Prognozowanie (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3125
Jak matematyk widzi rozwój sztucznej inteligencji i związane z nią zagrożenia? Czy nauki ścisłe, dzięki którym rozwój AI stał się możliwy nie wypuściły dżina z butelki? Mówi o tym matematyk, prof. Tomasz Downarowicz z Politechniki Wrocławskiej.
- W tej dziedzinie nawet specjaliści są skrajnie podzieleni, bo to jest pogranicze science fiction i tego, co się naprawdę dzieje. Część z nich uważa, że już wkrótce stworzymy roboty posiadające świadomość i AI zacznie żyć własnym życiem, wymknie się spod kontroli jej twórców, a w dalszej perspektywie może stanowić zagrożenie dla ludzkości.
Elon Musk, znany inwestor i przedsiębiorca, widzi to zagrożenie i apeluje do ludzi o ostrożność. Jednocześnie jednak sam tworzy (finansuje) rozwój AI, acz z humanitarnym przesłaniem, aby robić to w sposób bezpieczny. W swoich hasłach zmierza do tego, aby uniemożliwić przejęcie kontroli nad AI politykom, bankierom i wszelkim siłom, które mogłyby użyć AI do zniewolenia i zmanipulowania całych społeczeństw dla własnych korzyści.
Ale Elon Musk też jest miliarderem, więc nie wiadomo, na ile mu można wierzyć. To może być gra polityczna i finansowa, potrzebne są mu przecież środki na jego projekty typu Tesla, Space X, i inne. Ale tu moja wypowiedź wykracza poza obszar matematyki, więc nie będę dalej w tym kierunku spekulować.
Inni specjaliści (zwłaszcza programiści, którzy na co dzień pracują ze sztucznymi sieciami neuronowymi) uważają, że jesteśmy jeszcze daleko od stworzenia tak wysoko rozwiniętej AI i widzą ją raczej jako narzędzie wspomagające i ułatwiające ludzką pracę.
Oczywiście rozwój jest niewątpliwy – jak się porówna możliwości komputerów sprzed kilkunastu czy nawet kilku lat z tym, co obecnie jest możliwe, to widać, że rozwój jest ogromny. Ale jest to głównie rozwój w dziedzinie hardware'u. Choć oczywiście oprogramowanie czy teoria algorytmów również się rozwija, to jednak jak się popatrzy na konstrukcję sztucznych sieci neuronowych (które są podstawą sztucznej inteligencji), to idea, sam pomysł, nie zmienił się od wielu lat, tylko sieci się rozrastają dzięki coraz lepszym możliwościom sprzętowym. Można symulować coraz większe sieci, z coraz większą liczbą neuronów i synaps, i w związku z tym one potrafią dużo szybciej i sprawniej się uczyć, a efekty tego postępu są niesamowite.
Oczywiście, wyzwaniem dla teoretyków jest stworzenie podstaw teoretycznych do tego, aby sieci te rozwijały się nie tylko od strony sprzętowej, ale również od strony algorytmicznej. I to też się dzieje, ale w znacznie wolniejszym tempie. To przemawia za tym, że stworzenie maszyny mającej świadomość, potrafiącej samodzielnie myśleć, a przede wszystkim mieć swoje zachcianki i ambicje, i je realizować, to wciąż domena science fiction. AI wciąż robi to, do czego zostaje zaprogramowana, choć jej odpowiedzi na zadawane pytanie nie są już ręcznie wprowadzane do systemu, lecz potrafi je ona generować.
Niepewna przyszłość nauczycieli
W związku z tym, na razie największym realnym zagrożeniem dla ludzi, które już daje się poważnie odczuć, to konkurowanie o rynek pracy i wypieranie pracowników z wielu stanowisk. Jest to zjawisko tak dobrze znane, że nie będę go nawet omawiać.
I tu, jako pracownik wyższej uczelni, zastanawiałem się nad tym, na ile sztuczna inteligencja zagraża na przykład nauczycielom akademickim. I dochodzę do wniosku, że zagrożenie jest całkiem poważne. Jeśli chodzi o prowadzenie zajęć dydaktycznych, to sami kręcimy na siebie bicz.
Moi koledzy z Wydziału Matematyki stworzyli na Politechnice Wrocławskiej system e-learning, w którym studenci mogą przyswajać sobie wiedzę z podstawowych kursów z matematyki, jak algebra czy analiza. To jest zamknięta wiedza, którą można ogarnąć w całości i wprowadzić do systemu, włączając w to tysiące zadań, generowanych na bieżąco, tak że to nie są w kółko te same zadania. Każdy student może sobie wygenerować zadanie, w którym dane będą się zmieniać losowo, następnie może wprowadzić swoje rozwiązanie, a system to oceni. Tak więc w pewnym momencie może się okazać, że te podstawowe kursy przestaną wymagać żywego nauczyciela i będzie można e-learningiem zastąpić nauczycieli akademickich do pewnego poziomu. Systemy e-learningowe potrafią też inteligentnie odpowiadać na większość standardowych pytań studentów.
Obecnie ten system jest na tyle duży, a pytań studentów na tyle mało, w dodatku one się powtarzają, że system może na zasadzie FAQ, dysponując dostatecznie dużą bazą danych, odpowiadać sensownie na te pytania. Jeśli student zada pytanie nietypowe, to na razie ten system zgłupieje. Jednak w miarę upływu czasu można tę bazę powiększać. Taki system można wzbogacić o sieć neuronową, która będzie się uczyć, czyli doskonalić swoje reakcje, i po pewnym czasie student będzie mógł z takim systemem rozmawiać prawie tak jak z żywym nauczycielem. Ale to jest możliwe dlatego, że mówimy tu o zamkniętym obszarze wiedzy.
Teoretycy mogą spać spokojnie
Natomiast praca matematyka ma też drugą stronę – działalność naukową. I w tej kwestii wydaje mi się, że zagrożenie konkurencją ze strony AI jest (przynajmniej w najbliższej perspektywie czasowej) znikome. Ja zajmuję się matematyką abstrakcyjną, gdzie rozważa się obiekty powiedzmy algebraiczno-geometryczne, które nie występują w rzeczywistości. Wymagają one kreatywności, myślenia abstrakcyjnego i nieszablonowego. Czy sztuczna inteligencja kiedykolwiek zastąpi matematyków-teoretyków? Czy będzie w stanie np. dowodzić twierdzeń? Czy będzie w stanie stawiać pytania i formułować intersujące otwarte problemy?
Obecnie najbardziej interesujące są pytania, które wybitni matematycy postawili dziesiątki, a nawet setki lat temu i których do dzisiaj nie rozwiązano. I tutaj sprawa się bardzo rozmywa, dlatego że moim zdaniem jesteśmy bardzo dalecy od tego, żeby stworzyć sztuczną inteligencję, która będzie w stanie kreatywnie myśleć w taki sposób, w jaki myśli matematyk, pracując nad otwartym problemem.
Kopiowanie mózgu … mrówki
A co my robimy jako konstruktorzy sztucznej inteligencji? Otóż próbujemy naśladować sieci neuronowe istniejące w naszym mózgu. To jest podstawowy obiekt, na którym wzorowane są sztuczne sieci neuronowe. Największe sieci, które obecnie jesteśmy w stanie wyprodukować, mają rozmiar setki tysięcy razy mniejszy od ludzkiego mózgu, porównywalny do rozmiaru systemu nerwowego mrówki. Mimo to potrafią robić niezwykłe rzeczy. Jak się posłucha wywiadu z robotem humanoidalnym Sofią, to robi to rzeczywiście niesamowite wrażenie. Ona potrafi nawet zażartować, odpowiadać na różne pytania dowcipnie i wymijająco. To nie jest maszyna, która klepie jakieś wyuczone formułki, ale coś rzeczywiście generuje.
Ale z drugiej strony wiemy, że te sieci neuronowe są tysiące razy mniejsze niż nasz mózg, zatem jak to jest możliwe, że ta maszyna zaczyna się tak zachowywać jak człowiek? Otóż jest to możliwe dlatego, że ta sieć jest wytrenowana do wykonania jednego zadania. W przypadku Sofii, ten robot ma za zadanie rozmawiać i symulować rozmowę z żywym człowiekiem, natomiast nie umie na przykład chodzić – on jeździ na kółkach. Potrafi pomachać ręką, ma jakieś umiejętności manualne, to jest sprzężenie kilku – kilkunastu robotów. Ale robot, który jest wyspecjalizowany do tego, żeby chodzić po schodach i robić fikołki, na obecnym poziomie wiedzy i możliwości konstruktorskich – nie będzie jednocześnie rozmawiać. Bo cała jego sieć neuronowa jest skoncentrowana na zachowaniu równowagi, rozpoznaniu terenu i poruszaniu się po nim.
