Granica między sacrum a profanum

Utworzono: niedziela, 28 październik 2012 Wieslaw Sztumski Drukuj E-mail



sztumski-ostBardzo szybkie zacieranie się granic między różnymi przeciwieństwami jest charakterystyczne dla współczesnego świata. Nasila się ono wraz postępem nauki i techniki, dzięki któremu eksploruje się coraz niższe poziomy struktury materii i wzrasta dokładność pomiarów. Pośrednio także wpływa na nie ciągłe przyspieszanie tempa życia.


Zjawisko skracania dystansu między ekstremami i zanikania sprzeczności między nimi można chyba uznać za prawidłowość rozwoju cywilizacji: zbliżanie się skrajności do siebie jest proporcjonalne do postępu techniki. Tak sformułowane prawo odzwierciedla w jakimś sensie znaną zasadę dialektyki o jedności przeciwieństw i jest jej szczególnym przypadkiem. Jego konsekwencją jest stopniowe odchodzenie od myślenia binarnego i logiki dwuwartościowej. Tak jedno, jak i drugie, jest mało przydatne do deskrypcji i eksplikacji wciąż bardziej skomplikowanych zjawisk w przyrodzie, odkrywanych przez naukowców oraz w społeczeństwie, generowanych przez jego rozwój.

W dzisiejszym obrazie świata nie ma ostro zarysowanych linii demarkacyjnych między jego elementami. Granice między obiektami lub zjawiskami nie są już pojedynczymi liniami, lecz przybierają postać wiązek linii, co powoduje, że obraz ten staje się coraz bardziej zamazany. Dlatego współczesny świat postrzega się jak fuzzy world, czyli mnogość składników o rozmytych konturach.

Prawdopodobnie świat przyrody był takim od samego początku (jeśli w ogóle miał jakiś początek), tylko ludzie nie wiedzieli o tym, ponieważ dysponowali mniejszym zasobem wiedzy, nie tak rozwiniętą nauką i nie tak świetnym instrumentarium poznawczym jak obecnie.

Inaczej ma się sprawa ze światami społeczeństwa i kultury; tutaj w konsekwencji naturalnej ewolucji pojawiają się obiekty i zjawiska coraz bardziej złożone, których granice rozmazują się w wyniku różnych procesów społecznych i kulturowych.
Niemałą rolę odgrywają szybko rozwijające się procesy globalizacyjne. Zacieranie się granic ułatwia ich przekraczanie. Wskutek tego obiekty i zjawiska mogą dość swobodnie przenikać się nawzajem.


Wiele jest przykładów rozmywania się granic między ekstremami. Jednym z nich jest zacieranie się różnicy między tym, co zwykle uznawano za święte, a tym, co powszednie. Przejawia się ono w różnych wymiarach. Tutaj zajmę się tylko przekraczaniem granic między odświętnością i pospolitością oraz intymnością i ekshibicjonizmem.


Od odświętności do pospolitości


Jednym z symptomów zacierania się granicy między sacrum i profanum jest nieodróżnianie odświętności od powszedniości. Przede wszystkim zanika przeciwieństwo między dniami świątecznymi a roboczymi. Głównie pod presją czynników ekonomicznych zaczęto wykonywać pracę zarobkową w niedziele i święta.

Początkowo traktowano to jak coś wyjątkowego, wynikającego ze specyficznego charakteru niektórych zawodów oraz służb, a praca w dni świąteczne była dodatkowo opłacana. Później, kierując się w jakimś stopniu chęcią zadośćuczynienia życzeniom konsumentów, a przede wszystkim żądzą powiększania zysku, zmuszano inne grupy zawodowe do pracy w dni uznawane ustawowo za wolne od pracy.

Teraz praca w takie dni jest czymś nagminnym, na ogół nie budzi zdziwienia ani nie wywołuje sprzeciwu, mimo że w wielu przypadkach nie jest już nawet dodatkowo opłacana. Zresztą sprzeciw i tak nie miałby sensu w sytuacji, kiedy na rynku pracy, gdzie celowo utrzymuje się określoną stopę bezrobocia, która zresztą wzrasta w zastraszającym tempie, niepodzielnie rządzą pracodawcy, a nie pracobiorcy.

Czy dzisiaj dzień świąteczny różni się czymś jeszcze od roboczego? Chyba niczym. Co najwyżej tym, że w dni świąteczne - bardziej w święta kościelne niż w niedziele - praktykujący wyznawcy religijni chodzą na nabożeństwa do kościołów. Ale liczebność tych grup zmniejsza się w miarę postępowania laicyzacji. Tak więc zanika istota nielicznych dni świątecznych; roztapiają się one w masie dni roboczych.


Od wzniosłości do pospolitości


Drugą egzemplifikacją zacierania się granicy między odświętnością i codziennością jest zanikanie przeciwieństwa między wzniosłością a pospolitością. Konsekwencją nazbyt częstego świętowania jest erozja świętości.

To zjawisko ma miejsce przede wszystkim w naszym kraju, gdzie celebruje się wszystko, wszędzie, i w dowolnym czasie. Pod tym względem jesteśmy chyba unikalni, gdyż prawdopodobnie nie ma czegoś takiego gdzie indziej na świecie.

Dziwne jest tylko to, że inni wcale nie kwapią się do naśladowania nas w tym względzie i chyba mają rację.
Znacznie przyczyniają się do tego mass media i reklamy. Za ich sprawą uwzniośla się, co tylko się da: produkty (niemal każdy jest number one, jeśli nie na świecie, to przynajmniej w Polsce), osoby (wciąż więcej przybywa tzw. celebrytów, czyli w naszym przypadku - Polska jest tu wyjątkiem - ludzi, którzy nie wyróżniają się jakimiś wielkimi dokonaniami, a ich jedyną „zasługą” jest tylko to, że jest ich pełno w mediach).

Uwzniośla się nawet pracę zawodową i służbę, które coraz częściej podnosi się do rangi misji, a więc czegoś nadzwyczajnego, wskutek czego nie wykonuje się ich normalnie, lecz z łaski.
Celebruje się różnego rodzaju dni. Na dobrą sprawę nie ma dnia w kalendarzu, który nie byłby dniem kogoś lub czegoś w skali międzynarodowej, krajowej i regionalnej: nauczyciela, energetyka, hutnika, kobiet, psa, kota, tulipana, krawata i muszki, mózgu, itp., a nawet drzemki w pracy i wagarowicza, czyli Leni Naszych Powszednich (co za dureń je ustanowił?). Do tego trzeba jeszcze dodać różne święta wyznaniowe. Co dzień jest jakaś okazja do świętowania. A co z normalnymi dniami powszednimi? Nic, po prostu, przekształciły się w świąteczne.

Pospolitują się też różne uroczystości i obchody; nie szczędzi się symboli narodowych i religijnych, którymi szafuje się bez umiaru i sensu. Na przykład, świętowanie rocznic upamiętniających jakieś ważne wydarzenia ma sens wtedy, gdy odbywa się ono w dostatecznie dużych odstępach czasu (dziesięciolecia, stulecia, tysiąclecia), ale nie co rok ani miesiąc, nawet, gdyby to były niezwykłe daty. Kiedy świętuje się rocznice czy - jak ostatnio - miesięcznice, a może ktoś wymyśli jeszcze „tygodnice”, albo może „dziennice” (pomysłowość ludzka, jak głupota, są nieograniczone), to powszednieją one i tym samym są obdzierane ze świętości.

Zbyt częste i natarczywe powtarzanie powoduje znużenie, osłabia przeżycie emocjonalne i wywołuje reakcję obronną jaką jest niechęć. To dotyczy również nadużywania hymnu, flagi, godła i symbolu wiary (opasek o barwach państwowych, flag i krzyża) przy byle okazji – np. pogotowia strajkowego, manifestacji jakiejś niewielkiej grupy, nadania rangi jakiemuś zdarzeniu, albo roszczeniu.


Od odświętności do codzienności


Kolejnego przejawu rozmywania się granicy między odświętnością a codziennością upatruję w sposobie ubierania się. W stroju wyraża się poszanowanie dla kogoś lub uświetnienie czegoś. Przebywanie w nobliwym towarzystwie, w pewnych miejscach i okolicznościach wymaga stosownego ubrania się. Tymczasem dzieje się coś dziwnego. Coraz częściej spotyka się ludzi nieodpowiednio ubranych w teatrach, podczas oficjalnych wystąpień itp.

Za to eleganckiego ubioru żąda się od pracowników wielu instytucji. W rezultacie, tam, gdzie można by przyodziać strój roboczy, ubiera się wytwornie, a tam, gdzie powinno się być eleganckim, nosi się byle jak. Ot co, sacrum redukuje się do profanum.


Od intymności do ekshibicjonizmu


Innym symptomem zacierania się różnicy między sacrum i profanum jest zanikanie przeciwieństwa między intymnością a ekshibicjonizmem, czyli między zachowywaniem czegoś w tajemnicy i upublicznieniem tego.

Do nie tak dawna było tak, że sprawy intymne były własnością danej jednostki, która jak mogła broniła dostępu do nich innym ludziom. W zasadzie były one znane tylko jej, a co najwyżej, bardzo ograniczonemu gronu bliskich osób. Z tej racji z reguły otaczał je nimb tajemniczości. W tym sensie intymność stanowiła zarówno tabu jak i świętość.

Jednakże od pewnego czasu - znowu za sprawą czynników ekonomicznych - intymność stała się towarem, za który dobrze płacono. Zaczęto nią handlować i osiągać niezłe profity z jej sprzedaży. Teraz notuje się bardzo duży popyt na ten towar. W związku z tym rośnie jego podaż.

W tym stanie rzeczy kupczenie intymnością stało się zjawiskiem nagminnym. Wyraża się ono głównie w sprzedawaniu swojej nagości i odsłaniania się: zdjęć intymnych części ciała, filmów pokazujących akty kopulacji i jak najbardziej osobistych opowieści i zwierzeń, nieważne, czy prawdziwych, czy zmyślonych (bo jak to sprawdzić?), byleby jak najbardziej pikantnych, obrzydliwych, drastycznych, kompromitujących albo szokujących - na użytek pornografii, ale też skrywanych cech, namiętności i dewiacji seksualnych, a nawet swej twarzy i postaci - na użytek reklamy.

Nikogo to zjawisko już nie dziwi, ani nie razi. Wręcz przeciwnie, stało się ono normalnością, nadal rozwija się i ulega postępującemu spowszednieniu. Dzięki niemu świetnie prosperują wielomiliardowe rynki pornografii, reklamy, programów telewizyjnych (Big Brother, ukryta kamera, rozmowy w toku) oraz kolorowych i brukowych czasopism, a także wielu podglądaczy (paparazzi) prześcigających się w zdobywaniu intymnych informacji.

Co ciekawe, wielu ludzi chce się obnażać i rezygnować ze swej intymności, niejako chwalić się nią i upubliczniać, czasami za wielkie pieniądze, ale nawet za darmo. Żeby tylko – jak zwykło się mawiać – zaistnieć w publicznej przestrzeni medialnej w myśl zasady „nie pokazują cię, nie piszą o tobie, to znaczy, że cię nie ma, a więc nie istniejesz”. Nieważne nawet, w jakim świetle cię przedstawiają, ani czy piszą o tobie dobrze, czy źle; istotne jest to, żebyś ujawnił się, dał znać o sobie społeczeństwu i stał się rozpoznawalny.

W taki to sposób zostały przekroczone granice intymności, a niegdysiejsza jednostkowa intymność zastąpiona została przez masowy ekshibicjonizm.


