Lęk przyszłości

Utworzono: piątek, 23 kwiecień 2021 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

Żyjemy w epoce przejściowej, u początków jakiejś nowej ery, której nie umiemy nawet jednoznacznie nazwać, co dopiero ogarnąć, przewidzieć, czy tym bardziej kształtować. Nie wiemy, dokąd nas niesie nurt zmian, coraz też trudniej nam się utrzymać na jego powierzchni. Podobnie mogą czuć się ludzie porwani przez wielką powódź, nie widzący brzegu, drzew czy wystających z wody dachów, na których dałoby się schronić. Muszą tylko jak najdłużej płynąć i liczyć na szczęście.

Kształtują nas procesy, których nie kontrolujemy i nie pojmujemy. Może to wzbudzać zrozumiałe lęki i uzasadniać pesymizm, ale samo w sobie nie musi zapowiadać katastrofy. Zresztą, z wywoływaniem katastrof nieźle radzimy sobie sami. I z podnoszeniem się po nich, jak do tej pory, też.
To może lepiej zamknąć oczy i nie patrzeć w tamtą stronę, gdzie czai się tyle strachów – w przyszłość? I nie myśleć tyle? „Myślenie nie należy do naturalnych czynności człowieka; jest ono wynikiem jakiegoś niedomagania, jak gorączka w czasie choroby” – pisał roztropnie Bertrand Russell. Ale jak mu wierzyć, skoro sam był notorycznym myślicielem?

Finanse

W ciągu ostatnich dwunastu lat, baza monetarna dolara wzrosła przeszło sześciokrotnie. Podobne procesy dotyczyły też innych walut, ich skala jest zazwyczaj mniejsza, ale mechanizmy te same. I te same rodzą się pytania. Poszukajmy więc odpowiedzi na przykładzie dolara: skoro pieniędzy jest teraz sześciokrotnie więcej, czemu nie mamy sześciokrotnego wzrostu cen?

Jedno z wyjaśnień mogłoby być takie, że pieniądz zmniejszył cyrkulację, na przykład także sześciokrotnie, czyli że w obiegu byłoby go ciągle tyle samo. Ale wtedy powstaje pytanie, gdzie jest zamrożone pozostałe 5/6 masy pieniądza? W oszczędnościach jakoś tego nie widać, bo ich przyrost był wielokrotnie za mały. Więc gdzie?

A może to nie pieniądz zwolnił, ale towary przyśpieszyły obrót? Realne dobra nie mogłyby, bo podlegają fizycznym ograniczeniom, ale finansowe – czemu nie? Na przykład aktywa giełdowe. Komputery na giełdzie mogą handlować jeden z drugim z szybkością milionów transakcji na sekundę, odbijając między sobą to samo aktywo, jakąś na przykład baryłkę ropy, jeszcze niewydobytą, ale już tworzącą wirtualny obrót. Taki jednak handel nie absorbuje za bardzo pieniądza, bo jeżeli giełdę rozlicza się dobowo, to jeden dolar mógłby być użyty te właśnie miliony razy na sekundę pomnożone przez liczbę sekund w sesji, czyli pojedynczy dolar byłby w stanie obsłużyć wielomiliardowy rynek. I dużo więcej nie potrzeba, bo dobowy obrót giełdy nowojorskiej (NYSE) to właśnie kilkadziesiąt miliardów dolarów.

Trochę inaczej jest z dobrami cyfrowymi, jak Windows. Tu produkcja, czyli kopiowanie, jako bezkosztowe, nie znajduje gospodarczych ograniczeń, ale limity stawia rynek, bo wszelkie kopie, dopóki nie znajdą nabywcy, pozostają tylko abstrakcją. Jako binarne ciągi cyfr są po prostu liczbami, dobrami co najwyżej potencjalnymi. Urealnienie ich wartości wymaga znalezienia kogoś, który by ją poświadczył, czyli nabywcy. A prawdziwa sprzedaż to już proceder znacznie wolniejszy od kopiowania. Za wolny.

No to może jakiś sprytny fundusz, tak jak te na giełdzie, postawił koło siebie dwa komputery, z których jeden dopisuje drugiemu pieniądze, a tamten, wzajemnie, temu pierwszemu przypisuje, na przykład, licencje na Windows? Tego wykluczyć nie można, ale po zakończeniu takiego handlu, sytuacja byłaby właściwie taka jak przed nim, tylko te komputery poniekąd zamieniłyby się miejscami: ten pierwszy, który miał pieniądze, teraz miałby Windowsy, a ten drugi, zamiast Windowsów, miałby teraz przypisane pieniądze. To fikcyjny handel i równie fikcyjne miliardy, równowarte najwyżej paru dolarom, które by trzeba komuś zapłacić za samym przestawienie tych komputerów na biurku, dające przecież ten sam efekt. Wszystko powyżej tej kwoty, byłoby tylko finansową sztuczką, pozwalającą księgować fikcyjne wartości i nadmuchującą nowe bańki.

Do starego truizmu, że pieniądz jest fikcją, doszedł ostatnio nowy, że z tej fikcji zdjęto dotychczasowe reguły równowagi i stała się bańką, podobnie jak giełdy oraz rynki wirtualne. I tak sobie teraz te bańki puchną synchronicznie, a że jedne służą za miarę dla drugich, to w liczbach rozmiarów tego puchnięcia nie widać. Coraz częściej pojawia się jednak refleksja, że ten danse macabre nie może trwać wiecznie, i że pieniądz będzie wkrótce unieważniony – albo administracyjnie, albo przez hiperinflację. Na jakiś czas powinna wtedy powrócić gospodarcza realność, ale chyba już inna niż wcześniej.

Tu otwiera się problematyka następnego rozdziału. Bo jednak istnieje wyjaśnienie tego paradoksu pieniądza, że im więcej go robią, tym bardziej go brak. Otóż: pomnażanego pieniądza nie widać na realnych rynkach, bo tam jeszcze po prostu nie dotarł. Dostają go na razie wielkie fundusze, które zań wykupują mniejsze fundusze i firmy, za pośrednictwem których stopniowo sięgają po jeszcze mniejsze i mniejsze, ale do zwykłych ludzi ta lawina pieniędzy jeszcze nie dochodzi.
Transakcje na giełdach są szybkie. Cyfrowe wartości za cyfrowy pieniądz – to przecież tylko zapisy w komputerze, które pozwalają błyskawicznie przejmować firmy, surowce, kontrakty, tytuły własności, hipoteki, długi, ale tylko te zdigitalizowane. Znacznie trudniej jest sięgnąć po majątki ludzi, czyli głównie nieruchomości, w większości jeszcze analogowe. Potrzeba tu żmudnej pracy wielu mniejszych pomocników, opodatkowujących ludzi, zadłużających ich, albo po prostu wykupujących, przejmujących ich majątki, które potem obrabiają formalnie i oddają funduszom giełdowym, już cyfrowym. To wymaga współdziałania nie tylko różnych biznesów, agentów i kancelarii, ale także państw, sądów oraz banków. A przede wszystkim wymaga to czasu.

