach.
Ponadto nadwiślańskie kręgi polityczne, pogodzone ze statusem kompradorskim, naiwnie uznały, że integracja europejska, dyktowana przez stare mocarstwa i obce grupy interesu, straci swoje egoistyczne oblicze i zapewni wszystkim państwom jednakowe warunki wzrostu gospodarczego i dobrobytu. Tymczasem, jak rozbrajająco przypomniał w Davos 21 stycznia 2026 roku kanadyjski premier Mark Carney, procesy integracyjne są wykorzystywane do budowania nowych zależności, natomiast odwoływanie się do standardów moralnych w całej historii jest tylko narzędziem ideologicznym, maskującym praktyki stosowania siły i podporządkowania pod pozorem obrony cywilizacji Zachodu.
Iluzje o triumfie demokracji
Po zakończeniu „zimnej wojny” stworzono iluzję o triumfie demokracji liberalnej w skali globalnej. Słynna diagnoza Francisa Fukuyamy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku o „końcu historii” miała utrwalić przekonanie, że po konfrontacji zimnowojennej możliwe jest zbudowanie „liberalnego” porządku międzynarodowego, opartego na pokoju „dla swoich”, „uznaniowym” przestrzeganiu umów i „selektywnej” ochronie praw człowieka. Budzący zadowolenie eksperyment integracyjny w postaci Unii Europejskiej miał dawać nadzieję na jego doskonalenie w coraz szerszej skali.
Z czasem okazało się, że system międzynarodowy coraz mocniej odstaje od reguł ustanowionych między mocarstwami zwycięskimi po II wojnie światowej. Mimo wzrostu potęgi Chin, a także rekonstrukcji statusu mocarstwowego Rosji, mocarstwa zachodnie długo nie przyjmowały do wiadomości, że w sferze instytucjonalnej reguły te, w tym zasady Karty Narodów Zjednoczonych, tracą swoją moc normatywną i funkcjonalną. Struktury stworzone w celu ochrony pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego, zwłaszcza ONZ i wiele organizacji wyspecjalizowanych, stały się agendami służebnymi wobec najpotężniejszych. W swojej inercji biurokratycznej przetrwały dłużej niż idee, które je powołały do życia.
Na tym tle należałoby zastanowić się nie tyle nad skutecznym oporem wobec destrukcyjnych działań i przewartościowań ekipy Donalda Trumpa, ile nad zastosowaniem wobec nich przemyślanej strategii akomodacyjnej, aby jak najwięcej ugrać dla siebie. Stawianie na konfrontację z największymi potęgami – w tym przypadku USA, Rosją i Chinami – nie daje szans nawet takim wspólnotom, jak Unia Europejska, ani na obronę stanu posiadania, ani na zapewnienie trwałości gwarancji bezpieczeństwa. Może jedynie przyspieszyć upadek „zbiorowego” Zachodu i zintensyfikować globalny zamęt.
Paradoksalnie, dekompozycja dotychczasowych układów sił i redefinicja prymatu mocarstw oznacza szansę zrewidowania nastawień prowojennych wśród najbardziej zideologizowanych uczestników stosunków międzynarodowych. Nowe rozdanie ról wielkomocarstwowych może sprzyjać jednocześnie podziałowi odpowiedzialności za utrzymanie pokoju w różnych częściach świata, jak i przywołaniu do porządku wszystkich podżegaczy wojennych, którzy uznali zbrojenia i wojny za koła zamachowe swojego rozwoju.
W wyniku ideologicznej motywacji w poszukiwaniu wroga oraz zacierania granic między różnymi groźbami użycia siły a faktyczną agresją, wojnę od kilku dekad uznaje się za oczywisty środek, wspierający ekspansję zachodnich korporacji, towarzyszący wdrażaniu zaawansowanych technologii, jak i przejmowaniu inicjatywy i funkcji państwa przez konglomeraty korporacji, służb specjalnych i koncernów technologiczno-medialnych. W dopuszczalnej, lecz kontrowersyjnej interpretacji, gdyby nie te motywy, to zdaniem prezydenta Trumpa, nie doszłoby do sprowokowania Rosji do napaści na Ukrainę w 2022 roku.
