Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 130
Podczas gdy Wielka Brytania i Ukraina naciskają na Niemcy, by przygotowały się do wojny z Rosją, jesteśmy świadkami upadku zjednoczonych Niemiec. Kraj jest głęboko podzielony na dwa odrębne narody. Jego tożsamość stoi pod znakiem zapytania. Rozpad Republiki Federalnej Niemiec jest nieunikniony. Tymczasem porozumienie pokojowe między Waszyngtonem a Moskwą doprowadzi do aneksji części Ukrainy i Naddniestrza przez Rosję. A porzucenie przez Unię Europejską swoich wartości doprowadzi do jej upadku.
Nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi, upadek administracji Zełenskiego na Ukrainie prawdopodobnie doprowadzi do rozpadu Mołdawii, Niemiec i Unii Europejskiej. Taka jest robocza hipoteza Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych. Jesteśmy jednak na to zupełnie nieprzygotowani, a nasi przywódcy polityczni i media na razie nawet nie biorą pod uwagę takiej możliwości.
Dezintegracja Niemiec
Nie zrozumieliśmy, że zjednoczenie Niemiec, którego orędownikami byli prezydenci Helmut Kohl i François Mitterrand, zostało przeprowadzone z naruszeniem prawa międzynarodowego: naród Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD) nigdy nie został w tej sprawie skonsultowany. Zaakceptowaliśmy to, ponieważ wydawało się logiczne i ponieważ w ciągu 14 miesięcy Angela Merkel, szefowa propagandy komunistycznej Komunistycznej Ligi Młodzieży NRD, została chadecką minister młodzieży w Niemczech Zachodnich.
Jednak osobiste losy tej polityczki w żaden sposób nie odzwierciedlają jej narodu. Widzimy jedynie perspektywę Zachodu (62 miliony mieszkańców w momencie zjednoczenia), a nie Wschodu (16 milionów mieszkańców w tym samym czasie).*
Wschodni przemysł został splądrowany dla dobra Zachodu. Bezrobocie sięga obecnie 7,5%, podczas gdy na Zachodzie wynosi zaledwie 5,7%. Średnia pensja brutto wynosi 3973 euro na Wschodzie i 4810 euro na Zachodzie. Produkt krajowy brutto (PKB) na mieszkańca wynosi średnio 37 711 euro w pięciu krajach wschodnich, w porównaniu z 54 162 euro na Zachodzie.
W ostatnich wyborach federalnych doszło do starcia obu krajów: Niemcy Wschodni, ukształtowani przez okupację sowiecką, w zdecydowanej większości głosowali na Alternatywę dla Niemiec (AfD), podczas gdy Niemcy Zachodni, ukształtowani przez okupację amerykańską i nazistów, których zrecyklingowali, głosowali na chadeków i socjaldemokratów. W rzeczywistości nie ma jednych Niemiec, lecz dwa państwa niemieckie.
Dziś zjednoczone Niemcy są rządzone przez większą część składową, Zachodem, który próbuje stłumić polityczną ekspresję swojej wschodniej części składowej. 2 maja 2025 roku partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) została uznana za organizację „skrajnie prawicową”, co zostało potwierdzone przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji. Partia ta jest jedynie reakcją na proponowaną europejską konfederację, projekt zakorzeniony w Neuordnung Europas (Nowym Porządku Europejskim), pomyślanym przez Waltera Hallsteina dla kanclerza Adolfa Hitlera, zanim został pierwszym sekretarzem generalnym EWWiS (później EWG i Unii Europejskiej). Podobnie Federalny Urząd Ochrony Konstytucji w Monachium, który w latach 50. służył do przekwalifikowywania byłych funkcjonariuszy Gestapo, nadzoruje represje wobec dziennikarzy i myślicieli, którzy mogliby podważyć niemieckie założenia.
Choć jesteśmy świadomi okrucieństw popełnionych przez Służbę Bezpieczeństwa (Stasi) w Niemczech Wschodnich, nie znamy tych, które miały miejsce w Niemczech Zachodnich wobec komunistów i gejów. A jednak była to ponura rzeczywistość.
Obecne zjednoczone Niemcy znajdują się pod władzą niewielkiej grupy potomków nazistów, którzy po wojnie kolaborowali z anglosaskimi okupantami. Sam kanclerz Friedrich Merz jest wnukiem nazistowskiego dygnitarza, którego antysłowiańskie uprzedzenia przejął. Nie ma żadnych oporów przed współpracą z ukraińskimi „integralnymi nacjonalistami”, którzy twierdzą, że pochodzą od wikingów Waregów, a z pewnością nie od Słowian. Podczas gdy tradycja germańska odmawiała współpracy z Rosjanami (stąd schizma z 1054 roku, oddzielająca Święte Cesarstwo Rzymskie od Konstantynopola, wiek po chrześcijaństwie Ukrainy i Rosji), jedynie naziści dążyli do eksterminacji wszystkich Słowian i przejęcia ich ziem (Lebensraum, czyli przestrzeni życiowej Niemiec).
W każdym razie zjednoczone Niemcy nie zgłosiły najmniejszego sprzeciwu wobec nazizacji Ukrainy, od uzyskania niepodległości w 1991 roku do zamachu stanu na Euromajdanie w 2014 roku. Usilnie ignorują setki pomników wzniesionych na Ukrainie ku pamięci nazistów i ich kolaborantów. Ignorują plan administracji Zełenskiego, by zbudować Panteon Ukraińskiej Chwały i, w przeciwieństwie do Muzeum Jad Waszem, odmawiają komentarza w sprawie ponownego, narodowego pochówku zbrodniarza przeciwko ludzkości Andrija Melnyka 25 maja 2026 roku.
Rozpad Mołdawii i Naddniestrza
Podczas upadku Związku Radzieckiego Naddniestrze ogłosiło niepodległość 2 września 1990 roku. Jest to mała dolina wzdłuż rzeki Dniestr, charakteryzująca się niezwykłym mikroklimatem, którą Sowieci przekształcili w ośrodek naukowy. Prawie rok później, 27 sierpnia 1991 roku, Mołdawia również ogłosiła niepodległość. Jednak te dwa państwa wcześniej utworzyły jeden region, Mołdawską Socjalistyczną Republikę Radziecką. 28 lutego 1992 roku Stany Zjednoczone przyjęły do Organizacji Narodów Zjednoczonych osiem niepodległych republik radzieckich, w tym Mołdawię. Ale nie Naddniestrze. W oczach ONZ jest ono po prostu częścią Mołdawii. Zaraz potem CIA podjęła próbę podporządkowania sobie Naddniestrza w wojnie, która w dużej mierze została zapomniana.
Od tego czasu Mołdawia i Naddniestrze rozwijały się oddzielnie. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że Naddniestrze pozostaje republiką sowiecką, spełniając marzenie Michaiła Gorbaczowa o pogodzeniu komunizmu z demokracją. Nie jest jednak pozbawione wad i nie udało mu się rozwiązać problemu przestępczości zorganizowanej, jak to się stało w przypadku Rosji pod rządami Władimira Putina.
Naddniestrze, które od czasu uzyskania niepodległości gościło rosyjski arsenał, a od wojny w 1992 r. stacjonowały tam rosyjskie siły pokojowe, otrzymuje darmowy gaz rosyjski, ponieważ kontroluje skrzyżowanie kilku rosyjskich gazociągów do Europy Wschodniej, Środkowej i Zachodniej.
Od 2019 roku amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy działał na rzecz osłabienia Rosji poprzez wciąganie jej w konflikty na Ukrainie i w Naddniestrzu. W 2005 roku Angela Merkel, ówczesna kanclerz Niemiec, mianowała Ursulę von der Leyen na stanowisko doradcy. Obie kobiety naciskały na utworzenie Misji Granicznej Unii Europejskiej dla Mołdawii i Ukrainy (EUBAM). Ta europejska organizacja miałaby oblegać Naddniestrze, otaczając jego granice z Mołdawią i Ukrainą, mimo że żadne z tych dwóch państw nie jest członkiem Unii Europejskiej.
Porozumienie osiągnięte przez prezydentów Donalda Trumpa i Władimira Putina w Anchorage 15 sierpnia 2025 r. stanowi, że Donbas i Noworosja są terytorium rosyjskim. Oznacza to, że Odessa nie zostanie wyzwolona siłą, lecz zaanektowana na mocy traktatu pokojowego. Odessa graniczy z Naddniestrzem. Dwa tygodnie temu prezydent Putin nadał obywatelstwo rosyjskie wszystkim obywatelom Naddniestrza, którzy się o nie ubiegali. Naddniestrze stanie się zatem rosyjskie po wojnie na Ukrainie, co doprowadziłoby do upadku Mołdawii. Jej ludność wyraziła już dwukrotnie swoje poparcie dla tej decyzji.
Rozpad Unii Europejskiej
Jedność Unii Europejskiej wydaje się nam niepodważalna. Jednak Wielka Brytania przystąpiła do niej w 1973 roku i wystąpiła w 2020 roku. W 2005 roku wyborcy we Francji i Holandii odrzucili referenda w sprawie Konstytucji Europejskiej. Zostały one zignorowane, a UE odeszła od swoich „wartości demokratycznych”. W 2013 roku Europejska Trojka (czyli ówczesne Niemcy, Francja i Wielka Brytania) nałożyła na Cypryjczyków całkowitą konfiskatę depozytów bankowych przekraczających 100 000 euro, jeszcze bardziej oddalając Unię Europejską od jej „wartości demokratycznych i liberalnych”. W 2024 roku Komisja Europejska potajemnie interweniowała w rumuńskich wyborach prezydenckich, definitywnie odchodząc od jej „wartości”. Obecnie państwa członkowskie UE, z wyjątkiem Słowenii i Węgier, kwestionują jednomyślność w działaniu Rady Europejskiej.
Tymczasem Wielka Brytania, która nie jest już częścią UE, tworzy nowy sojusz wojskowy – „Northern Marines”. Ta nowa formacja składa się z sił zbrojnych Danii, Estonii, Finlandii, Holandii, Islandii, Litwy, Łotwy, Norwegii i Szwecji. Oczekuje się, że wkrótce dołączą do niej również armie Niemiec, Polski i Turcji; a być może nawet Francji, ale wymiana zdań między Londynem a Paryżem w 2025 roku nie jest już realna. Według zespołu prezydenta Trumpa, Northern Marines ma zastąpić NATO po wystąpieniu Stanów Zjednoczonych z Sojuszu Atlantyckiego w połowie 2027 roku.
Jednakże sojusz ten jest niezgodny z istnieniem UE, co jest konsekwencją tajnych klauzul Planu Marshalla (1948).
Zauważamy, że niemieckie zbrojenia są finansowane zarówno przez Unię Europejską, jak i Wielką Brytanię. W latach 30. XX wieku ta ostatnia finansowała niemieckie zbrojenia przeciwko Sowietom. Dopiero po układzie monachijskim (29-30 września 1938 r.) ZSRR, przekonany, że jest kolejną ofiarą III Rzeszy, zawarł układ niemiecko-sowiecki (23 sierpnia 1939 r.), a Berlin zwrócił się przeciwko Londynowi.