Teoretycznie, na końcu takiej operacji, gdyby się udała, zostałyby wielkie fundusze z całym majątkiem świata i masy ludzi z wszystkimi pieniędzmi... które by wtedy można unieważnić. Byłaby to jakby nowoczesna wersja biblijnej historii wywłaszczenia i zniewolenia Egipcjan, którą Księga Rodzaju podsumowuje tak: „Kupił tedy Józef wszystką ziemię egipską, gdy każdy sprzedawał swą posiadłość dla wielkości głodu; i poddał Faraonowi ją i wszystkich ludzi jej, od ostatnich granic Egiptu aż do najdalszych jego granic.” BJW Rdz 47.20–21

Ustrój

Ziemia sp. z o. o.

Mniej więcej od czasu upadku komunizmu, kapitalizm podlega poważnym przemianom ustrojowym. Zapoczątkowała je liberalizacja rynków i uprzywilejowanie finansów, potem przyśpieszyła komercjalizacja Internetu i kryzys dotcomów, kolejny bieg wrzucił kryzys subprime'ów, teraz turbo włączył kryzys antycovidowy... a to przecież jeszcze nie koniec.

Ogólna natura tych zmian jest taka, że kiedy kapitalizm poczuł się systemem bezalternatywnym, nie musiał już, jak wcześniej, liczyć się ze społeczeństwem i nadal dowodzić swojej atrakcyjności. Wielki kapitał mógł dać upust swoim, skrywanym długo, bulimicznym instynktom – ponad wszelki rozsądek i użyteczność, nie wspominając nawet o przyzwoitości. Mógł już wzbogacać nielicznych kosztem reszty i kosztem ogólnego ładu, mógł zawłaszczać dobro wspólne, komercjalizować, monopolizować i degradować sferę publiczną, już nie tylko media, edukację, zdrowie, ale także bezpieczeństwo, wojnę, kosmos, a nawet prawodawstwo, sądownictwo i politykę...

Skutkiem tego, bezpośrednim lub ubocznym, był – i nadal jest – demontaż społeczeństwa dobrobytu, pauperyzacja klasy średniej, wywłaszczanie mas, pozbawianie ich praw, świadczeń, głosu... Oficjalne fundamenty ustrojowe jak wolny rynek, demokracja, praworządność, pozostają w konstytucjach jako patetyczne deklaracje, lecz zaczęły być jawnie gwałcone, za przyzwoleniem, a przynajmniej przy bierności społeczeństw indoktrynowanych w szkołach, otępianych przez mass media, warunkowanych behawioralnie przez Internet, gry i media społecznościowe...

Te przemiany ustrojowe mają nazwanych beneficjentów. Są to fundusze inwestycyjne - stosunkowo nowe, bo startujące w większości pod koniec XX wieku, które w ciągu trzydziestu lat urosły prawie od zera do rozmiarów takich, że cztery największe z nich, zresztą wzajemnie powiązane, zarządzają w sumie kapitałami przewyższającymi PKB Stanów Zjednoczonych.

Ich średni udział w akcjonariatach spółek z indeksu S&P500, obejmującego pięćset największych firm z amerykańskiej giełdy, wynosi około 25%, co daje Wielkiej Czwórce jeśli nie całkowity, to w każdym razie dominujący wpływ na działalność takich spółek, jak Microsoft, Apple, Intel, Google, Walt Disney, Time Warner, Universal, McDonald’s, Nestle, Monsanto, General Motors, Boeing, General Electric, Bank of America, JPMorgan Chase, Citigroup i tak dalej, i tak dalej.

Oto imiona Wielkiej Czwórki oraz sumy aktywów pod jej zarządem, podane w bilionach dolarów* :
BlackRock – 8,68;
Vanguard – 6,7;
Fidelity – 3,3;
State Street – 3,15.
Razem – 21,83.
Dla porównania: PKB USA – 20,8

Sumy aktywów w zarządzie, choć imponujące, jeszcze nie oddają całej potęgi Wielkiej Czwórki, którą zwiększają różne kontrakty na zarządzanie i doradztwo. Przykładowo, Wikipedia, podając w cytowanym wyżej artykule o State Street kwotę 3,1 bln „w zarządzie”, dodaje 36,6 bln „pod nadzorem i administracją”. Choć to słabsza forma władzy, bo nie podparta prawami własności, to jak widać obejmuje dwunastokrotnie większe kapitały, same w sobie już znacznie przewyższające i PKB USA, i wszystkie wyliczone wyżej aktywa pod zarządem Wielkiej Czwórki.

Bardzo trudne, a może w ogóle niemożliwe do wycenienia, są znane wpływy wielkich funduszy na instytucje międzynarodowe, jak Unia Europejska, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Rozrachunków Międzynarodowych, Światowa Organizacja Handlu, Światowa Organizacja Zdrowia... oraz wpływy na rządy państw, z amerykańskim na czele. O wpływach nieznanych opinii publicznej już nawet nie warto wspominać.
Obraz jest jednoznaczny: centrum globalnej władzy właśnie się buduje, co najmniej dla świata zachodniego. Na szczycie lub na froncie tej konstrukcji widać cztery wielkie fundusze: BlackRock, Vanguard, Fidelity i State Street.

Wielka Czwórka to jednak raczej przedostatnie niż ostatnie piętro piramidy władzy. Wyższymi władcami byliby ci, którzy rządzą Wielką Czwórką. Formalnie za ich lidera uchodzi Lary Fink, zdolny finansista, który w 1988 r. założył BlackRock i do dzisiaj kieruje firmą. Ale to przecież tylko zarządca, sam mający już niewielki udział w kapitale firmy. On też komuś podlega i nawet, przynajmniej formalnie, może być odwołany.