Wybór Polski
Dramat polskiej polityki polega na tym, że z własnej woli stała się ona zakładnikiem wojny ukraińsko-rosyjskiej. To wciągnęło kolejne rządy nie tylko w ogromną pomoc doraźną, kosztem własnego społeczeństwa, ale także prowadzi do intensyfikacji wyczerpujących zbrojeń na skalę dotąd niespotykaną. Ponieważ decyzji o zakupach broni czy produkcji uzbrojenia nie poddaje się z powodów oczywistych żadnej krytycznej debacie, ograniczając także procedury przetargowe, mamy w istocie do czynienia z unikaniem odpowiedzialności rządzących, którzy pozbawieni nadzoru narażają społeczeństwo na nadużycia i horrendalne zadłużenie. A przecież gdy zmieniają się strategiczne priorytety lidera sojuszu atlantyckiego, jakiekolwiek rojenia o nieuchronności wojny Zachodu z Rosją tracą sens. Trudno zgadnąć, jak europejskie rządy zamierzają wygrać ewentualną wojnę z Rosją bez Amerykanów.
Wojna stała się jednak wygodnym i pożądanym alibi dla faktycznego wprowadzania przez władze „stanów wyjątkowych”, tj. ograniczania praw i wolności obywatelskich. Uderzający jest przykład funkcjonowania prezydenta Ukrainy, który pozbawiony legitymizacji wyborczej może trwać u władzy tak długo, jak długo trwa wojna. Wątpliwości co do prawowitości podejmowanych przez niego decyzji politycznych są lekceważone, gdyż powszechnie przyjęto makiawelistyczną zasadę, że „cel uświęca środki”. Przywrócenie pokoju mogłoby przecież oznaczać nie tylko koniec przyzwolenia na autorytarne praktyki samowładcze, ale i odrzucenie nakazowego systemu gospodarowania, w którym wydatki państwa znajdują się pod wyłączną kontrolą skorumpowanych rządów.
Nadchodzi czas, gdy polscy politycy będą musieli zrozumieć negatywne konsekwencje ubożenia społeczeństwa w wyniku rosnących kosztów zbrojeń i pomocy wojennej, co może skutkować wybuchem protestów społecznych i delegitymizacją dotychczasowych władz. Taka sytuacja zmusi rządzących do zrewidowania doktryny suwerenności i bezpieczeństwa. Zamiast powtarzać frazesy o korzystaniu z „pełnej suwerenności”, należy wreszcie przestać się oszukiwać i wyraźnie stwierdzić, iż wyłączna kompetencja państwa jest obecnie bardzo ograniczona ze względu na procesy wzajemnych uzależnień, wynikających z zobowiązań negocjowanych i narzucanych przez protektorów indywidualnych i zbiorowych.
Trzeba wreszcie dojrzeć, jak bardzo Polska jest ograniczana przez obcy lobbing, penetrację cudzych sił specjalnych (nie tylko rosyjskich!) oraz perfidne gry dyplomatyczne. Są to tematy godne poważnych raportów strategicznych, a nie ciągłego manipulowania ludźmi i „zamiatania ewidentnych zagrożeń pod dywan”.
Bezpieczeństwo narodowe (w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym) jest niewątpliwie korelatem suwerenności państwa, a ściślej autonomii decyzyjnej rządzących oraz dwustronnych i wielostronnych gwarancji sojuszniczych. Jeśli jednak owa autonomia jest ograniczana służebnością wobec interesów strategicznych Stanów Zjednoczonych czy Unii Europejskiej, to gwarancje przetrwania, obrony integralności i ochrony tożsamości są chwiejne i abstrakcyjne. Przewartościowania strategii amerykańskiej wskazują, że wiarygodność zobowiązań sojuszniczych jest dynamiczna i zmienna. Stara to prawda zachodnich potęg, że państwa nie mają stałych wrogów, ani stałych przyjaciół, mają jedynie wieczne interesy.
W tworzeniu nowej doktryny suwerenności i bezpieczeństwa warto więc sięgnąć do obrzydzanego wszelkimi sposobami przez mainstreamowy komentariat realizmu politycznego, ale także wykazać się pragmatyzmem i racjonalizmem w ocenie własnej pozycji międzynarodowej i złożoności uwarunkowań geopolitycznych. Mimo pokrzykiwań zblazowanych liberałów na wszystkich krytyków jednostronnego uzależniania Polski od protektorów zachodnich, należy przełamać opory psychologiczne i moralne, aby dostrzec liczne atuty i wartości własnego położenia, jako państwa „średniej” rangi w grze międzynarodowej.
Polska w sferze gospodarczej i politycznej może zdefiniować się jako ważny, bo naturalnie „uposażony” i infrastrukturalnie przygotowany „łącznik” między Wschodem a Zachodem, pożądany uczestnik wspólnot regionalnych, w ramach których swoim potencjałem gospodarczym i handlowym może wpływać na równoważenie i bilansowanie interesów. Szkoda, że z powodów ideologicznego zaślepienia rusofobią i bezkrytycznego lojalizmu wobec atlantyckich graczy całkowicie zrezygnowano z benefitów, jakie mogła przynosić współpraca tranzytowa do Europy Zachodniej z Chinami, Indiami czy Azją Środkową.
W tym kontekście trzeba zrewidować stosunek Polski jako „poważnego państwa”, a nielicznych koterii wiecznych insurgentów i zagończyków, do Rosji i Białorusi. Postrzeganie tych państw jako „nieobecnych” i „niepożądanych” w przestrzeni środowiska międzynarodowego polskiej polityki zagranicznej przynosi jedynie marną satysfakcję moralną kolejnym zwasalizowanym wobec Zachodu rządom. Szkodzi wszak w długiej perspektywie zarówno interesom suwerenności, jak i bezpieczeństwa. Polska sama bowiem pozbawia się przeciwwagi w sytuacjach presji ze strony swoich rzekomo „niezawodnych” protektorów i sojuszników.
Aspekty odradzającej się niemieckiej Machtpolitik czy rewizjonizmu ukraińskiego nie są tu bez znaczenia i trzeba perspektywicznie brać je pod uwagę. Mimo „odwiecznego chłodu” w stosunkach z Rosją już teraz trzeba zaryzykować realistyczne spojrzenie na potencjały współpracy w wybranych sektorach, które przyniosą większe korzyści interesom własnym niż chwały moralnej pośród „fałszywych” przyjaciół. Alternatywą jest jedynie działanie na własną szkodę, brnięcie w przepaść wzajemnej nienawiści i niszczenia.
Obecnie w Polsce modne jest obrzydzanie postawy transakcjonizmu Donalda Trumpa. Gubi to z pola widzenia istotę współczesnych relacji międzynarodowych. Transakcyjność jest naturalna dla wymiany jednych wartości na inne na zasadach komercyjnych. I wcale nie jest odległa od żerowania na słabości kontrahenta, w tym wrogich przejęć jego atutów. Żadne gwarancje czy profity nie wynikają z altruizmu, patetycznie werbalizowanych przyjaźni, partnerstwa czy sojuszniczej lub bratniej solidarności. Przeciwnie, są rezultatem egoistycznych kalkulacji, wyrachowania, przebiegłości i cynizmu.
Gorliwi obrońcy przywództwa transformacyjnego Ameryki, jakie kojarzą z administracjami poprzednich prezydentów zapominają, że poza zyskiem miały one zawsze na uwadze inne motywy, równie niebezpieczne, choć często zakamuflowane. Przy pomocy rozmaitych środków i zabiegów dążono do trwałych uzależnień w sferze ideologicznej i praktycznej, wywołując zmiany w systemach wartości i zachowaniach państw, zgodnie z oczekiwaniami hegemona. Powszechne były formy wasalizującego poddaństwa i jednokierunkowe przepływy woli politycznej. Wydaje się, że największą zasługą Trumpa jest w tym aspekcie nazwanie rzeczy po imieniu i zerwanie z iluzją „sprawiedliwego i pokojowego porządku światowego” oraz bezinteresownej przyjaźni i partnerstwa.