Thierry Meyssan
Pełny tekst, z przypisami - https://www.voltairenet.org/article224627.html
*Od Redakcji SN: pisaliśmy o tym w recenzji Co zostało po NRD – książki Dirka Oschmanna - Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1869
Rok 2021 obfituje w okrągłe daty rocznic wydarzeń z historii minionego stulecia. Oprócz setnej rocznicy pokoju ryskiego i konstytucji marcowej minęło też 95 lat od zamachu stanu, dokonanego w maju 1926 roku przez Józefa Piłsudskiego, co otworzyło niechlubną kartę sanacyjnej dyktatury. W 2021 roku przypadło 85-lecie napaści III Rzeszy na ZSRR, która zatrzęsła światową geopolityką, a powstały po zakończeniu II wojny światowej układ sił w swoim wymiarze terytorialnym pozostaje jednym z najtrwalszych w historii kontynentu europejskiego. Wreszcie w mijającym roku upływa 30 lat od samolikwidacji ZSRR, po której nową kartę w swoich dziejach rozpoczęła zapełniać Federacja Rosyjska-Rosja, sukcesorka poprzednich formacji ustrojowych.
Kolejny, 8. tom szkiców Profesora Witolda Modzelewskiego pt. Polska-Rosja. Reset na stulecie pokoju ryskiego? Lata 2020-2021 (Instytut Studiów Podatkowych, Warszawa 2021) pozwala w kontekście tych rocznic spojrzeć na nieudolne próby samookreślenia Polski – a ściślej jej elit politycznych i intelektualnych – w dynamicznie zmieniających się układach sił.
Książka - jak poprzednie tego autora – nie napawa niestety optymizmem. Przeciwnie, odkrywa najważniejszy, ale i podstawowy problem: brak spójnej konceptualizacji państwa polskiego ze strony zmieniających się rządów i formacji ustrojowych oraz nieumiejętność problematyzacji świata, w którym Polska się znalazła. Ekipy rządzące Polską w XX i XXI wieku nie potrafiły lub nie mogły samodzielnie określić preferencji w ramach interesu narodowego (orientacja III RP na Zachód była bezwarunkowa i bezkrytyczna, ale zabrakło w niej pierwiastków komplementarnych), ani tak zbilansować możliwości, aby zapewnić skuteczność swoich działań i oddziaływań wobec partnerów i sojuszników, jak rywali i oponentów.
W istocie oznaczało to brak racjonalnego zdefiniowania własnej tożsamości, zarówno pod względem ustrojowym i cywilizacyjnym, jak i konsekwentnego oparcia czy zakorzenienia w przestrzeni geopolitycznej systemu międzynarodowego. To rozdarcie między Wschodem i Zachodem, między Rosją i Niemcami, wreszcie między demokracją a dyktaturą powodowało i powoduje, że Polska nie ma zdecydowanie określonego statusu międzynarodowego, ma słaby prestiż i kiepską reputację.
Jako państwo „średniej rangi” nie należy ani do ścisłego grona państw przywódczych w NATO czy w Unii Europejskiej, ani nie jest równoważnym partnerem w stosunkach bilateralnych z największymi graczami sceny międzynarodowej. I tak jest, niezależnie od zmieniających się rządów w III RP.
Ze względu na tę nieokreśloność sprowadzana jest w obraźliwym żargonie a to do roli „konia trojańskiego” Ameryki w Europie, a to do „wasala” Stanów Zjednoczonych, a także do roli „zawady” w Unii Europejskiej. Państwo nieumiejące zbilansować i znormalizować stosunków z sąsiadami, które samo nie wie, kim jest w relacjach regionalnych i kontynentalnych, a także transatlantyckich skazuje się na lekceważenie i marginalizację. Tymczasem rządzący i wspierające ich media czy usłużni eksperci nie ukrywają samozadowolenia, lekceważąc wszelkie obiektywne kryteria oceny rzeczywistej sytuacji, popadając w mitomanię i megalomanię. Historia nie jest dla nich żadną magistra vitae, a dzisiejsze doświadczenie porażek i klęsk nie wywołuje reakcji samokrytycznych i ozdrowieńczych.
Polityka fałszu i zakłamania
Wywody Profesora Modzelewskiego mają charakter obrazoburczy, prowokują do zastanowienia się nad obiektywizmem w przekazach historycznych, rolą państwowej cenzury w przyswajaniu wiedzy o faktach i wydarzeniach, uznawanych za niewygodne przez kolejne władze polityczne. Natrętna gloryfikacja pseudobohaterów, powszechna mitologizacja historii i instrumentalne jej traktowanie prowadzą w rezultacie do budowania fałszywej świadomości narodowej. Obrażają inteligencję światłych Polaków i szkodzą wizerunkowi Polski.
Dzieje się tak zwłaszcza w kontekście kultu Józefa Piłsudskiego. W. Modzelewski pokazuje polski paradoks, że „puczysta” stał się w istocie patronem i idolem demokratycznego państwa. Miejmy nadzieję, że prędzej czy później przyjdzie czas obalenia jego pomników, gdyż obrażają one nie tylko rozum polityczny, ale obnażają tę haniebną prawdę, że uzurpator jest wzorem dla władzy legitymizowanej w sposób demokratyczny. Żadna logika nie pozwala pogodzić tych dwóch sposobów prawowitości rządzenia. W myśl tej tradycji, na nowych bohaterów narodowych kreuje się kolejnych agentów obcych wywiadów. Niczym klątwa powtarza się to w kolejnych formacjach ustrojowych i w kolejnych pokoleniach.
Podobnie jak w okresie międzywojennym, tak i po 1989 roku Polska stoczyła się w otchłań paraplemiennych konfliktów, a okres PRL wykreślono z ciągłości historycznej, co nie było ani mądre, ani korzystne dla polskiego interesu narodowego. Jak wiarygodne jest na przykład dzisiaj powoływanie się przez rządzących na zrealizowane za czasów PRL umowy z USA w sprawie spłaty zadłużenia czy kosztów utraconego mienia, jeśli ta państwowość została zdezawuowana i podważona przez samych Polaków? Dlaczego przy masowej obojętności, a nawet przy przyzwoleniu społecznym uczyniono z Polski Ludowej przysłowiową „czarną dziurę” polskiej historii? Prawie wszyscy obywatele ponoszą odpowiedzialność za takie skandaliczne i szkodliwe obchodzenie się polityków ze wspólną historią, bo pozwolono im na dezynwolturę i bezczelność. Wiele interesujących przemyśleń na ten temat znajdujemy w trylogii Andrzeja Walickiego pt. PRL i skok do neoliberalizmu, t. 1-3 (Fundacja Oratio Recta-IHN PAN-Dom Wydawniczy ELIPSA, Warszawa 2021).
Świat według nowych elit
To, co jest szczególnie uderzające, to bardzo powierzchowne wyobrażenie o systemie rywalizujących potęg, istocie ich Realpolitik, na ołtarzu której poświęcano zawsze wartości i interesy państw słabszych. W imię absolutyzowanej suwerenności (której istoty nie rozumie się w dobie rozmaitych współzależności) kolejne polskie rządy prezentują dość osobne, deprecjonujące i anarchistyczne podejście do kształtowania pozycji państwa polskiego w środowisku międzynarodowym – od skrajnej służalczości wobec USA czy bezkrytycznej lojalności wobec Izraela, po niezrozumiałe awanturnictwo i pretensje do tychże protektorów, że cynicznie bronią one swoich interesów, nie licząc się ze stanowiskiem Warszawy.
Na tych przykładach widać wyraźnie, jak nisko ceniona jest Polska i jak słaba jest wiarygodność sojusznicza USA czy Izraela (po co były te hece z posiedzeniami rządu ad limina w Jerozolimie w 2011 roku?). W rezultacie mamy do czynienia z powtórką historycznego „osamotnienia” oraz „zdrady Zachodu i Żydów” wobec Polski.
Ta obsesja zdrady ze strony wiarołomnych przyjaciół i sojuszników jest trwale wpisana także w polską historiografię. Niestety, świadczy ona o żenującym poziomie umysłowym oraz naiwności polityków i badaczy, niedoinformowaniu i niewiedzy, a także braku umiejętności kojarzenia faktów i procesów historycznych. Obnaża pseudoideowość i irracjonalną bezkompromisowość prowadzącą do totalnego blamażu i klęski.
Ujawnia się brak zmysłu strategicznego w ocenie realiów geopolitycznych, niedoszacowanie znaczenia potencjału i ambicji rosyjskich, przecenianie roli „parasola ochronnego” USA i NATO oraz bezmyślne stawianie na Ukrainę jako „strategicznego partnera” – co wraz z konfliktem w ramach Unii Europejskiej doprowadziło do największego kryzysu w polityce zagranicznej III RP.
Mamy do czynienia z patologicznym myśleniem o największych sąsiadach – „dobre” są Niemcy, mimo największego od nich uzależnienia, zwłaszcza polskiej gospodarki, a „zła i agresywna” jest Rosja – choć ona żadnych agresywnych pretensji wobec Polski nie przejawia. Jest to mantra niemieckiej (i anglosaskiej) indoktrynacji, która Polakom podpowiada, że ich największym „odwiecznym” wrogiem jest Rosja. „Stronnictwo pruskie” pod koniec XVIII wieku narzuciło ówczesnej opinii społecznej swoją interpretację patriotyzmu, przywdziewając szaty obrońców polskości przed imperium rosyjskim.
To od tego czasu – mimo że było wielu polskich beneficjentów tego mocarstwa w XIX wieku, o czym pisze w wielu pracach Lech Mażewski – wmawia się Polakom kłamliwą wersję historii, w najbardziej nachalnej i prymitywnej postaci („rusofobiczny jazgot”).
Determinuje ją „imperatyw antyrosyjski” oparty na sprzeczności z faktami historycznymi. Pozwala on zaciemnić rzeczywiste uzależnienia współczesnej Polski a to od Niemiec, a to od międzynarodowej oligarchii finansowej, a to od „ponadnarodowych” koncernów i lobbingu.
Rusofobia jako doktryna
Straszenie Rosją skutecznie odwraca uwagę od rzeczywistych zagrożeń i zniewoleń. Usłużni wobec polityków akademicy i publicyści tworzą kolejne zafałszowane wersje historii, nie zdając sobie sprawy z tego, że działają na własną szkodę, obnażając swoje obsesje i fobie, a w konsekwencji brak instynktu samozachowawczego.
Choć polska tradycja realistyczna w myśli politycznej ma bogaty dorobek, to jednak ciągle przeważa pogląd o wyższości „honoru i moralności” nad „rozsądkiem i roztropnością”. Jedna z ostatnich publikacji książkowych może być przydatna w lepszym zrozumieniu tego polskiego fenomenu (A. Orzełek, Poszukiwanie modelu realizmu politycznego. Myśl i publicystyka Aleksandra Bocheńskiego, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2019).