Widać z tego, że obecne sieci neuronowe są budowane do jednego czy kilku zadań, natomiast żywa mrówka jednocześnie musi unikać wrogów, rozpoznawać pobratymców ze swojego mrowiska, musi umieć walczyć, jeśli zachodzi potrzeba, musi zbierać pożywienie, karmić larwy, musi stale kontaktować się ze swoją królową, aby mieć odpowiedni zapach, bo inaczej zaatakują ją mrówki z własnego mrowiska. Musi uczyć się rozpoznawać intruzów wyspecjalizowanych w oszukiwaniu mrówek.
Istnieje gatunek osy, która potrafi wytworzyć feromon danego mrowiska, przybrać ten zapach i wtedy nie atakowana może złożyć swoje jaja w larwach mrówek. Następnie taka larwa jest zjadana od środka, a zamiast mrówki wylęga się osa. Ale w procesie ewolucji mrówki się uczą i potrafią coraz skuteczniej się bronić.
Natomiast nasze roboty nie potrafią wykonywać tylu czynności naraz. Wykonują jedną czynność i jeśli się w niej wytrenują, stają się lepsze od człowieka. W dobie Internetu, taki robot może mieć całą wiedzę Wikipedii w „małym palcu”, w ułamku sekundy dostęp do tych wszystkich danych, a człowiek nie ma szans tak szybko przerabiać takiej ilości informacji. Ale to dlatego, że nasz mózg jest nastawiony na rozwiązywanie wielu zadań jednocześnie. My potrafimy rozpoznać twarz kogoś znajomego, a w tym samym czasie coś jeść i stwierdzić, że jest np. przypalone. Więc podświadomie wykonujemy jednocześnie dziesiątki zadań. A takie zadanie jak znalezienie odpowiedzi na skomplikowane pytanie z historii zajmie nam na pewno więcej czasu niż robotowi połączonemu z Internetem.
Błąd w myśleniu
Mam takie wrażenie – i to dotyka pewnie i specjalistów od prognozowania – że mamy taką skłonność do ekstrapolacji szybkości rozwoju pewnych procesów w nieskończoność. Nam się wydaje, że skoro obecnie rosną one liniowo, albo np. wykładniczo, to tak będzie zawsze. Pewne procesy ewolucyjne rzeczywiście mają etap wykładniczy. Więc przykładowo wyobrażamy sobie, że jeśli stworzymy maszynę, która będzie się sama doskonalić, to za chwilę ona wyprodukuje maszynę, która będzie się sama doskonalić w jeszcze doskonalszy sposób itd. I jeśli to zaczniemy ekstrapolować, czyli przedłużać tę krzywą, to dojdziemy do tzw. osobliwości sztucznej inteligencji, gdzie w krótkim czasie te maszyny będą tak inteligentne, że ludzie dla nich będą jak dzisiaj dla nas mrówki. W pewnym momencie nie tylko nie będziemy w stanie nadążyć za maszynami, ale nie będziemy nawet w stanie zrozumieć, jakie procesy tam zachodzą, na jakiej zasadzie przebiegają ich rozumowania.
Ale nie wiem, czy to tak właśnie jest, bo większość procesów zachodzących w rzeczywistości owszem, ma ten etap wzrostu wykładniczego, ale później następuje tak zwane nasycenie. Różne ograniczenia zaczynają zaginać tę krzywą i ona osiąga poziom nasycenia, i jej wzrost się zatrzymuje. Tak więc trudno jest przewidzieć, czy roboty nam zagrożą, jak to pokazują w filmach science fiction.
Chociaż z drugiej strony, ja lubię się bawić różnymi myślami i taka myśl, że sztuczna inteligencja może się wymknąć spod kontroli człowieka i zacznie stanowić dla nas zagrożenie, nie jest całkiem pozbawiona podstaw. Jednak na razie próbujemy kopiować działanie ludzkiego mózgu i jesteśmy na początku tej drogi. Prognostycy przewidują, że za około 15 lat sztuczne sieci neuronowe dorównają rozmiarem ludzkiemu mózgowi. Ja jednak uważam, że stworzenie istot inteligentniejszych od ludzi wymagać będzie skoku jakościowego, a nie tylko ilościowego, wynalezienia algorytmów działających na zasadach innych (lepszych) niż nasz mózg.
Dlatego wydaje mi się, że za mojego życia sztuczna inteligencja nie zagrozi jeszcze na przykład mojemu stanowisku pracy. Matematycy teoretyczni nie będą jeszcze musieli konkurować z maszynami. Ale nauczyciele akademiccy – tak. Podstawowe kursy z matematyki będą prowadzone przez komputer. Moim zdaniem jest to kwestia dziesięciu lat, może nawet mniej. Po co zatrudniać nauczyciela po studiach, któremu trzeba dać uposażenie i świadczenia, skoro to samo może robić system e-learningowy. W zasadzie to już się dzieje, choć na razie oceny wystawiane przez system nie są uznawane. Jest to traktowane jako system pomocniczy w dydaktyce. Ale niebawem okaże się, że system jest na tyle niezawodny, że będzie można przerzucić na niego odpowiedzialność za kształcenie na poziomie podstawowych kursów i żywych ludzi będzie można, nazwijmy to delikatnie, „odciążyć".
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 0
Matematyczne ostrzeżenie, które nie chciało zniknąć.
Pięćdziesiąt cztery lata temu zespół naukowców z MIT wprowadził dane dotyczące populacji, krzywe zużycia zasobów i wskaźniki zanieczyszczenia do komputera mainframe wielkości kontenera transportowego. Maszyna z hukiem wykonywała obliczenia i wyrzuciła z siebie trajektorię, która zakończyła się gwałtownym spadkiem.
Raport „Granice Wzrostu” z 1972 roku przewidywał, że bez drastycznych korekt kursu cywilizacja przemysłowa osiągnie ostateczne ograniczenia w połowie stulecia. Wówczas krytycy odrzucili te ustalenia jako maltuzjańską paranoję, wskazując na zieloną rewolucję i technologiczny optymizm jako dowód na to, że ludzka pomysłowość zawsze przewyższy niedobór. Mylili się. Zmienne pokrywały się z przerażającą precyzją.
Ponowna ocena opublikowana przez KPMG w styczniu 2026 roku potwierdziła to, co sugerował pierwotny model MIT: nie tylko zmierzamy ku załamaniu w 2040 roku, ale wyprzedzamy najgorszy scenariusz o osiemnaście miesięcy.
W raporcie przeanalizowano trzydzieści kluczowych wskaźników, w tym wyczerpywanie się gruntów ornych, obniżanie się poziomu wód gruntowych, stężenie dwutlenku węgla w atmosferze oraz relacje długu do PKB w krajach OECD. Dwadzieścia siedem z tych wskaźników przekroczyło prognozy z 1972 roku. Pozostałe trzy – globalny wolumen transportu morskiego, produkcja półprzewodników i wystrzeliwanie satelitów – maskują ukrytą kruchość, mierząc aktywność, a nie odporność. W badaniu stwierdzono, że trajektoria „działania jak zwykle” wskazuje obecnie na załamanie systemowe między 2032 a 2038 rokiem, a kaskadowe problemy prawdopodobnie zaczną się uwidaczniać pod koniec 2027 roku.
Matematyka nie przejmuje się ludzkim optymizmem.
Krzywe wykładnicze mają tendencję do pozornie płaskich kształtów, dopóki nie staną się pionowe. Model MIT śledził pięć zmiennych: populację, produkcję żywności, produkcję przemysłową, zanieczyszczenie i wyczerpywanie się zasobów nieodnawialnych. W 2026 roku globalna populacja wynosiła 8,2 miliarda, po dodaniu ostatniego miliarda w ciągu zaledwie dwunastu lat. Produkcja żywności osiągnęła plateau w 2023 roku pomimo zwiększonego stosowania nawozów, co wskazuje na malejące korzyści z intensyfikacji rolnictwa. Produkcja przemysłowa nadal rośnie, ale zwrot z inwestycji – ilość energii użytkowej wydobytej w porównaniu z energią potrzebną do jej wydobycia – spadł poniżej krytycznego progu 15:1 dla większości paliw kopalnych. Zanieczyszczenie, mierzone w cząstkach stałych, gęstości plastiku oceanicznego i metanie atmosferycznym, przekracza scenariusz „kryzysu zanieczyszczeń” modelu o czterdzieści procent. Krzywe zbiegają się w kierunku osobliwości niedoboru i toksyczności.
Dziewięć pęknięć już przeplata się z fundamentem
Architektura gospodarcza nie rozpada się w dramatycznym grzmocie. Zamiast tego rozpuszcza się jak wapień w kwaśnym deszczu – powoli, niewidocznie, aż jaskinia otworzy się pod twoimi stopami. Globalny dług osiągnął 307 bilionów dolarów na początku 2026 roku, co stanowi 333% globalnego PKB. Ta kwota nie zniknie wraz ze wzrostem gospodarczym. Zniknie poprzez dewaluację, niewypłacalność lub rozwiązanie.
