Degrengolada elit politycznych

Utworzono: piątek, 30 maj 2014 Wiesław Sztumski Drukuj E-mail


szt.Uprawianie polityki i sprawowanie władzy może być zajęciem pięknym, pożytecznym dla społeczeństwa, narodu i państwa, a także źródłem satysfakcji osobistej z dobrze spełnianych obowiązków wobec swojego narodu, państwa i podwładnych. Jednak w rzeczywistości różnie z tym bywało.


W ustrojach dynastycznych rządzili potomkowie książąt, królów i szlachty. Wśród nich byli ludzie porządni i światli, ale nierzadko analfabeci, upośledzeni umysłowo i degeneraci. Natomiast w ustrojach demokratycznych, chyba tylko w okresie starożytnym, do władzy dochodzili ludzie prawi, szlachetni, albo - jak wówczas mówiono - sprawiedliwi.

Zazwyczaj tam, gdzie o władzy politycznej decydowało społeczeństwo, starano się wybierać ludzi cieszących się powszechnym zaufaniem i najlepiej nadających się do tego pod każdym względem.

W epoce nowożytnej z upływem lat, w miarę rozwoju cywilizacji zachodniej, było coraz gorzej. A w naszych czasach częściej i coraz większą władzę sprawują ludzie, o których trudno wyrazić się pozytywnie, bowiem zgodnie z opinią mas, ich poziom moralności i styl rządzenia są naganne i sięgają dna, a ignorancja oraz nonszalancja sięgają zenitu.

Upadek elit politycznych postępuje lawinowo i rozprzestrzenia się w świecie w konsekwencji globalizacji. Odkąd polityka sprzęgła się nierozerwalnie z ekonomią, a władza z biznesem, wskutek czego uprawianie polityki nie jest już zajęciem godnym, lecz intratnym, świat polityki toczy swoista gangrena. Politycy coraz bardziej oddalają się od ideału - od tego stereotypu człowieka władzy, jaki ukształtował się w świadomości mas na gruncie kultury antycznej, wyobrażenia o dobrym panu i władcy oraz idealizowanej przez nauczycieli wiedzy historycznej o przywódcach państwowych.

Wzorzec polityka - teoria

Czego przeciętny człowiek oczekuje od polityka i reprezentanta elit rządzących? W zasadzie od ludzi władzy politycznej oczekuje się:

- posiadania określonych cech osobowości i charakteru

- poprawności obyczajowej

- odpowiedniej wiedzy i umiejętności

- pewnego doświadczenia

- empatii dla podwładnych.

Wszystko to mieści się w przedstawionej przez Tadeusza Kotarbińskiego koncepcji „spolegliwego opiekuna”. Dokładniej, wzorcowy polityk powinien:

- być prawdomówny, wiarygodny, odpowiedzialny, prawy, współczujący i życzliwy
- cieszyć się powszechnym zaufaniem
- umieć poprawnie wyrażać się i logicznie wnioskować
- wykazywać się kulturą osobistą
- kulturalnie dyskutować zgodnie z zasadami erystyki
- posiadać umiejętność prowadzenia negocjacji i pozyskiwania zwolenników
- znać przepisy prawa i przestrzegać ich na co dzień
- troszczyć się o interesy wspólne i o kontynuację polityki, pod warunkiem, że jest ona dobra dla narodu i państwa
- umieć szybko podejmować trafne decyzje i działać skutecznie
- nie być pazernym na pieniądze, ani łasym na pochwały fagasów
- posiadać wykształcenie, kwalifikacje i umiejętności stosowne do zajmowanego stanowiska
- mieć dobre wyniki w swojej pracy zawodowej i w zakresie zarządzania
- cieszyć się niekłamanym autorytetem
- nie ulegać naciskom lobbystycznym
- nie być związanym z układami mafio- i lożo podobnymi, ani z grupami wyznaniowymi
- w życiu rodzinnym być przykładnym rodzicem, małżonkiem lub partnerem
- mieć pełen szacunek dla swych podwładnych i wyborców
- być zrównoważonym wewnętrznie i nie mieć zaburzeń psychicznych.

Lista tych kryteriów nie jest zamknięta, a i tak dostatecznie długa, żeby  mieć wątpliwości, czy jakiś zwykły człowiek jest w stanie je spełnić. Zwykły człowiek może nie potrafi, ale polityk - przedstawiciel elity społecznej - uchodzi za człowieka ponadprzeciętnego, wyjątkowego i dlatego można od niego wymagać o wiele więcej, aniżeli od innych ludzi. Niestety, o takim polityku można tylko pomarzyć.

…i praktyka


Rzeczywisty wizerunek polityka dalece różni się od wzorcowego i ta różnica pogłębia się. Przedstawione poniżej uwagi odnoszą się właściwie do elity politycznej naszego kraju, chociaż wydaje się, że mniej lub bardziej podobny jest wizerunek elit politycznych w innych krajach. Potwierdzenie tego podobieństwa wymagałoby jednak odpowiednich analiz.