Oficjalnie zadekretowana rusofobia stała się probierzem patriotyzmu, który znajduje wparcie albo za Odrą, albo za oceanem. O braku wewnątrzsterowności polskich polityków w tej sprawie świadczy fakt, że żaden z prezydentów, premierów czy ministrów spraw zagranicznych RP (byłych i obecnych) nie odważy się przyznać, że jest to oczywista manipulacja. Widać przecież wyraźnie, że są to czasy najbardziej zobojętniałego stosunku do Polski największego sąsiada na Wschodzie. A jednak podsycany jest ciągle ów manichejski podział na dobry Zachód oraz złowrogą Rosję, która czyha na polską suwerenność, a może i niepodległość.
Polskie elity polityczne, niezależnie od ich ideowej proweniencji, nie rozumieją, czym jest kreowanie silnej woli politycznej na rzecz ponadpartyjnego konsensusu w sprawach najważniejszych dla interesu narodowego: przede wszystkim bezpieczeństwa ze strony najbliższych sąsiadów, opartego na dobrosąsiedzkiej zgodzie, a nie na wątpliwych gwarancjach dalekich protektorów. Ciągle aktualna jest przestroga fińskiego męża stanu, Urho Kekkonena: „Nie szukajcie przyjaciół daleko, a wrogów blisko”. Niezależna polityka wymaga niezależnej klasy politycznej, która nie wisi u klamki swoich mocodawców!
Mądrość polityczna powinna znaleźć wyraz w doktrynie polityki zagranicznej i obronnej, opartej na zrównoważeniu interesów i określeniu się jako partner respektujący nie tylko demokratyczne reguły gry, ale także uznający stosunek sił w globalnym ich układzie. W stosunkach międzynarodowych stałą cechą strukturalną jest hierarchia potęg, a w jej konsekwencji zależności, rywalizacja o wpływy i równoważenie sił. Dzieje się to niestety kosztem państw słabszych, bowiem głównymi rozgrywającymi są najsilniejsze gospodarczo i politycznie potęgi, a także międzynarodowe koncerny, które ostatecznie także służą interesom mocarstwowym.
Penetrujący gospodarki państw obcy kapitał ma swoją przynależność „narodowo-państwową”, nawet gdy niektórym naiwnym decydentom wydawało się pod wpływem ogłupiających idei i propagandy, że jest inaczej. Zrozumienie złożoności tego zjawiska pozwoliłoby Polsce wpisać się w plurilog międzynarodowy na rzecz rozwiązywania ważnych problemów na drodze kompromisu według swojej pozycji i możliwości.
Polska powinna zrewidować swoje postrzeganie Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej – w tym Niemiec i Francji – oraz Rosji, z którymi nie jest w stanie kooperować, ani tym bardziej rywalizować na równych zasadach. Choć psychologicznie wydaje się to obecnie zadaniem niewykonalnym, ale trzeba apelować do potencjalnych nowych sił politycznych, które mogą pojawić się na scenie politycznej w wyniku kompromitacji dotychczasowych rządów – aby przeprowadziły rzetelny bilans nieskutecznej polityki i wyciągnęły wnioski z kosztownych błędów.
Czas na merytokrację
Zgodnie z naukami Gaetana Mosci i Vilfreda Parety o reprodukcji elit, kiedyś musi się pojawić w końcu jakaś kontrelita, która przejmie rząd dusz i władzę w kraju oraz zacznie budować swoją legitymizację na innych wartościach. Będzie mogła dokonać rewizji dotychczasowej polityki, nie bojąc się „utraty twarzy”. Wymagać to będzie odwagi, wyczucia i wyobraźni, ale i odpowiedniej wiedzy.
Doświadczenie całego minionego stulecia pokazuje, że większość polityków to jedynie pretendenci do władzy, różne „Nikodemy Dyzmy”, ludzie marnej proweniencji i bez charakteru, nie mówiąc o kompetencjach w zakresie prawa, ekonomii czy dyplomacji, pozbawieni wstydu i honoru, często na usługach obcych protektorów i „szemranych interesów”. Z tych powodów od kandydatów do polityki podczas kampanii wyborczych należy wymagać ujawnienia kompetencji, a nie bezkrytycznie wysłuchiwać wyświechtanych frazesów, czczych obietnic i sloganów, czy to spod znaku bogoojczyźnianych narodowych patriotów, czy kosmopolitycznych pseudoliberałów.
Wszechobecna jest pogarda dla wiedzy i kompetencji z dziedziny polityki i stosunków międzynarodowych, rozeznania własnej tożsamości narodowej i tożsamości innych narodów i państw, ich historii i mentalności oraz kultury politycznej. O paradoksie, mimo że minęło kilka wieków od katastrofy państwowości I Rzeczypospolitej, nadal na szczytach władzy publicznej znajdują się ludzie, którzy swoją głupotą, tchórzostwem, nikczemną chwiejnością charakterów i postaw, ideologicznym zacietrzewieniem i poznawczym zaślepieniem przypominają o najciemniejszych kartach polskiej historii.
Deficyt rozumu politycznego jest znowu wyróżnikiem epoki, a afektywność życia politycznego przypomina czasy największych polskich klęsk i katastrof. Gdzie zatem szukać wyjścia z tej nie tylko niebezpiecznej, ale i fatalnej sytuacji?
Czas przywrócić rolę merytokracji – udziału w procesach decyzyjnych niezależnych doradców i kompetentnych niekoniunkturalnych ekspertów. Wydaje się, że opłacane z budżetu państwa rozmaite ośrodki analityczne działają na szkodę państwa i jego decydentów. Nie przedstawiają bowiem skutków błędnych decyzji, ani wariantów rozwiązywania problemów. Swoje funkcje sprowadzają do uzasadniania i usprawiedliwiania rozwiązań rzekomo nieomylnej władzy.
Trudno znaleźć jakieś krytyczne opracowania na temat polityki zagranicznej państwa, przygotowane na przykład przez zespoły analityków Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych czy Ośrodka Studiów Wschodnich. Stały się one raczej tubami propagandy, a nie krytycznej analizy politycznej. Bieżący komentariat na potrzeby manipulacji medialnej sprowadza się do relacjonowania i tendencyjnego opisu rozmaitych zdarzeń, bez osadzenia w jakiejś głębszej koncepcji czy wizji, bez uwzględnienia uwarunkowań, które polskich analityków ciągle zaskakują. Dotyczy to w jednakowym stopniu najbliższych sojuszników, jak i państw tak ułomnych jak Afganistan, Kosowo czy Irak.
Dla wielu polskich naukowców najważniejsze są odniesienia do zachodnich autorów, nawet gdy ich „mądrości” nijak nie pasują do polskiej rzeczywistości. Ileż pochwał i upamiętnień skierowano na przykład pod adresem Zbigniewa Brzezińskiego, amerykańskiego doktrynera i stratega politycznego (co z tego, że polskiego pochodzenia?), którego wizje wcale nie sprzyjają realizacji tego, co potrzebne i konieczne w polskim interesie narodowym. Nie jest także lepiej z prywatnymi sztabami analitycznymi (think tanks), zależnymi od obcych donatorów i mecenasów. Co je wyróżnia, to czołobitność wobec wszystkich postulatów płynących z Zachodu, oraz przekonanie o posiadaniu nadzwyczajnej wiedzy na temat Rosji i poradzieckiego Wschodu. Profesor Modzelewski nazywa te „mądrości” „rusofobicznymi dyrdymałami”.
Media – oręż pana
Lokalne sitwy i zagmatwane układy polityczne nie pozwalają na wyłanianie kandydatów odpowiednio przygotowanych do sprawowania urzędów publicznych. Kolesiostwo, nepotyzm, symonia i korupcja mają się całkiem dobrze. Ale właśnie tu pojawia się pole do działania niezależnych mediów, o których „wolność” trwa batalia publiczna w kontekście TVN i TVN24. Czy jednak te wszystkie media niezależne od rządu naprawdę są „niezależne”?
Warto podkreślić, że mecenat czy patronat wynikający z prawa własności bądź zawładnięcia – państwowego (rządowego) czy prywatnego - nigdy nie czyni mediów „wolnymi”. One zawsze służą interesom nie tylko właściciela, ale i mocodawcy. Są ideologicznym orężem panującego systemu. Część Polaków kolejny raz daje się omamić propagandzie, że telewizja będąca w ręku globalnego potentata zapewnia im wolny dostęp do obiektywnej informacji i chroni przed dyktaturą mediów publicznych. Jest raczej antidotum na propagandę jednej strony sporu politycznego.
W toczącej się debacie warto upominać się, aby przywrócić media publiczne społeczeństwu, aby służyły one interesowi wspólnotowemu, a nie poszczególnym ekipom rządzącym. Które ugrupowanie wystąpi dziś z inicjatywą głębokiej reformy systemu medialnego? Mamy kolejny przykład hipokryzji, nieudolności i krótkowzroczności wszystkich ugrupowań politycznych, walczących bardziej o własne apanaże niż o dobro publiczne. To dowód na to, że polskie rządy, od czasu niesławnego „planu Balcerowicza” realizują obce interesy – kapitału, korporacji, samozwańczych „adwokatów” przeprowadzonej w grabieżczym i neokolonialnym stylu ustrojowej transformacji.
Ciekawe, że owe „wolne media” nie potrafią pokazać rozmaitych nikczemności przeprowadzonych wówczas „reform”, które przyniosły tak niechętnie pamiętane ogromne koszty społeczne (pauperyzacja i degradacja mas ludzkich, galopujące nierówności, kradzież majątku narodowego, milionowa emigracja, uzależnienie od obcych, uprzedmiotowienie Polski itd.). Nie potrafią też nazwać po imieniu prawdziwych beneficjentów transformacji, wmawiając przeciętnemu śmiertelnikowi, że całe społeczeństwo jest jednakowo szczęśliwe i zamożne. Zawierzenie obcym protektorom zawsze kończyło się tragicznie dla polskich interesów, a nawet dla samego istnienia państwa.
Polityka – sługa ideologii
Ideologizacja polityki jest stałą cechą społecznej rzeczywistości. Wiek XX odsłonił w szczególności rolę rozmaitych systemów aksjologicznych w kształtowaniu ustrojów politycznych i dyktowaniu zachowań ludzkich. Czy to był bolszewizm i faszyzm, czy demokracja liberalna – wszystkie one sięgały i sięgają do uzasadnień ideologicznych oraz determinują losy wielkich mas ludzkich. Idealizowanie współczesnej rzeczywistości, że jest aideologiczna zostało ośmieszone przez słynne zawołanie o „końcu historii”.
Oprócz zaczadzenia ideologią neoliberalną i pochodnymi krucjatami w imię rozmaitych „poprawności”, mamy także do czynienia z renesansem nacjonalizmów jako ideologii integracyjnych, ale i opartych na wrogości czy strachu przed Innymi. Obecne stulecie to także czas rozkwitu fundamentalizmów religijnych i obskurantyzmu z nich wynikającego.
Problem przenikania religii i polityki, zawłaszczania państwa świeckiego i prozelityzmu jest ciągle aktualny, a od polskiej historiografii i politologii wymaga totalnej rewizji stanowisk, jeśli Polska ma być zaliczana do państw nowoczesnych. Nawet odważny w swoich osądach Profesor Modzelewski pomija jak dotąd problem religijnego „zniewolenia” Polaków i wyzwań dla nowoczesnego państwa, które musi się uporać z odstawieniem „partii” hierarchów kościelnych na właściwe dla nich miejsce w systemie politycznym (zgodnie zresztą z prawem konstytucyjnym).