Banki centralne w trzydziestu siedmiu krajach prowadzą obecnie pilotażowe testy cyfrowych walut banków centralnych (CBDC), programowalnych pieniędzy z datami ważności i ograniczeniami użytkowania. Bank Rozrachunków Międzynarodowych otwarcie mówi o „represjach finansowych” jako niezbędnym narzędziu do zarządzania długiem państwowym. Innymi słowy: twoje oszczędności zostaną wykorzystane do utrzymania wypłacalności instytucji, a ty nie będziesz miał żadnego środka odwoławczego, ponieważ pieniądze będą kodem, a nie gotówką.
Kryzys bankowy z 2023 roku tak naprawdę nigdy się nie skończył; po prostu wszedł w stan śpiączki wywołanej chemicznie.
Banki regionalne w Stanach Zjednoczonych nadal tracą depozyty, ponieważ oszczędzający uciekają do funduszy rynku pieniężnego i bonów skarbowych. Nieruchomości komercyjne – wieżowce biurowe z lat 80. i 90. XX wieku – są notowane o sześćdziesiąt procent poniżej wycen z 2019 roku. Fundusze emerytalne, które zainwestowały w te „stabilne” aktywa, stoją w obliczu niewypłacalności do 2028 roku. Rynek instrumentów pochodnych, ta nieprzejrzysta sieć powiązanych ze sobą zobowiązań, jest obecnie wyceniany na ponad kwadrylion dolarów. Kiedy – a nie „jeśli” – zbankrutuje główny kontrahent, proces wycofywania się z rynku nie będzie przebiegał w sposób uporządkowany. Będzie to pośpiech w kierunku wyjść, które już nie istnieją.
Systemy klimatyczne się nie zmieniają.
One destabilizują. Lato 2026 roku pobiło rekordy, które utrzymywały się zaledwie od miesięcy. W Phoenix odnotowano trzydzieści jeden kolejnych dni z temperaturą powyżej 46°C. Temperatura mokrego termometru w Mumbaju przekroczyła 35°C przez sześć godzin 3 sierpnia 2026 roku, przekraczając próg przeżycia człowieka bez klimatyzacji. Minimum lodu arktycznego we wrześniu tego roku prawdopodobnie ustanowi nowy rekordowo niski poziom, a niektóre modele sugerują, że pierwsze wydarzenie „błękitnego oceanu” – pozbawione lodu wody arktyczne – może nastąpić już w 2027 roku, dekady przed wcześniejszymi szacunkami. Wieczna zmarzlina na Syberii nie tylko topnieje, ale eksploduje. Kratery metanowe o szerokości pół kilometra usiane są teraz kraterami na Półwyspie Jamalskim, uwalniając dawne gazy cieplarniane w tempie, które sprawia, że redukcja emisji przez człowieka staje się nieistotna.
Woda nie staje się rzadkością. Jest wręcz bronią.
Rzeka Kolorado, która nawadnia piętnaście procent amerykańskiej produkcji rolnej, osiągnęła krytycznie niski poziom, który powoduje obowiązkowe cięcia w ramach renegocjacji Porozumienia z 2026 roku. Rolnicy w Arizonie już buldożerują sady, których założenie zajęło dekady. Wodonośnik Ogallala, będący podstawą amerykańskiego spichlerza, obniża się średnio o pół metra rocznie. Nie zregeneruje się w żadnym ludzkim tempie. W Indiach wody gruntowe pod regionem Pendżabu – indyjskim spichlerzem pszenicy – będą ekonomicznie niedostępne do 2028 roku. Pakistan i Indie trzykrotnie w tym roku wymieniały ogień przez Linię Kontroli w sprawie praw do wody w dorzeczu Indusu. Pierwsza wojna o wodę XXI wieku nie nadchodzi. Już trwa, ubrana w retorykę suwerenności terytorialnej.
Wzory migracji zmieniły się ze strumieni na potoki. ONZ szacuje, że 1,2 miliarda ludzi żyje obecnie w regionach, które w ciągu dwóch dekad staną się niezamieszkane z powodu upałów, suszy lub wzrostu poziomu morza. Tylko w 2026 roku 340 000 osób przekroczyło Przełęcz Darién między Kolumbią a Panamą, kierując się na północ. Nie są to migranci ekonomiczni szukający możliwości rozwoju; to uchodźcy klimatyczni uciekający przed załamaniem rolnictwa. Region Sahelu w Afryce wyludnia się w tempie trzykrotnie przewyższającym kryzys z 2015 roku. Bangladesz, gdzie 160 milionów ludzi żyje w delcie, której poziom podnosi się o jeden centymetr rocznie, podczas gdy poziom mórz podnosi się trzykrotnie szybciej, negocjuje umowy o „kontrolowanym odwrocie”, które do 2030 roku umożliwią relokację dwudziestu milionów obywateli. Granice twardnieją. Obozy puchną. Infrastruktura współczucia pęka pod ciężarem matematycznej niemożliwości.
Systemy żywnościowe działają na tak cienkich marżach, że przypominają liny .
Świat utrzymuje zapasy zboża wystarczające na około siedemdziesiąt dni. Kiedy eksport Ukrainy został zakłócony w 2022 roku, ceny pszenicy wzrosły o czterdzieści procent. Kiedy rzeka Missisipi spadła do historycznie niskiego poziomu w 2023 roku, ruch barek zatrzymał się na miesiące. Były to ostrzeżenia, a nie aberracje. W 2026 roku ceny ryżu osiągnęły czternastoletnie maksima z powodu suszy wywołanej przez El Niño w Azji Południowo-Wschodniej. „Zielona rewolucja”, która napędzała boom demograficzny, opierała się na paliwach kopalnych – gazie ziemnym jako nawozie, oleju napędowym do traktorów, ropie naftowej jako pestycydzie. Wraz ze wzrostem kosztów energii, koszty żywności podążają za nimi z matematyczną nieuchronnością. Zamieszki chlebowe, które rozpoczęły się na Sri Lance w 2022 roku i rozprzestrzeniły się na Pakistan, Peru i Kenię, były zapowiedzią, a nie finałem.
Choroby ewoluują szybciej niż nasze mechanizmy obronne.
Oporność na antybiotyki zabija obecnie 1,27 miliona ludzi rocznie, a szacuje się, że do 2035 roku liczba ta sięgnie 10 milionów. Pojawiają się zakażenia rzeżączką, gruźlicą i gronkowcem, które nie reagują na żadne znane leczenie farmakologiczne. Era postantybiotykowa oznacza, że operacja znów staje się hazardem zagrażającym życiu, poród staje się niebezpieczny, a drobne rany mogą być śmiertelne. Tymczasem liczba przypadków przenoszenia się wirusów i zoonoz wzrosła trzykrotnie od 2010 roku. Wirus ptasiej grypy H5N1 przenosi się z ssaków na ssaki w populacjach bydła na amerykańskim Środkowym Zachodzie. Wirusolodzy szacują na czterdzieści procent prawdopodobieństwa skutecznego przeniesienia wirusa z człowieka na człowieka w ciągu osiemnastu miesięcy. Kiedy – a nie „jeśli” – tak się stanie, wskaźniki śmiertelności mogą przewyższyć te z grypy hiszpanki z 1918 roku.
Demografia odwraca się z przerażającą szybkością.
Globalny współczynnik dzietności spadł do 2,3 dziecka na kobietę, ledwo przekraczając poziom zastępowalności. W Korei Południowej wynosi on 0,72. We Włoszech – 1,24. W Chinach – 1,09. Odwrócona piramida wieku – niewielu młodych utrzymuje wielu starych – stwarza problemy finansowe. Japonia przeznacza obecnie czterdzieści procent swojego budżetu na opiekę nad osobami starszymi i obsługę zadłużenia. Do 2030 roku ta liczba osiągnie sześćdziesiąt procent. Systemy emerytalne nie są niedofinansowane; są niefinansowalne. Jednocześnie bezrobocie wśród młodzieży w krajach rozwijających się osiągnęło czterdzieści procent w regionach, gdzie siedemdziesiąt procent populacji ma mniej niż trzydzieści lat. Połączenie bezrobotnych młodych mężczyzn i niedoboru zasobów tworzy historyczne warunki sprzyjające wojnie.
Spójność społeczna rozpada się na wątki składowe.