Stanisław Bieleń
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 941
Osiemdziesiąta rocznica konferencji jałtańskiej oraz ekstrawaganckie propozycje amerykańskiego prezydenta na temat zakończenia konfliktów w Gazie i na Ukrainie skłaniają obserwatorów do refleksji nad aktualną wartością suwerenności terytorialnej i samostanowienia narodów. Granice państw znów stają się funkcją interesów mocarstwowych, można je dowolnie przesuwać według kaprysów megalomańskich przywódców, a bogactwa narodowe, nawet te czekające dopiero na odkrycie, stają się przedmiotem gier i konszachtów geopolitycznych.
Spotkanie „wielkiej trójki” w Jałcie w lutym 1945 roku, mimo że obrosło legendą „zdrady” mocarstw zachodnich wobec Polski, miało – mówiąc bez histerii - pozytywne skutki dla położenia podstaw pod nowy, moralnie niesprawiedliwy, ale realnie jedyny możliwy ład międzynarodowy, będący konsekwencją bipolaryzacji stosunków międzynarodowych. W rezultacie zwycięstwa nad faszyzmem wyłoniły się bowiem dwa zwycięskie bieguny, wokół których zaczęła się koncentracja sił im podporządkowanych. Mimo wrogości ideologicznej, strategie wzajemnego odstraszania oparte na pacie atomowym pozwoliły przetrwać temu ładowi efektywnie przez blisko pół wieku.
Po każdej ze stron blokowego podziału obowiązywała dyscyplina hegemoniczna. Jest ona jednak przez historyków oceniana w sposób asymetryczny. Mało kto bowiem wypomina Stanom Zjednoczonym ewidentne ingerowanie w procesy polityczne i konsolidacyjne w Europie Zachodniej, na przykład we Francji, w Niemczech Zachodnich czy Włoszech, natomiast gros krytycznej uwagi skupia się na radzieckiej strefie wpływów, czyli państwach tzw. Europy Wschodniej, gdzie obowiązywał surowy dyktat Moskwy.
O dziwo, państwa wschodnioeuropejskie przeszły przez skuteczny proces powojennej odbudowy materialnej i instytucjonalnej, a po rozpadzie ZSRR udało im się szybko dokonać reorientacji politycznej i dołączyć do struktur zachodnich. I to z całym bogactwem pojałtańskiego inwentarza, zwłaszcza kształtem granic i podziałami ludności. Każdy, kto wzywa do rewizji dziedzictwa Jałty musi więc zdawać sobie sprawę z tego, że grozi to zanegowaniem całego ładu normatywnego, opartego na Karcie Narodów Zjednoczonych. Jeśli runie konstrukcja reguł gry, wypracowanych w wyniku współpracy „wielkiej trójki”, nastanie czas chaosu, ale i ryzyka „nowego rozdania” w kształtowaniu mapy świata.
Kłopoty z przewidywaniem
Polacy, którzy kwestionują postanowienia jałtańskie, nie rozumieją tego, że ich postawa grozi podważeniem trwałości własnych granic. Z pozycji beneficjenta Polska mogłaby stać się ofiarą nowego dyktatu, bo przecież w kwestii porządku terytorialnego nigdy nic nie jest przesądzone raz na zawsze. Wystarczy spojrzeć na limologię, czyli wiedzę o granicach państw, aby zrozumieć, że obecny stan rzeczy jest tylko jednym z przejściowych formatów określonego miejsca i czasu.
W ładzie pojałtańskim nie kwestionowano istnienia poszczególnych narodów i nie negowano ich prawa do samostanowienia. Uznanie suwerenności terytorialnej zapewniło średnim i małym państwom równość prawną, a jednocześnie stanowiło pewną formę ochrony przed otwartą dominacją wielkich mocarstw.
