Globalizacja w przyrodzie

Utworzono: piątek, 06 sierpień 2010 Drukuj E-mail
 

  • Czy można mówić o globalizacji w przyrodzie?

  • Można, oczywiście, choć jest to jeden z problemów, który nieco umyka naszej uwadze. Fachowo nazywa się to homogenizacją biotyczną i polega na tym, że pewne wyspecjalizowane, lokalnie występujące gatunki wymierają (oczywiście w tej swojej mikro przestrzeni, lokalnie), a na ich miejsce wkraczają gatunki, które występują daleko powszechniej. Ten proces jest analogiczny do tego, co nazywamy globalizacją produktu, np. w miejsce piwa lokalnego wchodzą marki dużych browarów. W przyrodzie jest to o tyle niebezpieczne i zwodnicze, że suma gatunków w jednym miejscu może pozostać stała. Gdy patrzy się na proste wskaźniki bioróżnorodności, to nic się nie zmienia, tyle, że w miejsce rzadkich gatunków lokalnych wkroczyły takie, które występują wszędzie. Suma gatunków więc się zgadza, ale jeśli patrzeć nie na proste wskaźniki bioróżnorodności, tylko na wskaźniki bardziej złożone - czyli zróżnicowania gatunków w szerszej skali geograficznej - już dobrze nie jest.

  • Jakie mechanizmy powodują, że tracimy rzadkie gatunki?

  • Występowanie rzadkich gatunków wynika z ich dostosowania do specyficznych warunków, występujących z reguły jedynie lokalnie. Niszcząc te warunki, niszczymy ich siedliska. Tym samym powodujemy ich wycofywanie się z tych obszarów. Na zwolnione przez nie miejsca wchodzą gatunki mniej wymagające, które są wszędzie.

  • Czyli gorszy pieniądz wypiera lepszy?

  • Jeśli możemy wartościować, co jest ryzykowne - to tak. Jednak przynajmniej w kategoriach priorytetów ochrony, pospolitość nie wiąże się z dużą wartością.

  • Znamy przyczyny niszczenia siedlisk unikalnych gatunków? Czy to ekspansja przestrzenna człowieka, a może zmiany klimatu?

  • Wiodącym czynnikiem zmian jest oczywiście człowiek, który powoduje fizyczną utratę siedlisk i to w najprostszy sposób - tam, gdzie była łąka, stoi teraz budynek, czy biegnie droga. Drugim, bardziej subtelnym mechanizmem jest niewidzialne oddziaływanie tej struktury, jaką człowiek zbudował na terenach przyległych do siedlisk tych gatunków, tzw. footprint. My tego nie widzimy, mieszkając powiedzmy w nowym domu na wsi, ale ten nowy dom oddziałuje na otoczenie, zwłaszcza zmienia stosunki wodne. Często nie mamy zielonego pojęcia, co zmieniliśmy. To samo, ale w daleko większej skali, odnosi się do dróg. I to wszystko powoduje, że obszar dotknięty naszą obecnością jest o wiele większy niż miejsce przez nas użytkowane. Nowy dom, zbudowany w miejscu poprzednio nie zabudowanym oddziałuje na otoczenie w obszarze kilkuset metrów. Nowa droga - jeszcze dalej.

  • Czy to oznacza, że przy budowie domu też powinniśmy robić ocenę oddziaływania na środowisko?

  • Bez przesady, ale powinniśmy sobie zdawać sprawę ze skutków naszej ingerencji w środowisko - te wszystkie, nawet małe, oddziaływania kumulują się. I często nie mamy sposobu, żeby ocenić skutki tych kumulacji, ani metod, aby z tym walczyć, ani narzędzi prawnych, aby to opanować. Możemy tylko odwoływać się do świadomości ludzi.

  • Ze świadomością ekologiczną nie jest w Polsce dobrze, skoro argumentem najczęstszym jest: co jest ważniejsze? Jedna żaba czy ptaszek, czy losy tysięcy ludzi?

