banner


Algorytmy rynku

>

>Specyfiką dobra wirtualnego jest to, że ocenić je można tylko po skonsumowaniu. Niemożliwe jest wcześniejsze jego obejrzenie, bo obejrzenie i skonsumowanie jest praktycznie tym samym. Trudno się dziwić, że mało kto chce za takie dobra płacić z góry. W przypadku nieznanego utworu znanego już twórcy lub popularnego utworu nieznanego twórcy można jeszcze do czegoś odnieść jego cenę, lecz nieznany utwór nieznanego twórcy nie znajduje już żadnego punktu odniesienia. Tu nawet najmniejsza cena może okazać się nadmierna. Odwrotny problem stwarza zapłata z dołu, pozwalająca na nadużycie darmowej, choć jednorazowej konsumpcji. Wtedy dla sprzedającego sama oferta może być równoznaczna z niezamierzoną darowizną.

>

>Można by przyznać każdemu pewną ilość informacji, które mógłby, powiedzmy co miesiąc, nieodpłatnie pobierać ze stron płatnych z dołu. Dalsze pobrania byłyby już płatne z góry. Treści płatne z góry będą chyba jednak same się wykluczać z obiegu. Regułą, szczególnie dla nieznanych treści, powinna być raczej płatność z dołu. Jedyną niezniechęcającą odbiorcy alternatywą jest ich nieodpłatność, jeszcze mniej korzystna dla twórcy.

>

>Każda strona mogłaby mieć swoje konto, skonfigurowane i zarządzane przez jej dysponenta. Każdy internauta mógłby dysponować dowolną liczbą stron. Każde pobranie z jakiejś strony byłoby wprost lub po potwierdzeniu satysfakcji równoznaczne z uznaniem jej konta. Jednostką rozrachunkową byłby tutaj bajt lub megabajt, który dalej mógłby być wydatkowany na odczyt przez internautę obcych stron.

>

>Ktoś, kto by do sieci mniej wnosił niż z niej bierze, musiałby dokupić sobie bajtów za zewnętrzną walutę, w ramach jakiejś giełdy, która zresztą mogłaby być jeszcze jedną funkcją sieci. Ktoś, kto by w sieci więcej dystrybuował niż konsumuje, mógłby odwrotnie, wymieniać nadwyżki bajtów na dolary, juany czy złoto.

>

>Stosunkowo najbezpieczniejszy dla twórców oraz konsumentów treści, a przy tym chyba najsprawiedliwszy wydaje się system rozliczeń z wieloma kategoriami stron płatnych, określanymi przez mnożnik bajta, a jeszcze lepiej przez wykładnik potęgi 10, przez którą byłby mnożony standardowy bajt rozrachunkowy. Zero oznaczałoby cenę standardową, 1 znaczyłoby, że za bajt z danej strony trzeba zapłacić dziesięć bajtów rozrachunkowych, 2 że sto, 3 że tysiąc, 6 że milion, -2 że jedną setną. Rozliczenia byłyby zautomatyzowane przez sieć: po stronie udostępnień przez dostawców domen, po stronie pobrań przez dostawców łącz. Osobna kategoria domen, na przykład oznaczona dodatkowo gwiazdką, mogłaby mieścić strony płatne z góry. Sama gwiazdka, bez liczby, mogłaby oznaczać strony darmowe.

>

>Zupełnie podobnie, jak w jednostkach informacji, można ułożyć rozrachunki w jednostkach czasu. Podstawową miarą mogłaby być, na przykład, minuta rozrachunkowa, podobnie jak bajty skalowana kategoriami. Tu bilansowany byłby czas udostępnienia z czasem dostępu.

>

>Oczywiście, może, a nawet powinna istnieć domena darmowa, publiczna, w której twórcy umieszczają próbki swych utworów lub całe utwory, do której też utwory płatne powinny przechodzić po pewnym czasie lub po osiągnięciu pewnej sprzedaży. Nic też nie wyklucza zapłaty za utwory z domeny darmowej, jeśli ktoś będzie chciał w ten sposób wyrazić uznanie twórcy.

>

>Wykorzystanie różnych usług i aplikacji, ułatwiających dystrybucję treści, też może być płatne w którejś z walut sieci i mierzone bądź czasem, zaoszczędzonym po stronie konsumenta, bądź rozdystrybuowanymi bajtami, liczonymi od strony twórcy. Stosunkowo najprostszym, choć ryzykownym modelem biznesowym, prawdopodobnie wymagającym sztywnych i arbitralnych regulacji, byłaby tutaj marża dystrybucyjna, liczona w bajtach lub minutach.

>

>System pobierania opłat za treści i wynagradzania twórców można ukształtować w sieci rozmaicie. Już w tym niedługim rozdziale naszkicowano wiele możliwości. Żadna z nich nie musi mieć zresztą monopolu ani być obowiązkowa. Jednak tym, co dla wszystkich pozostaje wspólne, jest algorytmiczna racjonalizacja rynku, która sprawia, że sieć nie musi być obciążana tym modelem obrotu własnością intelektualną, który dzisiaj dławi kulturę i naukę na Ziemi.


>

>Różne światy, różne prawa


>

>Przedstawiony zarys ekonomii sieci zawiera elementy, które wydają się oczywiste i naturalne, a także takie, które są tylko przykładowym wyborem spośród wielu możliwych rozwiązań, nawet jeśli optymalnym, to przecież nie koniecznym. Te pierwsze to kwestie bogactwa i wartości, te drugie to kwestie rozrachunków oraz cen. Przez wzgląd na tę dowolność, nie są tu proponowane żadne konkretne prawa, algorytmy albo instytucje. Te można ukształtować rozmaicie.

>

>Większą szczegółowość miały rozważania dotyczące bogactwa, wartości, produkcji i konsumpcji, których specyfika jest często nierozumiana bądź lekceważona. Odwrotnie, niewiele uwagi poświęcono dystrybucji, gdyż ten sektor, porządkujący treści, kategoryzujący je i personalizujący, jest już stosunkowo dobrze rozwinięty i dość powszechnie rozumiany, a przy tym, z jednej strony, nie wymaga nowych modeli gospodarczych, a z drugiej, stosunkowo łatwo powinien się do nich przystosować.

Od kilkunastu lat do sieci wchodzi komercja. Już wyraźnie ją trywializuje oraz zalewa informacyjnym i estetycznym śmieciem. Agresywne, miliardowe przejęcia na giełdzie, przyśpieszają monopolizację oraz standaryzację i konsekwentnie sprowadzają sieć do nizin, będących wcześniej domeną telewizji. Inaczej niż w przypadku telewizji, którą w całości zdominowała popkultura, sieć może się rozwarstwić na domenę powszechną, podobną do dzisiejszej telewizji, i elitarną, bliższą kulturze druku. Pierwsza handlowałaby raczej czasem, druga informacją, każda też może mieć inną gospodarkę, prawo oraz ustrój.

>Ustrój sieci nie wymaga prawodawców, władz, przedstawicieli, sądów czy policji. Stanowienie prawa może się odbywać w systemie, wyrażającym zbiorowe poczucie sprawiedliwości, posiłkującym się mechanizmem emergencji podobnym do rozwiązań znanych z Wikipedii lub Google. Precedensy mogą być rozpatrywane przez sąd ludowy, oparty na mechanizmie forum, a egzekucję prawa zapewnić mogą automatyzmy, wbudowane w sieć.

>

>Wewnętrzna sprawiedliwość sieci nie potrzebuje instytucji takich, jak te przyjęte na Ziemi. Naturalny dla sieci model mógłby być bliski demokracji klasycznych Aten, z zastąpieniem niewolników i urzędników przez oprogramowanie. Ponieważ jednak ustrój będzie stale weryfikowany przez aktywny ogół, może on się ukształtować zupełnie inaczej. Zresztą, w końcu, sieć nie musi być jedna. Mogą w niej istnieć obszary różnych praw i różnych ustrojów.

Nasilające się ostatnio próby agresji prawnej na sieć, podejmowane zgodnie przez dążące do kontroli państwa i dążące do monopoli koncerny, prowokują odwet internautów, destabilizujących poprzez sieć ziemskie instytucje i ośmieszających je. Może to spowodować wyłonienie się władz sieci, zdolnych kiedyś zawierać z władzami ziemskimi umowy polityczne, celne i handlowe. Inny scenariusz powstania takich władz to przyznanie sieci samorządności oraz względnej autonomii w ramach lex specialis prawa Ziemi, oczywiście nie bez wbudowanych mechanizmów kontroli, zapewne nie słabszych niż te, które funkcjonują dzisiaj.


>

>W stronę autonomii sieci


>

>Ekonomia materii i ekonomia idei to różne porządki. Pierwsza dotyczy wytwórczości, druga twórczości, pierwsza obejmuje dobra wymierne i policzalne, druga niekoniecznie. W pierwszej dobrem rzadkim jest praktycznie wszystko, w drugiej tylko ludzie, ich kreatywność i czas.

>

>Gospodarka sieci domaga się własnej ekonomii, odpowiedniej dla świata idei. Nie stosują się do niej te reguły, do których przyzwyczailiśmy się w świecie materii, zresztą w drugą stronę jest podobnie: to są po prostu różne światy, które muszą koegzystować i nawzajem tolerować swoje specyfiki.

>

>Sieć nie jest samowystarczalna, musi importować co najmniej energię i żywność. Dlatego bajt powinien być wymienialny na waluty zewnętrzne, sekunda też. Eksport i import sieci mogą podlegać zewnętrznemu prawu. Jeśliby je prawo Ziemi ocliło, trzeba płacić cła, jeśliby ich w jakimś obszarze zakazało, trzeba tam wymianę ograniczać.

Żadne jednak zewnętrzne daniny i prawa nie powinny obowiązywać w samej sieci.

>

>Ziemia też jest coraz bardziej zależna od sieci. Wyłączenie czy ograniczenie sieci coraz trudniej sobie wyobrazić, a jego skutki społeczne i gospodarcze byłyby chyba dla Ziemi porównywalne do stanu wojny, zresztą mogą być tej wojny elementem. Koegzystencja obu światów jest konieczna i będzie tym łatwiejsza, im lepiej pogodzi ich obustronne interesy.

>

>Ekonomia Ziemi, lepsza czy gorsza, już istnieje, jest jako tako oswojona przez rządy i wpisana w porządek prawny. Specyficznej ekonomii sieci jeszcze nie ma, a ponieważ naturalna gospodarka sieci rośnie szybciej niż cokolwiek na Ziemi, sformułowanie cyber-ekonomii staje się coraz pilniejsze i chyba już nieuniknione.

>

>Ekonomia Sieci musi być efektem rozsądnego namysłu i zrozumienia specyfiki sieci, nie prowokacją albo polemiką czy krytyką ziemskiego porządku. Nie potrzebuje zresztą zmieniać niczego na Ziemi, bo dotyczy raczej świata równoległego niż konkurencyjnego. Przynajmniej na razie.

>Marek Chlebuś


>

Całość tekstu pod adresem: http://chlebus.eco.pl/CYBER/EkonomiaSieci.htm