Dobry opiekun to nie globalczyk
Budowa godnego, przyjaznego człowiekowi, solidarnego i sprawiedliwego świata to horyzont działań i myślenia tych, co chcą siebie kwalifikować do kręgu admiratorów humanizmu, wyznawców tradycyjnych wartości tworzących człowieczeństwo, ludzi związanych w jakimś sensie z Oświeceniem. Bo jak na razie - i globalczyk jest tego namacalnym dowodem - zwyciężają koncepcje, które unicestwiają rudymenty Oświecenia i humanizmu. Bo byt człowieka nie może się sprowadzać wyłącznie do prymitywnego sybarytyzmu i obserwacji dziejącej się rzeczywistości z takiej właśnie pozycji, a reszta mnie nie obchodzi. Humanizm, demokracja, wolności osobiste, a tym samym człowieczeństwo stają się kotylionem przy surducie globalczyka, który w każdej chwili można odrzucić.
Naukowy racjonalizm nie potrafił dać odpowiedzi na pytanie o ostateczny sens życia, ponieważ znajdowała się ona w domenie mitu. Wulgarne porzucenie mitologii doprowadziło do wytworzenia się pustki, którą Sartre
opisał jako dziurę w kształcie Boga. A ludziom w życiu jest potrzebne poczucie sensu i mythos, a równocześnie niezbędny jest surowy racjonalny logos. (Karen Armstrong)
Trzeba dodać do zacytowanej myśli topowej badaczki zagadnień najszerzej związanych ze społecznym fenomenem religii, iż koncepcja globalczyka oparta o liberalne, konsumpcjonistyczne, wedle korporacyjnych standardów reprezentuje głęboko wierzące, religijne stanowisko, choć do tego nie chce się przyznać i odżegnuje się od takich konotacji.
A człowiek winien być twórcą, homo autocreator. Dotyczy to nie tylko warunków materialnych życia, ale także kształtowania siebie samego. Definicji humanizmu jest wiele, ale obchodząc meandry modnego rozumienia tej wizji człowieka wedle transhumanizmu, rozumienie go w sposób klasyczny jest związane ze społecznym wytworem człowieka. Takim też jest rozumieniem wartości mu towarzyszących, które powstały w historycznym procesie w sposób naturalny, nie zadekretowany przez kogokolwiek. W tym mieści się szczęście, wolność, sprawiedliwość, solidarność i to wszytko co ujęto w Deklaracji Praw Człowieka ONZ z dn. 10.12.1948 r. Wszelkie odgórne zapewnienia i uzasadnienia owych wartości przez jakiekolwiek gremia i środowiska, a tak dziś brzmią kaznodzieje występujący w imieniu globalczyka, są przejawem autokracji i toksycznych, odbierających osobie ludzkiej humanistyczny, postępowy, uniwersalny pierwiastek.
Każdy człowiek ma prawo do swojego pojmowania tych uniwersalnych wartości, wedle swego doświadczenia, tożsamości, kultury, sposobu rozumienia świata i historii. I właśnie o to chodzić powinno w multikulturowym i wielobiegunowym świecie przyszłości. To jest też element alternatywnego modelu wobec uzurpacji promowanej przez globalczyka. Nie pouczajcie nas – miał na jednym z paneli w Davos odpowiedzieć minister spraw zagranicznych Indii Subrahmanyama Jainshankara na liczne pytania reprezentantów zachodnich mediów dotyczących poziomu demokracji w Indiach – epoka kolonizacji już się zakończyła.
Praca jako towar
Skrajne utowarowienie i monetyzacja całej przestrzeni ludzkiej działalności odbija się zwłaszcza w relacjach interpersonalnych sprowadzonych do układu kupujący – sprzedający. To deprecjonuje pracę jako twórczą, humanistyczną i niezbędną dla człowieka aktywność absolutnie zgodną z dewizą homo autocreator. Dziś praca stała się „towarem pozbawionym ochrony żywotnych instytucji demokratycznych a siła robocza została potraktowana jako surowiec, który się używa i po zużyciu wyrzuca” (David Harvey, Neoliberalizm).
Zaistniała więc sytuacja jak w XIX w. kiedy Karol Marks formułował swoją koncepcję kapitalizmu jako systemu wyzysku i eksploatacji. Trudno się więc dziwić, iż plenią się gangi, kartele przestępcze, sieci dilerów narkotyków, sekty religijne i parareligijne, różnego rodzaju Mesjasze i profetycy, religijni kuglarze obiecujący inne, pozasystemowe życie. Chaos i przypadkowość tworzą warunki i przestrzenie dla takich rozwiązań.