  • Bo pytanie jest sformułowane tak, żeby była jedna odpowiedź. Tymczasem powinno brzmieć inaczej: co możemy zrobić, żeby mieć jedno i drugie, a przynajmniej minimalizować straty? Bo bardzo często to jest w zasięgu naszych możliwości. I przyroda, i człowiek są ważne i trzeba się zastanowić, jak maksymalnie chronić oba podmioty. Proszę na przykład popatrzeć, jak obecnie wyglądają suburbia, tereny wiejskie? Wszędzie betony, asfalty. Oczywiście, mieszkańcom jest wygodnie, ale jakim kosztem? Myślę tu oczywiście o tegorocznych wiosennych powodziach, gdzie ogromny wzrost powierzchni nieprzepuszczalnej dla wody był jednym z czynników powstawania tych powodzi w zlewniach niewielkich rzek.

  • Ptaki, którymi pan się zajmuje są najważniejszym wskaźnikiem bioróżnorodności - co one o niej mówią?

  • Ptaki niekoniecznie są najważniejszym wskaźnikiem bioróżnorodności, ale na pewno są wskaźnikiem bardzo wygodnym: łatwo je liczyć, wszyscy je lubią, bardzo dużo ludzi dobrze się na nich zna, mają też te właściwości biologiczne, że znajdują się na górze łańcucha pokarmowego, zatem ta informacja, że coś się dzieje w środowisku naturalnym musi do nich trafiać i jakoś przekładać na ich stan populacji. Polska na tle Europy wygląda ciągle świetnie - jako ptasie zagłębie, przynajmniej w Europie środkowej. Mamy mnóstwo znakomitych obszarów, przy czym ptasie bogactwo gatunkowe jest wyraźnie większe na obszarach wschodnich. Na wschodzie, wskutek mało przekształconych obszarów, dużych powierzchni lasów, mniejszej intensyfikacji rolnictwa, w niewielkim stopniu, lub nieprzekształconych dolin rzek, liczba gatunków ptaków na jednostkę powierzchni jest wyraźnie większa niż na zachodzie kraju. Na wschodzie mamy stosunkowo mało zniszczoną przyrodę.

  • Skoro jest tak dobrze, to dlaczego i pan, i inni przyrodnicy alarmują, że giną nam w szybkim tempie gatunki ptaków?

  • Mówimy o dwóch stronach jednej monety: z jednej strony mamy bogate zasoby, ale one całkiem szybko topnieją, co nas martwi. Chcielibyśmy, żeby nasza przyroda była pod względem bogactwa gatunków bardziej stabilna. Natomiast dla wielu gatunków ptaków widzimy spore spadki liczebności na przestrzeni ostatnich dekad, co jest niepokojące. Jest w tym coś bardzo osobistego, gdy człowiek widzi, że za jego życia wymarł na jakimś terenie jakiś gatunek. Z perspektywy mojego życia mogę już takie gatunki wskazać. Z gatunków lęgowych w Polsce praktycznie nie ma już bataliona, który teraz tylko przez Polskę przelatuje, ale nie gniazduje. Nie ma też już lęgowego szlachara, rudogłówki czy błotniaka zbożowego.

  • Na bataliony przecież jeszcze niedawno polowano...

  • Tak, w latach 70. był to jeszcze gatunek łowny. Kontynuując ten wątek osobistego doświadczenia związanego z wymieraniem gatunków, to jeszcze w latach 80. sam obrączkowałem pisklaki batalionów w dolinie środkowej Warty, gdzie ptak ten gniazdował, choć rzadko. Na tym samym terenie żyła kaczka rożeniec, która już pewnie od 5-7 lat w Polsce nie zakłada gniazd. A przecież niedawno znajdowałem tam po kilka gniazd rożeńca dziennie.

  • A czy maleje liczebność gatunków ptaków ?