Doświadczamy na naszych oczach głębokich zmian w ocenach polityki Stanów Zjednoczonych, choćby w kontekście wycofania sił amerykańskich z Afganistanu, ich powrotu do partnerstwa euroatlantyckiego, a także do dialogu z Rosją. Na tym tle polskie ekipy rządzące poddawane są szczególnej próbie dochowania wierności dotychczasowym pryncypiom, ale i poddania ich krytycznej refleksji.
Wobec nowej fali uchodźców pojawia się kolejny raz kwestia stosunku do obcych, woli ich przyjmowania i asymilacji. Przy czym wyraźny jest dysonans między otwarciem na imigrację zarobkową zza wschodniej granicy, a przyjmowaniem migrantów z odległych krajów, w tym ofiar rozmaitych błędów Zachodu.
Polska nie ma w tej sprawie spójnej polityki, a problem dużej (ok. 2-3 milionowej) diaspory ukraińskiej komplikuje stosunki narodowościowe wewnątrz państwa. Nikt się nie zastanawia, kiedy diaspora zarobkowa przekształci się w dużą mniejszość narodową i jakie będą tego skutki społeczne czy polityczne. Jak zawsze, jakoś to będzie.
Tymczasem masowy napływ migrantów ze Wschodu (ostatnio także z Białorusi) ma bezprecedensowy charakter w historii współczesnych migracji europejskich. Nieograniczone otwarcie polskiego rynku pracy na Wschód, w tym polskich uczelni, nie było nigdy przedmiotem debaty publicznej, ani częścią czyjegokolwiek programu politycznego. Jest to żywiołowy proces, wyjęty spod kontroli demokratycznej, w imię jakiejś nadzwyczajnej solidarności i altruizmu, bez liczenia się z kosztami i konsekwencjami. A te mogą być nieobliczalne w dalszej perspektywie, zwłaszcza gdy się przypomni doświadczenia na tle konfliktów mniejszościowych choćby z czasów II Rzeczypospolitej.
Rząd wie lepiej
Przed Polską, jej kolejnymi ekipami rządzącymi, ale i szerokim zapleczem władzy stoją poważne zadania, dotyczące przewartościowań założeń doktrynalnych, odnoszących się zarówno do przeszłości, jak i do przyszłości. Błędy w diagnozowaniu treści interesu narodowego nie wynikają wyłącznie z braku wiedzy, złej woli czy obcych nacisków. Są one konsekwencją świadomie przyjmowanej egoistycznej metodologii, według której rządzący wiedzą najlepiej, co jest ważne, pożądane i potrzebne dla społeczeństwa i państwa. Jeśli do tej roli pretendują wąskie grona zauszników „naczelnika państwa”, mamy wtedy do czynienia z zanikiem demokratycznych konsultacji społecznych, lekceważeniem przestróg płynących ze strony opozycji, nieliczeniem się z głosem opinii publicznej, butą i arogancją. Osobista lojalność wobec wodza, budowanie układów „mafijno-kazirodczych” przeczy jakiejkolwiek merytokracji. Obserwujemy, jak o wyborze preferencji i strategii państwa świeckiego decydują światopoglądy religijne polityków, narzucane całej wspólnocie obywatelskiej. W sprawach międzynarodowych zachowania polityków są natomiast ciągle oparte na niezrozumiałych idiosynkrazjach - głębokich kompleksach, nastawieniach i niechęciach, obsesjach, fobiach i uprzedzeniach, które nie poddają się racjonalizacji.
W dobie kryzysu wartości, norm i instytucji Zachodu czas najwyższy dokonać takich zmian, aby zamiast postaw konfrontacyjnych nauczyć się poszukiwać rozwiązań kompromisowych i akomodacyjnych. W doktrynie obronnej należy zrezygnować z anachronicznego myślenia w kategoriach starorzymskiego zawołania z Wegecjusza: si vis pacem, para bellum („jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny”). W sytuacji, gdy żadne państwo nie może wygrać wojny, warto raczej upowszechniać inne hasło i działać w jego duchu: pax melior est quam iustissimum bellum („każdy pokój jest lepszy od najsłuszniejszej wojny”). I zamiast wydawania kolejnych miliardów dolarów czy złotych na niepotrzebne „zabawki militarne” - czołgi i rakiety (notabene bez żadnych procedur przetargowych i zabezpieczeń offsetowych) - trzeba koniecznie zastanowić się nad racjonalizacją polskiej polityki. Państwo polskie i pluralne społeczeństwo pilnie tego oczekują.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2443
Po zakończeniu zimnej wojny Zachód - przekonany o swojej wyższości cywilizacyjnej - przyjął założenie, że ład międzynarodowy przybierze charakter liberalny, że zostanie oparty na jego wartościach, normach i instytucjach.
Hegemoniczne mocarstwo, jakim ogłosiły się Stany Zjednoczone, wzięło na siebie uniwersalną rolę – pełną megalomanii i wyższości - w obronie wyznawanych przez Zachód wartości. Ponieważ wartości te nigdy nie zostały zaakceptowane w skali globalnej, siłą rzeczy zaangażowanie Ameryki zrodziło wiele pól konfrontacji i konfliktów.
Jednym z najważniejszych adwersarzy Zachodu stała się Rosja. Pod jej adresem kierowano daleko idące oczekiwania, nie zważając, że po rozpadzie ZSRR ma ona problemy związane z egzystencjalnym przetrwaniem, a nie z demokracją. Im bardziej Moskwa oponowała przeciwko narzucaniu jej zachodnich wzorów, tym większą wywoływała irytację.
Doszło do paradoksalnej sytuacji, że po dramatycznych doświadczeniach konfrontacji zimnowojennej zamiast tworzenia jednej wspólnoty państw, gotowej do budowania ładu kooperacyjnego i konsensualnego, postawiono na konfrontację z państwem, które po raz pierwszy od wielu dekad zrezygnowało z ideologicznych uzasadnień wrogości w stosunkach międzynarodowych. Kolejny raz podejście oparte na motywacjach ideologicznych doprowadziło do podziału świata na wrogie ugrupowania i ich strefy wpływów. Okazuje się, że myślenie zimnowojenne tkwi bardzo głęboko w umysłach polityków, niezależnie od proweniencji geopolitycznej.
W świetle zaistniałego klimatu konfrontacji między Zachodem a Rosją, trzeba pożegnać się w przewidywalnej perspektywie z nadzieją na zbudowanie ładu liberalnego w stosunkach międzynarodowych, który miałby wymiar jednolity i uniwersalny. Należy raczej spodziewać się uruchomienia inicjatywy dyplomatycznej na rzecz ładu pluralnego, która sięgnęłaby do doświadczeń z okresu détente lat siedemdziesiątych XX wieku. Ówczesny stopień napięć jest porównywalny do dzisiejszego, ale przywódcy polityczni obu stron konfrontacji zimnowojennej potrafili wznieść się ponad podziały, respektując prawa każdej ze stron i godząc się na pokojową koegzystencję.
Aby do tego doszło, potrzebna jest przede wszystkim realistyczna diagnoza trwającej już prawie trzy dekady sytuacji, która ani nie ustanowiła „końca historii”, ani też nie przyniosła „zderzenia cywilizacji”. Te propagandowe slogany miały wyraźnie charakter konfrontacyjny i nie pomogły w zrozumieniu złożoności współczesnego świata oraz odczytaniu logiki zmiennej geometrii międzynarodowej.
Podobnie rozpoznaniu rzeczywistych motywacji państw nie sprzyjały XIX-wieczne analogie na temat imperialnej tożsamości Rosji i uprawianej przez nią Realpolitik. W rzeczywistości każda ze stron zaczęła uprawiać rewizjonizm geopolityczny, pomawiając się nawzajem o złe intencje. Polityka sankcji i kontrsankcji doprowadziła do zablokowania i zapętlenia wzajemnych relacji, a mispercepcja zakłóca zrozumienie tego, co jest rzeczywistym źródłem eskalacji napięć.
Mamy więc do czynienia ze spiralą konfliktu, który wymyka się spod kontroli zaangażowanych stron. Jeśli każda z nich podejmuje działania ofensywne, to doprawdy nietrudno sobie wyobrazić, że w którymś miejscu i momencie dojdzie nieuchronnie do zderzenia o nieobliczalnych konsekwencjach.
Pewnej zmiany w postępowaniu Zachodu wobec Rosji oczekiwano po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Na razie jednak niewiele zmieniło się we wzajemnym postrzeganiu Ameryki i Rosji.
Konieczność kompromisów
Przed dyplomacją międzynarodową staje obecnie problem deeskalacji konfliktu. Ani dotychczasowa zachodnia polityka oskarżania Rosji i przypisywania jej wyłącznej winy za stan wzajemnych relacji, ani rosyjski upór i zamykanie się w „oblężonej twierdzy” nie prowadzą do pożądanych rozwiązań.
Profesjonalna dyplomacja musi wrócić do pragmatycznego układania się i żmudnego poszukiwania kompromisów. Trzeba zaniechać idealizowania jednego systemu wartości i demonizowania strony przeciwnej. Różne państwa mają odmienne drogi rozwoju i nie ulegają tak łatwo jak się wydawało internacjonalizacji wartości świata zachodniego. Przykład Chin i ich ustrojowej hybrydyzacji pokazuje, że nawet najbardziej zideologizowane systemy ustrojowe mogą ewolucyjnie przeobrażać się w pragmatyczne reżimy, broniące swoich narodowych interesów.
Postęp w rozwoju stosunków międzynarodowych nie ma charakteru linearnego, o czym wiedzieli już starożytni. Nie ma żadnego determinizmu ideologicznego, z którego wynikałaby bezalternatywność w wyborze wzorów ustrojowych. Nikt nie ma monopolu na urządzanie poszczególnych państw i ładu międzynarodowego w całości.
Choć wiele państw, w tym Rosja, zgadza się z podstawowymi regułami gry, jakie obowiązują w stosunkach międzynarodowych, to jednak istnieje sporo rozbieżności w ich interpretacji i wdrażaniu w życie.
Państwa zachodnie podkreślają rolę wspólnych wartości demokracji i praw człowieka, podczas gdy Rosja kładzie nacisk na zasadę wspólnego bezpieczeństwa. Zamiast integrowania się pod wspólnym „parasolem”, Rosjanie uważają, że respekt dla suwerennej równości jest podstawą stabilności ładu międzynarodowego.
Takie stanowisko podzielają także mniejsze państwa, które nie chcą podporządkować się jednej wizji ustrojowej i jednej wykładni wartości Zachodu. Należą do nich nawet Węgry Viktora Orbána i Polska Jarosława Kaczyńskiego, które są przecież częścią struktur zachodnich. Ich przykłady pokazują, że wspólnota zachodnia nie jest jednorodna, a nadzieje z początku lat dziewięćdziesiątych ub. wieku na szybką transformację ustrojową Europy Środkowej i Wschodniej, wyrażone choćby w Paryskiej Karcie Nowej Europy z 1990 roku, okazały się płonne.