To fikcja życia ludzkości mającego być twórczym i powodującym samorealizację. Sytuacja, gdy promuje się taki system, taką demokrację, taką wizję społeczeństwa, negujących godność, sprawiedliwość i równość szans, a tym samym istotę człowieczeństwa okazuje się katastrofalnym wpływem nie tylko na procesy produkcyjne i wytwórstwo czyli na „bazę”, ale niszczy przede wszystkim nadbudowę. W tym najszerzej pojętą kulturę, gdyż „sposób produkcji życia materialnego warunkuje społeczny, polityczny i duchowy proces życia w ogólności” (Karol Marks, Kapitał).
Lokalizacja ludzi pracy najemnej, kobiet, grup rdzennych mieszkańców, tych których się wyklucza poza sferę owego „wyścigu szczurów”, z porządku społecznego pozbawia pracę jej humanistycznego, ogólnoludzkiego wymiaru. Niszczy się tym samym jej rolę w tworzeniu i działaniach na rzecz wspomnianego już bonum communae. Fryderyk Engels napisał, że oprócz źródła bogactwa i przekształcania przyrody „jest praca pierwszym podstawowym warunkiem wszelkiego życia ludzkiego i to w tej mierze, że w pewnym sensie to ona stworzyła człowieka” (Rola pracy w uczłowieczeniu małpy).
Dziś w efekcie zmienionych warunków i szybkiego rozwoju technologii, robotyzacji, sztucznej inteligencji, przed ludzkością stają wyzwania nie tylko dotyczące sprawiedliwej, nie wykluczającej i tym samym pozbawiającej możliwości aktywnego i twórczego bytu miliardy osób, dystrybucji owoców pracy. Wiąże się to ze skalą monetyzacji i utowarowaniem pracy oraz agresywności współczesnego kapitału.
Degradacja człowieka
Zasadnicze dylematy jakie stają przed planetarną populacją, egzystencjalnego, wymiaru brzmią następująco: co zrobić z nadmiarem ludzi, zastępowanych przez humanoidalne roboty wyposażone w samo reprodukującą się AI? Bo zyski i ich maksymalne obniżanie, przy takich trendach kosztów pracy muszą się wiązać z materialną i intelektualną degradacją masy potencjalnych pracowników co najwyżej do sfery usług, jeśli nie na absolutny margines aktywności zawodowej. A to zrodzi gigantyczne napięcia społeczne o niespotykanej skali. Nie wystarczy iść śladem Neila Postmana sprzed 40 laty (Zabawić się na śmierć) wieszczącego odmóżdżenie ludzkiej egzystencji w efekcie wiecznej zabawy, uciech i szczęśliwości, czyli krótko mówiąc sprowadzenie jej do prymitywnej konsumpcji. W takiej perspektywie zanikają wartości takie jak solidarność, godność, empatia, a rośnie egoizm, wsobność, budując społeczeństwo pazerne, indywidualistyczne, a człowiek z homo sapiens przeradza się w homo oeconomicusa w neoliberalnej i postmodernistycznej zbroi. Teflonowej na inne niźli zyskowne bodźce.
Pojęcie wolności (liberte), naczelna idea bezrefleksyjnie i prymitywnie forsowana przez globalczyka i jego akolitów z pominięciem równości, braterstwa i solidarności jest po części kulawa, ślepa i głucha. Ułomna. Tak pojmowana wolność sprowadzono wyłącznie do „wolności zakupów”, albo do ciągle poszerzanej dostępności nowotworzonych, coraz bardziej wyszukanych, dóbr konsumpcyjnych (reklamowanych przez totalne media). Doskonale to prezentuje Benjamin R. Barber w Skonsumowanych.
Równość, solidarność i braterstwo to oprócz wolności te elementy, które kulturę Zachodu czyniły atrakcyjną dla przedstawicieli innych cywilizacji, w których o tak rozumianej jakości życia nigdy nie było mowy, a jednostka ludzka jest traktowana od zawsze nie jako indywiduum i podmiot, czy „miara wszechrzeczy” (za Protagorasem z Abdery), ale jako jeden z elementów składowych danej wspólnoty, jako trybik organizmu zwanego społeczeństwem.
Dziś takie rozumienie o genezie oświeceniowej: człowieka i społeczeństwa wraz z ich osiągnięciami w przedmiocie humanizacji, jakości życia, bezpieczeństwa socjalnego i tym samym do stałego kulturowego rozwoju, w zderzeniu z globalczykiem wyraźnie przegrywa, więdnie, popieleje. Bo wolność to nie tylko możliwość chodzenia do pracy, ale przed wszystkim oddanie się wynalazczości, wchodzenia w relacje interpersonalne, kreowaniu wartości (nie tylko materialnych ale i duchowo-ideowych). Wolność - bez świadomości znaczenia tego pojęcia i tego stanu - jest kolejnym humorzastym bożkiem losu uczynionym sobie przez człowieka na swe własne udręczenie, nie dla poszerzenia swojej wolności. Bożkiem spychającym człowieka w otchłanie infantylizmu, niekontrolowanych afektów i irracjonalnych zachowań.