Tam, gdzie jeszcze istnieją tradycyjnie poprawne zachowania się władzy i gdzie kultura polityczna społeczeństwa ukształtowała się na wysokim poziomie, elity polityczne stosunkowo w niewielkim stopniu odbiegają od ideału - jakkolwiek w ostatnich latach i tam media donoszą o wzroście różnych afer obyczajowych i finansowych. To potwierdza hipotezę o globalnej tendencji psucia się elit politycznych.
Prawdziwy image - „nagość króla” - przedstawicieli elit politycznych w naszym kraju, głównie parlamentarzystów i władz centralnych, widać w wywiadach telewizyjnych, na spotkaniach i imprezach masowych z ich udziałem, a najbardziej podczas kampanii wyborczych.

Niestety, w statystycznej większości okazują się oni kreaturami godnymi pożałowania, skandalistami i aferzystami, którzy nie spełniają żadnego z wyżej wymienionych kryteriów. Ich działania przynoszą wstyd i więcej szkód niż dobra naszemu narodowi, społeczeństwu i państwu.

Dziwne, że to państwo jeszcze w miarę dobrze funkcjonuje pod ich rządami. Prawdopodobnie funkcjonowałoby tak samo, a może nawet lepiej bez ich udziału, dzięki inercji instytucji władzy, wewnętrznym siłom napędowym działającym w społeczeństwie oraz zdrowym mechanizmom homeostazy, jakie ukształtowały się w historii naszego państwa.

Lista grzechów

W jakim stopniu elity polityczne spełniają wzorcowe wymogi i oczekiwania społeczeństwa?

I. Kwestia prawdomówności, wiarygodności, odpowiedzialności, prawości, współczucia i życzliwości.

Na każdym kroku łatwo stwierdzić częste rozmijanie się polityków z prawdą. Kłamią niemal wszyscy - okłamują społeczeństwo i siebie nawzajem: kłamca okłamuje kłamcę i wzajemnie wytykają sobie kłamstwo. Jedni kłamią subtelnie, inni prostacko i bezczelnie.
Okłamują, składając obietnice o redukcji bezrobocia, budowie dróg i mieszkań, wzroście dobrobytu, zmniejszeniu podatków, łatwiejszej dostępności do lekarzy-specjalistów itp. Kłamią przed kamerami telewizji w „żywe oczy” milionów ludzi i to bez jakiejkolwiek żenady - kłamstwo weszło im już w geny. Toteż większość społeczeństwa śmieje się, kpi z nich i niedowierza im - oni stali się dla mas po prostu niewiarygodni.


A czy są odpowiedzialni? Też nie. Po pierwsze, kłamcy nie mogą brać odpowiedzialności za to, co mówią.  Po drugie, unikają odpowiedzialności w sprawach błahych i wielkiej wagi: od zwykłych wykroczeń, np. jazdy po spożyciu alkoholu, do afer gospodarczych, przekrętów podatkowych i łamania zapisów konstytucji. Zresztą ustanowili dla siebie specjalne przywileje, immunitety, żeby nie ponosić odpowiedzialności wobec prawa i działać bezkarnie, poza prawem. Tak więc, kuriozalnie,  w państwie demokratycznym istnieje garstka obywateli równiejszych wobec milionów równych.

Duże zastrzeżenia budzi empatia i życzliwość elit politycznych. Okazują ją incydentalnie i chwilowo „od święta” i na pokaz z okazji wielkich wydarzeń tragicznych, katastrof, powodzi, wypadków, itp., a nie w zwykłych kontaktach z ludźmi, ani na co dzień i stale.

 

II. Kwestia kultury osobistej, wypowiadania się oraz dyskusji.


Niektórzy politycy, nawet ci, którzy przy każdej okazji podkreślają swoje pochodzenie szlacheckie, nie grzeszą zbyt wielką kulturą osobistą. Ich zachowanie, sposób wypowiedzi i odnoszenie się do innych jest prostackie, albo - nazywając rzecz po imieniu - chamskie. Na nic zda się piękne ubranie, tytuł i muszka, kiedy „słoma wyłazi z butów”, a chamstwo emanuje z nich, jak promieniowanie z substancji radioaktywnej.

Dziwne, że politycy bardziej dbają o swój wygląd zewnętrzny niż o swoje wnętrze, o kulturę wystroju, a nie o kulturę osobistą. Co gorsze, postępuje wśród nich zjawisko ekshibicjonizmu chamstwa. Wulgarne słownictwo (można się o tym przekonać na podstawie nagrań rozmów telefonicznych) i naganne maniery stają się standardem ich zachowań, ponieważ ulegają modzie celebrytów na szokowanie, co zapewnia utrwalenie swego wizerunku w oczach mas. Tyle tylko, że szokują tym, co złe, a nie tym, co dobre, gdyż to nie wymaga wysiłku i bardziej podoba się publiczce.