Wprawdzie taka interpretacja sprowadzała się wyłącznie do gwarancji formalnych niepodległości, ale i tak była ogromnym krokiem naprzód w stosunku do wszystkich ładów międzynarodowych z przeszłości. Często zapomina się, że imperializm epoki kolonialnej oznaczał ogromną niesprawiedliwość dziejową, a cała historia potęg zachodnich opierała się przecież na ekspansji i uzależnianiu słabszych od silniejszych. Na porządku dziennym były ich strefy wpływów, interesów i odpowiedzialności. Tylko naiwni idealiści mogą wierzyć, że te formy hierarchicznych zależności znikną kiedyś z powierzchni Ziemi i że nastanie ład egalitarny, oparty na równości wszystkich uczestników.
Wyznaczanie granic państw zgodnie z wymogami stabilności systemowej oraz ograniczeniami geopolitycznymi należało zawsze do wojennych zwycięzców. Zmiany granic były też konsekwencją dziedziczenia, grabieży czy transakcji kupna-sprzedaży (np. Luizjana, Floryda czy Alaska). Każdą formę przejęcia terytoriów i ludności można było zastąpić kolejnymi regulacjami. Wojny i dyplomacja były podstawowymi instrumentami przywracania i stabilizowania równowagi sił. Wyznaczanie granic bardziej służyło interesom dynastycznym i imperialnym niż narodowym. Dopiero w XIX wieku zaczęła upowszechniać się tzw. zasada narodowości, która dała początek upodmiotowieniu narodów, aspirujących do posiadania własnych państwowości.
Państwo suwerenne a narodowe
Po II wojnie światowej samostanowienie narodowe stało się głównym źródłem legitymizacji suwerennych państw. Ideologicznym spoiwem obu wartości są nacjonalizmy etniczne i obywatelskie, leżące u podstaw przekonania, że najbardziej sprawiedliwy podział terytorialny świata powinien pokrywać się z granicami wspólnot narodowych. Jest to oczywiście założenie idealistyczne, bo w praktyce między doktryną a realiami występują duże rozbieżności. Istnieją tysiące narodów, ale tylko około dwustu suwerennych państw.
Współczesne mitologizowanie systemu międzynarodowego, jakoby wszystkie państwa były wobec siebie suwerenne i równe jest ogromnym nieporozumieniem. Apologeci Ameryki przez ostatnie trzy dekady po zakończeniu „zimnej wojny” wmawiali sobie i nam istnienie jakiegoś liberalnego ładu międzynarodowego, gdy w rzeczywistości nigdy taki ład nie miał miejsca. Stosunkami międzynarodowymi rządzi bowiem nieustannie dialektyka rywalizacji i współpracy, walki i kompromisu. To od dynamiki stosunku sił między największymi potęgami i ugrupowaniami państw zależy stabilność systemowa. Naprzemienność przewag siły bądź nadrzędności prawa powoduje, że różnicują się formy wzajemnych oddziaływań mocarstw oraz ugrupowań państw, ale ich istota pozostaje niezmienna. Trwa bowiem nieustanna walka o wpływy, dominację i prymat (hegemonię) w wymiarach regionalnych i na szczeblu globalnym.
Samostanowienie narodów i suwerenność terytorialna państw w wymiarze realizacyjnym zawsze były i są pochodną politycznej woli tych, od których zależy utrzymanie ładu. Inaczej mówiąc, wszystkie akty samostanowienia w postaci proklamowania niepodległych jednostek geopolitycznych były wyrazem pewnej zgody, jaka zaistniała w danym momencie między największymi potęgami. W wyniku przegranej wojny przez Hitlera i jego sojuszników to właśnie „mocarstwa jałtańskie” otworzyły nową epokę w zakresie doktryny i praktyki samostanowienia. A to, że same współtworzyły nowe jednostki geopolityczne, nawet wbrew woli zainteresowanych, wynikało z ich pozycji zwycięzców.