Zagubiona etyka
Oświecenie było potwierdzeniem tez renesansowego powrotu do idealizowanych antycznych wartości i wzorców z jednoczesnym przyśpieszeniem, jak chciano wierzyć, procesów humanizacji i demokratyzacji. Ograniczono te przemiany i ich rozumienie do Starego, Zachodniego Świata wykluczając, stygmatyzując, wedle kanonów elitaryzmu, jednostki, zbiorowości, społeczeństwa spoza tego kręgu kulturowo-cywilizacyjnego. Koncepcje judeochrześcijańskie wyparły wartości i przekonania pochodzące z rzymsko-helleńskich źródeł, a które są nieodłączną częścią europejskiej cywilizacji. (Georges Corm, Religia i polityka w XXI wieku). Zwłaszcza chodzi o mesjanizm i religijną nietolerancję. Także w przedmiocie sięgania po przemoc symboliczną przez środowiska globalczyka. A to jest klasycznym przykładem deprecjacji innych mniemań i sądów niż te które one same propagują. Monopol zawsze jest toksyczny, a to niesie sobą zawsze purytańsko rozumiana tradycja judeochrześcijańska.
Globalczyka ma charakteryzować fundamentalistycznie traktowany ekonomizm, religijnie i dogmatyczne podejście do zasad utylitaryzmu, gdzie wyłącznie rynek i jego bezwzględne oparte wyłącznie na zysku kanony porządkują realność. To jest model fałszu, depersonalizujący ludzkie życie. Każda wiara w absolutną doskonałość, w to że każdy problem musi być aktualnie rozwiązany wedle utylitarnych i korzystnych dla globalczyka rozwiązań jest zwyczajnym fundamentalizmem. Bo zakłada istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą niedostępną dla zwykłych śmiertelników, których traktuje się jako profanów.
Tadeusz Kotarbiński przed ponad wiekiem postawił uniwersalny dylemat wynikający w chwilach wyboru miedzy utylitaryzmem a tym co nazwał „etyką litości”. Co jest ważniejsze – szczęście dziesięciu i jednoczesna sromota jednego? Czy mamy prawo doprowadzać do obniżenia poziomu subiektywnego zadowolenia wielu kosztem nieszczęścia tej jednostki? Ekonomia sił musi się poddać temu, co Kotarbiński uznał za „spolegliwość”. Bo etyczny człowiek musi być obowiązkowo „człowiekiem spolegliwym”, opiekuńczym, solidarnym. Nie może być „to egoista lecz mający serce dla kogoś, człowiek rzetelny, odważny, dzielny i opanowany. Kto te cechy posiada jest dobrym opiekunem” („Zasady etyki niezależnej” [w]: Żyć zacnie).Globalczyk na pewno nie jest egzemplifikacją cech, jakie największy polski filozof XX w przypisuje pożądanej w nowym świecie, w nowym porządku osobie ludzkiej.
Jeśli chodzi o internacjonalizm najszerzej o nim wspomina marksizm. Pojmuje on internacjonalizm jednak dość wąsko, zawężając go do tzw. proletariatu, klasy która stanowiła w XIX i na początku XX wieku radykalną siłę rewolucyjną. W każdym wymiarze.
Jak zawsze w historii, miało to miejsce, gdy dotyczyło to wykluczonych, stygmatyzowanych, usuniętych na margines społeczny dużych grup ludzi. Ideologicznie, w klasycznym rozumieniu internacjonalizm proponuje tworzenia więzi ponadnarodowych, globalnych, często utożsamiany z progresywnymi ideami, związanym z Oświeceniem Z postawami i myśleniem, będąc jednocześnie sprzeciwem wobec nadmiernie rozbudowanych interesów państwa narodowego. Nie zakładającą jednak żadnej dominacji, hegemonii, nie mówiąc o narzucaniu swych rozwiązań innym kulturom, społeczeństwom, zbiorowością itd. Figura globalczyka jest tym ideom absolutnie przeciwna (p. Fryderyk Engels, Der Sozialdemkrat).
Radosław S. Czarnecki
Od Redakcji: jest to druga część eseju Autora pt. Globalczyk kontra internacjonalista. Pierwszą opublikowaliśmy w SN Nr 8-9/26 .