Dawniej sposób wysławiania się kogoś należącego do elity społecznej, do której zalicza się również polityków, stawiany był za wzór do naśladowania przez resztę społeczeństwa, a zwłaszcza przez młodzież. Ich język był nienagnany, wypowiedzi były logiczne i zrozumiałe. Teraz wykazują braki z podstaw języka ojczystego na poziomie dobrej szkoły podstawowej w zakresie stylistyki, gramatyki i składni.

W tych dniach - jakby na potwierdzenie mojej opinii - prasa doniosła, że „urzędnicy nie potrafią pisać w języku ojczystym – tak uważa Kancelaria Premiera i organizuje dla nich szkolenia”. („Rzeczpospolita”, 28.5.2014). Dobrze, że na tak wysokim szczeblu zauważono wreszcie to, o czym ludzie od dawna wiedzą. Ciekawe, kto zapłaci za te kursy językowe, chyba nie „uczniowie”, tylko podatnicy. A swoją drogą, jest to zjawisko kuriozalne - nie wiadomo mi, żeby w jakimś innym państwie urzędnicy państwowi, zwłaszcza rządowi, nie znali swojego języka ojczystego i żeby trzeba było organizować im korepetycje na koszt społeczeństwa.

O sensie fraz lepiej nie wspominać, sens wypowiedzi zastępowany jest bełkotem i krzykiem, jakby pokrzykiwanie i słowotok mogły zamaskować bezsens mówionych zdań. Nie daj Boże, żeby młodzież miała ich naśladować pod tym względem!

W czasach - jak to się teraz zwykło pogardliwie mówić - komuny, do elit politycznych wchodzili tzw. ludzie prości z awansu społecznego, najczęściej posiadający wykształcenie podstawowe lub zawodowe. Ale mimo posiadania różnych wad, oni byli ambitni i ze wszech miar starali się uzupełnić braki w wykształceniu, wychowaniu i kulturze, żeby się wybić ponad przeciętność i by ich poziom kultury był adekwatny do zajmowanych stanowisk.
Teraźniejsi politycy przeważnie posiadają wyższe wykształcenie i są przekonani, że wystarczą im dyplomy, często nawet byle jakie - jak to się popularnie mówi - „zdobywane na odpustach”, które rzekomo świadczą o ich kulturze; dlatego w ogóle nie pracują nad sobą i nie doskonalą się. Wystarczy, że zostali wybrani, albo mianowani do władz, a z kultury nikt ich nie rozlicza.

Osobną sprawą jest sposób przemawiania - tu ujawniają się braki z zakresu sztuki wymowy, umiejętności opisania swojego punktu widzenia, przekonywania do swoich racji i logiki wypowiedzi.

Sposób dyskutowania polityków w parlamencie i podczas audycji radiowych lub telewizyjnych woła o pomstę do nieba. Nie przestrzegają elementarnych zasad erystyki, bo ich nie znają, np. tej podstawowej, że jak jeden mówi, to drugi słucha do końca i nie przerywa mu. W związku z tym zdaje im się, że dyskutują, a faktycznie przekrzykują się nawzajem, mówią chaotycznie, bełkotliwie, często niezrozumiale i bez sensu. Takie dyskusje polityczne nie prowadzą do jakichś ustaleń, uzgodnień czy wniosków. Przypominają przysłowiowe rozmowy praczek w maglu i nie prowadzą do niczego - są po prostu jałowe i niepotrzebnie zajmują czas antenowy. Jedyny pożytek z nich, to utwierdzenie telewidzów lub słuchaczy o miernocie uczestników tych dyskusji.

 

III. Kwestia wiedzy i umiejętności.


Wiedza nie odgrywa prawie żadnej roli ani w preselekcji kandydatów do elit politycznych, ani w obsadzaniu stanowisk we władzach państwowych i administracyjnych.
Wystarczy mieć odpowiednią pozycję w partii i stosowne koneksje - jedno wiąże się z drugim.

Wiedza jest niepotrzebna na danym stanowisku, bo wystarczą doradcy, których wojewodowie, posłowie, senatorzy, ministrowie, premierzy itp. mają od groma, a z reguły zatrudniają swoich kolesiów wcale nie mądrzejszych. A więc doradcy też nie muszą być ekspertami. W razie czego pomyłki poprawi Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny, albo zweryfikuje życie, a za błędne decyzje i tak zapłaci w końcu podatnik, a nie polityk.