Politycy zachodni w swojej naiwności długo nie byli w stanie zrozumieć, że ład międzynarodowy trzeba będzie oprzeć na kolejnym kompromisie, a nie na dyktacie jednego zwycięzcy.
Wydaje się, że obecnie nadchodzi pora, aby zrozumieć złożoność tożsamości wielu państw. Nie wystarczy zbudować kolejne nowe instytucje, czy podpisać nowe traktaty. Trzeba jeszcze przebudować świadomość elit politycznych i całych społeczeństw, a to jest zadanie na wiele pokoleń.
Stan paranoi
Rosja była pierwszym państwem, które otwarcie sprzeciwiły się hegemonii amerykańskiej. Zamiast unipolaryzmu lansowano w Moskwie multipolaryzm, optując za stworzeniem kolektywnego systemu zarządzania w stosunkach międzynarodowych, który przypominałby XIX-wieczny „koncert europejski”. Rosja zyskała w tej sprawie poparcie ze strony Chin, a stworzenie nieformalnej grupy BRICS miało wzmacniać dążenia na rzecz „demokratycznej” przebudowy ładu międzynarodowego.
Działaniom na rzecz dekoncentracji hegemonii amerykańskiej towarzyszyły oskarżenia ze strony rosyjskiej, iż wszystkie przemiany demokratyzacyjne w postaci „kolorowych rewolucji” czy „regionalnych wiosen” były inspirowane przez Stany Zjednoczone i wspierane przez inne państwa Zachodu. Wytworzyła się na tym tle ogromna nieufność, spowodowana z jednej strony arbitralnym podważaniem przez Zachód wewnątrzpaństwowego, a przez Rosję międzynarodowego status quo. Każda ze stron oskarża drugą o złą wolę i podżeganie do działań szkodliwych wobec oponenta.
Przysłowiową obelgą wobec Rosji stało się przypisywanie jej „hybrydowej wojny informacyjnej”, tak jakby Stany Zjednoczone i inne państwa zachodnie nie miały w tej „wojnie” swojego „konstruktywnego” udziału.
Przypisywanie Rosji i Putinowi wyłącznej odpowiedzialności za wszelkie zło współczesnego świata, łącznie z przegranymi przez liberalnych polityków wyborami oznacza pewien stan paranoi. Mispercepcja, czyli postrzeganie drugiej strony oparte na błędnych założeniach i negatywnych nastawieniach rodzi fałszywe oceny i wnioski. Nawet część świata akademickiego po obu stronach konfrontacji ulega takiemu „zaczadzeniu”, co przypomina czasy zindoktrynowania nauk społecznych epoki zimnowojennej.
Przedstawiciele współczesnego amerykańskiego realizmu politycznego, tacy jak John Mearsheimer, Barry Posen czy Stephen Walt w swoich opracowaniach i wypowiedziach z ostatnich lat starają się wskazywać na niebezpieczeństwo recydywy zimnowojennej. O wzroście konfrontacji decyduje ich zdaniem nie tyle obiektywna siła, ile błędne decyzje i logika gry o sumie zerowej, która znów zawładnęła umysłami polityków Zachodu i Rosji. Ostatecznie każda ze stron jest winna tworzenia nowych stref wpływów i rozniecania wrogości.
Logika „wzajemnego zapętlenia” jest szczególnie widoczna w odniesieniu do trwającego konfliktu na Ukrainie. Wszystkie narracje po obu stronach przypisują winę oponentowi, tak jakby nie było pojęcia współwinnych zaistniałej sytuacji. Na dodatek Rosja wskazuje na pewien determinizm związany ze strategią Zachodu. Nastawieni na „powstrzymywanie” Rosji politycy amerykańscy i europejscy potraktowali bowiem kryzys na Ukrainie w lutym 2014 roku nie tyle jako przyczynę, ile jako pretekst do konfrontacji. Jeśli nie doszłoby do rewolty na kijowskim Majdanie, to każdą inną sytuację potraktowano by jako powód tej konfrontacji.
Racje z pewnością są podzielone, ale Rosja nie widzi swojego negatywnego udziału w podsycaniu konfliktu, stosując przewrotną logikę o reunifikacji Krymu, a nie jego aneksji, która z punktu widzenia prawa międzynarodowego jest nielegalna. W świetle tych wszystkich rozbieżności po stronie zachodniej rodzą się pretensje, że Rosja dąży do przyznania sobie odrębnego statusu i specjalnych praw oraz żąda innego traktowana niż reszty państw.
Rosja uważa, że największym „grzechem” Zachodu jest ingerencja w sprawy wewnętrzne wielu państw, co skutkuje wybuchem krwawych konfliktów, a także dramatyczną zmianą legalnych reżimów, prowadzącą do katastrof humanitarnych. Nie widzi przy tym nic złego w swoim zaangażowaniu w konflikt syryjski, broniąc reżimu uznawanego za zbrodniczy. Znowu więc zderzają się ze sobą różne kryteria oceny interesów stron i bez podejścia kompromisowego, aby na zasadzie wzajemności uznać przynajmniej część racji oponenta, niemożliwe będzie przywrócenie normalności.
Konieczność egzystencjalnego przesilenia?
Każda ze stron dzisiejszej konfrontacji obwinia drugą o prowokowanie konfliktu. Żadna jednak nie chce przyznać, że sama swoimi działaniami przyczynia się do jego eskalacji. Zachód na czele ze Stanami Zjednoczonymi tkwi w przekonaniu o wyższości własnych dokonań i cywilizacyjnych osiągnięć, co jest wyrazem swoistej misjologii, by nie powiedzieć sięgającej kolonializmu imperialistycznej arogancji. Odwoływanie się do „wyższości cywilizacyjnej” Zachodu jest absolutnym anachronizmem w dzisiejszych czasach i świadczy raczej o powrocie do świadomości kolonialnej.
Rosja natomiast, a wraz z nią wiele państw tzw. Reszty Świata, broni nie tylko dotychczasowego stanu posiadania, ale upiera się przy alternatywności modeli ustrojowych i dróg rozwoju. Powoduje to nowy rodzaj wojny ideologicznej, a wybór istnieje jedynie między światem porządku a światem chaosu. Jego uświadomienie być może skłoni strony do zainicjowania zmian w dotychczasowej strategii okopywania się na zajętych pozycjach.
Operowanie logiką wiarygodnego odstraszania już nieraz w historii prowadziło do niekontrolowanego wyścigu zbrojeń i wzrostu napięć. Dlatego swoją obronę obie strony konfrontacji muszą umiejętnie połączyć z kolektywnymi wysiłkami na rzecz bezpieczeństwa międzynarodowego.
Na razie po żadnej ze stron nie widać gotowości do „odprężeniowego” dialogu, który przywróciłby wiarę we wspólne wartości i interesy. Być może trzeba doprawdy jakiegoś skrajnego „egzystencjalnego przesilenia”, tak jak w czasie II wojny światowej, lub w czasie „zimnej wojny” po kryzysie karaibskim w 1962 roku, żeby obie strony konfrontacji doszły do wniosku, iż ich żywotne interesy wymagają pragmatycznego współdziałania w imię wspólnego przetrwania.
Realistyczna perspektywa podpowiada, że bezpieczeństwo i kontrola zbrojeń w dłuższym okresie winny mieć pierwszeństwo przed demokratyzacją kolejnych państw. Taki punkt widzenia podziela Rosja, ale i wiele państw zachodniej i środkowej części Starego Kontynentu. Można by więc liczyć na to, że przy dobrej woli stron dojdzie wreszcie do znalezienia punktów zbieżnych w sprawach dla świata najważniejszych. Skupienie uwagi na strategiach bezpieczeństwa, a nie zwalczaniu rosyjskiego prezydenta znacznie poszerza pole manewru i tworzy przesłanki do wzajemnego porozumienia. Tak było przecież u podstaw narodzin odprężenia.
Gdy po każdej stronie pojawiają się żądania nie do spełnienia, nadchodzi czas dynamicznych przewartościowań dotychczasowych strategii. Od nieustępliwości do wzajemnego uznania swoich racji droga jednak daleka. Historia „zimnej wojny” pokazuje wszak, że Zachód był kiedyś w stanie uznać rolę Związku Radzieckiego w rozwiązywaniu najważniejszych problemów światowych, mimo że to państwo pod względem ideologicznym i każdym innym daleko odstawało od Zachodu. Obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją. Rosja domaga się uznania na zasadzie równoprawności swojej roli w „zarządzaniu” sprawami o znaczeniu globalnym. Karanie jej poprzez izolację i wykluczanie z gremiów decyzyjnych powoduje jedynie zaostrzanie konfliktu.
Zrozumieć powody nieufności
Gdyby spojrzeć na historyczne lekcje z epoki odprężenia między Wschodem a Zachodem, to widać wyraźnie, że choć paradoksalnie sprzyjało ono usankcjonowaniu powojennego podziału Europy, w efekcie przyniosło stopniowy demontaż bloku wschodniego i doprowadziło poprzez „antagonistyczną współpracę” do likwidacji radzieckiej strefy wpływów.
W czasie prezydentury Richarda Nixona Stany Zjednoczone zrozumiały (duża w tym zasługa Henry Kissingera), że warunkiem jakiegokolwiek porozumienia z ZSRR (a także z ChRL) jest zrozumienie źródeł nieufności po drugiej stronie.
Umiejętność samokrytycznego spojrzenia na własną politykę pozwoliła na rezygnację z arbitralnego wyznaczania wrogów, a tym bardziej podejmowania wobec nich akcji karnych. Podwójna strategia odstraszania i otwarcia na dialog, wyrażona choćby w Raporcie Harmela w 1967 roku, dowodziły zdolności wyjścia państw zachodnich z zaklętego kręgu konfrontacji.
Z pewnością ówczesne stanowisko Ameryki było wynikiem przewartościowań, jakie spowodowała wojna wietnamska, ale także rezultatem narastania sprzeczności w bloku zachodnim. Przede wszystkim jednak dzięki realizmowi Kissingera Stany Zjednoczone potrafiły właściwie odczytać i zrozumieć intencje drugiej strony (stron).
Obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, że wszystkie enuncjacje polityków rosyjskich odczytywane są opacznie, wbrew ich intencjom. Kiedy Rosjanie przestrzegają przed „nową zimną wojną”, to na Zachodzie odczytują te ostrzeżenia jako przyznanie się Rosjan do tego, że taką sytuację sami wywołują. Gdy Rosjanie nawołują do dialogu, to przypisuje im się cynizm i makiawelizm. Gdy demonstrują wolę odpierania wszelkich zaczepek i gróźb, czyni się Rosję „interwentem” w sprawy wewnętrzne, w tym nawet w proces wyborczy, w starych, „ugruntowanych” demokracjach Zachodu.
Lekcje płynące z konfliktu ukraińskiego uczą, że przewartościowania w stosunkach Zachodu z Rosją są obecnie konieczne tak w sferze normatywnej, jak i realizacyjnej. W tej pierwszej widać wyraźnie, że wspólne wartości demokracji, praworządności czy samostanowienia są rozmaicie interpretowane nie tylko przez oponentów, ale także w ramach jednego ugrupowania.