  • Od dziesięciu lat śledzimy liczebność ptaków w Polsce w ramach programu monitoringu ptaków, z udziałem ogromnej liczby współpracowników w całym kraju. Z tego monitoringu wynika, że wymierają także ptaki bardzo pospolite, co nas zaskoczyło. Na przykład zmniejszyła się bardzo liczebność szczygła, sikory ubogiej, sikory czarnogłówki, czy makolągwy. W ciągu ostatnich 10 lat krajowe populacje tych gatunków spadły o 40-60%, czyli to tempo jest ogromne. W takiej sytuacji oczywiście zastanawiamy się, co będzie za następne 10 lat. Bo przecież ptaki, czy ptaki w Polsce, nie są tu wyjątkiem. Główny problem polega na tym, że w tej chwili na świecie - także w Polsce - tempo wymierania gatunków zwierząt jest dokładnie takie, jak w epoce masowego wymierania dinozaurów. Jesteśmy w epoce szóstego, wielkiego wymierania gatunków w historii Ziemi.

  • Ale może ptaki migrują na wschód, północ, gdzie przyroda jeszcze mniej zniszczona, przecież klimat się ociepla...

  • Ale Ziemia kończy się na biegunie i dalej nie ma gdzie przesuwać swoich zasięgów. W związku z tym, zmiany klimatu, które wymuszają przesuwanie zasięgów gatunków na wschód i północ są dodatkowym czynnikiem do niepokoju. Gatunki wymierały zawsze, każdy z gatunków kiedyś umiera, wszystko, co powstaje, musi się kiedyś skończyć. Ale tempo obecnego wymierania jest 100-1000 razy większe niż tempo tła rejestrowane w okresie kopalnym. Skutek wielkiego wymierania jest znany - oblicze systemu drastycznie się zmienia. Oczywiście, powstają nowe gatunki, ale tempo ich powstawania jest mniejsze niż wymierania. Poza tym, na początku takiego procesu (tzw. specjacji) zmiany są minimalne,nic nie znaczące dla normalnego człowieka. Nowy plan budowy, równie oryginalny jak na przykład nosorożec, nie powstaje w 100 lat. Ale ten unikatowy plan budowy, niepowtarzalny "design", jaki realizuje teraz 5 gatunków nosorożców - możemy zetrzeć z powierzchni Ziemi w 100 lat. Prawie się nam już udało. Efekt netto jest więc w tej chwili ujemny. Ta przewaga wymierania gatunków musi zakończyć się jakąś perturbacją, rewolucją, taką jak ta, kiedy w miejsce dużych gadów przyszły małe ssaki, które później wyewoluowały w większe ssaki, które teraz dominują nasz obraz Ziemi.

  • Na zmniejszenie liczebności wpływa więc i mechanizm ewolucyjny, i działalność gospodarcza człowieka.

  • Oczywiście, tak. Człowiek zabiera ptakom siedliska, np. we wspomnianej dolinie środkowej Warty. Ta dolina wygląda obecnie zupełnie inaczej niż kiedyś - jest obwałowana i nie wiadomo po co, bo wały - zbudowane za ciężkie pieniądze - bronią tych samych pustych łąk, które były wcześniej terenem zalewowym, czyli obszarów niezbudowanych. Zbudowaliśmy też w tym rejonie zbiornik Jeziorsko, który ma pojemność taką samą, jak odcięte wałami tereny zalewowe. W związku z tym, te dawne tereny zalewowe zostały tak przekształcone, że batalion czy rożeniec nie znajduje już tam swojego miejsca. Inny przykład: jeszcze do niedawna nie było dla nas też takie oczywiste, że wpływ na zmianę liczby gatunków ma zabór terenów pod zabudowę mieszkalną. Ona w Polsce jest w dodatku chaotyczna i mimo malejącej populacji ludzkiej - rozrasta się. Szalenie brakuje nam myślenia długofalowego w kategoriach planowania ochrony przyrody, które nie jest niemożliwe. Pokazuje to przykład Wielkiej Brytanii, gdzie system oficjalnych, rządowych wskaźników zrównoważonego rozwoju nie tylko istnieje, ale i traktowany jest poważnie - choćby prosty wskaźnik dotyczący recyklingu ziemi, pokazujący, jaki procent nowych budynków powstaje w miejscu, gdzie istniały stare. Czyli budujemy nowe budynki bez zaboru nowych terenów. W Polsce pod tym względem panuje chaos urbanistyczny, każdy buduje tam, gdzie chce. Wyludniają się centra miast, a ludzie budują się w nowych miejscach, kosztem siedlisk przyrodniczych. W Polsce nikt nie chce myśleć o takim recyklingu ziemi. Ale tutaj nie wystarcza świadomość społeczna i ekologiczna ludzi, musi być też państwo, które to kreuje właściwymi narzędziami.