Od czasu prywatnego do publicznego


Szczególnym przypadkiem upubliczniania intymności jest zanikanie przeciwieństwa między czasem prywatnym a publicznym. Czas prywatny, przeznaczony w istocie do wykorzystania według własnej woli na zajęcia mniej lub bardziej pożyteczne, albo na zwykłe leniuchowanie, jest swego rodzaju tabu i świętością dla człowieka. Nikomu nie wolno go zakłócać, nikt nie ma prawa kontrolować go, ani wtrącać się do niego. Jak ktoś zarządza swoim prywatnym czasem i na czym go spędza, to wyłącznie jego sprawa. Osoby postronne powinny to w pełni uszanować. Ale tak nie jest.

Coraz częściej inni ludzie i czynniki zewnętrzne ingerują w czas prywatny. Próbują zawężać jego ramy i modelować go na swój sposób i coraz częściej im się to udaje. Ktoś chce spędzić swój wolny, prywatny czas w ciszy w domu, albo w plenerze, ale nie da rady, ponieważ zewsząd wkrada się hałas, przed którym nie sposób obronić się: hałaśliwe rozmowy na zewnątrz, głośna muzyka, warkot silników samochodowych, motocykli itp. Chce sobie poleniuchować, ale w świadomości ma zakodowane obowiązki, które go niebawem czekają; myśl o nich zakłóca mu odpoczynek i błogie nicnierobienie. Chce spokojnie oglądać telewizję, ale co chwila pojawiają się denerwujące reklamy, które ten spokój naruszają.

Ciągle coś z otoczenia wtrąca się w czas prywatny. Tak, jak w konsekwencji postępującego zagęszczania się sieci zależności społecznych i globalizacji różnych zjawisk, prywatność rozmywa się we wspólnotowości, tak samo czas prywatny jest pochłaniany przez czas publiczny i praktycznie ulega redukcji się do minimum, do wartości śladowych.


Można by doszukać się wielu przyczyn przechodzenia sacrum w profanum, ale najważniejszą jest narastająca dominacja czynników ekonomicznych w życiu ludzi od początku rozwoju gospodarki wolnorynkowej, a w szczególności w dobie współczesnego liberalizmu.

Postęp techniczny i industrializacja w dziewiętnastym stuleciu, a nade wszystko doskonalone środki transportu i łączności w ubiegłym wieku, dały początek wychodzeniu żądań człowieka poza granice lokalności.
Jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku Mikołaj Gogol napisał w opowiadaniu „Staroświeccy ziemianie”, że wcześniej () żadne życzenie nie sięgało poza parkan okalający niewielki dworek, poza opłotki wiejskiej chałupy. Cele marzeń ludzi i ich wyobraźnia nie przekraczały granic ich domostw. Później sięgnęły odległych siedlisk, krajów, kontynentów, obłoków i przestrzeni kosmicznej.

Ukoronowaniem likwidacji granic jest przekroczenie dwóch najważniejszych - między lokalnym a globalnym oraz między indywidualnym a masowym.
Życzenia oraz potrzeby lokalne i jednostkowe przekształciły się w życzenia oraz potrzeby globalne i masowe. Spowodowało to wzrost ekspansji życzeń i roszczeń, podsycanej przez ideologię nieokiełznanego konsumpcjonizmu. Wymusza ona przekraczanie innych jeszcze granic, w tym tej istotnej z wielu powodów – między sacrum a profanum.

W związku z globalizacją i umasowieniem potrzeb zaistniał poważny konflikt między globalnymi i zwiększającymi się potrzebami a lokalnymi i ograniczonymi możliwościami ich zaspokojenia. Jest to jedna z podstawowych sprzeczności współczesnego świata. Nad sposobem usunięcia jej głowią się ekonomiści i politycy, którzy, niestety, wciąż nie znajdują skutecznych rozwiązań.

Wiesław Sztumski

26 sierpnia 2012

.

Odsłony: 4972
Our website is protected by DMC Firewall!