Polaryzacja polityczna osiągnęła poziom, na którym siedemdziesiąt procent Amerykanów postrzega członków partii opozycyjnej jako zagrożenie egzystencjalne. Zaufanie do instytucji – mediów, rządu, środowiska akademickiego i medycyny – spadło poniżej dwudziestu procent w zachodnich demokracjach. Teorie spiskowe rozwijają się szybciej niż fakty, ponieważ zapewniają spójność narracji w świecie chaotycznej złożoności. Gdy oficjalna wersja wydarzeń traci wiarygodność, ludzie konstruują własne rzeczywistości. W rezultacie społeczeństwo nie może się zgodzić co do podstawowych faktów, co uniemożliwia zbiorowe rozwiązywanie problemów. Sfera publiczna stała się polem bitwy konkurujących halucynacji.
Mechanika kaskadowa, której nikt nie modelował poprawnie
Te dziewięć czynników nie działa w izolacji. Są one sprzężonymi oscylatorami, wzajemnie zasilając się energią z przerażającą wydajnością.
Stres klimatyczny wywołuje migracje. Migracje wywołują polityczne sprzeciwy i militaryzację granic. Nacjonalizm surowcowy zakłóca handel. Zakłócenia w handlu powodują szok gospodarczy. Szok gospodarczy wywołuje kryzysy walutowe. Kryzysy walutowe uniemożliwiają import żywności i energii. Niedobory żywności i energii wywołują niepokoje społeczne. Niepokoje społeczne dodatkowo zakłócają łańcuchy dostaw. Pętle sprzężenia zwrotnego nie są liniowe, lecz wykładnicze.
Kryzys energetyczny w Europie w 2022 roku pokazał to sprzężenie. Sankcje na rosyjski gaz ziemny wywołały skoki cen. Skoki cen wymusiły przestoje w przemyśle. Przestoje zmniejszyły produkcję nawozów. Zmniejszona produkcja nawozów obniżyła plony zbóż. Niższe plony spowodowały wzrost cen żywności. Wysokie ceny żywności wywołały protesty w krajach rozwijających się, które importowały europejską pszenicę. Zakłócenia dotarły z rurociągów do centrów handlowych w ciągu sześciu miesięcy. Wyobraźmy sobie teraz, że ta kaskada zdarzeń ma miejsce jednocześnie w systemach wodnych, żywnościowym, energetycznym i finansowym. Modele sugerują, że po awarii trzech krytycznych systemów, pozostałe siedem nastąpi w ciągu miesięcy, a nie lat.
Koncepcja „odporności” została wyeksploatowana przez konsultantów korporacyjnych, którzy wykorzystują ją do sprzedaży rozwiązań programistycznych. Prawdziwa odporność ma charakter biologiczny, a nie cyfrowy. To redundancja wielu odmian nasion, a nie kopie zapasowe danych. To pamięć fizyczna pracy ręcznej, a nie przechowywanie danych w chmurze. To zaufanie między sąsiadami, a nie weryfikacja blockchain. Cywilizacja przemysłowa zoptymalizowała wydajność kosztem redundancji, tworząc systemy, które są „odchudzone” w taki sam sposób, jak żyletka – ostre, ale podatne na pękanie pod wpływem nacisku.
Jak naprawdę wygląda punkt krytyczny
Upadek nie zapowiedziany będzie z kinowym rozmachem. Nie będzie jednego dnia, w którym prezydent ogłosi stan wojenny z powodu struktury płonących miast. Zamiast tego, degradacja będzie ziarnista, osobista i nierównomiernie rozłożona. Nadejdzie jak dzień, w którym Twoja karta debetowa przestanie działać w sklepie spożywczym – nie z powodu braku środków, ale z powodu awarii procesora płatności. Nadejdzie jak tydzień, w którym apteka nie będzie mogła zrealizować recepty, ponieważ łańcuch dostaw załamał się gdzieś w dzielnicy fabrycznej, o której nigdy nie słyszałeś. Nadejdzie jak miesiąc, w którym woda z kranu zrobi się brązowa, a potem zupełnie przestanie lecieć.
Infrastruktura nie zawodzi katastrofalnie na początku. Zawodzi w przypadku przerw w dostawie prądu. Sieć energetyczna, cud inżynierii XX wieku, działa obecnie z mniej niż trzema procentami rezerw mocy w większości krajów rozwiniętych. Podczas upałów w sierpniu 2026 roku, cykliczne przerwy w dostawie prądu dotknęły czterdzieści milionów Amerykanów. Szpitale działały na generatorach zapasowych. Sygnalizacja świetlna zgasła. Lodówki się nagrzały. Mięso w zamrażarkach się zepsuło. To nie były warunki Trzeciego Świata; to były przedmieścia Dallas i Sacramento. Kiedy sieć w końcu całkowicie zawiedzie – a fizycy szacują sześćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo poważnej awarii kontynentalnej do 2030 roku – nie wróci szybko. Produkcja transformatorów zajmuje osiemnaście miesięcy. Kable wysokiego napięcia wymagają specjalistycznych statków do układania. Wiedza o naprawie tych systemów tkwi w starzejących się inżynierach, których nie można zastąpić.
Niedobór wody nie oznacza, że krany wysychają wszędzie naraz. Oznacza potrojenie ceny. Oznacza to, że miejskie zaopatrzenie w wodę jest ograniczone do czterech godzin dziennie. Oznacza to, że osoby z prywatnymi studniami stają się celem ataków. Oznacza to, że bogaci instalują systemy odwróconej osmozy, a biedni stoją w kolejkach do punktów dystrybucji z plastikowymi kanistrami. Oznacza to, że szpitale odwołują operacje, ponieważ nie mogą sterylizować narzędzi. Oznacza to, że kanalizacja się zatyka, ponieważ ciśnienie wody jest niewystarczające do utrzymania przepływu. Oznacza to, że cholera i tyfus powracają do miast, które nie widziały ich od stulecia.
Niedobory żywności nie objawiają się od razu pustymi półkami. Objawiają się zastępowaniem świeżych produktów przetworzonymi węglowodanami. Objawiają się „bezmięsnymi poniedziałkami” zamieniającymi się w bezmięsne tygodnie. Objawiają się zmniejszaniem porcji przy jednoczesnym utrzymywaniu cen na niezmienionym poziomie. Objawiają się zanikiem importowanych towarów – kawy, czekolady, bananów – zastępowanych lokalnymi zamiennikami, które smakują jak wspomnienie. Objawiają się utratą wagi, którą lekarze przypisują trendom żywieniowym, a nie deficytowi kalorycznemu. Objawiają się ponownym pojawieniem się „ogródków zwycięstwa” na podmiejskich podwórkach, nie jako hobby, lecz jako konieczność.
Przestępczość nie eksploduje niczym w Mad Maxie. Ona się rozprzestrzenia. Drobne kradzieże stają się normą, ponieważ policja nie reaguje już na wezwania bez użycia przemocy. Liczba włamań do domów rośnie, ponieważ desperacja przewyższa odstraszanie. Zorganizowane grabieże pociągów towarowych i ciężarówek dostawczych stają się tak powszechne, że firmy ubezpieczeniowe przestają pokrywać koszty transportu. W dzielnicach, które wcześniej uważano za postępowe, powstają patrole samosądów. Prawo nie znika; rozpada się na prywatną ochronę, gangi i przemoc tłumu. Państwo zachowuje zdolność do przytłaczającej siły, ale traci zdolność do utrzymania porządku.
Choroby rozprzestrzeniają się nie jak doły zarazy, ale jak chroniczne obciążenie. Szpitale pracują z obłożeniem 140% przez cały rok. Planowe operacje są odwoływane na czas nieokreślony. Leczenie raka jest racjonowane ze względu na wiek. Antybiotyki są zarezerwowane dla bogatych, którzy mogą sobie pozwolić na ceny na czarnym rynku. Rutynowe infekcje zabijają, ponieważ leki przestają działać. Kryzysy zdrowia psychicznego nasilają się, gdy lęk staje się podstawowym stanem emocjonalnym. System opieki zdrowotnej nie załamuje się z dnia na dzień; ulega erozji jak nadmorskie klify, tracąc metr wydajności rocznie, aż fundamenty podważą konstrukcję.
Załamanie gospodarcze nie przypomina hiperinflacji w Niemczech Weimarskich, z taczkami gotówki. Wygląda jak społeczeństwo bezgotówkowe, o którym marzyli technokraci, ale jako więzienie, a nie udogodnienie. Cyfrowe waluty bankowe (CBC) pojawiają się jako „włączenie finansowe” i stają się kontrolą społeczną. Twoje pieniądze tracą ważność, jeśli nie zostaną wydane w ciągu trzydziestu dni. Twoje zakupy są ograniczane na podstawie wskaźników emisji dwutlenku węgla. Twoje konta są blokowane, jeśli naruszysz zasady dotyczące mowy lub przekroczysz limity podróży. Bogaci lokują aktywa w ziemi, metalach szlachetnych i kryptowalutach, pozostawiając masy w posiadaniu programowalnych tokenów, które algorytmicznie tracą na wartości. Giełda nie upada; zostaje „tymczasowo” zawieszona, aby zapobiec panicznej wyprzedaży, a następnie ponownie otwarta pod kontrolą kapitału.
Nakaz przetrwania wykraczający poza gromadzenie zapasów
Przygotowanie nie jest paranoją, gdy zagrożenie jest matematyczne. Jednak surwiwalowa estetyka konserw i budowania bunkrów mija się z celem. Trzy miesiące zmagazynowanej żywności nie wystarczą na dekadę upadku. Samotny wilk ginie; wataha przetrwa. Kluczowym zasobem nie jest amunicja ani liofilizowane racje żywnościowe, lecz kapitał społeczny. Zaufanie to waluta, która zachowuje wartość, gdy pieniądz fiducjarny upada. Umiejętności to aktywa, które zyskują na wartości, gdy rynki się załamują.
Bezpieczeństwo wodne to coś więcej niż butelkowane rezerwy. To wiedza o tym, jak oczyszczać wodę deszczową, jak uzyskać dostęp do warstw wodonośnych, jak budować destylatory słoneczne. To zrozumienie lokalnej zlewni, źródeł w górnym biegu rzeki i zanieczyszczeń, które mogą występować w dolnym biegu rzeki. To infrastruktura na poziomie lokalnym – cysterny, filtry, sieci dystrybucyjne – która funkcjonuje w przypadku awarii systemów miejskich.
Bezpieczeństwo żywnościowe oznacza rolnictwo regeneratywne, a nie rolnictwo przemysłowe. Oznacza naukę pozyskiwania kalorii, a nie estetykę Instagrama. Oznacza nasiona dziedziczne, które rozmnażają się w sposób naturalny, a nie hybrydy wymagające corocznego zakupu. Oznacza kompostowanie, zbieractwo, konserwowanie, fermentację. Oznacza małe zwierzęta gospodarskie – króliki, kury, kozy – które przetwarzają niejadalną biomasę w białko. Oznacza znajomość umiejętności sąsiadów i wymianę pracy na produkty rolne.
Bezpieczeństwo energetyczne oznacza redundancję. Panele słoneczne z akumulatorem zapasowym na wypadek awarii sieci. Piece opalane drewnem na wypadek zamarznięcia gazociągów. Narzędzia ręczne na wypadek braku elektronarzędzi. Umiejętność naprawy zamiast wymiany. Wiedza o konserwacji silników, podłączaniu obwodów i improwizowaniu rozwiązań z odzyskanych materiałów.
Bezpieczeństwo medyczne oznacza prymitywne umiejętności. Wiedza o tym, jak nastawiać kości, zszywać rany, identyfikować rośliny lecznicze. Gromadzenie zapasów antybiotyków, póki jeszcze działają, nauka stosowania ich weterynaryjnych odpowiedników, gdy ich odpowiedniki dla ludzi stają się niedostępne. Zrozumienie zasad higieny – prawidłowej budowy latryn, oczyszczania wody, utylizacji odpadów – aby zapobiegać chorobom, a nie tylko je leczyć.
Bezpieczeństwo oznacza obronę wspólnoty, a nie indywidualne uzbrojenie. Mentalność twierdzy zachęca do oblężenia. Pakty o wzajemnej pomocy, straże sąsiedzkie, sieci komunikacyjne działające w przypadku awarii masztów komórkowych. Umiejętność deeskalacji konfliktu, ponieważ każdy wystrzelony pocisk zachęca do odwetu. Mądrość dzielenia się nadwyżkami, ponieważ gromadzenie zachęca do kradzieży.
Odporność psychiczna może okazać się najrzadszym dobrem. Umiejętność przystosowania się do niższych standardów życia bez popadania w rozpacz. Zdolność do odnajdywania sensu poza konsumpcją i statusem. Elastyczność psychiczna, pozwalająca porzucić plany w obliczu zmiany okoliczności. Stabilność emocjonalna, pozwalająca znosić cierpienie bez popadania w otępienie czy załamanie. Duchowa siła, pozwalająca zachować etykę, gdy systemy egzekwowania prawa się rozpadają.
Horyzont, ku któremu tak naprawdę zmierzamy
Prognoza na rok 2040 nie była błędna; była ostrożna. Ponowna ocena KPMG sugeruje, że jesteśmy świadkami nie nagłego klifu, lecz narastającego zbocza, które rozpoczęło się około 2020 roku i przyspiesza z roku na rok. Załamanie nie jest wydarzeniem z przyszłości. To proces, który obecnie przeżywamy. Pytanie nie brzmi, czy dożyjesz upadku społeczeństwa. Już w nim żyjesz. Pytanie brzmi, gdzie na krzywej się znajdziesz, gdy twoja osobista trajektoria przetnie się z załamaniem systemowym.
Imperium Rzymskie nie upadło z dnia na dzień. Przeżyło wieki schyłku, podczas których życie toczyło się dalej, rynki funkcjonowały, a kultura kwitła – aż w końcu tak się stało. Majowie nie zniknęli; porzucili swoje miasta, gdy rolnictwo przestało być w stanie utrzymać gęstość zaludnienia. Upadek epoki brązu w 1177 r. p.n.e. doprowadził do upadku wielu powiązanych ze sobą cywilizacji w ciągu dekad z powodu zmian klimatycznych, wstrząsów sejsmicznych i inwazji. Ocalały te, które zdecentralizowały się, podtrzymywały tradycje ustne, gdy zanikło pismo, i które przeszły od złożoności do odporności.
Stoimy w obliczu podobnej tendencji. Następne piętnaście lat nie będzie przypominać ostatnich piętnastu. Założenia nieustannego postępu, technologicznego zbawienia, nieskończonego wzrostu na skończonej planecie są miażdżone kamieniem fizycznej rzeczywistości. Ból będzie nierównomiernie rozłożony, jak zawsze. Bogaci będą kupować wyspy, obywatelstwa i zabezpieczenia. Biedni ucierpią najbardziej. Klasa średnia odkryje, że ich kwalifikacje i konta emerytalne to abstrakcje, które rozpadają się, gdy infrastruktura, która je wspiera, zawodzi.
Ale w tej ciemności kryje się dziwne wyzwolenie. Kiedy niemożliwy ciężar utrzymania cywilizacji przemysłowej ustępuje sam z siebie, otwiera się przestrzeń dla innych sposobów bycia. Z pewnością nie utopii. Z pewnością trudności. Ale także bliskości, umiejętności, sensu i więzi, które era cyfrowa obiecywała, ale nie dostarczyła. Przyszłość nie jest jednolicie ponura; jest zróżnicowana, różnorodna i wciąż nieokreślona.
Model MIT oferował wybór w 1972 roku. Dokonaliśmy go zbiorowo, poprzez działanie i bezczynność. Teraz mierzymy się z konsekwencjami. Horyzont 2040 roku zbliża się nie jako proroctwo, ale jako fizyka. Ci, którzy go przewidują, którzy przygotowują ciała, umysły i społeczności, nie uciekną przed burzą. Ale mogą zbudować łodzie wystarczająco wytrzymałe, by dotrzeć na drugą stronę.
Milan Adams
Milan Adams jest niezależnym eseistą, publicystą i analitykiem publikującym teksty o tematyce geopolitycznej, ekonomicznej i społecznej. Skupia się na krytycznej analizie współczesnego świata, wolności jednostki, historii gospodarczej oraz prognozach dotyczących kryzysów rynkowych. Jego teksty znaleźć można głównie w sieci. Regularnie publikuje na platformach takich jak np. serwis Kritik Bakış.
Jest autorem anglojęzycznych esejów takich jak "The End Of Freedom - The Last Breath of a Dying Continent" (analizującego kondycję wolności w Europie), "How the Great Depression Forged the Modern World" (poświęconego skutkom Wielkiego Kryzysu) oraz analiz rynkowych.
Powyższy tekst pochodzi z https://preppgroup.home.blog/2026/08/21/society-collapse-2040-the-year-your-world-stops-working-and-starts-dying/
Za: https://www.zerohedge.com/geopolitical/society-collapse-2040-year-world-stops-working-and-starts-dying
- Szczegóły
- Autor: Marek Chlebuś
- Odsłon: 5265
Nowy Wspaniały Świat
Widmo krąży po planecie – widmo Internetu. Drażni polityków, prawników, finansistów, biurokratów, policjantów, sklepikarzy, przeraża pisarzy, malarzy, fotografów, muzykantów. Wszystkie potęgi starego porządku połączyły się do nagonki przeciw temu widmu. O co chodzi tutaj jednym, drugim, trzecim i dziesiątym? Kto tu kogo i czym straszy? I kto komu co ma tutaj za złe? Czym w ogóle jest, u diaska, ta, z wielkiej litery pisana, Sieć?
