Kagańce oświaty

Utworzono: środa, 30 styczeń 2013 Wiesław Sztumski Drukuj E-mail

Oświaty kaganek łatwo zmienić w kaganiec na oświatę*

sztumski-ost.Wydawałoby się, że w XXI wieku postęp cywilizacyjny, a w szczególności techniczny, sprzyja coraz szybszemu postępowi oświaty oraz nauki bez granic i domaga się go. Rozwijanie bez ograniczeń oznacza prowadzenie badań i nauczania nieskrępowane żadnymi paradygmatami ideologicznymi, religijnymi, kulturowymi, politycznymi i finansowymi we wszystkich jej dziedzinach.

Oczywiście, nie da się w ogóle uniknąć ich wpływu, ponieważ oświata i nauka osadzone są w kontekście społecznym. W takim razie w pełni niezależny rozwój oświaty i nauki jest ideałem. Powinno się go stopniowo urzeczywistniać w wyniku pomniejszania na miarę możliwości roli czynników zewnętrznych.

Jednak w żadnym wypadku nie może być mowy o świadomym hamowaniu ani nawet o spowalnianiu postępu nauki czy też o celowym wytyczaniu granic obszarów badań naukowych z jakichkolwiek względów. Niestety, często ma to miejsce w czasach, kiedy usiłuje się kształtować wizje nowoczesnych społeczeństw w postaci społeczeństwa wiedzy, społeczeństwa informatycznego itp.

Ograniczanie badań naukowych ze względu na ich podejmowanie, zakres, głębię i zastosowania występują przede wszystkim ze strony uwarunkowań ekonomicznych, etycznych oraz religijnych. Trudno stwierdzić, który wzgląd jest najważniejszy, chociaż na ogół sądzi się, że ekonomiczny, ponieważ od pewnego czasu stan finansów państwa decyduje o sprawach życia ludzi, kultury i sztuki, a budżet uczelni – o badaniach naukowych. Jednak z drugiej strony, na rozwój nauki wpływają w równie dużym, a może nawet większym stopniu czynniki kulturowe i podmiotowe: paradygmaty etyczne i wyznaniowe. 

Kaganiec ekonomiczny

Zawsze możliwości rozwijania nauki i prowadzenia badań naukowych zależały od wielkości środków finansowych, jakimi dysponują odpowiednie instytucje badawcze i poszczególni naukowcy. Ale w naszych czasach, w tzw. kapitalizmie rynków finansowych, chyba bardziej niż kiedykolwiek.

Sektory oświaty i nauki są niedoinwestowane w większości krajów. Przede wszystkim tam, gdzie nie docenia się wiedzy jako istotnego czynnika napędzającego gospodarkę. Z przykrością trzeba stwierdzić, że, niestety, również u nas.
Nakłady państwa na naukę w Polsce są – nie wiadomo, jak to nazwać – śmiesznie czy żenująco niskie i od wielu lat wahają się w granicach 0,45 -0,65 % (trzykrotnie niższe niż w innych krajach UE), chociaż w latach 70. wynosiły około 1,6%. Można odnieść wrażenie, jakby dla przedstawicieli władzy decydującej o polityce gospodarczej najważniejsze były efekty ekonomiczne osiągane w czasie jak najkrótszym. A inwestycje w oświatę naukę zwracają się zazwyczaj po wielu latach, jakkolwiek w przypadku nauki, zdarza się, że wcześniej. 
Decydenci wolą jednak nie ryzykować. Dlatego ograniczają wydatki na oświatę i naukę finansowaną przez państwo do absolutnie niezbędnych, czyli minimalnych. 

Mocno zaniżone w stosunku do potrzeb są nakłady na szkolnictwo i badania naukowe oraz płace nauczycieli i naukowców. W jeszcze niższym stopniu - może z wyjątkiem płac w niektórych bogatszych uczelniach - finansowane są badania w szkołach niepublicznych; one nastawione są na masowe kształcenie studentów urągające obowiązującym standardom i produkcję ludzi z dyplomami, które często warte są tyle, ile kosztuje ich wydrukowanie. W zasadzie nie prowadzi się tam pracy badawczej z prawdziwego zdarzenia, która owocowałaby jakimiś liczącymi się osiągnięciami i przynosiła gospodarce wymierne zyski.


Tylko ze względów finansowych praca naukowa w uczelniach niepublicznych - i to nie wszystkich - ogranicza się do publikacji artykułów i organizowania konferencji. Zresztą przeważnie zatrudnieni są tam na drugich etatach naukowcy, którzy badania realizują w uczelniach publicznych, oraz emeryci, którym brak specjalnych motywacji do pracy badawczej.

Prawie w ogóle nie funkcjonuje sponsoring badań naukowych czy zamawianie badań przez firmy prywatne, albo korporacje. Właściciele firm prywatnych są przekonani - nie bez racji - że w naszych warunkach bardziej opłaci się sponsorować sportowców, albo polityków, aniżeli naukowców. Sport przynosi ogromne wymierne zyski natychmiast, a politycy zwykle „odwdzięczają się”, wspomagając działalność biznesową. Przecież korupcyjne związki polityki z biznesem są tajemnicą poliszynela.

Ze środków budżetowych pokrywa się koszty badań realizowanych w ramach grantów, których przyznaje się niewiele, głównie z nauk stosowanych i to również niewystarczająco w stosunku do potrzeb. Toteż ambitni młodzi naukowcy starają się emigrować, by w innych krajach móc rozwijać swoje talenty i realizować swoje zdolności i pomysły kreatywne, i robić karierę naukową.

Wprawdzie wydatki na naukę, wyrażane w liczbach bezwzględnych, stale rosną, ale ten wzrost jest zżerany przez inflację i nadmiernie rozbudowywaną administrację. A trzeba pamiętać o tym, że badania naukowe są coraz kosztowniejsze, przede wszystkim ze względu na rosnące ceny aparatury badawczej i materiałów.
Poza tym, intensywna praca naukowa wymaga koncentracji wyłącznie na temacie badań; dlatego naukowcy nie powinni zaprzątać sobie głowy myślami o sprawach bytowych, o tym, jak związać koniec z końcem. Tymczasem ich płace, mimo okresowych podwyżek „na raty”, albo w formie ustalenia fikcyjnych górnych granic widełek płacowych, których żadna uczelnia nie jest w stanie pokryć (przeważnie płace kształtują się na poziomie minimum) są żenująco niskie w stosunku do przeciętnej płacy w gospodarce. 

W listopadzie 2012 r. przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku według GUS wynosiło 3780,64 zł. W 2012 r. wynagrodzenia pracowników naukowych w uczelniach publicznych wahały się od 1830 zł (wykładowca) do 4145 zł (profesor zwyczajny), natomiast dr habilitowany na stanowisku profesora nadzwyczajnego zarabiał 3540 zł, czyli poniżej przeciętnej krajowej. Dla porównania warto przypomnieć, że w czasach II RP profesor zwyczajny uniwersytetu zarabiał tyle, co wojewoda, albo generał, czyli około 3000 zł, podczas gdy pensje robotników wynosiły od 140 zł od 240 zł. 
W dniu 9 października 1923 roku weszła w życie Ustawa o uposażeniu funkcjonariuszów państwowych i wojska” (pisownia oryginalna), która zrównywała uposażenia profesorów zwyczajnych z uposażeniami dyrektorów departamentów, komendanta głównego policji, wojewodów. 

Aktualna liczba profesorów wszelkiego rodzaju w Polsce wynosi około 24,5 tys. Z pewnością dałoby się podnieść im pensje do godziwych rozmiarów, czyli w odpowiedniej proporcji do średniej krajowej, kosztem oszczędności w administracji państwowej i ograniczeń nadmiernie wygórowanych płac różnych prezesów, członków rad nadzorczych, dublerów rządu (superwizorów kierowników resortów w rządzie; wcześniej taką rolę pełnili członkowie Biura Politycznego partii) w Kancelarii Prezydenta itp. funkcjonariuszy oraz w wyniku daleko posuniętej racjonalizacji systemu zarządzania państwem i finansami w różnych dziedzinach.

Jeśli dobre zarobki naukowców były możliwe w czasach przedwojennych, kiedy nasze państwo nadrabiało różne zaległości po uzyskaniu niepodległości, to chyba dzisiaj bardziej. Po prostu, brak woli politycznej, który bierze się z niedoceniania roli wiedzy we współczesnym świecie.
Dziwne, że w przeciwieństwie do naszego kraju wiedzą o tym władcy innych krajów rozwijających się; oni myślą przyszłościowo i wiedzą o tym, że inwestowanie w naukę z pewnością przyniesie zyski nie od razu, na zamówienie, ale po pewnym czasie. A nasi ministrowie praktycznie nic nie robią, aby zmienić system finansowania nauki i oświaty i skutecznie wpędzają te sfery w stan agonii. (Zob. List otwarty znad grobu do minister nauki Barbary Kudryckiej, w: Gazeta Wyborcza, 27. 12. 2012)
Skądinąd dziwne, że jak ktoś z poręczenia jakiejkolwiek partii rządzącej u nas od czasów II wojny światowej do niczego się nie nadaje, to zostaje ministrem nauki, albo oświaty i tkwi uparcie na tym stanowisku niczym „święta krowa”.

Kaganiec etyczny

Swobodę badań naukowych ograniczają względy etyczne chyba w nie mniejszym stopniu niż ekonomiczne. O ile ograniczenia ekonomiczne pochodzą wyłącznie z zewnątrz – naukowcy faktycznie nie mają żadnego wpływu na nie – to etyczne pochodzą z zewnątrz i od wewnątrz.

Z jednej strony, badacz poddany jest presji paradygmatów obyczajowych, które ograniczają jego zapędy twórcze; chodzi tu głównie o różne kodeksy pracowników nauki.
Z drugiej strony, ulega naciskowi zakazów moralnych, zakodowanych w swej świadomości w rezultacie edukacji inkulturacji i socjalizacji.
Mimo postępującego prostytuowania się nauki wskutek jej urynkowienia – wiadomo, że za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze świat się podli - zawód naukowca cieszy się wciąż jeszcze stosunkowo dużym zaufaniem i uznaniem społecznym. To wymusza odpowiednie, czyli mające przyzwolenie społeczne, postawy pracowników naukowych, ich zachowania i działania. Są one regulowane na poziomie międzynarodowym, krajowym i instytucjonalnym przez odpowiednie zapisy w kodeksach etycznych.

Europejska Karta Naukowca zawiera wyraźne wskazanie: „Naukowcy powinni przestrzegać uznanych praktyk etycznych oraz fundamentalnych zasad etycznych odnoszących się do dyscyplin, którymi się zajmują, a także norm etycznych ujętych w krajowych, sektorowych lub instytucjonalnych kodeksach etyki". 
Podporządkowanie naukowców standardom etycznym zaczęło się od połowy ubiegłego stulecia, kiedy uświadomiono sobie, że badania naukowe mogą mieć katastrofalne skutki dla ludzkości. Nie tylko w sferze militarnej (np. w wyniku zastosowania broni masowego rażenia), ale też w cywilnej (np. w wyniku awarii elektrowni atomowych).
Przede wszystkim zaczęto zwracać uwagę na kwestię odpowiedzialności uczonych za możliwe wykorzystywanie ich wyników badań do niegodziwych celów.
Z czasem uwzględniano również inne sprawy dotyczące funkcjonowania naukowców w społeczeństwie i ich relacje z przedstawicielami innych zawodów. 
Dziś kodeksy etyczne pracowników nauki obejmują faktycznie pełną gamę nakazów, zakazów i obowiązków związanych przede wszystkim z ich pracą zawodową. Tych kodeksów jest coraz więcej; zawierają one coraz bardziej szczegółowe powinności i dlatego są coraz obszerniejsze. 

Wbrew temu, co sądzą niektórzy, jakoby środowisko naukowe odczuwało potrzebę spisania zasad etycznych w jednorodnej, jednoznacznej i obowiązującej formie zachowań w nauce oraz propozycję procedury określającej tryb postępowania w przypadkach zgłoszenia zarzutu ich naruszenia, sądzę, że wcale tak nie jest, a narzucanie im zasad postępowania w pracy zawodowej, i nie tylko, uwłacza ich godności.

Czyżby naukowcy byli absolutnymi dyletantami w kwestiach etyki i nie wynieśli z domu, ani ze szkół, dostatecznej wiedzy z zakresu obyczajowości i nie wiedzieli, czego im nie wypada i czego nie powinni? Ludzie, nawet – co dziwne – naukowcy, którzy powinni kierować się racjonalnością, wciąż wierzą w jakąś magiczną moc kodeksów, gdy tymczasem zachowania prawne i etyczne wcale nie zależą od ilości kodeksów, lecz od kontekstu społecznego i warunków, jakich się żyje.
Mimo pięknego i obszernego dokumentu, jakim jest Kodeks Etyki Pracownika Naukowego** przyjęty przez „Komisję do spraw etyki w nauce PAN” w 2012 r., coraz więcej nieetyczności występuje w środowisku naukowców, jak chociażby lawinowo rosnąca liczba plagiatów i coraz więcej fałszywych ekspertyz na zamówienie polityków, ideologów, reklamotwórców i finansistów.

W każdym środowisku zdarzają się ludzie niemoralni, a im jest ono liczniejsze, tym więcej można ich spotkać. Na dobrą sprawę, wszelkie kodeksy zawodowe są zbędne; wystarczyłoby kierować się we wszystkich sytuacjach życiowych i w rozwiązywaniu dylematów obyczajowych zasadami etyki ogólnoludzkiej, których jest niewiele i które na ogół są wszystkim dobrze znane.
Takie ogólnoludzkie normy postępowania etycznego zawarte są w każdej etyce świeckiej oraz religijnej i one mogą w zupełności wystarczyć. Niepotrzebnie tworzy się, rozbudowuje i rozdrabnia normy etyczne, przystosowując je do sytuacji i profesji, bo i tak nie da się wszystkiego skodyfikować, a w obszarach nieskodyfikowanych w ostatecznym rachunku ucieka się zawsze do ogólnych zasad etyki i własnej świadomości moralnej. 

Czy należy ograniczać przedmiot i zakres badań ze względu na odpowiedzialność za to, co ewentualnie może z nich wyniknąć? Raczej nie.

Nauka ma się rozwijać, ponieważ jej priorytetowym celem jest zaspokajanie ciekawości poznawczej. Chyba, że potępia się wrodzoną i właściwą istotom ludzkim chęć poznania i żądzę wiedzy, uznając je za grzech pierworodny. Wielkim nieporozumieniem i obrazą naukowców jest zakaz prowadzenia badań przez nich w imię jakiejś ideologii politycznej, albo kościelnej wbrew ich ciekawości, zdolności twórczych oraz na przekór interesom nauki i społeczeństwa, które przecież ogromnej mierze korzysta z pożytków nauki. A odpowiedzialności za niegodziwe zastosowania odkryć naukowych nie powinni ponosić naukowcy, lecz przede wszystkim ci, którzy o tym decydują z tytułu posiadania władzy.

Kaganiec wyznaniowy

Ograniczenia prac badawczych i szerzenia oświaty wynikające z przyczyn wyznaniowych są porównywalnie mocne z ograniczeniami ekonomicznymi i kulturowymi. Tu także działają hamulce zewnętrzne, pochodzące od organizacji kościelnych i społeczności wyznaniowych oraz wewnętrzne – z własnego sumienia.
Sumienie nie jest czymś wrodzonym, albo nadanym przez bogów, lecz nabytym w wyniku wychowania i socjalizacji. Inaczej mówiąc, nakazy sumienia pochodzą z norm wyznaniowych w przypadku ludzi religijnych, albo ze świeckich norm kulturowych w przypadku ludzi areligijnych. Jest ono ucieleśnieniem standardów etycznych narzuconych przez kościół będący organizacją ludzi wierzących i funkcjonujących w formie paradygmatów w danej społeczności wyznaniowej. Im starszy i im mniej reformowalny jest jakiś kościół, tym bardziej niewzruszone są te paradygmaty i tym większa ich presja na ludzi.

Często jest tak, że nakazy wyznaniowe skutecznie zagłuszają nakazy wynikające z przepisów prawnych, z postaw obywatelskich lub patriotycznych i z myślenia racjonalnego. Dlatego wielu naukowców i nauczycieli wręcz fanatycznie kieruje się w życiu przede wszystkim nakazami religijnymi i zmusza – na ile to tylko możliwe, niekiedy bezprawnie – innych, zwłaszcza swoich uczniów, ale również współpracowników do stosowania się do tych nakazów. Nierzadkie są w tym środowisku przypadki dysonansu między imperatywami rozumu i wiary, rozstrzyganego zazwyczaj na korzyść wiary.
W przypadku katolicyzmu takie postępowanie uzyskało silne wsparcie wskutek encykliki Jana Pawła II Fides et ratio. Jej kwintesencję można krótko wyrazić w konkluzji „wiara przed/ponad rozumem”. 

Na nic zdają się zawarte w tej encyklice dywagacje na temat roli oraz znaczenia nauki we współczesnym świecie, ani zachęta do pracy naukowo-badawczej, jeśli osiągnięcia naukowców mają w ostatecznym rachunku służyć teologii oraz uzasadnianiu prawd wiary - ostatecznym kryterium prawdziwości jest Bóg i objawienie, a wyrocznią w kwestiach spornych między wiarą a nauką lub rozumem jest Magisterium Kościoła.
Ambicje kościoła katolickiego idą jeszcze dalej, w kierunku zawładnięcia sumieniami nie tylko uczonych będących wyznawcami tej wiary, ale również uczonych innych wyznań, a także areligijnych. Zresztą nie chodzi tylko o sumienie.