Renesans populizmu i nacjonalizmu w wielu państwach Europy Zachodniej pokazuje, że nie wszyscy obywatele w państwach promujących demokrację liberalną są zadowoleni z jej dotychczasowych osiągnięć. Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA jest być może jedynie wierzchołkiem góry lodowej, wskazującym na zmęczenie społeczeństw zachodnich ponoszeniem kosztów „liberalnego internacjonalizmu”. Narasta także na tle kryzysu migracyjnego fala uprzedzeń wobec imigrantów ze wschodniej części kontynentu. To podważa dotychczasowe otwarcie elit politycznych Unii Europejskiej i NATO na ich dalsze rozszerzanie się na Wschód.
W sferze realizacyjnej występuje ogromny dysonans między deklaracjami a wolą dokonania rzeczywistej transformacji ustrojowej w państwach orientujących się na integrację z Zachodem. Takie państwa jak Ukraina czy Mołdawia dowodzą, że ich elity polityczne - mimo retorycznych zapewnień - nie potrafią zlikwidować struktur oligarchicznych, ani odciąć się od kleptokracji. Reformy nie przynoszą pożądanych efektów i przypominają dreptanie w miejscu. W państwach tzw. młodszej Europy mamy do czynienia, tak jak na Węgrzech czy w Polsce, z odradzaniem się „starego” nacjonalizmu rodem z XIX wieku i recydywą autorytaryzmu pod przykrywką „nieliberalnej” demokracji.
Wraz z brexitem Unia Europejska traci legitymację do reprezentowania całego kontynentu, co zresztą było i jest nadużyciem, bo przecież poza nią znajdują się ciągle inne państwa europejskie. Problemem jest utrzymanie wiarygodności tego związku integracyjnego wobec państw słabszych i potrzebujących pomocy w sytuacji, gdy jedno z najsilniejszych państw europejskich odwraca się doń plecami.
Receptą - etyka odpowiedzialności
Coraz częściej wśród zachodnich analityków odzywają się głosy, żeby – zgodnie z nauką Maxa Webera - etykę przekonań zastąpić etyką odpowiedzialności. Takie postulaty słychać na przykład pośród ekspertów niemieckich (Matthias Dembinski, Hans-Joachim Spanger).
Nie wymaga to jakichś nadzwyczajnych posunięć. Wystarczy zacząć od uznania istniejącego status quo. O podobne cele walczyli zwolennicy odprężenia w okresie „zimnej wojny”.
Chodzi o to, aby z bieżącej polityki wyłączyć problemy trudne do rozwiązania w obecnej sytuacji. Nie powinny one zakłócać dialogu i warunkować współpracy w wielu dziedzinach, które mają charakter pragmatyczny. Każda ze stron dzisiejszej konfrontacji powinna zgodzić się na tolerowanie siebie nawzajem bez wkraczania, zwłaszcza na drodze militarnej, w sprawy wewnętrzne drugiej strony i respektowanie podstawowych praw człowieka.
Żadna z instytucji międzynarodowych, a tym bardziej żadne z państw nie może sobie przypisywać roli „cenzora poprawności politycznej” innych państw. Epoka „żandarmów” w stosunkach międzynarodowych minęła bezpowrotnie od czasu, gdy państwa zaczęły opierać swoje relacje na podstawowych zasadach prawa międzynarodowego – suwerennej równości i integralności terytorialnej.
Rzecz jednak w tym, aby strony konfliktu – tak Rosja, jak i Zachód - uznały dotychczasowe naruszenia tych zasad za „zamkniętą kartę”, gdyż wzajemne obwinianie siebie jest bezproduktywne. Być może gdyby nie było interwencji państw zachodnich w Iraku i Libii oraz działań na rzecz samostanowienia Kosowa, wówczas Rosja nie miałaby pretekstu do uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej, a tym bardziej aneksji Krymu. Faktów dokonanych nie da się jednak odwrócić. Trzeba więc uznać ich moc normatywną. Nie pomogą tu żadne zaklęcia, ani moralizowanie naiwnych idealistów. Status quo ante jest nie do przywrócenia.
Od czasu Aktu Końcowego z Helsinek w 1975 roku, poprzez wiele regulacji w ramach OBWE, Rady Europy i ONZ, zwłaszcza po rezolucję „Odpowiedzialność za ochronę” z 2005 roku, państwa godziły się na respektowanie suwerenności w powiązaniu z przestrzeganiem praw człowieka. W praktyce okazało się, że pod szyldem interwencji humanitarnej dokonywano zwykłego rozboju, likwidując nieznośnych dyktatorów, ale i doprowadzając całkiem stabilne i zasobne państwa do ruiny. Interwencje państw zachodnich doprowadzały do niewyobrażalnych katastrof humanitarnych, których najdobitniejszym przykładem jest tragedia ludności syryjskiej. Szukanie winnego jedynie w osobie Putina zaprzecza nie tylko prawdzie historycznej, ale świadczy o ogromnych pokładach hipokryzji polityków zachodnich. Pokazuje ponadto, jak można zbudować pozytywną narrację o sobie poprzez nieustanne oskarżanie i dezawuowanie drugiej strony.
Rosja nie jest oczywiście bez winy. Opowiadając się za prawem do samostanowienia ludności abchaskiej, osetyjskiej i rosyjskiej na Krymie, nie tylko poderwała zaufanie do siebie, jako gwaranta stabilności przestrzeni poradzieckiej, ale także jako jednego z głównych decydentów w Radzie Bezpieczeństwa ONZ (100 państw członkowskich potępiło aneksję Krymu).
Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, choć na krótką metę impas ma moc paraliżującą. Jeśli skonfliktowane strony zgodzą się co do pryncypiów wynikających z prawa międzynarodowego, to szybko mogą znaleźć przy dobrej woli liderów politycznych jakiś modus vivendi. W XX wieku wypracowano przecież rozmaite sposoby godzenia aspiracji niepodległościowych z poszanowaniem zasady integralności terytorialnej czy prawa narodów do samostanowienia.
Tak więc zaczynając od przyznania całkowitej niepodległości ludności danego terytorium (Sudan Południowy) możliwy jest status niepodległości warunkowej (jak w przypadku Bośni i Hercegowiny czy Kosowa), autonomizacji (Tyrol Południowy), federalizacji (najlepszym przykładem jest Belgia) czy konfederalizacji (postulat rozwiązania konfliktu cypryjskiego), po status kondominialny (Andora).
W historii znano także rozwiązania oparte na mandatach, powiernictwie, albo na protektoratach, których relikty istnieją do dzisiaj. Nie wszystkie rozwiązania sprawdziły się w praktyce, na przykład status „wolnych miast” (Gdańsk, Rijeka). Korzystając więc z użytecznych rozwiązań można na forum konferencji dyplomatycznych i organizacji międzynarodowych przygotować propozycje zażegnania impasu. Musi jednak zaistnieć odpowiedni klimat dla zrodzenia się skutecznej inicjatywy dyplomatycznej. Unia Europejska może odegrać w tej sprawie rolę zasadniczą. Mniej oczekiwań należy wiązać z OBWE, która przy braku determinacji i woli politycznej jej członków nie jest w stanie sprostać roli, jaką pełniła w okresie odprężenia.
Choć pojawiają się w tym kontekście alarmistyczne skojarzenia z „nową Jałtą”, to jednak nie należy lekceważyć możliwości pogodzenia stanowisk w jednej zasadniczej sprawie: i Zachód, i Rosja mają prawo do ochrony swoich „żywotnych” interesów. Uznanie tej reguły za punkt wyjścia do negocjacji na temat rozwiązania konfliktu ukraińskiego może otworzyć drogę do poszukiwania takiej formuły kompromisu, aby Ukrainę włączyć w szereg inicjatyw mających na celu jej transformację ustrojową, ale bez konkretnej perspektywy przyjmowania jej do struktur zachodnich. Unia Europejska zresztą już w tej sprawie dość dawno się wypowiedziała (15 grudnia 2016 roku), odmawiając Ukrainie statusu państwa kandydującego. NATO natomiast zrozumiało na przykładzie Gruzji i Ukrainy, że istnieje „czerwona linia”, której przekroczenie wywołuje agresywną reakcję Rosji z użyciem siły militarnej.
Warto zatem zastanowić się nad wykorzystaniem wzorów z czasów „zimnej wojny”, gdy w ówczesnej konfrontacji międzyblokowej pewne państwa korzystały ze statusu neutralności lub uprawiały politykę neutralizmu (Austria, Finlandia). Może i w obecnej sytuacji takie rozwiązania, o których zaraz po wybuchu konfliktu na Ukrainie wypowiadał się Henry Kissinger, przydadzą się choćby na okres przejściowy.
Nie ulega zatem wątpliwości, że warunkiem podstawowym przełamania impasu w stosunkach Zachodu z Rosją jest samokrytyczne spojrzenie każdej ze stron na dotychczasowe strategie postępowania, które prowadzą donikąd. Społeczeństwa państw europejskich oczekują od swoich przywódców nowej filozofii wspólnego bezpieczeństwa, która zrewiduje dogmaty o nieomylności Zachodu w sprawach ustrojowych, a „ład pluralny” uczyni podstawą koegzystencji państw o odmiennych tożsamościach i ideowych preferencjach.
Stanisław Bieleń
Powyższy tekst ukazał się w czasopiśmie Opcja na prawo -http://www.opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4853-lad-pluralny-jako-imperatyw-przetrwania
Tytuł, śródtytuły i podkreślenia pochodzą od Redakcji Sprawy Nauki.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5479
Ekspansjonizm jest jedną z najczęstszych przyczyn wojen. U jego podstaw leżą dążenia terytorialne, polityczne bądź ekonomiczne. Przyczyny wielu interwencji zbrojnych wyjaśnia się jednak często odwołując się do zasady „wyższego dobra” czy „wyższych idei”, gdyż wtedy łatwiej jest przekonać o ich słuszności. Ekspansjonizm jawi się wówczas jako zjawisko konieczne, w niektórych przypadkach wręcz pożądane i w dłuższej perspektywie mające przynieść korzyści również stronie atakowanej.
Według harwardzkiego historyka, Fredericka Merka, ekspansjonizm jest zazwyczaj wiązany z ideologią krucjat. Merk uważa, że ekspansjonizmowi arabskiemu taką otoczkę zapewnił islam, hiszpańskiemu katolicyzm, w przypadku wojen napoleońskich rewolucyjny liberalizm. Ich odpowiednikiem w Chinach czy w Rosji był natomiast marksistowski komunizm. Według niego, wyrazem ideologii krucjat w przypadku Stanów Zjednoczonych była koncepcja Manifest Destiny, czyli koncepcja „Objawionego” czy też „Boskiego Przeznaczenia”.