  • Czy gatunki pospolite też - według przyrodników - wymagają ochrony siedlisk za wszelką cenę w przypadku inwestycji?

  • Są różni przyrodnicy, ale sądzę, że większość markowych organizacji zajmujących się ochroną przyrody koncentruje się na gatunkach zagrożonych. To jest sprawa najpilniejsza. Gatunki, dla których straty powodowane naszą działalnością są mniejsze - stoją na drugim planie. Ale długofalowo nie ma czegoś takiego, jak odcinanie kotu ogona po kawałku, żeby mniej bolało. Długofalowo tracimy wszystko, jeśli nie kształtujemy stosunków: przyroda-człowiek od początku w sposób świadomy. Za 50 czy 100 lat będą widoczne i te problemy, które dzisiaj dotyczą gatunków pospolitych. Dokładniej: te problemy, których wskaźnikiem są teraz choćby zmiany liczebności pospolitych ptaków. Weźmy tegoroczną powódź: dla mnie np. uderzające jest to, że przebiegała ona inaczej niż ta w 1997 r. - a więc szybciej, uderzając już w zlewniach małych rzek, co oznacza, że pojemność retencyjna tych zlewni była o wiele mniejsza niż w 1997 r. W miejsce łąk powstały bowiem grunty orne, które mają daleko mniejszą pojemność retencyjną. Albo powstały wybetonowane podwórka, drogi i setki dachów.

  • A lud domaga się ciągle wyższych wałów, nowych zbiorników, betonowania, etc. ...

  • Jestem pod wrażeniem niefrasobliwości polityków. Bo wszyscy doskonale wiemy, że opinię społeczną można i należy kształtować. I w sytuacjach kataklizmów podkładanie ognia w postaci zapewnień o budowie np. zbiorników, działaniach wbrew przyrodzie, uważam za nieodpowiedzialne. Oczekiwałbym po politykach znacznie odpowiedzialniejszej polityki kształtowania postaw społecznych wśród powodzian. Nie mówimy już o tym, co się wydaje ekologom, ale o obowiązującym prawie europejskim. Mamy przeciecz dyrektywę powodziową, która wymaga od nas zarządzania ryzykiem powodzi, zrobienia planów terenów zalewowych. Trzeba jej przestrzegać. Nie da się na populizmie podbudowanym choćby ewidentnym kłamstwem o zbawiennej roli zbiornika we Włocławku, zbudować ochrony przeciwpowodziowej.

  • Przyrodnicy mówią jednym głosem o zapobieganiu niszczenia siedlisk, ale jakie jest pana zdanie o tych zbiornikach, które już powstały, i których pewnie nie zlikwidujemy? Myślę tu zwłaszcza o małych, takich jak Klimkówka, Siemianówka, czy Jeziorsko. Czy tutaj ingerencja człowieka poczyniła duże szkody w awifaunie?

  • Budowa zbiornika zaporowego tworzy nową jakość i w tym nowym siedlisku wiele ciekawych gatunków ptaków znajduje nowy dom. Jeziorsko czy Siemianówka są tego dobrymi przykładami, także Goczałkowice. Ale to, że na Siemianówce i Jeziorsku są ciekawe ptaki, stało się kosztem przekształconego reżimu hydrologicznego poniżej zbiornika. A to oznacza, że poniżej nie ma zalewów i nawet gdyby wały zostały rozebrane, to i tak zalewów nie będzie. Dostrzegam, że pojawiły się tam ciekawe ptaki, ale szczególnie w perspektywie mojego wieku dostrzegam również, jakim kosztem one się w tym miejscu znalazły.

  • Warto było?