Kościół usiłuje narzucać granice nauce za pomocą nakazów zawartych we wspomnianym wcześniej Kodeksie Etyki Pracownika Naukowego. Tak na przykład w Preambule cichaczem przemyca się wartości chrześcijańskie, które stanowią fundament tego kodeksu. „Niniejszy kodeks opiera się na podstawowych ogólnych zasadach etyki uznanych w naszym kręgu za naturalne i powszechnie obowiązujące. Uznanie tych zasad zostało przyjęte jako fundament, bez potrzeby analizy źródła tego przeświadczenia. Za podstawowe zasady etyki uznaje się tu poszanowanie godności człowieka oraz życia we wszystkich jego przejawach (…) strażnikiem i sędzią w sprawach etycznych jest indywidualne sumienie oraz sumienie zbiorowe”.
Arbitralnie i bez potrzeby uzasadnienia tego wyboru przejmuje się zasady etyki uznawane w naszym kręgu kulturowym za naturalne. Nasuwają się trzy wątpliwości: przez kogo uznawane, co znaczy naturalne oraz co znaczy życie we wszystkich jego przejawach? Tego nie definiuje się. 
Można tylko zasadnie domyślać się, że chodzi tu o uznawanie przez większość katolickiego społeczeństwa, mimo wątpliwości, czy faktycznie wszyscy uchodzący u nas za katolików respektują etykę katolicką, o rozumienie słowa naturalne tak, jak w przypadku tzw. praw naturalnych, czyli pochodzących od Boga, a nie stanowionych przez ludzi i o życie od samego poczęcia.

Na pozór ten kodeks jest areligijny, ale każdy może łatwo dojść do wniosku, o co naprawdę chodziło twórcom tego kodeksu i jak ważnym jest on instrumentem w rękach Kościoła, służącym do manipulacji ludźmi nauki.

Ciekawe jest też odwoływanie się do sumienia indywidualnego pracowników nauki i zbiorowego tak, jakby między tymi sumieniami nie mogło być sprzeczności. Z góry założono, że jednostki i cała społeczność naukowców ma sumienie ukształtowane na podstawie norm etyki katolickiej, „powszechnie uznawanych za naturalne”. A przecież wiadomo, że tak nie jest.
Tym samym ten Kodeks zmusza uczonych o innym niż katolicki światopoglądzie do dokonywania wyborów moralnych na gruncie etyki katolickiej pod sankcją potępienia ich przez skądinąd świecką Komisję Etyki. Zmusza też do zaniechania albo niepodejmowania badań zakazanych przez Kościół, na przykład w sferze genetyki, embriologii i neurofizjologii mózgu.
Chodzi o te badania, których efektem byłoby nadwątlenie dogmatów wiary i ewentualna konieczność reformy Kościoła. A na to przyzwolenia nie będzie, jak buńczucznie zapewniają hierarchowie z papieżem na czele.

A może odrzucanie Darwinowskiej teorii ewolucji działa na korzyść postępu biologii? Samo przyznanie się do bezwyznaniowości, a - nie daj Boże - do ateizmu lub agnostycyzmu, naraża uczonego na ostracyzm ze strony katolików znajdujących się w jego otoczeniu. Uznawane jest za wyobcowanie się z tradycyjnej kultury ufundowanej na chrześcijaństwie czy wyizolowanie się od niej i dlatego jest źle widziane przez kato-uczonych. Dają oni temu wyraz w szkodzeniu tam, gdzie mogą, na przykład wystawiając negatywne opinie przy ubieganiu się o tytuły naukowe.
Oczywiście, to wszystko dzieje się nieformalnie z jezuicką perfidią i nikomu nie można zarzucić umyślnego działania na szkodę z punktu widzenia prawa. Z tego względu nawet uczeni o innym światopoglądzie, bojąc się narazić kręgom katolickim, skrywają swoje przekonania, a nawet pozwalają manipulować sobą.

Blokada awansu naukowego oraz ingerencja w wybory władz uczelnianych i innych gremiów akademickich, utrudnianie dostępu do grantów itp. jak i czynienie z naukowców sług Kościoła albo - jak w roku jubileuszowym 2000 wyraził się rektor Uniwersytetu Katolickiego w Lizbonie na spotkaniu naukowców świata w Watykanie z papieżem - „przekształcanie uniwersytetów w laboratoria wiary” z pewnością nie sprzyja rozwojowi nauki, przynajmniej w jej właściwym, scjentystycznym rozumieniu.
Wiesław Sztumski

27 grudnia 2012


* (http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73424)


** Kodeks etyki w nauce

Odsłony: 2863
Our website is protected by DMC Firewall!