Termin ten został po raz pierwszy użyty przez redaktora „Democratic Review”, Johna O’Sullivana w 1845 roku, a sama koncepcja nigdy nie została sformalizowana, ani ściśle skonkretyzowana. W przyszłości dokonywano różnych jej interpretacji. Niemniej jednak, jak twierdzi Frederick Merk, można ją scharakteryzować jako „mieszankę republikanizmu, demokracji, religii, przekonania o wyższości „rasy” anglosaksońskiej oraz jeszcze kilku innych elementów”. Wyrażała ona wiarę Amerykanów w przypisaną im przez Bożą Opatrzność misję, która ma polegać na szerzeniu form amerykańskiej demokracji i wolności. Misję tę można było realizować poprzez ekspansję, którą zwolennicy tej koncepcji przedstawiali nie tylko jako zjawisko pozytywne, ale wręcz nieuniknione (bo wynikające z „przeznaczenia”).
Początkowo koncepcja uzasadniała ekspansję skierowaną głównie na zachód kontynentu północno-amerykańskiego. W późniejszym okresie stanowiła argument na rzecz interwencji zbrojnych w rejonie Ameryki Południowej oraz Pacyfiku. Wydaje się też, iż miała istotny wpływ na postrzeganie przez Amerykanów ich roli w polityce międzynarodowej w XX wieku.
Co prawda, większość polityków zrezygnowała z posługiwania się terminem Manifest Destiny, jednak wielu badaczy jest zdania, że zmodyfikowana koncepcja, a zwłaszcza najistotniejszy jej element, czyli przeświadczenie o „misji” Amerykanów, zwłaszcza „misji szerzenia demokracji”, nadal wywiera wpływ na uzasadnianie amerykańskiej polityki zagranicznej i na pojmowanie przez Amerykanów ich roli we współczesnym świecie.
Tego zdania jest, m.in. Anders Stephanson, który uważa, że odegrała ona istotną rolę w motywowaniu wielu amerykańskich interwencji zbrojnych w okresie zimnej wojny, jak również po jej zakończeniu. Stephanson podkreśla też, że większość państw odwołujących się do mesjanistycznych wizji dotyczących ich roli w świecie z czasem z nich rezygnowała, natomiast Stany Zjednoczone usilnie przy nich trwają. Koncepcja Manifest Destiny jest, według Stephansona, częścią tego, co nazywa on „niezwykłym i nadzwyczaj silnym nacjonalizmem o charakterze nie tylko profetycznym, ale i uniwersalistycznym”.
Powstanie koncepcji
O’Sullivan – twórca określenia Manifest Destiny - był wpływowym zwolennikiem Partii Demokratycznej, która postulowała w tym okresie politykę przyłączania większości terytoriów Ameryki Północnej do Stanów Zjednoczonych. W artykule “Aneksja”, w którym opowiadał się za włączeniem do Stanów Zjednoczonych Republiki Teksasu, podkreślał, że Teksas powinien zostać przyjęty do Unii nie tylko dlatego, że sam się za tym opowiada, ale i dlatego, że, ”objawionym przeznaczeniem” Stanów Zjednoczonych jest ogarnięcie całego kontynentu.
Hasło Manifest Destiny popularność zdobyło jednak zwłaszcza w kontekście sporu między USA a Wielką Brytanią, dotyczącego prawa do posiadania tzw. Terytorium Oregonu, który trwał do 1846 roku. W artykule dotyczącym tej kwestii O’Sullivan nakreślił główne idee koncepcji Manifest Destiny. Podkreślił w nim, że Stany Zjednoczone mają prawo do posiadania całego kontynentu Ameryki Północnej ze względu na ”objawione przeznaczenie Amerykanów, którym kontynent ten został darowany przez Opatrzność, po to by mogli tam rozwijać eksperyment wolności i federalnego samostanowienia”. Skoro więc Brytyjczycy nie mieli zamiaru szerzyć demokracji na spornym terytorium, ich pretensje do Oregonu stawały się w oczach Amerykanów zdyskredytowane.
Manifest Destiny była dla O’Sullivana ideą moralną, prawem wyższym, które stało ponad wszystkimi innymi prawami, nawet międzynarodowymi umowami i zobowiązaniami (choć początkowo nie uznawał ekspansji militarnej jako niezbędnej do szerzenia misji USA). Niezależnie jednak od tego, co dokładnie O’Sullivan rozumiał pod hasłem Manifest Destiny, stało się ono niezwykle przydatne dla uzasadniania nie tylko pokojowej, ale i militarnej ekspansji Stanów Zjednoczonych. Z czasem ekspansja terytorialna zastąpiona została ekspansją polityczną i ekonomiczną.
Warto zauważyć, iż do rozpowszechnienia i spopularyzowania określenia Manifest Destiny przyczyniła się bardzo rozwijająca się wtedy tzw. penny press, czyli tania ogólnie dostępna prasa. I tym samym, jak twierdzi Frederick Merk, propaganda stała się ”najlepszą amunicją w polityce”.
Zwolennicy koncepcji Manifest Destiny podkreślali zwłaszcza jej trzy główne wątki.
Po pierwsze, przeświadczenie o cnocie Amerykanów i ich instytucji.
Po drugie, przekonanie o konieczności podjęcia misji szerzenia tych instytucji, by zmienić świat na podobieństwo USA i tym samym sprawić, by stał się on lepszy.
Po trzecie, wiarę w Boskie namaszczenie Amerykanów do tych zadań. Wszystkie te wątki nie były nowymi ideami dla społeczeństwa amerykańskiego. Wywodziły się bowiem z tradycji purytańskiej, która podkreślała szczególne błogosławieństwo Boże oraz misję przypisaną narodowi żyjącemu i budującemu swe instytucje w zgodzie z prawami Bożymi.
Tradycja purytańska była przez długi okres tradycją dominującą w Stanach Zjednoczonych, a jej dziedzictwo niezwykle silnie odcisnęło się w świadomości Amerykanów. Dlatego też odniesienie się do wątków z nią związanych w koncepcji Manifest Destiny wpłynęło na jej społeczną akceptację i popularność.
Idea cenna dla purytanów
Purytanie, którzy przybyli do Ameryki z Anglii wierzyli, że na Nowej Ziemi, która nie była skorumpowana „wypaczoną religią” obecną na Starym Kontynencie, stworzą państwo oparte na prawie Bożym, a dzięki przymierzu z Bogiem, stanie się ono Nowym Izraelem. Przekonanie o tym, że Bóg przeznaczył purytanów do zbudowania na Nowej Ziemi „cnotliwej społeczności”, która będzie świecić przykładem dla całego świata zostało zaakcentowane już w 1630 roku przez Johna Winthropa, purytańskiego gubernatora Kolonii Massachusetts. Uważa się, że ugruntował on tym samym podwaliny „amerykańskiego eksepcjonalizmu”, którego głównym elementem jest przekonanie o moralnej wyższości oraz wybraństwie społeczeństwa amerykańskiego.
Jak pisze Stephanson, już samo utożsamienie się z wybranym narodem Izraela niosło ze sobą konieczność potwierdzania swej godności i zdolności do niesienia misji, choć początkowo dla wielu purytanów misja ta niekoniecznie wiązała się z ekspansją terytorialną. Kiedy bowiem znaleźli już swoje miejsce na ziemi, należało się, według nich, odseparować od świata zewnętrznego, który był sferą profanum. Niemniej jednak, gdy ospa dziesiątkowała populację Indian w Nowej Anglii, John Winthrop uznał to za znak, iż tereny te Opatrzność przeznaczyła właśnie dla nich. Stąd, gdy rozwój gospodarczy wymagał ekspansji terytorialnej, nietrudno było znaleźć jej usprawiedliwienie w ramach purytańskich przekonań, według których społeczność pobłogosławiona przez Boga i żyjąca według jego praw, miała prawo poszerzać obszar, na którym te prawa będą obowiązywać.
Najistotniejszy element koncepcji Manifest Destiny, czyli przekonanie o przeznaczeniu Amerykanów do niesienia misji, również było zakorzenione w tradycji purytańskiej. Purytańscy osadnicy z Nowej Anglii uważali, bowiem, że Nowy Kontynent jest przeznaczony do tego, by rozpocząć „najchwalebniejszą odnowę świata”. Przekonanie to zostało dodatkowo wzmocnione postmilenaryzmem Drugiego Wielkiego Przebudzenia.
Kolejnym elementem dodającym siły przekonaniu o amerykańskiej misji było połączenie wątków religijnych z politycznymi. Początkowo, według purytanów, wyjątkowość Ameryki polegała na tym, że ich państwo było oparte na prawach Bożych, w przeciwieństwie do państw europejskich. W późniejszym okresie doszło do tego przekonanie, że Stany Zjednoczone zostały powołane do tego, by podjąć eksperyment demokracji i wolności i sprzeciwić się złemu systemowi monarchicznemu w Europie. Z czasem podejście takie wyewoluowało w stronę amerykańskiej religii obywatelskiej, której częścią stała się również koncepcja Manifest Destiny.
Przekonanie o wyższości moralnej, zarówno ze względu na purytańskie ideały, jak i ze względu na polityczne instytucje zostało w amerykańskiej świadomości silnie ugruntowane. Inkorporując te przekonania, koncepcja Manifest Destiny była niezwykle silnym narzędziem. Ukształtowane wśród Amerykanów przekonanie o ich wyższości kulturowej i cywilizacyjnej zostało w ramach koncepcji Manifest Destiny dodatkowo podbudowywane teoriami rasowymi, uzasadniającymi wyższość tzw. rasy Anglosasów, a w latach 90. XIX w. również teoriami wywodzącymi się nurtu darwinizmu społecznego. Natomiast podkreślenie w niej elementu misji pozwoliło ją w przyszłości na różne sposoby modyfikować.
“Misja szerzenia amerykańskich instytucji oraz Boskie ku temu namaszczenie”, które w pierwotnej wersji koncepcji miały uzasadniać prawo do ekspansji terytorialnej na kontynencie Ameryki Północnej, mogły się bowiem również odnosić do szerzenia modelu amerykańskiej demokracji nie tylko poprzez ekspansję terytorialną i nie tylko w Ameryce Północnej, ale również w rejonie Ameryki Południowej, na Pacyfiku, a nawet na całym świecie.
Era Manifest Destiny
Z czasem „Erą Manifest Destiny”, zaczęto określać okres trwający od 1815 do 1860 roku, jako że koncepcja świetnie nadawała się do tłumaczenia polityki terytorialnej prowadzonej w tychże latach. Ramy czasowe tego okresu wyznacza z jednej strony wojna z Wielką Brytanią w latach 1812-1815, a z drugiej wojna secesyjna. Okres ten zakończył się ustaleniem kontynentalnych granic Stanów Zjednoczonych, które sięgnęły aż Oceanu Spokojnego. Od 1845 roku koncepcja Manifest Destiny służyła do uzasadniania zarówno pokojowych, jak i zbrojnych działań na rzecz opanowania kontynentu północno-amerykańskiego.
Głównym zwolennikiem ekspansji był John Quincy Adams, który zasiadał na fotelu prezydenckim w latach 1825-29. Swe stanowisko uzasadniał on w 1811 roku, jeszcze przed ukazaniem się artykułu O’Sullivana w następujący sposób:
„Cały kontynent wydaje się być przeznaczony przez Boską Opatrzność (Divine Providence) do zaludnienia przez jeden naród, mówiący jednym językiem, wyznający jeden ogólny system religijnych i politycznych zasad [...]. Ze względu na wspólne dobro tego narodu, dla jego pokoju i dobrobytu, wierzę, że konieczne jest stowarzyszenie się w jednej Unii Federalnej”.
Na przykładzie tego cytatu widać więc, że główne wątki ujęte później przez O’Sullivana w koncepcji Manifest Destiny były w myśleniu Amerykanów i ich przywódców obecne o wiele wcześniej. Niemniej przedstawienie ich w formie koncepcji wzbogaciło retorykę służącą racjonalizacji amerykańskiego ekspansjonizmu.
Jednak na drodze do realizacji idei ekspansji, którą prezydent Andrew Jackson w 1843 roku określił jako „poszerzanie obszaru wolności”, stało kilka przeszkód: obecność Brytyjczyków na Północy i Zachodzie, Hiszpanów na Południu oraz kwestia Indian. Problem Francuzów natomiast wydawał się rozwiązany po nabyciu w 1803 roku przez Thomasa Jeffersona Luizjany. Ponadto, część zwolenników ekspansjonizmu domagała się włączenia do Stanów Zjednoczonych zarówno Teksasu, jak również większości ziem należących do Meksyku, który oficjalnie uzyskał niepodległość w 1821 roku.
Część tych problemów udało się rozwiązać pokojowo. W 1818 roku Adams podpisał Traktat z Brytyjczykami, który ustalił granice z Kanadą na linii Gór Skalistych oraz wspólną okupację tzw. Terytorium Oregonu (Oregon Country). W czerwcu 1846 roku w wyniku kompromisu część Terytorium Oregon, na której najbardziej zależało Amerykanom, została zaanektowana. Częściowo udało się też rozwiązać „problem hiszpański”. W 1819 roku tzw. Traktat Transkontynentalny zatwierdził bowiem nabycie przez USA Florydy od Hiszpanii. Pozostałe problemy zdecydowano się rozwiązać uciekając się do przemocy.
Koncepcja Manifest Destiny szczególnie ważną rolę odegrała w przypadku Indian oraz Meksyku.
Stephanson politykę Amerykanów względem Indian określa nawet mianem czystek etnicznych. Tłumaczono ją jednak w taki sposób, że wydawała się ona jak najbardziej słuszna moralnie. Według Manifest Destiny, Opatrzność powierzyła kontynent północnoamerykański Anglosasom. A odpowiedź na pytanie o to, dlaczego mieli oni do tej ziemi większe prawo niż Indianie, znajdowali m.in. w Biblii. Mówiła ona bowiem, że Bóg podarował ludziom ziemię po to, by ją sobie podporządkowywali i czerpali z niej owoce.
Według chrześcijańskich osadników amerykańskich, godni posiadania ziemi byli więc ci, którzy najefektywniej potrafili pomnażać jej owoce.
Indianie nie potrafili efektywnie ulepszać natury i pomnażać jej darów, w dodatku byli poganami. Stąd ich prawo do posiadania tej ziemi nie było niczym usankcjonowane. Słuszne więc było przejęcie od „ludu ignorantów, dzikusów i marnotrawców tego, co cywilizowani ludzie mieli prawo posiadać”.
Uzasadnione według osadników było też przejmowanie ziemi wszelkimi dostępnymi sposobami. Stosowano więc oszustwa, manipulacje, zastraszanie, deportacje oraz fizyczną eliminację Indian. Istniał też program zwany Indian Removal, który w „Erze Manifest Destiny” zdobył spore poparcie. Indianie byli zachęcani, by sprzedawać swe ziemie i poddawać się cywilizowaniu, co oznaczało m.in. zaprzestanie łowiectwa i przejście na rolnictwo oraz organizowanie się raczej wokół rodziny niż plemienia.
Zwolennicy tego rodzaju cywilizowania Indian wierzyli, że takie innowacje zredukują ilość ziemi, jakiej będą potrzebować Indianie, a tym samym powiększy się obszar, który będą mogli zająć biali Amerykanie.
Część zwolenników koncepcji Manifest Destiny uważało, że skoro Indianie otrzymali dar lepszej cywilizacji, to powinni z niego skorzystać, natomiast wielu innych uważało ich za zwykłych dzikusów, którzy stali na drodze amerykańskiej ekspansji.
Historyk Reginal Horsman, podkreśla też, że rasowa retoryka w odniesieniu do Indian stała się niezwykle silna. Ponadto, Indianie byli szczególnie pogardzani i nienawidzeni ze względu na to, że odrzucili szansę przyjęcia chrześcijaństwa i wyższej cywilizacji niesionej przez Anglosasów. Ze względu na odrzucenie chrześcijaństwa, w Nowej Anglii przez długi czas nazywani byli posłannikami diabła.
Stosowanie przemocy, a nawet eksterminacja „dzikusów”, „posłanników diabła” czy też „marnotrawców darów Bożych” nie wydawała się więc w kontekście koncepcji Manifest Destiny działaniem niemoralnym.
Problem z Meksykiem
Jak już wspomniano, koncepcja ta odegrała też istotną rolę w uzasadnianiu wojny z Meksykiem. Doszło do niej po uprzednim zaanektowaniu przez Amerykanów Teksasu. Zarówno aneksja Teksasu, jak i plany aneksji ziem należących do Meksyku wywołały spore kontrowersje oraz dyskusję dotyczącą interpretacji koncepcji Manifest Destiny.
Teksas, który wcześniej był prowincją buforową, utworzoną jeszcze, gdy Meksyk był w posiadaniu Hiszpanów, ze względu na niewielkie zaludnienie szybko przyciągnął sporą rzeszę amerykańskich osadników. Republika Teksasu ogłosiła swą niepodległość w 1836, co umożliwiło m.in. usankcjonowanie niewolnictwa, zakazanego przez Meksyk w 1827 roku. Niedługo potem Republika Teksasu wystąpiła też z prośbą o przyjęcie jej do Stanów Zjednoczonych.
Wydawało się więc, że wyidealizowany proces pokojowej ekspansji postulowanej przez O’Sullivana i Jeffersona był możliwy. Jednak sprawa nie była taka prosta. W latach 20. XIX wieku Stany Zjednoczone chciały zakupić tę prowincję, jednak w 1837 roku ich prośba spotkała się z odmową ze strony prezydenta Martina Van Burena, co wynikało głównie z obawy przed tym, że kwestia niewolnictwa mogłaby podzielić Partię Demokratyczną. Jednak w kampanii prezydenckiej w 1844 roku Partia Demokratyczna nominowała Jamesa K. Polka, zdecydowanego zwolennika aneksji Teksasu. Polk wygrał wybory niewielką większością i równie niewielką przegłosowano w 1845 aneksję Teksasu.
Jeszcze więcej kontrowersji wzbudziło dążenie prezydenta Polka do aneksji kolejnych terytoriów Meksyku. O ile bowiem część zwolenników koncepcji Manifest Destiny dążyło do aneksji całego Meksyku w imię rozszerzania terenów, na których Amerykanie mogliby rozwijać swą demokratyczną republikę i zapewnić jej „bezpieczeństwo i pokój w regionie”, o tyle wielu polityków było temu przeciwnych, głównie ze względów rasowych.
Koncepcja zaczęła być w tym okresie interpretowana na kilka różnych sposobów, a powoływali się na nią zarówno zwolennicy wojny i aneksji Meksyku, jak i jej przeciwnicy. Istotne jest, że dla obu stron istotnym elementem stały się rasistowskie komponenty wchodzące w skład koncepcji. Podkreślały one wyższość „rasy” Anglosasów, uzasadniały prawo Amerykanów do zajmowania terenów należących do Meksyku i wprowadzania tam swojej formy rządów.
Jednak ich interpretacja stawała się problematyczna, kiedy należało zdecydować o losie ludności meksykańskiej. Z jednej strony bowiem można było interpretować je w ten sposób, że Meksykanie są niegodni stać się amerykańskimi obywatelami. Z drugiej strony natomiast element misji zawarty w tej koncepcji mógł sugerować, że Meksykanie mogliby przejść proces doskonalenia swej rasy dzięki wciągnięciu ich w obręb amerykańskiej demokracji.
Zwolennicy pierwszego stanowiska woleli zrezygnować z aneksji całego Meksyku, natomiast zwolennikom drugiego zależało na aneksji, nawet w drodze wojny. Rasizm służył więc jako argument obu stronom sporu.
Przewagę w sporze zdobyli jednak zwolennicy koncepcji Manifest Destiny, interpretowanej w sposób uzasadniający aneksję i wojnę z Meksykiem, która rozpoczęła się w kwietniu 1846 roku. Kosztowała ona obie strony wiele ofiar śmiertelnych, a co ciekawe, po stronie amerykańskiej zanotowano nadspodziewanie wysoki odsetek dezercji, mimo iż propaganda prowojenna była bardzo intensywna i często podkreślała misję „twardej rasy pionierów” zmagającej się z „barbarzyństwem dzikich”. Przeciwnicy aneksji Meksyku wytaczali natomiast argumenty, które miały świadczyć o tym, że niższa rasa „meksykańsko-hiszpańska” nie jest w stanie przyjąć cnót Anglosasów, dlatego niemożliwa jest ani „unia polityczna”, ani „pokojowa akomodacja” ludności meksykańskiej. Kontrowersje te zakończyła cesja ze strony Meksyku, dzięki której USA zyskały rozległe terytoria na zachodzie kontynentu, w tym tereny dzisiejszej Kalifornii i Nowego Meksyku. Były one o wiele mniej zaludnione niż pozostałe tereny Meksyku, problem wydawał się więc rozwiązany.
Mimo, że okres 1815-60 nazywany jest „Erą Manifest Destiny”, w USA istniało grono jej przeciwników. Jej krytykiem był m.in. Robert Winthrop, przedstawiciel Partii Whigów, która stała w opozycji do rządu prezydenta Polka. Sugerował on, że zwolennicy koncepcji Manifest Destiny przywoływali “Boską Opatrzność” po to, by usprawiedliwić działania, ktore w rzeczywistosci motywowane były szowinizmem i własnym interesem. Niemniej jednak wielu ówczesnych intelektualistów i publicystów ulegało jej wpływom. Wydaje się, że koncepcja wywarła istotny wpływ na świadomość większości społeczeństwa amerykańskiego, które coraz częściej postrzegało siebie jako wybranych przedstawicieli całej ludzkości. Pierwszy okres ogromnej popularności koncepcji Manifest Destiny zakończył się wraz z wybuchem wojny secesyjnej.
Paulina Napierała
Dr Paulina Napierała jest adiunktem w Instytucie Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie
Jest to I część (obszerne fragmenty) eseju pt. „Rola koncepcji Manifest Destiny w uzasadnianiu amerykańskich interwencji zbrojnych” opublikowanego w czasopiśmie Meritum - roczniku koła naukowego doktorantów-historyków Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego - http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Meritum/Meritum-r2010-t2/Meritum-r2010-t2-s219-239/Meritum-r2010-t2-s219-239.pdf
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN. Drugą część eseju opublikujemy w następnym, listopadowym numerze Spraw Nauki.