  • Nie, absolutnie nie było warto. Budowa zbiornika Jeziorsko była z punktu widzenia ochrony bioróżnorodności błędem. Tam zniknął dom dla 500 par rycyka, 250 par krwawodzioba, setek par cyranek, płaskonosów i całej rzeszy podobnych ptaków . To była taka mała Biebrza w środkowej Polsce. Tam była słynna wodniczka. A jaka jest logika tego systemu? Naturalny basen retencyjny o pojemności X zastąpiliśmy sztucznym zbiornikiem retencyjnym o dokładnie takiej samej pojemności, w dodatku zbudowaliśmy wały, które nie chronią niczego cennego gospodarczo. Wszystko za ogromne pieniądze. To według mnie nie ma sensu - nie dość, że zniszczyliśmy przyrodę, to jeszcze wydaliśmy mnóstwo pieniędzy.

  • Bo wydawało nam się, że będziemy mieć więcej wody dla rolnictwa, zatrzymamy powodzie, etc.

  • Nie, tego rodzaju argumenty wypowiada lobby hydrotechniczne, i to jest z pełną świadomością robienie ludziom wody z mózgu. W tej chwili kroi się kolejne podejście do Nieszawy, a spółka Energa używa w tym celu argumentów, które obalono już w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy próbowano zaczynać tę inwestycję. I przy nowych politykach znów słychać, że będzie zwiększone bezpieczeństwo przeciwpowodziowe, nawodnienie dla stepowiejących Kujaw - to wszystko są kłamstwa i manipulacje lobby branżowego.

  • W przypadku Siemianówki pojawiły się nowe ptaki, które zaczynają przyciągać obserwatorów.

  • Siemianówka w tej chwili jest terenem bardzo atrakcyjnym dla ornitologów, (podobnie jak Jeziorsko), który powinien być objęty ochroną Natura 2000 (Jeziorsko już jest). I walory ornitologiczne Siemianówki tej, jaka jest teraz, uznawane są przez nas jako walory ostoi ptaków o znaczeniu europejskim. Tyle, że trzeba ciągle pamiętać o tym, co straciliśmy. Siemianówka jest obecnie takim zbiornikiem, który pozwala obserwować dużo ptaków jednocześnie, bez większego wysiłku. Natomiast straciliśmy tereny kształtowane przez zalewy, z innymi gatunkami, których dojrzeć nie było łatwiej, bo żyły w dużym rozproszeniu i na obszarze trudniej dostępnym dla człowieka. Obecnie na Siemianówce i Jeziorsku mamy gatunki bardziej pospolite, utraciliśmy te rzadsze. Reżim hydrologiczny Narwi jest teraz wyraźnie inny niż był wcześniej, stąd i tam nie ma już bataliona, rożeńca, a liczebności rycyka, krwawodzioba to ślad tego, co było ongiś. Jedyne, co tam z ciekawszych gatunków zostało, to dubelt, choć notujemy spadek jego liczebności.
    Te zbiorniki, przyciągając ludzi lubiących ptaki, mają z kolei wielki potencjał gospodarczy - rozwoju turystyki przyrodniczej i agroturystyki. Jeden z polityków stwierdził, że w ub. r. dochód z turystyki w Polsce przekroczył dochód z rolnictwa. I jeśli na tym możemy zarabiać rozsądnie, to należy to robić. A przykład Biebrzy czy Białowieży pokazuje, że można pogodzić interesy przyrody i człowieka.

  • Przyrodnicy, i pan, tworzyliście shadow listy, pokazujące obszary, jakie winno się objąć ochroną Natura 2000, a które rząd polski pominął. Teraz też taka lista powstała, jeśli chodzi o ptaki. Dużo jeszcze jest takich obszarów wymagających ochrony?

  • Trzydzieści. Zrobiliśmy nową listę i pokazaliśmy, że Polska ma 173 obszary, które należy chronić, a chronimy tylko 143. Urzędnicy ministerstwa środowiska od paru lat wiedzieli, że trzeba objąć ochroną jeszcze 30 obszarów, ale ignorowali wyniki naszych badań. Właśnie wyszła nasza książka z charakterystyką tych miejsc i zobaczymy, co się będzie działo, co na to powie Komisja Europejska.

  • Dziękuję za rozmowę.

oem software Odsłony: 5435
Our website is protected by DMC Firewall!