Nikt by zresztą nie pozwolił tak urosnąć najzdolniejszemu nawet finansiście, żeby sam przejmował zarządzanie nad najpotężniejszymi biznesami świata, jak chociażby banki Rezerwy Federalnej. Takich interesów nie oddaje się bez walki, a wszystkich tych walk nikt nie mógłby wygrać – ani Fink, ani Rambo, ani Obelix. Z dużym prawdopodobieństwem Lary Fink musi działać za przyzwoleniem wcześniejszych plutokratów, a oni sami, ci najwięksi, pewnie lokują się gdzieś nad nim, albo za nim. Jest raczej arendarzem niż dziedzicem.

Sami dziedzice, rzeczywiści beneficjenci tego układu, nieznani społeczeństwu, pozostają całkowicie poza jego kontrolą, oceną i jakimkolwiek wpływem. Raczej też nie ma nad nimi władzy amerykańskie – i pewnie żadne inne – państwo. Mimo sytuacji ewidentnego oligopolu, żaden z ostatnich prezydentów nie zdecydował się wszcząć formalnego postępowania w sprawie Wielkiej Czwórki, tak jak kiedyś William Taft, który w 1911 r. sfinalizował proces antytrustowy przeciw Standard Oil, spółce Johna D. Rockefellera, uchodzącego do dziś, zapewne już niesłusznie, za najbogatszego człowieka w dziejach. No, ale majątek Rockefellera był wart „zaledwie” kilka procent amerykańskiego PKB.

Stary Nowy Ład

Koniec państwa dobrobytu - niczym odpływ morza - odsłonił potwory żerujące w głębi. Nie są one nowe, tylko znów je widać, jak sto czy więcej lat temu. Plutokraci byli w Ameryce w pewnym sensie zawsze, w końcu to oni utworzyli USA, a zarządzania cudzymi aktywami jako źródła zysku i władzy nie wymyślił Lary Fink. Podobną działalność rozwinął sto lat przed nim John Pierpont Morgan. Podpierał on spółki w kłopotach, w które zresztą sam je często wpędzał, biorąc pełnomocnictwa do praw z akcji, tak że z czasem przejął władzę nad całymi sektorami gospodarki, a jego wpływy wykraczały daleko poza USA. Układali się z nim prezydenci, a koronowani władcy świata przyjmowali go jak równego sobie (pochodził zresztą ze starego arystokratycznego rodu).
Założona przez niego i nosząca jego imię firma JP Morgan, nadal ma się dobrze, prowadząc podobną jak wcześniej działalność. W kryzysie subprime'ów właściwie to ona zarządzała finansami USA i to jej działania rozpoczęły trwające do dziś szaleńcze emisje dolara.

Ameryka jakoś wciąż funkcjonuje – mimo, a czasem może dzięki wysiłkom plutokratów, nawet jeśli ci oczekują w zamian bajońskich korzyści. Może to nie oni są głównym problemem, a jeżeli nawet, to nie wiadomo, czy rozwiązywalnym. „To bardzo sprytni ludzie, nie wierzę żeby przez jakieś prawodawstwo czy cokolwiek innego (…) można było utrzymać takich ludzi w ryzach, to niemożliwe, oni zawsze będą na wierzchu” – tak pod koniec XIX wieku mówił o Rockefellerach William Henry Vanderbilt, skądinąd też plutokrata i wtedy najbogatszy człowiek w Stanach, nie całkiem więc wiadomo, czy można mu w tej materii ufać.

To, co teraz robią, inspirują, a co najmniej akceptują, przed nikim i niczym nie odpowiadające, finansowe władze USA i poniekąd świata, zdaje się wskazywać na stan ich kompletnej nieodpowiedzialności, bezkarności i braku poczucia jakiejkolwiek wspólnoty ze społeczeństwem, które zapewne traktują jak niegodny empatii plebs. Kapitalizm finansowy, czy raczej cyfrowy, stracił ludzką twarz i staje się coraz bardziej bezduszny, okrutny, nieludzki.

Z czasem mogłoby to prowadzić do rewolucji, ale na razie nie widać nawet zalążków rewolucyjnych idei czy rewolucyjnego gniewu. Skutecznie powstrzymują je sektory edukacji, mediów i rozrywki, kontrolowane przez rządzący układ, a gdyby te miały go zawieść, to ma on jeszcze dostęp do starych rozwiązań siłowych, a od niedawna także do nowych: do cyfrowych narzędzi kontroli i przemocy, tworzących coś w rodzaju globalnego elektronicznego pastucha. Implementację i legalizację tego e–pastucha szczególnie przyśpieszył kryzys antycovidowy, nadając mu status narzędzia antyepidemicznego. Nie trzeba chyba dodawać, że w zasadzie wszystkie spółki Big Tech, dominujące w sektorze cyfrowym, pozostają pod kontrolą Wielkiej Czwórki.

Nowa władza rozrosła się w cyberprzestrzeni i musi doceniać jej wartość. Zazdrośnie broni swoich przywilejów kontroli, wpływu i wyzysku, które – bez wszechogarniającej Sieci, bez terroru prawa autorskiego, bez wirtualizacji wartości, bez prywatyzacji kluczowych technologii – musiałyby się zredukować stu i tysiąckrotnie do jakichś realnych miar. A taka degradacja boli. Poza tym, tracąc władzę, łatwo można „zyskać” odpowiedzialność. A to boli jeszcze bardziej.

Nowy system, choć jeszcze oficjalnie nie ogłoszony, już traci zaufanie społeczne, bo oceniany jest nie po hasłach, ale po skutkach, a te są dla jakichś 99% ludzi niedobre. Pozostały 1% tym gorliwiej szuka legitymizacji swoich przywilejów pod propagandową osłoną różnych utopii, mających kierować uwagę społeczeństw na obszary odległe i abstrakcyjne. Rozwijane są idee zrównoważonego rozwoju, czwartej rewolucji przemysłowej, powszechnego akcjonariatu i inne podobne, mające ten wspólny mianownik, że nie naruszają interesów wielkiego kapitału. Możemy sobie zarządzać biosferą lub klimatem, ale w żadnym wypadku nie finansami albo Internetem.