Dla koncernu, reglamentującego w świecie materialnym dostęp do wiedzy oraz do kultury, Sieć to wielki bazar, na którym roją się miliardy ludzi - jedni śpiewają, inni ich słuchają, jedni piszą, a inni czytają, jedni robią zdjęcia, inni oglądają, jedni pytają, inni objaśniają i nikt temu koncernowi za to nie chce płacić. Na dobitkę, te darmowe pisma, śpiewy, filmy i encyklopedie odciągają ludzi od utworów płatnych, z których koncern zwykł czerpać korzyści na Ziemi. Krótko mówiąc, jedna wielka komuna oraz szara strefa.
Dla biurokraty Sieć to wielki slums, bez nazw ulic i numerów domów, bez pozwoleń i koncesji, bez opłat, podatków i kar. Oraz bez respektu dla urzędu i dla urzędnika, bez próśb, podań, formularzy... no, po prostu chaos, zupełny brak ładu i cywilizacji.
Dla policjanta Sieć to dzikie pola, po których nie wiadomo, kto i po co chodzi i nie wiadomo też, z kim tam się zadaje. I może spiskuje przeciw porządkowi albo ustrojowi, a może planuje coś nielegalnego lub kogoś namawia do czarów albo terroryzmu, do sodomii albo pedofilii, może udziela komuś jakichś nielicencjonowanych i zupełnie niepotrzebnych rad? Samo bezprawie, anarchia i dzicz.
A Sieć internauty to świat bezinteresownej twórczości, beztroskiej wolności, nowy, nieskończony, szczodry kontynent, bez historii i bez geografii, bez granic, bez rządów, podatków, policji, własności, bez prawa karnego, administracyjnego, bez prawa ciążenia, bez gnębiącego niedostatku oraz bez chorobliwego zbytku, bez dyskryminacji i bez przywilejów, bez ras, wyznań, młodości, starości, bez chorób i kalectw. Sieć daje mu więcej niż obiecywały wszelkie utopie, jednym słowem - raj.
Prawdziwemu władcy Ziemi, plutokracie, który zmonopolizował tutaj dostęp do dóbr rzadkich: zasobów, surowców, towarów, energii, pooprawiał swoje monopole w prawa i religie, i dobrze z tym sobie żyje, jemu Sieć bezpośrednio nie zagraża. To na razie jest dla niego daleki kontynent, obcy niczym Antarktyda, nieprzyjazny, pusty i jałowy.
Ale już sama idea świata bez praw, bez dóbr rzadkich, bez własności, musi być dla niego wstrętna, nawet groźna, zwłaszcza w perspektywie, gdyby ta cyber-anarchia i ten pierwotny komunizm Sieci miały się kiedyś rozprzestrzenić na świat ziemskiego kapitalizmu, niszcząc mentalne źródła mocy jego i podobnych jemu oligarchów. To jest po prostu duchowa zaraza, taka, jaką kiedyś był buddyzm, chrześcijaństwo czy komunizm.
Ekonomia Sieci
Każdy internauta płaci co miesiąc rachunki za dostęp do Sieci i chce po niej wędrować bez kolejnych opłat. Jeśli ktoś ma zamiar umieszczać tam treści płatne, może je sobie pozamykać i otwierać tylko przed wybranymi. Sieć pomieści i te jego tajemnice, jest wystarczająco pojemna, aby objąć naraz anarchiczny świat wolności oraz nieskrępowanej wymiany i równocześnie getta różnych prawniczych zastrzeżeń.
Mogą przecież istnieć domeny bez trójkątów, bez błękitu, bez muzyki gitarowej, bez golizny, bez Picassa, Homera, Mozarta, bez wszelkich utworów, które oznakował ZAiKS albo SONY, ale jako enklawy, ograniczone co do obszaru lub chociaż zakresu, bo Sieć globalnych ani generalnych zakazów nie przyjmie. Jeżeli jakiś śpiewak nie chce być szeroko słuchany, nie powinien wprowadzać swych nagrań do otwartej i powszechnie dostępnej sieci, podobnie fotograf, pisarz albo grafik. Mogą poukrywać swoje dzieła w sejfach, pozamykać je szyframi, zaopatrzyć w ceny. Równocześnie jednak muszą się pogodzić z tym, że nikomu w Sieci nie będą potrzebni.
Dlatego grupy, które zagwarantowały sobie w świecie materialnym różne monopole na dostęp do wiedzy i kultury, stale przedłużają oraz rozszerzają swoje uzurpacje, już je nawet odrywając od twórców oraz od utworów i po prostu opodatkowując potencjalne narzędzia zbrodni: telewizory, radia, kopiarki, pamięci, modemy, komputery, płyty, papier, toner... Kiedyś pewnie w końcu oczy oraz uszy!
Czy się da w ogóle ze sobą pogodzić potrzebę wolności mieszkańców Internetu z potrzebą wyzysku i dominacji instytucji Ziemi? Albo, patrząc z drugiej strony, czy da się pogodzić duchową anarchię Sieci z podtrzymującym ją porządkiem materialnym? Nie da się. Ziemski porządek oparty jest na monopolizacji rzadkich i niezbędnych ogółowi dóbr przez uprzywilejowaną mniejszość, a w Internecie dóbr rzadkich po prostu nie ma, bo wszystko można rozmnażać w nieskończoność, praktycznie za darmo, i nie ma powodu, ani nawet sposobu, by komukolwiek czegokolwiek odmawiać.
Własność, do której tu się przyzwyczajamy, tam staje się chorobliwą uzurpacją. W Sieci naprawdę już jest, samorzutnie i za darmo, wypełniony anarchistyczny ideał sprawiedliwości: od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb, i to bez żadnych konfiskat czy łagrów. Niektóre prawa Ziemi stają są w Sieci po prostu absurdalne, podobnie zresztą, jak do Ziemi nie stosują się wszystkie prawa Sieci. Tam komunizm jest stanem naturalnym i powszechnie akceptowanym, tu był koszmarną antyutopią. Tutaj własność może służyć ludziom, tam jest przeciw ludziom. To są kompletnie różne światy, niekompatybilne co do swej istoty, reguł, gospodarek. Każdy z nich trzeba urządzać inaczej.
Prawa Sieci
Dla mieszkańca Ziemi, który nigdy nie żył w Internecie, może być niepojęte, że nie ma tam prawa karnego, prawa podatkowego, prawa autorskiego, ba, nie obowiązuje nawet prawo grawitacji. Ludzie mogą sobie latać, przybierać kształt ptaków, smoków, samolotów, mieć sto żywotów i sto postaci. Tożsamość człowieka rozmywa się w Sieci, jeden internauta może mieć wiele awatarów, ale też mogą istnieć awatary prowadzone przemiennie lub naraz przez zespoły ludzi. Funkcjonują nawet całkiem autonomiczne programy, niepowiązane z ludźmi, lecz coraz skuteczniej ludzi naśladujące i wyręczające ich.
Co mówi prawo Ziemi o przestępstwie popełnionym przez cząstkową osobowość? Kto ma być za nie karany? Która osobowość? Wszystkie? A czemu? A co mówi prawo Ziemi o przestępstwie popełnionym przez program? Jaka ma być za nie kara? Skasowanie? Której kopii? Wszystkich? Tylko istniejących czy też wszystkich przyszłych?
A co mówi prawo Ziemi o wzbogacaniu się jednego bez zubażania drugiego? Przecież to nie kradzież! Kopiowanie byłoby podobne do kradzieży tylko wtedy, gdyby je połączyć z kasowaniem oryginału! A co mówi prawo Ziemi o podróbkach, które są obiektywnie nierozróżnialne od oryginału? Czy to na pewno są podróbki? Czy ich wytwarzanie można nazywać fałszerstwem?
Co mówi prawo i nauka Ziemi o gospodarce opartej na szczodrości i swobodnej ekspresji oraz o społeczeństwie bez tajemnic i bez władz? Jak upora się ziemska ekonomia z gospodarką bez dóbr prywatnych, zaprzeczającą wszelkim regułom materialnego rynku? Jak upora się ziemska nauka finansów z zerowymi kosztami w mianowniku wyrażeń na efektywność? Przecież koszty kopiowania, czyli masowej produkcji, są w Internecie praktycznie zerowe. Czy kopiowanie można zatem wciąż uznawać za produkcję? Może to pojęcie powinno dotyczyć tylko tworzenia oryginału i tylko pierwsze zaistnienie dzieła tworzyłoby wartości? Trzeba by w Sieci całkiem na nowo przemyśleć różne nauki i prawa.
Zresztą, przecież i na Ziemi nie zawsze panowały rzekomo wieczne i święte prawa autorskie, albo prawa rynku. One istnieją w obecnym kształcie od około dwustu lat i nie ma żadnego powodu, aby musiały istnieć dłużej. Różne uprzywilejowane grupy przyzwyczaiły się do nich, ulokowały w nich swoje interesy i będą ich oczywiście bronić na Ziemi i próbować je rozszerzać na Sieć. Ale raczej nieskutecznie, bo Sieć ich nie przyjmie, a na Ziemi będą tracić wartość.