Przede wszystkim po II wojnie światowej bez woli mocarstw zwycięskich nie dokonałaby się dekolonizacja, oznaczająca obalenie zasady wyższości rasowej. Był to jeden z najważniejszych procesów suwerenizacyjnych w dziejach, w którym zatriumfowała zasada samostanowienia narodów (ograniczona przez uti possidetis iuris, czyli zachowanie granic pokolonialnych). Jej ideał znalazł wyraz w Deklaracji o przyznaniu niepodległości krajom i narodom kolonialnym (rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 14 grudnia 1960 roku), a rozszerzenie zasady samostanowienia nastąpiło w Deklaracji zasad prawa międzynarodowego ONZ z 24 października 1970 roku, gdzie zapisano m.in., że „utworzenie suwerennego i niepodległego państwa, stowarzyszenie się lub połączenie z niepodległym państwem, bądź obranie jakiegokolwiek innego statusu politycznego, o którym swobodnie zadecydował naród – to sposoby prawa do samostanowienia przez ten naród”.
Prawo, moralność i realia
Zdając sobie sprawę ze złożoności materii, trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wszystkie suwerenne państwa już istniejące traktują jako nadrzędną zasadę integralności terytorialnej. To oznacza kontrę wobec zasady samostanowienia. Obrona terytorialnego status quo zgodnie z pewną logiką bezwładności oznacza bowiem uniemożliwianie realizacji prawa do samostanowienia przez narody skolonizowane i podbite (okupowane). W rzeczywistości mamy do czynienia z nieudawaną hipokryzją państw i ich rządów, jeśli chodzi o realne wsparcie dążeń niepodległościowych konkretnych grup narodowych. Widać to najlepiej na przykładzie fałszywego wsparcia dla Palestyńczyków. Wiele rządów popiera „dwupaństwową” koncepcję rozwiązania problemu palestyńskiego, ale ulega szantażowi moralnemu ze strony Izraela oraz presji kolejnych administracji Stanów Zjednoczonych, aby nie dopuścić do powstania niepodległej Palestyny.
Samostanowienie narodów, niezależnie od wymiaru normatywnego, stanowi więc we współczesnym systemie międzynarodowym wątpliwy moralny imperatyw, a nie twardą regułę prawa. Propozycje Donalda Trumpa na temat redefiniowania statusu samodzielnych jednostek geopolitycznych oraz terytoriów niesamodzielnych pokazują, że wbrew oczekiwaniom Ameryka dąży do zdemontowania dotychczasowych instytucji, których źródła sięgają współpracy mocarstw z czasów II wojny światowej. Widać także wyraźnie, że przyszłość ONZ jest zagrożona, a wiele państw za przykładem USA demonstruje wobec niej lekceważenie.
W sprawie samostanowienia paradoks polega na tym, że już od dłuższego czasu rozmaite organizacje narodowowyzwoleńcze i niepodległościowe, a tym bardziej ruchy separatystyczne są uznawane za terrorystyczne. Sięgają one bowiem do stosowania siły przeciw swoim opresorom. Tymczasem prawo międzynarodowe dopuszcza użycie siły przez narody uciemiężone, poddane zależności kolonialnej, okupacji lub dyskryminacji rasowej, a wojny narodowowyzwoleńcze nie bez powodu przypominają „wojny sprawiedliwe” z odległej przeszłości, gdy świat chrześcijański zmagał się z „poganami i heretykami”.
Z enuncjacji amerykańskiego prezydenta wynika jednak, że USA nie zamierzają respektować prawa do samostanowienia narodów w dochodzeniu do własnej państwowości. Chodzi bardziej o tworzenie nowych form afiliacji jednostek już istniejących – stowarzyszeniowych czy kondominialnych. W każdym jednak przypadku, (od symbolicznej Grenlandii poczynając), projektowana afiliacja wymagałaby wyrażenia woli większości (zapewne kwalifikowanej) mieszkańców danego obszaru.
Przypadki utworzenia niepodległego Kosowa w 2008 roku przy udziale mocarstw zachodnich oraz aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku można zakwalifikować jako rezultaty trwającej od dłuższego czasu irredenty, czyli dążeń miejscowej ludności do oderwania od dotychczasowego państwa i związania się z państwem macierzystym (odpowiednio z Albanią i z Rosją). Podobnego uzasadnienia nie można było niestety zastosować wobec separatystycznych „republik” w Donbasie, co przy wszystkich innych uwarunkowaniach spowodowało wybuch tragicznej wojny rosyjsko-ukraińskiej.
Co cenniejsze?
Na tych przykładach widać wyraźnie, że państwa o wiele ostrzej reagują na pogwałcenie czyjejś suwerenności i integralności terytorialnej przez agresora niż w obronie prawa do samostanowienia. Przypadki Kosowa i Krymu pokazują, że niezależnie od oburzenia, wspólnota międzynarodowa jest gotowa zaakceptować wymuszone zmiany terytorialne, zbieżne z interesami ludności na spornych obszarach. Natomiast gdy w grę wchodzi przejmowanie aktywów terytorialnych na drodze zbrojnego zawładnięcia, reakcja zbiorowa jest o wiele bardziej zdecydowana.
Suwerenność państwa jest jego atrybutem i stanowi podstawę konstytutywnej normy formalnoprawnej równości państw. Oparcie terytorialne suwerenności jest gwarancją istnienia państwa. Bez terytorium państwo pozostaje fikcją.
Samostanowienie narodowe bazuje natomiast na moralnym postulacie sprawiedliwości. Jest podstawą normy preskryptywnej (tzn. wskazującej na działania pożądane i akceptowane przez większość), która zaleca oparcie podziału terytorialnego na uzasadnionych roszczeniach przynależności narodowej. Problem jednak w tym, że ocena zasadności owych roszczeń spoczywa najczęściej w gestii wielkich potęg, które kierując się egoistycznymi interesami, niekoniecznie popierają słuszne dążenia do utworzenia nowych państw czy tendencje odśrodkowe w państwach już istniejących.
Suwerenność terytorialna ma charakter konserwujący zastane status quo, choć procesy narastających współzależności, internacjonalizacji i integracji nadają jej w wielu przypadkach wartość iluzoryczną. Tymczasem samostanowienie narodów ma znaczenie dynamizujące, gdyż ciągle niesie niespodzianki pojawienia się nowych jednostek geopolitycznych i konieczność reakcji na nie. W tym kontekście szczególnie niebezpieczne są nieprzemyślane projekty zmian status quo w odniesieniu do Strefy Gazy.
Absurdalny pomysł Donalda Trumpa o przejęciu tego terytorium i uczynienia z niego „riwiery Bliskiego Wschodu” za cenę czystek etnicznych i masowych przesiedleń ludności oznaczałby podważenie moralnej i prawnej koncepcji, że dane terytorium należy do określonego narodu. Runęłaby cała konstrukcja w miarę logicznego, ukształtowanego w ciągu kilku stuleci porządku powestfalskiego.
Jakiekolwiek decydowanie o losach innych narodów bez pytania ich o zdanie oznacza przede wszystkim podważanie podstawowych zasad prawa międzynarodowego. Dlatego dezynwoltura Donalda Trumpa wyrażająca się w pomyśle przejęcia przez USA Strefy Gazy świadczy nie tylko o instrumentalnym traktowaniu prawa Palestyńczyków do samostanowienia, ale jest także wyrazem pogardy dla całego dorobku prawnego i politycznego w dziedzinie pokojowego współistnienia. Jest wyrazem darwinizmu geopolitycznego, który przypomina poglądy XIX-wiecznych geopolityków niemieckich z Friedrichem Ratzelem na czele.
W kontekście deklaracji Trumpa jeszcze większy niepokój pojawia się w odniesieniu do planu pokojowego dla Ukrainy. Nie wiadomo bowiem, czy z równym lekceważeniem potraktuje on prawo do samostanowienia ludności na zajętych przez Rosję terytoriach. Jeśli uzna prawa Rosji do aneksji części wschodniej Ukrainy, to znaczy, że przyzwoli na dokonywanie zmian terytorialnych na drodze wojny. Będzie to powrót do praktyk dawno zarzuconych i moralnie potępionych. Jeśli wszak opowie się za odzyskaniem przez Ukrainę obszarów utraconych podczas wojny, to znaczy, że stanie w obronie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, ale w kolizji z prawem do samostanowienia narodowego ludności rosyjskojęzycznej, dążącej do połączenia z Rosją na wzór Krymu.
Zmiana filozofii geopolityki?
Wszystkie te niewiadome są niczym wobec radykalnej zmiany całej filozofii geopolityki. Trump bowiem ze swoimi akolitami otwiera drogę do powrotu polityki siły (power politics), nawiązującej bezpośrednio do regulowania stosunków społecznych na zasadzie „kto kogo?” Władca Imperium Americanum stawia siebie ponad wszystkimi podmiotami decyzyjnymi, ignoruje interesy innych uczestników stosunków międzynarodowych, mniemając, że wszystko na świecie można kupić i sprzedać, podbić czy zawojować. A przecież USA, a tym bardziej sam Trump, nie mają prawa dysponować swobodnie cudzą własnością ani narzucać innym, bez ich woli, swoje absurdalne projekty zmian w podstawach ładu międzynarodowego.
W sprawie pokoju na Ukrainie wymagany jest kompromis z uwzględnieniem interesów nie tylko samej Ukrainy, ale przede wszystkim Rosji. Tym bardziej, że w wojnie rosyjsko-ukraińskiej nie ma i nie będzie jednoznacznego zwycięzcy. Oprócz suwerenności terytorialnej i samostanowienia narodowego kwestią rozstrzygającą będzie więc uznanie niepodzielności bezpieczeństwa obu stron konfliktu. Oznacza to, że żadna z wojujących stron po zakończeniu działań zbrojnych nie może się czuć zagrożona ich wznowieniem przez swojego przeciwnika.
Póki co, amerykański prezydent stawia na komercyjny dyktat wobec Ukrainy. Gwarancje bezpieczeństwa udzielone temu państwu musiałyby być sowicie opłacone, aby były skuteczne. Tymczasem ukraiński prezydent nie ma obecnie takiego umocowania swojej władzy, aby na długie lata poddać państwo ukraińskie skutecznej protekcji amerykańskiej. Gotowość oddania w ręce Amerykanów olbrzymich zasobów naturalnych Ukrainy (także tych, które pozostają pod kontrolą rosyjską) świadczy o tym, że obecne władze ukraińskie w sposób bezprecedensowy szafują suwerennością terytorialną, co nie ma legitymacji w postaci woli zbiorowej. Takie decyzje wymagają zawsze przyzwolenia wyrażonego w głosowaniach powszechnych.
W świetle szalonych pomysłów amerykańskiej dyplomacji trzeba więc zdecydowanie bronić stanowiska wyrażonego w prawie międzynarodowym, że suwerenność terytorialna jest ściśle powiązana z moralnym prawem narodów do decydowania o własnym losie. Skończyły się czasy, kiedy władcy mogli sprzedawać zasoby terytorialne na zasadzie transakcji nieruchomości.
W projektach Donalda Trumpa tkwi zatem niebezpieczna pułapka zastawiona na ukraińskiego prezydenta. Jeśli ulegnie on presji amerykańskiej, może spotkać się z odmową swojego społeczeństwa zatwierdzenia w przyszłości szykowanych transakcji. Należy bowiem mieć nadzieję, że cyniczne rozgrywanie przez Trumpa adresatów jego rewizjonistycznych pretensji prędzej czy później skończy się porażką na rzecz powrotu do uznanych powszechnie reguł gry.
Stanisław Bieleń