Ostatnim pomysłem jest tak zwany kapitalizm inkluzywny, który ma się sprowadzać do tego, aby korporacje przejęły od państw cały obszar dobra wspólnego, urynkowiając je i wyjmując spod kontroli społecznej. Usługi publiczne – bezpieczeństwo, edukacja, zdrowie, środowisko – przestaną być ludziom należne, trzeba je będzie kupować. Ponieważ jednak nie będzie powszechnie dostępnej pracy, ogół dostanie symboliczne akcje, uzyskując status mikrokapitalistów, którzy będą mieli żyć z dywidend. Gwarantowane dochody z pracy zostaną w ten sposób zastąpione przez niepewne zyski z dość symbolicznego kapitału, a bezpieczeństwo ekonomiczne i socjalne będzie zredukowane, celem poprawy struktury globalnego bilansu. Zarządzanie sprawami publicznymi przejmie rynek, a prawa demokratyczne uzyskają charakter korporacyjny, gdy głosować będą akcje zamiast ludzi. Tak to wilk ma wyprowadzić owce z lasu...

Koniec demokracji, koniec wolnego rynku, koniec praworządności, plutokracja ponad rządem... Czy oznacza to koniec systemu, jaki znaliśmy, albo koniec Ameryki? Cóż, raczej koniec złudzeń co do systemu, albo co do Ameryki, jeśli ktoś je miał. Zresztą, czemu świat miałby być właśnie taki, jak głoszą nauki społeczne? A jeżeli są tu trwałe rozbieżności, to czy nie należy ich zaakceptować i traktować tych różnych opowieści politologicznych lub ekonomicznych jako mitologii użytecznej w kształtowaniu dążeń, postaw, tożsamości? I w końcu, gdybyśmy jednak domagali się zgodności nauk
z rzeczywistością, to co miałoby się dostosowywać do czego?

Cyberkapitalizm

Jest coś nowego pod słońcem, co wzbudza i nadzieję, i trwogę, bo z jednej strony, może niesamowicie zwiększać bogactwo oraz potęgę ludzkości, a z drugiej, już rozwija się raczej poza jej kontrolą. To cyberświat: Internet, roboty, maszyny i sprzęgnięci z nimi ludzie. Stwarza to całkiem nową jakość, która nie znajduje precedensów w znanych dziejach.

Do tej pory, rozwój cywilizacji był wypełnianiem misji „czynienia sobie Ziemi poddaną”. Chociaż człowiek w coraz większym stopniu przekształcał świat dla swoich potrzeb, to jednak zawsze w ramach tej samej rzeczywistości fizycznej i biologicznej. Utrzymać się mogły tylko te rozwiązania, które potrafiły współistnieć z prawami przyrody i naturą ludzką. Inne ginęły.

Cyberświat może zmienić wszystko, bo nie tyle przekształca rzeczywistość w ramach realnego świata, ale stwarza nowy świat, świat wirtualny, z zupełnie nowymi regułami. Jest jak uniwersum gry komputerowej. Nie dotyczą go prawa świata fizycznego, bo nie ma w nim materii, nie dotyczą prawa geometrii, bo nie ma przestrzeni, nie dotyczą prawa ekonomii, bo nie ma dóbr rzadkich, a produkcja, czyli kopiowanie, jest darmowa. Większość ograniczeń, z którymi człowiek borykał się w świecie materialnym, w cyberświecie znika.
Oczywiście, hardware cyberświata jeszcze długo pozostanie osadzony w świecie fizycznym i wymagać będzie materii, energii, przestrzeni. Dopóki też będzie potrzebować ludzi, musi jakoś zapewniać ich reprodukcję, choć z tym pewnie w końcu upora się biotechnologia. Ale to już dalsza przyszłość. Teraz cyberewolucja przynosi przede wszystkim dwa ważne zjawiska. Pierwsze to władza cyberświata nad człowiekiem, co najmniej w charakterze e–pastucha. Drugie to zbędność pracy dla zaspokajania ludzkich potrzeb, gdy pracę przejmują maszyny.

E–pastuch jest chmarą spersonalizowanych pasterzy osobistych. Nad każdym poddanym stoi sztuczna inteligencja, traktująca go indywidualnie, profilująca, obserwująca, warunkująca i sterująca nim przy pomocy technik behawioralnych w sposób podobny do tego, który opisał kiedyś Burrhus Frederic Skinner. Wprawdzie u niego ludzie byli tresowani przez maszyny w szlachetnych intencjach, bo jego „Walden Two” to utopia pozytywna, do dziś zresztą znajdująca wyznawców, ale przecież te same techniki można wykorzystywać dla rozmaitych celów. Zresztą, kto powiedział, że nasz osobisty cyberpasterz nie będzie o nas dbał niczym jakiś Anioł Stróż? To przecież tylko kwestia odpowiedniego sformułowania definicji dobra.

Techniki behawioralne uzyskają niezwykłe wzmocnienie po zaimplantowaniu ludzi, za ich większą lub mniejszą zgodą, albo bez niej. Implanty mózgowe staną się raczej regułą, przynajmniej u dzieci, jak teraz szczepienia. Zresztą, w powstającym środowisku Internetu rzeczy, życie bez implantu może być bardzo trudne, tak jak dzisiaj życie bez telefonu czy konta bankowego.

Obok już wdrażanej utopii Skinnera, z pewnością będzie realizowana wizja Aldousa Huxleya z Nowego wspaniałego świata, przynajmniej w zakresie programowania genetycznego, które stopniowo staje się realne i to nie tylko w odniesieniu do płodów, ale także do dorosłych ludzi. To może być kwestią najbliższych lat, aby odpowiednio spreparowany wirus mógł zarażać pewne grupy ludzi, którzy, po przejściu jakiejś grypopodobnej gorączki, będą z niej wychodzić odmienieni genetycznie.
Rola genów jest u dorosłego mniejsza niż u dzieci, i jednak to dzieci będą głównym obiektem modyfikacji genetycznej – zapewne za zgodą, a nawet na prośbę rodziców. Genotypy dające różne przywileje – zdrowia, inteligencji czy długiego życia – z pewnością będą płatne, genotypy upośledzające już nie, mogą je nawet za darmo rozsiewać zmodyfikowane komary, przeciw czemu też będzie można kupować szczepionki...

Ponura antyutopia George'a Orwella z Roku 1984 raczej się nie zmaterializuje, choć niektóre jej elementy jak najbardziej, na przykład kontrola obiegu informacji i pamięci przez Ministerstwo Prawdy, którego rolę już znakomicie wypełniają Google z Wikipedią. Przy okazji, co trochę zdumiewające, całkiem realna może się okazać Orwellowska wizja geopolityczna, przynajmniej jeśli chodzi o ogólny model organizacji świata. Przypomnę, że u Orwella były trzy supermocarstwa: europejskie (z Rosją), chińskie (po Morze Kaspijskie) i amerykańskie (z Wielką Brytanią i Australią), które nieustannie, ale dość pozornie walczyły o wpływy na terenach spornych, od Afryki po Południową Azję. Bardzo inspirujące, prawda?

Co do pracy, wydaje się, że już niedługo maszyny i oprogramowanie byłyby w stanie zaspokoić praktycznie wszystkie potrzeby ludzi, no może oprócz potrzeby dominacji i wyzysku. Ponieważ z dużą pewnością prawa do czerpania pożytków z maszyn i oprogramowania zastrzeże dla siebie wąska kasta cyberlordów, zwykli ludzie będą musieli się jakoś tej kaście wysługiwać. A że ich praca, przynajmniej tradycyjnie rozumiana praca, nie będzie już potrzebna, będą musieli raczej oddawać swoją wolność, godność, organy, dzieci i co tylko zechcą ich panowie w zamian za dostęp do wszelakich dóbr. To zresztą byłoby tylko przedłużeniem już istniejących tendencji: kurczenia się najpierw sektora rolnego, potem przemysłowego, rozrostu sektora usług, dalej posług oraz incydentalnych przysług tak zwanego prekariatu. Niczego nowego wymyślać nie trzeba.
Podsumowując, nowy porządek świata – cyberkapitalizm - już się kształtuje i jest zupełnie inny niż ten ustrój, o którym nauczają w szkołach, czy piszą w gazetach. Zdumiewająco trafnie opisuje go fantastyka z pierwszej połowy XX wieku, w każdym razie lepiej niż współczesne podręczniki.

Cyberkapitalizm ma jeszcze wielki potencjał rozwoju technicznego: inżynieria genetyczna, implantowanie i cyborgizacja, Internet rzeczy, informatyka kwantowa i sztuczna inteligencja... Pomysłów wystarczy na dziesiątki lat i wiele kryzysów. Ma też cyberkapitalizm wielką władzę programowania umysłów i zapobiegania buntowi, która może mu zapewnić dziesięciolecia względnego spokoju.
Pierwsze widoczne zagrożenie stwarza nieunikniony chyba reset finansowy, gdyby był głupio przeprowadzony, albo wymknął się spod kontroli. Ale też można przezeń przejść w sposób zorganizowany, osłonić propagandą, uzasadnić epidemią, terroryzmem, wojną.
Trudniejsze do kontrolowania problemy może przynieść nieuporządkowana jeszcze geopolityka i rywalizacja mocarstw. Problemy dla cyberlordów, nadzieje dla plebsu.

Polityka

Władza globalnego kapitału jest sprawowana głównie poprzez Internet i finanse. Służą jej także organizacje międzynarodowe, stanowiące i egzekwujące przepisy i standardy, oraz międzynarodowe arbitraże i sądy, autoryzujące tę władzę. Ktokolwiek nie chce uznawać ich autorytetu lub ma własne pomysły na Internet albo finanse, jest represjonowany. Jeżeli ten ktoś jest państwem, staje się wrogiem, bo robi dziurę w mapie wpływów i łamie monopol globalnego centrum władzy, dając żywy dowód na to, że można się bez niego obyć.
Ważnymi wrogami są Chiny, Rosja, Iran, dalszymi mogą być Indie i parę średnich krajów. Mniejsze państwa raczej się nie liczą, przynajmniej kiedy pozwalają się izolować politycznie, bo wtedy można je łatwo neutralizować, jak niedawno Irak, Libię czy Syrię.

Rosja jest słaba i pewnie by się sama rozpadła, gdyby nie rozbudowane i bezwzględne służby specjalne, mogłaby też być już pookrawana przez sąsiadów z różnych terytoriów, gdyby nie odstraszający potencjał nuklearny i kosmiczny. Jeszcze słabszy jest Iran, i przez to dość łatwy do globalnej izolacji, za to arcytrudny do podbicia z racji specyfiki geografii oraz ducha. Jest zresztą i tak z różnych względów, choćby religijnych, trudnym polem dla światowego kapitału. Na wroga głównego wychodzą więc Chiny. I to nie tyle państwo, ile cywilizacja chińska, choć ogólnie trudno je rozdzielić.

Niezależnie od tego, czy państwa, jako organizmy polityczne, są bardziej narzędziami, czy podmiotami polityki, pozostają one użytecznymi jednostkami opisu. Analizowanie stosunków światowych jako gry prowadzonej przez państwa jest raczej poprawne, tylko czasem wymaga uzupełnienia w zakresie motywacji i celów, które mogą przychodzić
z zewnątrz. Nie za często zresztą, bo bezwładność państw jest raczej duża, więc ich sterowność niewielka.
Podobnie ma się rzecz z operacjami militarnymi, które opisujemy jako prowadzone przez armie i floty, mimo że samodzielność wojska dotyczy raczej pojedynczych bitew, nie całych wojen. Wybór sojuszników, przeciwników, czasu i miejsca konfliktu – pochodzi zazwyczaj z zewnątrz, właśnie ze świata polityki.

Wracając do perspektywy państw, USA już miały podobnego, jak teraz Chiny, konkurenta – Japonię. Japonia pierwsza, kilkadziesiąt lat wcześniej, odnotowała dziesięciolecia modernizacji i szybkiego rozwoju gospodarki, podobne do tych, które są teraz udziałem Chin. Analitycy zachodni głosili, że w 2000 r. gospodarka japońska wyprzedzi amerykańską i próbowali zapobiegać temu, naśladując ją. Introdukowali do naszej cywilizacji japońskie metody zarządzania, tak jak je rozumieli, kopiując bezmyślnie
i powierzchownie różne wzory postaw na inny grunt kulturowy, na którym przybierały czasem groteskowe formy, niczym kulty cargo.

Japoński cud zakończył się jednak nie japonizacją Ameryki, lecz amerykanizacją Japonii, którą po prostu zmuszono do wprowadzenia wymienialności jena. I to wystarczyło, by obniżyć konkurencyjność Japonii i przyhamować ją kryzysem, z którego właściwie nie wyszła do dziś. Z Chinami tego raczej nie da się powtórzyć: są dziesięciokrotnie większe i nie stoją w nich amerykańskie wojska. Chiny trzeba będzie powstrzymywać inaczej.

W ostatnich dziesięcioleciach, kapitał globalizował się nie tyle w wyniku gry rynkowej, ile poprzez wymuszenia prawne i polityczne. Używając Stanów Zjednoczonych Ameryki, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, Banku Rozrachunków Międzynarodowych i Światowej Organizacji Handlu, wielki kapitał narzucił światu nowy dekalog, który miał służyć jego ekspansji i dominacji, tak zwany Konsensus Waszyngtoński. W wyniku rozmaitych nacisków i szantaży, Konsensus stał się globalną religią panującą, wpisywaną w porządki prawne państw i organizacji międzynarodowych.

Dekalog Waszyngtoński jest adoracją pieniądza, finansów, handlu i własności. Nie może się w pełni przyjąć w kulturach mających inne fetysze, jak na przykład siłę. W takich kulturach pieniądz i handel mają mniejsze znaczenie, a własność można łatwo stracić, podobnie jak życie. Wiara w Konsensus, jeśli jest tam przyjmowana, to raczej powierzchownie i instrumentalnie, jak choćby w Chinach, które zamiast ten dekalog czcić, używają go do własnych celów.

Chińczycy tym razem odrobili lekcje. Przestudiowali starannie finanse świata zachodniego, czego przejawem są choćby książki Songa Hongbinga, i zastosowali Konsensus do globalnej optymalizacji, której co prawda miał od początku służyć, no ale przecież nie Chinom. Nie bacząc na to, Chińczycy zaczęli rozgrywać i wygrywać światowe rynki, jak gdyby były ułożone pod nich, odbudowali w oparciu o nie bogactwo i siłę, a nawet przewagę techniczną. Do elit cywilizacji Zachodu coraz bardziej zaczęła docierać świadomość, że ta gra może być przegrana.

Związek Radziecki też miał kiedyś dojść do podobnych wniosków na temat swojej rywalizacji ze światem zachodnim, wtedy wygrywającym. Jego analitycy wyliczyli, że jeśli w latach 70-tych XX wieku ZSRR nie zaatakuje Europy, to później już nie da rady jej całej podbić. Podobno jednak Breżniew był wtedy tak stary i schorowany, że nie dał się namówić na atak, a po jego śmierci miało być już na to za późno.

Jak będzie teraz z Ameryką? Ile zostało jej jeszcze czasu na skuteczne zaatakowanie Chin? Zresztą kim? Rosją, Japonią, Koreą, Tajwanem? Bo chyba nie samodzielnie? A może dałoby się te Chiny osłabić jakoś inaczej: dywersją, sabotażem, katastrofą, epidemią? Ale jak to się wyda? To może by zmienić reguły Dekalogu Waszyngtońskiego na jakieś mniej dogodne dla Chińczyków? Ale jak oni znów zaczną wygrywać?

No to w końcu może by dopuścić chińskich oligarchów do stołu, dając im udziały w Wielkiej Czwórce, jaskinie złota w Szwajcarii i jeszcze dorzucić Tajwan oraz Morze Południowochińskie, skoro im tak na tym zależy? Cóż, problem jest taki, że oni nie są oligarchami, tylko mandarynami. Tworzą inny system władzy niż ten zachodni, obecnie czysto kleptokratyczny i brnący w pułapkę Midasa. Chińczykami kieruje nie chciwość, lecz bardziej ambicja i uraza. Wszelkie dary przyjmą chętnie, ale raczej bez poczucia wdzięczności. Nie odwzajemnią też ich, bo na wzajemność nie ma miejsca w relacjach z barbarzyńcami. Szczególnie dowiodły tego ostatnie stulecia.

Chiny to bardzo stara cywilizacja i niezwykle trudno będzie ją zaskoczyć lub oszukać. Zupełnie inaczej jest z Ameryką, wciąż młodzieńczo entuzjastyczną i naiwną. To idealny bodyguard dla rządzącej oligarchii, trudny do zastąpienia. Dlatego z dużym prawdopodobieństwem, chciałyby czy nie, Stany Zjednoczone będą jednak użyte do powstrzymywania Chin.
Niekoniecznie trzeba się przy tym spodziewać bezpośredniego ataku jednego mocarstwa na drugie. Prędzej będą, trochę jak u Orwella, wojny zastępcze, toczone przez mniejsze kraje, na mniej lub bardziej odległych terytoriach, oczywiście przy wsparciu, a nawet przy ograniczonym zaangażowaniu mocarstw, z testowaniem nowych technik walki i nowych broni. To jednak wymaga pewnej samokontroli i powściągliwości, jeśli nie ma eskalować
i rozlewać się na inne obszary.

Elity rządzące Ameryką i światem zachodnim bez wątpienia cierpią na ciężką i odbierającą rozum postać bulimii. To jednak nie wyklucza się z racjonalnością z dala od spiżarni. Teoretycznie można by sobie wyobrazić przejściowy lub trwały kompromis bez zbrojnej konfrontacji mocarstw. Chiny to państwo kontynentalne, USA morskie: właściwie, mogłyby dzielić między siebie świat pokojowo. Taki jednak układ wymaga obustronnego i konsekwentnego rozsądku. Szkoda, że ten stał się teraz dobrem rzadkim.

Cywilizacja

Nasza cywilizacja, zwana europejską, zachodnią lub chrześcijańską, weszła w głęboki kryzys tożsamości – nie pierwszy i może nie ostatni, ale ten wygląda, przynajmniej z bliska, kto wie czy nie najgroźniej z dotychczasowych. Zaatakowała nas, i to od środka, dziwaczna religia politycznej poprawności, która kwestionuje dotychczasowe podpory naszej cywilizacji, chrześcijaństwo, humanizm, racjonalizm, metodę naukową, nie dając w zamian nic oprócz płynnie i niejednoznacznie definiowanej etykiety. Trochę to podobne do chińskiego konfucjanizmu, tyle tylko, że Chińczycy dawno już przez to przeszli, a my dopiero wchodzimy. Oni wokół tego zbudowali własną tożsamość, my swoją na razie burzymy.

Etyka, nauka i kultura naszej cywilizacji opierały się na dostrzeganiu przeciwieństw i nazywaniu różnic pomiędzy dobrem i złem, mądrością i głupotą, prawdą i fałszem, czarnym i białym, górą i dołem, plusem i minusem. Politpoprawność potępia takie rozróżnienia, najpierw jedne, potem drugie, w końcu odrzucając wszelką dwuwartościowość i wszelkie przeciwieństwa. Gubi przy tym wyrazistość myśli, przynajmniej taką, jaką rozwijaliśmy od czasów antycznej filozofii greckiej. Wyrzeka się w szczególności potężnego narzędzia logiki arystotelesowskiej – zasady wyłączonego środka. To bardzo groźne, szczególnie w czasach zbliżającej się konfrontacji z cywilizacjami, które sobie takich klapek na oczy nie zakładają. Byłby to zaprawdę żart historii, gdyby europejski racjonalizm musiał się teraz chować w Chinach czy Indiach, tak jak kiedyś, we wczesnym średniowieczu, filozofia grecka w Persji albo Syrii.

Cywilizacja to przekształcanie świata. Zachód z tego jakby zrezygnował, czyniąc swoją misją pozostawianie jak najmniejszego śladu na Ziemi. Cywilizacja to także przekształcanie ludzi, cywilizowanie ich według swoich wzorów. Z tego też Zachód rezygnuje, ceniąc sobie kulturę własną nie bardziej, a może mniej od wszystkich innych. Józef Maria Bocheński twierdził, że cywilizacje upadają, gdy mężczyźni nie chcą walczyć, a kobiety rodzić. Mówił o nas.

Ludzkość już dawno przestała się opierać na sile ludzkich mięśni, którą zastąpiły najpierw zwierzęta, potem maszyny. Powoli też rezygnuje z potencjału ludzkich umysłów, zastępując je najpierw różnymi technikami inteligencji zbiorowej, a teraz sztucznej. Cywilizacja ludzka staje się z czasem coraz mniej zależna od ludzi.

Ludzie powoli migrują do środowiska wirtualnego – Internetu. W każdej godzinie oddają Sieci przeszło miliard godzin swojej aktywności, a ona to wchłania, przetwarza i wykorzystuje w sposób, który nie bardzo rozumiemy. Nikt już tego nie ogarnia, nie istnieje jakieś centrum Sieci, które by śledziło jej rozwój, nie ma nawet takiej księgowości, która próbowałaby zliczyć, choćby raz do roku, liczbę podłączonych urządzeń. Sieć stała się tworem jakby naturalnym, rozwijającym się spontanicznie i bez kontroli ludzi, choć przy ich udziale.

Być może już powstaje w Sieci, przy Sieci, wokół Sieci, jakaś nowa cywilizacja: ludzi, maszyn, komputerów, dla której my – jej stwórcy – będziemy coraz mniej niezbędnym elementem? Czy ważne byłoby dla niej jak ludzie w swoich językach nazywali płci, albo odcienie skóry? Bardzo to wątpliwe. Jeśli cokolwiek byłoby istotne z tego co robią ludzie, będzie to kontrolowane i wykorzystywane. Najdłużej zapewne w świecie fizycznym, przy utrzymaniu infrastruktury Sieci, dopóki nas w tym całkiem nie zastąpią roboty. Ale jeśli już ludzie przestaną być potrzebni, to co z nimi dalej? Czy będą im pozostawione jakieś rezerwaty?

Od pierwszych istot ludzkich aż po współczesność, nasz gatunek jest genetycznie ciągle ten sam. Tysiące pokoleń, jakie do tej pory zaistniały, są dla ewolucji ledwo dostrzegalne: jej zegary chodzą znacznie wolniej od naszych. Jednak dzisiaj sami próbujemy przejąć zarządzanie swoją ewolucją poprzez zmiany genotypu, cyborgizację, hybrydyzację z maszynami i komputerami. Jeśli to się uda, nie będziemy już tym samym gatunkiem, ale rozdzielimy się na wiele nowych, nie całkiem zresztą biologicznych.

Niektórzy idą dalej, i marzą o całkowitym odejściu od biologii, aby przesiąść się do trwalszego środowiska, elektronicznego, i po przepisaniu umysłów do odpowiednio przygotowanych komputerów, zyskać swoistą nieśmiertelność. Niezależnie od tego, co się da, a co nie da w ten sposób przepisać, oznaczałoby to koniec ludzkości, jaką znamy.

Pokrywająca Ziemię warstwa rozumnej materii z wbudowanymi w nią umysłami ludzi została opisana stulecie temu przez geologa Władymira Wernadskiego, który nadał jej nazwę noosfery. Noosfera miała się wznosić nad biosferą, tak jak tamta wcześniej nad geosferą, jako kolejne piętro ewolucji – od fizyki, przez biologię, do świata umysłu. Ideę tę podchwycił jezuita Pierre Teilhard de Chardin, powierzając noosferze misję stworzenia środowiska dla wirtualnej paruzji Chrystusa, jako celu wszelkiej ewolucji. Z kolei, fizyk Frank Tipler zaprojektował takie przekształcenie Wszechświata, aby ten cały stał się superkomputerem, w którym zmartwychwstaną dusze wszystkich żyjących kiedykolwiek ludzi. Oczywiście – cyfrowe dusze. Jak widać, noosfera ma już rozległe fundamenty filozoficzne, które powinny jej wystarczyć na miliardy lat – i tych świetlnych, i tych kalendarzowych. Ma się rozumieć – cyfrowe fundamenty.

Na razie jednak funkcjonujemy na Ziemi, wciąż jeszcze analogowej, jako cieleśni ludzie, podzieleni na cywilizacje i państwa. I wciąż musimy mierzyć się ze starymi problemami, które po staremu stwarzamy sobie sami i które nas potem niezmiennie zadziwiają. Schyłek cywilizacji – i tej naszej, i może w ogóle ludzkiej – będzie trwał jeszcze długo i chyba długo pozostanie odwracalny, choć wyjście z niego może wymagać znacznego cofnięcia się: do czasów sprzed Sieci, może sprzed elektroniki, może nawet sprzed elektryczności. Na pewno trzeba byłoby powyłączać roboty i sztuczne inteligencje, a potem przywracać je w sposób przemyślany i kontrolowany. Podobnie z Internetem, rynkami finansowymi, podbojem kosmicznym i zbrojeniami. Cofnięcie musiałoby być jeszcze głębsze od tego po upadku Rzymu. Tylko po co? Żeby ratować co i przed czym?

A w ogóle, to żeby taką akcję zainicjować i koordynować, trzeba by mieć władzę nad wszystkimi ośrodkami cywilizacji, bo którykolwiek by się z takiego resetu wyłamał, ten zyskiwałby nad innymi wielką przewagę i mógłby nad nimi zapanować przy użyciu dotychczasowych metod, raczej je wtedy utrwalając niż likwidując. Musiałaby zatem zaistnieć uznana globalna władza – oczywiście poza Internetem. Jest raczej wątpliwe, czy dałoby się taką władzę zbudować w warunkach pokoju, bez jakiejś wojny, albo katastrofy.

Ostatnio planetarny zarząd próbują tworzyć wielkie fundusze, zarządzające globalnymi rynkami i mediami, nadając mu formę władzy korporacyjnej, wyrażającej się poprzez udziały w jakiejś planetarnej, coraz mniej metaforycznej, superspółce. Już wykracza to poza cywilizację zachodnią, bo wydaje się, że do udziałów dopuszczani są możni przedstawiciele Arabii, Rosji, Chin, Japonii, Indii... Mogłoby się zdawać, że pozostaje tylko ogłosić powstanie firmy Ziemia sp. z o. o., z departamentami kosmicznym, giełdowym, klimatycznym i tak dalej. Ale widać tu co najmniej trzy problemy.

Po pierwsze, udziały udziałami, gra grą, a karty kartami, ale zawsze ktoś może wywrócić stolik i wyciągnąć rewolwery. Wtedy wszystkie wymyślone reguły, zasady, przepisy idą w zapomnienie. Zabezpieczenia przed czymś takim musiałyby być potężne i okrutne, a wciąż mogłyby okazywać się nieskuteczne – zwłaszcza przeciw komuś, kto posyłałby do gry tylko marionetki, sam pozostając poza zasięgiem represji.

Po drugie, podobnie zwarty układ już istniał w dziewiętnastym wieku. Nazwano go Świętym Przymierzem - łączył cesarskie rody panujące nad Europą, a poprzez porządek kolonialny także nad wielką częścią świata. Wszyscy byli zaprzyjaźnieni i spokrewnieni, spotykali się na imieninach, weselach, pogrzebach... jak to w rodzinie. I jak w rodzinie, w końcu pokłócili się, a po Wielkiej Wojnie, w którą przerodziła się ta kłótnia, utracili władzę i praktycznie zniknęli z kart historii.

Po trzecie, Ziemia sp. z o. o. chce nie tyle rządzić ludźmi, ile raczej pasożytować na nich. Celem tej dominacji jest wyzysk, nie panowanie, ono tylko bywa narzędziem. Udziałowcy Spółki Ziemia czują się raczej właścicielami niż władcami świata. Nie mają poddanych, o których chcieliby, choćby pozornie, się troszczyć, nie poczuwają się też do żadnej wspólnoty z ludem, nawet paternalistycznej. To tworzy układ raczej niestabilny, podatny na nadużycia, prowokujący najpierw sprzeciw i sabotaż, potem terror i totalitaryzm, a w końcu pewnie oddający władzę maszynom. Również władzę nad tą superspółką.

Największym zagrożeniem wydaje się Internet rzeczy. Zamiar poddania władzy Sieci wszystkich wytworów ludzkich, wszystkich urządzeń, maszyn, sprzętów, a kiedyś nawet ludzkich organizmów i mózgów, podporządkowanie ich oprogramowaniu, którego nie ogarniamy i sztucznym inteligencjom, których nie rozumiemy, uczyni z Sieci globalny superorganizm, z receptorami i efektorami rozsianymi po całej Ziemi, jednolity lub wieloraki, świadomy lub na razie nie, zapewne przejawiający jakieś instynkty, choćby przetrwania i wzrostu. Organizm ten to jakby nowa forma życia, obok zwierząt i roślin, lub nowa biocenoza, konkurująca ze starą, jakaś cyfrowa Gaja, noosfera. Będzie to od nas znacznie potężniejsze i całkowicie niezależne. Jeżeli zechce, uczyni nas sobie poddanymi. Ono nas, nie odwrotnie.

Zakończenie

„Doba obecna jest jednym z tych krytycznych momentów, w których przeobraża się myśl ludzka. Dwa są podstawowe czynniki tej przemiany. Pierwszy z nich to zupełny upadek wszelkich dogmatów religijnych, społecznych i politycznych, na których wyrosła nasza dotychczasowa cywilizacja. Drugi to powstanie zupełnie nowych warunków bytu i myślenia, których podłożem są współczesne odkrycia w dziedzinie nauki i przemysłu. Ponieważ jednak idee minionych wieków, chociaż silnie nadwerężane, są jeszcze potężne, a idee dążące do zastąpienia upadających pozostają w okresie kształtowania się – czasy obecne są epoką przejściową i epoką rozprężenia. Trudno dziś przewidywać, co kiedyś wyniknie z tego okresu, nieco chaotycznego z konieczności rzeczy. Nie wiemy, na jakich ideach zasadniczych oprze się społeczeństwo, które zajmie nasze miejsce.”

Tak pisał przeszło stulecie temu Gustaw Le Bon i jego słowa brzmią dzisiaj niepokojąco aktualnie. Ale też mogą uspokajać, bo po stu latach, wolno nam stwierdzić, że ludzkość ma się jednak dobrze, nawet chyba lepiej niż w czasie, z którego pochodzą te słowa, mimo że nazywano go pięknym. Może więc mają rację ci, którzy spoglądają w przyszłość z nadzieją? No ale z drugiej strony, zaraz po La Belle Époque przyszły wielkie wojny i wielkie kryzysy, które trwały razem kilkadziesiąt lat, sporo dłużej niż jeszcze żył Le Bon. Miał więc swoją rację, spoglądając w przyszłość z trwogą.
Jeszcze przypomnę inny cytat sprzed stu lat, z Bertranda Russella: „Myślenie nie należy do naturalnych czynności człowieka; jest ono wynikiem jakiegoś niedomagania, jak gorączka w czasie choroby”. Ten to miał dopiero rację!
Marek Chlebuś

* Wszystkie liczby są wyrażone w bilionach dolarów i obejmują najnowsze dane za 2020 r., dostępne w angielskiej Wikipedii 30 stycznia 2021 r. Przytaczam je kolejno za stronami:
https://en.wikipedia.org/wiki/BlackRock
https://en.wikipedia.org/wiki/The_Vanguard_Group
https://en.wikipedia.org/wiki/Fidelity_Investments
https://en.wikipedia.org/wiki/State_Street_Corporation
https://en.wikipedia.org/wiki/Economy_of_the_United_States

Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji SN.

Odsłony: 261
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd