Powrót do komuny?

Utworzono: sobota, 27 wrzesień 2014 Wiesław Sztumski Drukuj E-mail

sztumski nowySłowo „komuna” kojarzy się u nas, głównie młodemu i średniemu pokoleniu, z czymś strasznym i chyba używane jest celowo do straszenia ludzi.

Wpłynęło na to wiele przyczyn
:


- brak rzetelnej źródłowej wiedzy o idei komunizmu głoszonej przez jej twórcę Karola Marksa,

- przekaz negatywnych doświadczeń życiowych przez rodziców i dziadków z okresu dyktatury proletariatu, stalinizmu i tzw. socjalizmu realnego (z reguły lepiej pamięta się to, co złe, aniżeli to, co dobre, zwłaszcza, gdy było się antagonistą lub represjonowanym),

- nagonka ideologiczna prowadzona przez kościół, dla którego komunizm (utożsamiany z cywilizacją zła, demonizowany i wyklęty), wiązany z ateizacją, oznaczał klęskę w walce o władzę, a przynajmniej utratę hegemonii w państwie i społeczeństwie i związanych z nią profitów ekonomicznych oraz innych przywilejów i majątków uzyskanych w mniej lub bardziej niegodziwy sposób w poprzednich wiekach,

- dążenie do wymazania ideologii komunizmu z pamięci i świadomości, żeby nie przeszkadzała w okresie transformacji ustrojowej w budowaniu nowego, a właściwie restauracji starego ustroju kapitalistycznego i związane z tym utożsamianie komunizmu z hitleryzmem oraz zakaz pokazywania symboli,

- zohydzanie komunizmu przez wiązanie go z ludobójstwem (jakby to było głównym celem komunizmu, a nie „produktem ubocznym” rewolucji socjalistycznej w Rosji, jak każdej innej; nota bene, bardziej ludobójcza była rewolucja związana z chrystianizacją świata (masowe mordowanie tzw. pogan, inkwizycja itp.), tylko o tym się nie wspomina, gdyż sądzi się, że wystarczyło słowo „przepraszam”,  bez żadnego zadośćuczynienia wypowiedziane raptem kilkanaście lat temu przez papieża.

A najgorsze jest to, że o „komunie” na ogół wypowiadają się źle najwięksi ignoranci, którzy nie wiedzą o czym mówią oraz opluwają ją ci, którzy dzięki komunie uzyskali wyższy status społeczny i wiele jej zawdzięczają.

  

Teoria a praktyka

 

Z reguły ideologię komunizmu utożsamia się z praktyką polityczną, która chce ją realizować, a jest to zasadniczy błąd. W istocie dziewiętnastowieczna idea komunizmu jest jedną z prób likwidacji sprzeczności między kapitałem a pracą w wyniku zniesienia alienacji pracy i wielu innych konfliktów społecznych, niesprawiedliwości i wyzysku w ustroju kapitalistycznym. Jak każda inna, zwiera pomysły utopijne. Ale ideologia jest tym nośniejsza i tym więcej znajduje zwolenników, im więcej w niej utopii - ludzie lubią być karmieni iluzjami i nadzieją.

„Zaletą” ideologii komunizmu jest to, że  stosunkowo szybko, bo w ciągu niespełna wieku, dała się w pełni sfalsyfikować w praktyce. Państwo socjalistyczne okazało się tyranią, a gospodarka socjalistyczna nie wytrzymała konkurencji z kapitalistyczną, co doprowadziło do zupełnego kolapsu. Na szczęście, twórcy ideologii komunizmu nie doczekali tego, bo byłoby największym nieszczęściem dla nich dożyć gorzkich owoców własnej rewolucji, nie takich, jak sobie wyobrażali.

Trudno orzec, czy winna temu była  sama ideologia, czy warunki historyczne, w jakich próbowano ją wdrażać, czy przywódcy polityczni bez odpowiedniej wiedzy, wyobraźni i doświadczenia. Właściwie dobrze się stało, że nie podtrzymywano na siłę tego niewydolnego systemu i pozwolono mu rozpaść się bez większych szkód i żalów u schyłku dwudziestego wieku. Oczywiście, są tacy, którym żal tamtych „dobrych” czasów, kiedy wiele rzeczy było prawie za darmo i dlatego były dostępne dla każdego: oświata, służba zdrowia, wczasy, sanatoria, czynsze, bilety itd.,  kiedy można było nie napracować się i jakoś żyć na średnim, choć niskim poziomie („czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”), a i dokraść coś z państwowego (czyli – jak uważano - niczyjego) zakładu pracy.

Zazwyczaj czas swojej młodości ocenia się najlepiej, choćby był biedny i okrutny. Ci ludzie wyrażają swoją tęsknotę za młodością w zawołaniu „Komuno wróć!” Jak w każdym ustroju, jednym żyło się lepiej,  innym gorzej, chociaż poziom życia oscylował nieznacznie wokół przeciętnego, nie tak, jak teraz.

 

Twórcy ideologii komunizmu przewidywali, że w komunizmie zniknie między innymi państwo (jako aparat przemocy), rodzina (jej model burżuazyjny), pieniądz, naród i religia. Praktyka realnego socjalizmu, zapoczątkowanego niefortunnie przez Lenina w wyniku nieprzemyślanej i dokonanej „na zamówienie” rewolucji w Rosji nie realizowała tych celów. Nadal państwo socjalistyczne było aparatem przemocy i to nie byle jakiej, pieniądz odgrywał taką samą rolę w gospodarce, jak w kapitalizmie, rodzina funkcjonowała w swym tradycyjnym modelu, nie zanikały podziały narodowe, a zwalczanie religii sprowadzało się do ateizacji rozumianej jako zastąpienie światopoglądu religijnego przez tzw. naukowy i do walki z kościołem, głównie katolickim.

 

To, czego nie udało się dokonać w ustroju socjalistycznym na drodze rewolucji, z powodzeniem udaje się w ustroju kapitalistycznym na drodze ewolucji. Możliwe, że postkapitalizm okaże się jakąś wersją komunizmu, niekoniecznie znanego nam z przeszłości. Historia, którą wprawdzie tworzą ludzie, toczy się niezależnie od tego, co im się podoba, ani czego sobie nie życzą.

 

Obumieranie państwa

 

Państwo jako instytucja polityczna zaczyna przeżywać kryzys. Przejawia się on w wielu aspektach. Przeżytkiem staje się państwo narodowe. Coraz więcej różnych narodowości i grup etnicznych zamieszkuje w coraz większej liczbie państw głównie z przyczyn ekonomicznych i globalizacji. W związku z tym, państwa jednonarodowe,  nawet te hermetyczne i niechętne przybyszom, stały się  mieszaniną etniczną i wyznaniową – utraciły swoją tożsamość narodową i wyznaniową. (Pisałem o tym w artykule Napędzanie strachu w SN, Nr 3, 2012).


W zakresie rządzenia i gospodarowania coraz bardziej dochodzą do głosu organizacje i instytucje pozarządowe – już dziś można by z powodzeniem zlikwidować  wiele ministerstw z pożytkiem dla funkcjonowania instytucji, które im podlegają, np. edukacji, nauki, i zdrowia. (Równie marnotrawcze i niepotrzebne jest dublowanie zarządzania resortami przez urzędników w randze ministrów w Kancelarii Prezydenta, chyba że chodzi o zapewnienie dobrych posad kolesiom partyjnym. (Ogromne pieniądze na ich utrzymanie należałoby przeznaczyć na inne cele).

James Scott w książce „Seeing Like a State” pisze, że coraz częściej przekonujemy się, że państwo nie jest w stanie kontrolować tego, co się wydarzy, nie potrafi zapanować nad dynamiką przestępczości, nie daje sobie rady z kontrolowaniem dynamiki gospodarki, nie radzi sobie z bezrobociem i w ogóle z polityką społeczną.

Kazimierz W. Frieske w wywiadzie pod tytułem "System niepewności" (Nowy Obywatel, 27.7.2011) oznajmia, że "państwo – tak jak ono funkcjonuje obecnie, organizując swoją aktywność w duchu neoliberalnej ideologii gospodarczej – samo produkuje niepewność. Przykładem jest system emerytalny, deregulacja rynku pracy, czy to, co stało się w szeroko rozumianym systemie edukacyjnym. To powoduje niepewność. Jeśli państwo produkuje niepewność, to produkuje również irracjonalność. W nieprzewidywalnym świecie, w którym nic nie jest pewne, człowiek nie potrafi racjonalnie kalkulować i podejmować racjonalnych decyzji. Państwo nie spełnia zatem swej podstawowej funkcji: stabilizowania społecznej rzeczywistości wokół nas".

W konsekwencji realizacji koncepcji społeczeństwa wiedzy znika przewidywana przez komunistów różnica między pracą fizyczną a umysłową:  w dobie robotyzacji jest bardzo mało prac, które można zakwalifikował jako „fizyczne"; coraz więcej młodych ludzi z wyższym wykształceniem pracuje fizycznie, a do zatrudnienia na prostych stanowiskach żąda się dyplomu wyższej szkoły.

Postępuje też zanik demokracji. Ustroju, który, jak twierdził Marks w "Krytyce programu gotajskiego", sprzyjał  uciskowi i wyzyskowi ludzi pracy przez kapitalistów, a teraz przez elity pasożytnicze – polityczne, partyjne i finansowe.

Faktycznie dziś rządzi znikoma mniejszość wysoko usytuowanych w finansjerze i polityce grup i pogłębia się przepaść między nimi a resztą mas społecznych  -proporcjonalnie do gwałtownego wzrostu bogactwa  jednych i ubóstwa drugich.

To wszystko świadczy o stopniowym, ewolucyjnym obumieraniu państwa w naszych czasach i o kształtowaniu się warunków do spełnienia (może nie dosłownie) Engelsowskiej wizji, zawartej w jego pracy "O pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa": "Społeczeństwo, które na nową modłę zorganizuje wytwórczość na podstawie wolnego i równego zrzeszenia wytwórców, odeśle całą machinę państwową tam, gdzie będzie wówczas jej właściwe miejsce: do muzeum starożytności, obok kądzieli i topora brązowego”, gdy funkcje państwa przejmą wspólnoty komunistyczne.

 

Odchodzenie od tradycyjnego modelu rodziny

 

Od pewnego czasu dość szybko postępuje załamywanie się modelu rodziny zbudowanego na mieszczańskich poglądach i wartościach chrześcijańskich. Po pierwsze, do rzadkości (w krajach rozwiniętych ekonomicznie) należą rodziny wielopokoleniowe i patriarchalne. Młodzi chcą być „na swoim" (są w stanie sami się utrzymać) i nie opiekować się starymi (rodzicami, albo dziadkami), a starym nie chce się wyręczać młodych i utrzymywać ich. Wskutek tego znacznemu osłabieniu ulegają więzy rodzinne.


Po drugie, coraz więcej małżeństw rozwodzi się; dotyczy to przede wszystkim tych z zaledwie kilkuletnim stażem. Wzrasta też liczba rozwodów kościelnych, o które teraz jest o wiele łatwiej niż dawniej. Występuje raczej już powszechne zjawisko wielokrotnego rozwodzenia się i zawierania małżeństw.

Pomijając negatywne skutki rozwodu dla dzieci, zjawisko to mocno nadweręża więzi rodzinne i powoduje rozbicie rodziny, a przynajmniej rozluźnienie jej struktury. A rodzina - w tradycyjnym pojęciu - uznawana jest za podstawową komórkę społeczeństwa. Niestety, nie tak stabilną, by mogła być jego fundamentem.

Po trzecie, coraz więcej jest rodzin wywodzących się z małżeństw mieszanych, w których mieszają się różne narodowości lub grupy etniczne, nawet bardzo odległe od siebie pod względem rasowym, kulturowym, wyznaniowym i obyczajowym. Negatywnym skutkiem tego jest rozsadzanie od wewnątrz w sposób naturalny tradycyjnego modelu rodziny homogenicznej, stabilnej i trwałej.

Po czwarte, coraz częściej zamiast rodzin, których podstawą jest małżeństwo spotyka się - zazwyczaj z powodów ekonomicznych - związki partnerskie, a z powodów odmienności upodobań - związki  homoseksualne. Nie wszędzie są one uznawane przez prawo, wskutek czego nie wchodzą w skład struktur  rodzinnych danych społeczeństw i dlatego zubożają je.  

 

Zmiana funkcji i istoty pieniądza

 

Od niespełna pół wieku zauważa się deprecjację pieniądza, a mimo to wciąż jest on przedmiotem kultu i pożądania ludzi. Proces odwartościowania pieniędzy postępuje odkąd zaczęto zastępować monety wykonywane ze szlachetnych kruszców (złota i srebra) banknotami emitowanymi w dowolnej ilości przez banki centralne bez należytego pokrycia i kontroli ze strony rządów i innych banków.

Namnożyło się różnych odmian pieniędzy: metalowe, papierowe, plastykowe, a w ekonomii występują pojęcia pieniędzy dodatnich, ujemnych, realnych i wirtualnych. Pieniądze namacalne – brzęczące lub szeleszczące – ustępują miejsca pieniądzom nienamacalnym – wirtualnym reprezentowanym w formie zapisów zero-jedynkowych na nośnikach pamięci komputerowej, a portmonetki i portfele nie są już wypchane banknotami i bilonem, lecz zawierają zazwyczaj tylko kartę płatniczą lub kredytową.

 

Pieniądz wirtualny (elektroniczny, e-pieniądz) jako środek płatniczy i przedmiot operacji bankowych i giełdowych, będący w powszechnym obiegu, utracił swoją atrakcyjność i siłę oddziaływania na zmysły. Jest niewyczuwalny i często niewyobrażalny (trudno sobie wyobrazić, jakie korelaty materialne kryją się za zapisem algebraicznym,  zwłaszcza wielocyfrowym, i mieć do nich jakieś uczucia). O ile pieniądz tradycyjny (realny, namacalny) zgromadzony w kieszeniach, portfelach, sejfach lub w przysłowiowej skarpetce wywoływał jakieś emocje, to pieniądz wirtualny w formie zapisu digitalnego na koncie bankowym  raczej nie stymuluje uczuć.

W swej ewolucji pieniądz przeszedł fazę od pieniądza kruszcowego, metalowego i papierowego do  elektronicznego. Dzisiejszy pieniądz (w jakiejkolwiek postaci) należałoby zaliczyć do kategorii pieniądza  fikcyjnego.

 

O ile ekonomiczne funkcje pieniądza niezbyt się zmieniły, to jego funkcje społeczne - o wiele bardziej i to głównie negatywnie. Pieniądz jest jeszcze środkiem płatniczym i środkiem wymiany, ale nie jest już obiektywnym miernikiem wartości, lecz umownym, bowiem coś jest tyle warte, ile ktoś płaci za  to. Wątpliwa jest jego funkcja tezauryzacyjna (gromadzenia oszczędności),  bo po pierwsze, po co gromadzić pieniądze fikcyjne, a po drugie - gromadzenie ich na kontach bankowych jest bardzo ryzykowne, o czym świadczą afery bankowe, w wyniku których ludzie utracili majątki zgromadzone na swoich kontach.

 

W miarę rozwoju neoliberalizmu, komodyfikacji (utowarowienia) i konsumpcjonizmu znacznie wzrosły negatywne oddziaływania pieniądza na zachowania ludzkie oraz na strukturę systemów społecznych. Pieniądze coraz bardziej wpływają na zachowania, postawy, działania i uczucia. Niesprawiedliwy podział dochodu narodowego i sposób uzyskiwania pieniędzy prowadzi do pogłębiającego się rozwarstwienia społeczeństwa (w poszczególnych  krajach oraz w skali globalnej) i do zaostrzania antagonizmów społecznych, co grozi destrukcją systemu społecznego - niewykluczone, że nawet w wyniku jakiejś rewolucji.

 

Pieniądz, który pełnił rolę pośrednika w wymianie między towarami, sam stał się towarem. Jego wartość jest umowna, często iluzoryczna, podyktowana przez giełdy i banki a nie przez społeczeństwo, które jest ich niewolnikiem i zakładnikiem. Jako towar pieniądz uległ procesowi alienacji - rządzi ludźmi i decyduje o ich losie. Wskutek utowarowienia pieniądza relacja towar1-pieniądz-towar2 przekształciła się w dziwną relację:  towar1- towar'- towar2. Może to zapowiedź powrotu do wymiany bezpośredniej i bezpieniężnej „towar1 za towar2”, jak było kiedyś dawniej i jak miało być w komunizmie?    

 

Zanikanie różnic etnicznych i tożsamości narodu

 

Od drugiej połowy dwudziestego wieku rozpoczął się proces szybkiego mieszania się narodowości i kultur na skalę światową w wyniku swoistej wędrówki ludów. Coraz więcej obcokrajowców przyjeżdża do pracy w krajach bogatych, gdzie tubylcom nie chce się, albo nie opłaci pracować, a przedsiębiorcy wolą zatrudniać o wiele tańszych pracowników z importu.

 

Emigracja zarobkowa stała się koniecznością dziejową i jest  skutecznym sposobem na przeżycie dla setek milionów ludzi. Przecież na świecie około miliarda ludzi żyje w skrajnej nędzy.

W wyniku masowego  napływu obcych,  społeczeństwa krajów bogatych stają się mieszaniną coraz większej liczby różnych grup etnicznych. Daje się to szczególnie zauważyć w wielkich miastach, bo tam na stosunkowo małych przestrzeniach skupia się ogromna liczba przedstawicieli różnych nacji.

Np. w Toronto, Chicago, czy Nowym Jorku  mieszka około stu dwudziestu rozmaitych grup etnicznych. USA od samego początku były tyglem, w którym mieszali się różni ludzie i z czasem naturalizowali się.

 

Prawdopodobnie globalizacja utożsamiana z amerykanizacją będzie docelowo realizować model kształtowania się społeczeństwa (chyba już nie narodu) amerykańskiego. A - jak w ostatnio opublikowanej książce stwierdza Al Gore - „Postępuje osłabianie państw narodowych o dużym potencjale możliwych konfliktów pod wpływem wzrastającej władzy wielonarodowych koncernów” (A. Gore, The Future. Six Drivers of Global Change, 2013).


W miarę upływu czasu społeczeństwo światowe ulegnie homogenizacji, przy czym prędzej zanikną różnice etniczne i narodowe aniżeli ekonomiczne. Dlatego miliardowe masy biedoty - być może - zjednoczą się  kiedyś w walce o przeżycie pod hasłem „Głodujący całego świata łączcie się!”, jak kiedyś pod podobnym hasłem walczyli proletariusze o swe przeżycie. 

 

Spadek znaczenia i roli kościoła

 

Kościoły jako organizacje wiernych przeżywają kryzys, a w szczególności Kościół katolicki z przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych. Do zewnętrznych należy laicyzacja będąca konsekwencją postępu wiedzy i cywilizacji, różne ideologie współczesne, a wcześniej ateizacja.

Do wewnętrznych należy upadek obyczajowości księży, afery pedofilskie (wg stwierdzenia papieża, na 50 duchownych przypada 1 pedofil), pycha, zarozumialstwo, brak empatii w stosunku do tzw. prostych ludzi, chęć rządzenia oraz bogacenia się i życia w ponadstandardowym, iście dworskim luksusie.


W konsekwencji, coraz bardziej zmniejsza się liczba wiernych praktykujących, tzn. respektujących przykazania boże i kościelne na co dzień, w szczególności młodzieży, mimo zmasowanych działań  i nacisków jawnych lub nieformalnych ze strony kleru i różnych organizacji przykościelnych. Swoistym przejawem gwałtu jest chrzest noworodków - statystyki podają, że około 90 % ludzi wierzących zostało ochrzczonych na siłę przez rodziców tuż po urodzeniu.  Natomiast faktyczna liczba rzeczywiście, a nie na pokaz, albo interesownie, wierzących oscyluje w przedziale 30-60%, w zależności od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania.

 

Jedni odchodzą od kościoła ze względów ekonomicznych, np. żeby nie płacić podatku kościelnego, drudzy z powodu przekonań filozoficznych lub światopoglądowych, a inni, by zamanifestować swój sprzeciw wobec wtrącania się kościoła w sprawy prywatne i państwowe oraz żeby wyrazić swoje oburzenie na postępowanie zdeprawowanego kleru, głównie hierarchów.

 

Do tego dochodzi jeszcze jedno zjawisko – jawna i coraz częstsza krytyka kościoła ze strony wiernych praktykujących. Dziś nie krępują się oni, ani nie obawiają, wyrażać publicznie negatywnych opinii o księżach, niezależnie od zajmowanego przez nich stanowiska w hierarchii kościelnej i często nie zgadzają się  z  decyzjami władz kościelnych.


Proporcjonalnie do nasilania się tych zjawisk spada autorytet kościoła i jego hierarchów. To, rzecz jasna, nie przekłada się wprost na zanikanie religijności ludzi w ogóle, jednak odnosi się wrażenie, że odzwierciedla zmianę religijności: wiara w byty nadprzyrodzone, bóstwa i kult okazywany im ustępuje miejsca wierze w jakieś abstrakcje (absolut, zasada porządkująca świat, Wielki Projekt itp.) oraz kultowi okazywanemu bytom materialnym. 

Wydaje się, że na co dzień bardziej jest praktykowany kult rzeczy (przede wszystkim pieniądza) i ludzi (wielkich jednostek, idoli), aniżeli kult boga. To jakby renesans pogaństwa, kiedy czczono różnych bożków, których dziś nazwalibyśmy chyba idolami. Taka jest natura człowiecza, że ludzie zawsze i wszędzie wierzą w coś, albo w kogoś, bo to ułatwia im życie i przyczynia się do odczuwania komfortu psychicznego. Tak czy inaczej, w kościele i religijności dokonuje się metamorfoza, w wyniku której zmieni się teraźniejsze pojęcie religii. 

Wiesław Sztumski

24.07.14

 

 

 

 

Odsłony: 2895
Our website is protected by DMC Firewall!