Podbój Sieci
O co naprawdę chodzi konkwistadorom, najeżdżającym dziś Internet? Mówią o walce z anonimowością i ochronie praw autorskich, ale raczej nie to jest problemem. Chodzi chyba nie tyle o anonimowość, co raczej o władzę, nie o prawa autorskie, lecz bardziej o wyzysk.
Problem anonimowości wygląda na pozorny, gdyż identyfikacja internauty jest zazwyczaj łatwa. Tu chodzi raczej o uwiązanie do tożsamości i takie zorganizowanie świata wirtualnego, aby zachowały w nim użyteczność narzędzia oraz metody władzy wypracowane w świecie realnym. Przypisanie awatara do osoby ma na celu tylko wygodę władzy, podobnie jak przywiązanie chłopa do ziemi, albo obowiązek meldunkowy.
Problem ochrony praw autorskich oraz interesów twórców jest obłudnie lub źle postawiony. W sieci, za której używanie każdy przecież płaci, która jest zorganizowanym katalogiem stron, mających konkretnych właścicieli, która sama rejestruje każdy odczyt każdej strony, w takiej sieci byłoby niezwykle łatwe rozdzielenie opłat internautów między właścicieli konsumowanej przez nich treści. To może zrobić dość prymitywny program, będący po prostu jedną z funkcji Sieci. Tylko co wtedy z organizacjami, które usadowiły się na własności intelektualnej pod pozorem ochrony praw nieznanych twórców? To one stanowią rzeczywisty problem. Ta konkwista jest podejmowana w obronie ich pasożytnictwa.
Sieć rośnie szybciej niż potrzeby internautów. Dlatego jest kontynentem nieskończonych przestrzeni i bogactw, na którym nie znajdują zastosowania dotychczasowe metody organizacji społeczeństw wokół dostępu do ograniczonych zasobów. Jakie są inne niż ekonomiczne sposoby panowania w Sieci? Przymusowe oczipowanie lub zaimplantowanie internautów byłoby metodą rodem z najgorszych totalitaryzmów i będzie zawsze budzić sprzeciw. Kiedyś pewnie zrobią to sobie sami, dla własnej wygody, ale to raczej nieprędko. Otaksowanie Internetu pod pozorem zwalczania dwutlenku węgla, krzemu czy entropii byłoby raczej trudne do przeprowadzenia, przynajmniej po stronie internautów, a większe opodatkowanie dostawców Internetu też musiałoby przecież być przerzucone na odbiorców.
Różne rozwiązania podatkowe byłyby w ogóle łatwiejsze do uzasadnienia, gdyby swobodny dostęp do infrastruktury sieciowej i bytowej stawał się gwarantowanym prawem człowieka, jak dziś (jeszcze) dostęp do powietrza. Internet jako dobro publiczne i podstawowa infrastruktura globu, dostępna dla wszystkich – taka będzie chyba nieunikniona przyszłość. Wtedy, niejako przy okazji, celowo lub za przyczyną niesprawności globalnych służb, Sieć pewnie zacznie podlegać różnym dysfunkcjom i napotykać rozmaite granice zasobów, ruchu lub dostępu. Wtedy może w Sieci zacząć działać ziemska ekonomia, a ziemskie prawa przestaną w niej być absurdalne. Ale to nie teraz.
Wojna światów
O co chodzi mieszkańcom Sieci? O niewiele. Internet nie potrzebuje ziemskiej nauki, zamkniętej w akademiach i uniwersytetach. Ma naukę własną, rozwijającą się szybciej niż ta ziemska usycha. Internet nie potrzebuje też ziemskiej kultury i sztuki, bo wytwarza własną, coraz bardziej wyrafinowaną, kiedy tamta coraz bardziej się degeneruje. Internet nie potrzebuje też rządów, bo nie ma w nim problemów, do których rozwiązania rządy były powołane na Ziemi. Internet potrzebuje tylko prądu dla komputerów i jedzenia dla internautów. Tyle będzie chciał importować ze świata realnego i raczej niewiele więcej.
Wielomiliardowa populacja Sieci wabi już jednak i kusi nie tylko zwykłych internautów. Z punktu widzenia koncernu, monopolizującego dostęp do wiedzy i kultury, Internet mógłby być rajem zerowych kosztów i nieskończonych stóp zwrotu z dystrybucji, gdyby tylko dało się ją reglamentować.
Z punktu widzenia urzędnika, Sieć mogłaby być rajem darmowego nadzoru, w którym nie trzeba zakładać podsłuchów, urządzać kontroli, prowadzić przesłuchań, bo podejrzani sami w czytelny i przejrzysty sposób dokumentują swoje czyny, kontakty, transakcje, sami też umieszczają te zapisy w sieci, gdzie stają się łatwo dostępne.
Z punktu widzenia policjanta, Internet mógłby być rajem łatwej inwigilacji, swobodnego, nieograniczonego dostępu do zapisów myśli, słów, zainteresowań i powiązań internautów. Nie trzeba by już stawiać szpicli po bramach i pocztach, i centralach telefonicznych, nie trzeba by pisać raportów, nie trzeba by ich nawet czytać, bo zrobią to cierpliwe, posłuszne programy, nie żądające wódki, awansów, pensji, emerytur, nie zakładające związków zawodowych.
Z punktu widzenia internauty, Sieć to po prostu lepszy świat i lepsze życie. Może odsłużyć codziennie parę godzin pracy w świecie materialnym, lecz nie tu się spełnia i tak poukłada swoje sprawy, aby spędzać więcej czasu w Sieci, w której spotyka innych podobnych sobie ludzi i buduje z nimi nową cywilizację. Jego Internet to nieskończoność bogactwa, wolności, ekspresji, spełnionych marzeń. Po prostu: raj, może nie na Ziemi, ale blisko Ziemi.
Czy da się pogodzić tyle wizji raju? A czemu by nie? Sieć pomieści wszystko. Tylko że tu wcale nie chodzi o miejsce, tu chodzi o władzę. Koncerny chcą reglamentować treści w całej Sieci, nie tylko na swoich stronach, urzędnik chce kontrolować całą Sieć, nie tylko domenę swojego urzędu, policjant chce władzy nad całą Siecią, nie tylko nad swoim rewirem. A internauta chce chociaż jakiegoś rezerwatu, wolnego od tych koncernów, tych biurokracji oraz tych policji.
Wokół Internetu narasta napięcie i niezgodność różnych wizji ładu. Tak sprzeczne aksjologie nie mogą długo koegzystować. Ktoś musi wymrzeć, poddać się lub odejść. Czy internautów czeka los północnoamerykańskich Indian, czy to raczej ci, którzy próbują Sieć kolonizować, zdegenerują się i sami wyeliminują, niczym europejscy feudałowie? Trudno dziś powiedzieć, tym bardziej, że to się raczej nie skończy na jednej rewolucji. A jeszcze się na dobre nie zaczęło.
Internauci wszystkich krajów, łączcie się!
„Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Wszystkie potęgi starej Europy połączyły się do świętej nagonki przeciw temu widmu”. Tak pisali półtora wieku temu Karol Marks i Fryderyk Engels, zagrzewając do rewolucji proletariat ery przemysłowej pamiętnym wezwaniem, kończącym ich Manifest komunistyczny: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”
Dziś po świecie krąży widmo Internetu i powoli budzi internautów, proletariat Sieci. Nie zamierzają oni na razie wzniecać rewolucji, bo swój komunizm już mają, będą go raczej bronić u siebie niż narzucać innym. Dopóki się da. Manifestu komunistycznego na razie nie sformułowali, ale swoją Deklarację Niepodległości Cyberprzestrzeni już ogłosili. Tak wyraził ją poeta John Perry Barlow (cytat za wiki.braniecki.net, kursywą oznaczone większe zmiany redakcyjne w stosunku do źródła):
„Rządy świata przemysłu, wy zużyci giganci z mięsa oraz stali, zwracam się do was z Cyberprzestrzeni, nowej ojczyzny umysłu. W imieniu przyszłości, apeluję do was, z przeszłości, abyście zostawili nas w spokoju. Nie jesteście tu mile widziani. Wasza władza nie sięga miejsc, w których się gromadzimy. /.../ Nie macie moralnego prawa, aby nami rządzić, ani też metod przymusu, których musielibyśmy się obawiać. /.../ Cyberprzestrzeń nie leży wewnątrz waszych granic.
/.../
Nie byliście zaangażowani w nasze zgromadzenia i nasze dyskusje ani nie przyczyniliście się do bogactwa naszych rynków. Nie znacie naszej kultury, naszej etyki ani niepisanych praw, które gwarantują naszej społeczności więcej porządku niż mogłyby go dawać wasze regulacje. /.../ Wasze pojęcia prawne /.../ nie mają zastosowania do naszego świata. Odnoszą się one do świata materii, a materii przecież tutaj nie ma.
/.../
Tworzymy cywilizację Umysłu w Cyberprzestrzeni. Oby była bardziej ludzka i sprawiedliwsza od waszej”.
Marek Chlebuś
Tekst jest dostępny na stronie Autora pod adresem: http://chlebus.eco.pl/CYBER/SwiatSieci.htm
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2477
Z prof. Wiesławem W. Jędrzejczakiem, hematologiem i onkologiem, rozmawia Anna Leszkowska
- Co w XX wieku zmieniło oblicze świata?
- Szczepienia. Bo chociaż zaczęły się od działalności Jennera w końcu XVIII w., ale na masową skalę ta metoda zwalczania chorób infekcyjnych została wprowadzona dopiero w XX wieku. Można powiedzieć, że 2/3 obecnie żyjących ludzi zawdzięcza swoje życie właśnie szczepieniom. A nie ma możliwości wpłynięcia na losy świata bardziej niż poprzez potrojenie liczby żyjących ludzi. Nie ma też lepszego sposobu wpłynięcia na rozwój świata jak przedłużenie życia ludzi, którzy kiedyś umierali w wieku 20 – 30 lat, a dziś umierają jako 70 – 80- latkowie. Inne problemy na Ziemi są tylko pochodną tego działania.
W mojej dziedzinie – hematologii onkologicznej - wszystkich osiągnięć, zwłaszcza z chemioterapii i przeszczepów, dokonano w XX wieku. Dzięki rozwinięciu po wojnie chemioterapii, dysponującej coraz lepszymi lekami, dokonał się zasadniczy zwrot w leczeniu białaczek. Z kolei przeszczepianie szpiku było dopełnieniem chemioterapii. Wiek XX jest stuleciem, które umożliwiło zdobycie wiedzy o mechanizmach powstawania choroby nowotworowej. Niestety, nie umiemy ich jeszcze w każdym przypadku skutecznie leczyć.
- Jakie zagrożenia może przynieść XXI wiek?
- W medycynie żadnych zagrożeń nie widzę. Zagrożenia dla człowieka – jak zwykle – tkwią w człowieku, jego naturze, która może spowodować, że pokojowy rozwój – jaki by nie był – nie będzie kontynuowany. Ludzie w pewnym momencie mogą pragnąć krwi i powrócić do jednego ze swoich bardziej ulubionych zajęć, czyli zabijania innych ludzi. Bo co jakiś czas ludzie szaleją i zaczynają się masowo zabijać. Czy będzie jakiś zwrot w świadomości społecznej, który temu będzie zapobiegał – nie wiemy.
- Czy XXI wiek, choćby poprzez częste przemieszczanie się ludzi, zmiany w ich obyczajowości, także ogromne i pogłębiające się różnice społeczne nie będzie jednak wiekiem chorób zakaźnych?
- Te choroby stają się bardziej problemem intelektualnym niż społecznym – przynajmniej w rozwiniętych społeczeństwach. Ale rzeczywiście mogą one spowodować rozwarstwienie społeczeństw, podział na ludzi lepszych i gorszych, co niestety, będzie miało swoje biologiczne uzasadnienie. Np. obecny kataklizm afrykański wynika w jakimś stopniu z predyspozycji osobowościowych ludzi tam mieszkających, z ich niezdolności przewidywania. Ta niezdolność najprawdopodobniej ma podłoże genetyczne i wynika z tego, że społeczeństwa zwłaszcza białych ludzi zostały wyselekcjonowane przez naturę pod względem zdolności do przewidywania. Jest to rezultat ich zamieszkiwania na terenach o zmiennym klimacie, gdzie jest zima, która przez miliony lat wymuszała na społeczeństwach selekcję tych osób, które miały zdolność do przewidywania. Ci, którzy takiej zdolności nie mieli, zamarzali. Ten proces nie zachodził w społeczeństwach żyjących w ciepłym klimacie, bo nie było takiej potrzeby. Jednak zdolność do przewidywania jest konieczna i w wielu innych sytuacjach, także zagrożenia chorobami zakaźnymi.
Zagrożenia infekcyjne będą zawsze, gdyż walka pomiędzy układem odpornościowym a drobnoustrojami to proces, ale skala zagrożeń jest coraz mniejszy – w miarę upływu czasu.
- Skoro choroby zakaźne nie będą dla ludzi największym problemem, czy z dzisiejszej wiedzy, można spróbować ocenić, jakie kłopoty będą mieli nasi następcy?
- Następna epoka będzie przede wszystkim epoką starości. W społeczeństwach będzie bardzo wielu starych ludzi, przynajmniej w Europie, która ma już ujemny przyrost naturalny. Niestety, nikt nie wie, co kontroluje rozrodczość człowieka, która się zmienia w czasie. Na ogół ona spada wraz ze wzrostem zamożności ludzi. Tu pewnie obok czynników materialnych odgrywają też rolę czynniki kulturowe. Dla człowieka biednego podstawową wartością jest posiadanie dzieci. W społeczeństwach bogatych kobiety pragną rozwijać swoją osobowość, konkurować z mężczyznami. Konkurencja jednak, aby była skuteczna, może odbywać się tylko w pewnym przedziale wieku, na ogół – reprodukcyjnym. I często skutkiem tego jest rezygnacja kobiet z rozrodczości. Z drugiej strony, w bogatej Szwajcarii takiej zależności nie ma ; tam, im rodzina bogatsza – tym więcej dzieci. Ale Szwajcarki nie przejęły modelu kariery zawodowej.
Trzeba jednak pamiętać, że będzie się przesuwała granica wieku emerytalnego, coraz starsi ludzie (metrykalnie) stają się bowiem coraz młodsi (biologicznie). Już dzisiaj 50-, 60-, i 70-latkowie odpowiadają sprawnością ludziom o 20 lat młodszym. Te różnice w stanie biologicznym zacierają się w zależności od statusu materialnego, kultury ogólnej, które rosną. Ludzie starzy będą coraz dłużej sprawni i aktywni. I to jest optymistyczne, bo dzięki temu nie trzeba będzie ponosić na ich utrzymanie specjalnych kosztów.
- Czy w XXI wieku można liczyć na przełom w skutecznym leczeniu raka?
- Biorąc pod uwagę tempo, w jakim opanowywano tę chorobę w XX wieku, z pewnością do tego dojdzie, choć nowotworów będzie dużo więcej niż obecnie z powodu liczby ludzi starych. Prawdopodobnie na nowotwory będzie umierać nie 20% jak obecnie, ale ok. 30%. Inne natomiast będzie ich leczenie. Już dzisiaj chorzy, którzy kiedyś umierali w ciągu 1 – 2 tygodni, żyją 5 – 10 lat, ale przez ten czas wymagają powtarzania leczenia, kontroli. Jeżeli więc dojdzie do opanowania nowotworów, będzie to wynik pracy rzeszy lekarzy umiejących posługiwać się nowoczesnymi technologiami. A zmiany w społeczeństwie będą odwrotne niż podaje Leszek Balcerowicz nazywając służbę zdrowia zbędnym konsumentem dochodu narodowego. Będzie przeciwnie: dla starego człowieka, właśnie leczenie - po odżywianiu – będzie drugą, najważniejszą sprawą w życiu. W związku z tym liczba ludzi zatrudnionych w służbie zdrowia musi się stale zwiększać. Sektor usług zdrowotnych może się stać dominującym sektorem w gospodarce. Tak zresztą się już dzieje w wielu krajach, m.in. skandynawskich, które chcą zatrudniać polskich lekarzy i pielęgniarki, choć wcale nie mają mniej swoich na liczbę ludności niż w Polsce. Ale tam zaczyna się liczyć jakość życia.
- Medycyna zawsze była związana z naukami społecznymi, reagowała na wszystkie zjawiska społeczne. Z tego, o czym Pan mówi wynika, że ten związek w przyszłości będzie jeszcze silniejszy, że cała służba zdrowia będzie podlegała coraz silniejszym presjom społecznym.
- W obszarze medycyny powstaną zapewne dwie grupy: jedna - bardzo wyspecjalizowana, interwencyjna, zajmująca się chorymi na najcięższe choroby, stosująca najbardziej wyrafinowane technologie do zwalczania tych chorób. Druga grupa będzie zajmowała się chorymi w starszym wieku, u których tak nowoczesnych i wysokospecjalistycznych metod nie będzie się używać, natomiast postępowanie lecznicze będzie polegać głównie na stosowaniu psychologii, nauczenia chorego kultury życia z chorobą, zapewnienie mu maksymalnego komfortu w cierpieniu, którego nie można będzie usunąć. Te światy, oczywiście, będą ze sobą współpracować, przenikać się.
- Dziękuję za rozmowę.