Wiedza nie jest zresztą potrzebna wobec braku odpowiedzialności. Tylko najniższe stanowiska obsadza się w drodze konkursu i wymaga się odpowiednich dyplomów, studiów podyplomowych z zarządzania, kilkuletniego stażu pracy i doświadczenia zawodowego, jak i badań lekarskich stwierdzających dobry stan zdrowia - również psychicznego.
Nie jest to potrzebne pretendentom do wysokich stanowisk państwowych i samorządowych; na te stanowiska nie przeprowadza się konkursów.
Województwem, resortem i państwem może rządzić każdy, kto zwyciężył w wyborach i uzyskał legitymizację przez większość społeczeństwa, nawet, jeśli ta większość wynosi zaledwie kilka procent wyborców.

Ordynacje wyborcze do samorządów, parlamentu krajowego i europejskiego są tak sprytnie pomyślane, że frekwencja wyborcza nie ma wpływu na wynik wyborów. Nie tak, jak w wielu organizacjach, gdzie wybory są prawomocne wtedy, gdy bierze w nich udział określone kworum wyborców. Toż to są jawne kpiny z demokracji. Polityk nie musi mieć merytorycznej wiedzy, ani umiejętności w zakresie zarządzania powierzonym mu działem; nie musi być zdrowy, zwłaszcza psychicznie, a jego IQ nie musi przekraczać minimum określającego debilizm.

Od kandydatów na europosłów nie wymaga się dobrej znajomości choćby jednego europejskiego języka obcego, w przeciwieństwie do kasjerki na dworcu kolejowym. Toteż najwięcej pieniędzy z budżetu państwa, przeznaczonych na utrzymanie gromady europosłów (po co ich tyle?), wydaje się na tłumaczy dla nich.

 

IV. Kwestia pazerności i ulegania grupom nacisku.


Władza kusi nadzieją na zarabianie (raczej dostawanie, dorabianie, albo kradzenie - słowo „zarabianie” jest niewłaściwe, ponieważ oznacza ono dostawanie pieniędzy, „za-robotę”, czyli za pracę) wielkich pieniędzy. Przede wszystkim na to liczą ludzie garnący się do polityki. Jak się ktoś do niczego nie nadaje i ma skłonność do draństwa, czyli jak jest „głupim” i „bandytą” - zgodnie z klasyfikacją ludzi podaną przez C. M. Cippolego - to pcha się do władzy. (Pisałem o tym w artykule Władza i rozum, „SN” Nr 4, 2012)

Pazerność jest największą siłą napędową w dążeniu do polityki i władzy. Rośnie ona proporcjonalnie do wysokości zajmowanego stanowiska, funkcji pełnionej w systemie władzy i osiągniętego już bogactwa. (Np. o zarobkach europosłów i ich pazerności można przeczytać w artykułach Magdaleny Gwóźdź, „Euroskandal! 1276 zł za jeden podpis!”(Fakt.pl, 28.12.13) i „Europejskie zarobki europosłów” (Onet.biznes 31.3.14).
Dla pieniędzy i w celu utrzymania się przy władzy zdolni są do wszelkiego łajdactwa - do zmiany poglądów i przynależności partyjnej, łamania norm obyczajowych, naruszania przepisów prawa, opluwania i niszczenia kontrkandydatów oraz rywali, współpracy ze światem przestępczym, krętactwa, uległości wobec różnych oficjalnych o nieformalnych grup nacisku, tolerowania bezprawia, niedotrzymywania obietnic składanych publicznie, itd.
Nie liczy się państwo, naród, społeczeństwo, dobro publiczne, prawo, moralność, lecz jedynie prywata i korzyści własne.

 

Chcąc zwrócić uwagę na postępującą i niebezpieczną degrengoladę elit politycznych w naszym kraju ograniczyłem się do stwierdzeń ogólnych; wyłuszczenie szczegółów zajęłoby zbyt wiele miejsca. A zresztą każdy łatwo znajdzie wystarczającą liczbę faktów w życiu codziennym w wyniku obserwacji zachowań i działalności elit politycznych, oceny ich decyzji, obcowania z nimi i prób załatwiania swoich spraw.

Efektem szmacenia się elit politycznych jest masowa pogarda dla nich - jedyny wyraz dezaprobaty społecznej w sytuacji, gdy nie ma się możliwości zastąpienia ich lepszymi i jeśli jest się skazanym na nie - oraz zobojętnienie i nieangażowanie się w politykę.
Najlepiej świadczy o tym malejąca frekwencja w wyborach parlamentarnych i samorządowych. To nie jest dobre, ponieważ potęguje wyobcowanie się elit politycznych od mas społecznych oraz wzrost ich hermetyczności i izolacji od nacisków społecznych, a więc umożliwia im przysłowiowe „smażenie się we własnym sosie”, czyli dalsze nieliczenie się ze społeczeństwem. Otwarte jest pytanie, do czego może to doprowadzić.

Wiesław Sztumski

25 maja 2014

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odsłony: 4661
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd