Humanistyka el
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1216
Zdaniem Umberto Eco, faszyzm jest stałym elementem cywilizacji euroatlantyckiej – czy inaczej mówiąc: zachodniej – jako immanentny jej czynnik sprawczy. Pisarz nazywa go prafaszyzmem. Niczym głowy obcinane hydrze lernejskiej przez Herkulesa odradza się w coraz to nowych formach, przybierając kolejne postacie zależne od czasów (i związanych z nimi mód czy trendów), miejscowej kultury, sytuacji ekonomicznej itd.
Eco stosuje wobec ewolucji faszyzmu pojęcie „fuzzy” oznaczające w logice zbiory rozmyte, o niewyraźnych zarysach i kształtach, mętne i niedookreślone. I dlatego faszyzm, nawet gdy posługuje się niektórymi elementami tak charakterystycznymi dla niego – a opisanymi przez Eco w eseju Wieczny faszyzm - pozostaje nadal faszyzmem. Jego hybrydalny charakter, zadziwiająca zdolność mimikry i doskonała elastyczność powodują, że w określonych warunkach może być postrzegany jako demokratyczne, całkiem naturalne, centrum sceny politycznej.
Żyjemy w czasach wzmożonego mącenia świadomości jednostek.
Maria Szyszkowska
Nieusuwalną i niezmienną cechą faszyzmu – choć występującą pod różnymi postaciami - jest jego zwierzęcy antykomunizm i antyprogresywizm (czyli antyoświeceniowość). Szczególnie niebezpiecznym i zapewniającym dziś odradzanie się, a także popularność faszyzmu jest właśnie owo „fuzzy”, czyli przybieranie „palta” ustroju demokratycznego. Tym samym uchodzić on może za nobliwy, stateczny, stabilizujący element w realności demoliberalnego kapitalizmu.
Gdy postmodernizm po krótkim, acz toksycznym, okresie absolutnego panowania w kulturze Zachodu i narzucenia jej swojej wersji aksjologii wywołuje powszechną potrzebę stabilności, przewidywalności, czy potrzebę porzucenia przez ludzi wszelkich form chaosu, faszyzm proponuje to, co doprowadziło w latach międzywojennych do jego zwycięstwa. W całej Europie, poza ZSRR. Wtedy w zasadzie jedynie Wielka Brytania, Francja i Czechosłowacja nie poddały się tym trendom. Cała reszta Starego Kontynentu w mniejszym lub większym stopniu składała się z państw parafaszystowskich lub jawnie faszystowskich.
Współczesna sytuacja naznaczona piętnem neoliberalnej globalizacji i absolutnym panowaniem tej doktryny nie tylko w ekonomii i gospodarce, lecz we wszystkich możliwych płaszczyznach życia, powoduje wyzucie dziesiątków milionów ludzi z jakiejkolwiek tożsamości stanowiącej osnowę ich dotychczasowej wspólnoty. Zwłaszcza, jeśli chodzi o tradycje i kulturowe kody. I tu faszyzm ubrany we wspomniane modne palta, aktualne ubiory będące trendy i lansowane przez mainstream, prezentujący się jako siła stabilizująca i przewidywalna, odwołująca się do tych wartości, które postmodernizm zanegował i zdeprecjonował, a potem rozjechał je do reszty walec neoliberalny, zyskuje posłuch, admirację i polityczne poparcie. Zwłaszcza wśród ubożejącej i podlegającej deklasacji tzw. klasy średniej, inaczej mówiąc – drobnomieszczaństwa. Ale także wśród rozczarowanych i sfrustrowanych inteligentów, którzy teraz mogą swoje intelekty i umysły oddać na usługi tej w sumie przewidywalnej, nobliwej, obłaskawionej (jak się wydaje) przez system demokracji parlamentarnej, siły.
Konieczność: jedność i jednomyślność
Zasadniczym elementem pozwalającym określać daną sytuację jako faszyzm czy parafaszym jest żądanie - nakazywanie realizowane różnymi metodami, w różnorakich formach jedności - jednomyślności, powszechnej zgody na to, co przekazują rządzące elity lub mainstream z nimi sprzężony. Tu wspomniane rzesze sfrustrowanych inteligentów nadają się nad wyraz.
Wersja „fuzzy” pozwala wyeliminować, bądź zaciemnić, w ustroju faszystowskim kilka aspektów jednoznacznie go charakteryzujących, ale i tak rozpoznajemy go – gdy dokonać dogłębnej analizy sytuacji - jako faszyzm. To właśnie jest przede wszystkim owa potrzeba jedności i jednomyślności myślenia.
„Myśl jest pracą umysłu. Marzenie jest jego rozkoszą. Kto myśl zastępuje marzeniem, ten nie odróżnia pożywienia od trucizny” pisał Wiktor Hugo. Marzenia i idealne, wyłącznie subiektywne, rozumienie świata i procesów w nim zachodzących, a przy tym nietolerowanie jakichkolwiek sądów i tez spoza swego oglądu rzeczywistości jest chyba najważniejszym wektorem faszyzacji i drogą do pełnego, klarownego faszyzmu. I w nieoczekiwanej chwili, stajemy w obliczu systemu, ustroju, rzeczywistości świecących niezasłużonym, jakimś odbitym, dawno przebrzmiałym, blaskiem ustroju demokratycznego. A de facto jest to demokracja fasadowa, a zza pięknie odnowionych frontów coraz to wyzierają maski pra- lub quasi-faszyzmu.
Media i ich aktualna rola w kształtowaniu, ba - wręcz narzucaniu omnipotentnego sposobu interpretowania rzeczywistości, jest kolosalna. To one są najważniejszą władzą w obecnym świecie. Media, a w zasadzie korporacje i stojący za nimi kapitał. Eco zwracał uwagę na niebezpieczeństwo tak rozumianej, przewartościowanej roli mediów w dzisiejszym świecie. Zdaniem wielu autorów, znawców tej problematyki, tu leżeć może źródło faszyzacji sfery komunikacji medialnej, a za nią całej przestrzeni publicznej.
Zbiorowości wychowane na reklamie, na bezgranicznej wierze w to, co prezentuje im obrazek na ekranie telewizora, laptopa, smartfona, wyzbyły się krytycyzmu, a przez to zdolności samodzielnego myślenia. I to jest ów wspomniany wektor, którym podążać można – miękko i niepostrzeżenie – ku faszyzmowi w wersji „fuzzy”. Powszechność i omnipotencja tego, co obiecuje reklama medialna zapewniająca, iż kupno i konsumpcja, posiadanie jakiegoś dobra – obojętnie czego: podpasek, pasty do zębów, prezerwatyw czy suplementów na potencję, samochodu, żywności itd. – ma sprawić, iż każdy poczuje się od razu wolnym, szczęśliwym i „uchachanym”.
Odmieńcy, czyli zdrajcy
Natychmiastowe przyjęcie jednoznacznych prawd i niezgoda na taką powszechność opisu rzeczywistości jest dla prafaszyzmu zdradą, przyczyną wykluczenia i stygmatyzowania tych, którzy ośmielają się mieć - a co gorsza głosić publicznie - własne, odmienne zdanie czy opinie. Czy dzisiejsze, królujące totalnie elity i ich medialni workerzy nie realizują takiego właśnie scenariusza komunikacji publicznej, równocześnie wychwalając demokrację jako system dający obywatelom indywidualne prawa w przedmiocie głoszenia poglądów?
Według opcji faszystowskiej, tylko wyznawcy, akolici, monolityczna zbiorowość popierająca daną wizję świata jest po stronie prawdy, światła i człowieczeństwa. Gdyż stanowią formę nowego, współczesnego „ludu wybranego”. Przestrogi płynące z wielu stron świata polityki i niezależnych mediów, zwłaszcza dziś w obliczu wojny na Wschodzie Europy, czy w Gazie, kierowane są właśnie wobec tak jednostronnego i prymitywnego przekazu medialnego w całym zachodnim świecie.
Zdaniem wielu tak uprawiana manipulacja i powszechnie głoszony jakościowy populizm jest kolejnym źródłem torującym drogę faszyzmowi. Tym razem oddolnemu. Wolne i pluralistyczne ponoć media uznające tylko swój ogląd rzeczywistości, w konwencji zadekretowanej przez nie politycznej poprawności i wyłącznie publicznie dopuszczalnej, to komunikatory, które otwierają drogę do władzy jawnym faszystom. Dotyczy to zwłaszcza mediów elektronicznych: TV i Internetu. Mówienie wyznawcom i konsumentom tak prezentowanych tez, że są jednoznacznie po stronie prawdy, a inne opcje nie mają racji bytu i winne być napiętnowane oraz skazane na wieczne milczenie – często oznacza eliminację z życia publicznego czy nieformalną (bo pozasądową) anatemę. Jest to tradycją charakterystyczną dla faszyzmu w każdej wersji. To wersja powtarzana w wielu religiach – zwłaszcza monoteistycznych - gdzie wyznawcy przekonani są o swej wyjątkowości, misji i wybraniu.
Efekty koncentracji mediów
Oczywiście uzupełnia współczesną tak funkcjonującą przestrzeń istnienie tzw. orwellowskiej nowomowy. Wypełnia ona ją absolutnie, w celu efektywniejszego manipulowania „ludem”. Dziś to są tzw. konsumenci produktów medialnych. Przekaz współcześnie lejący się z mediów spełnia wszelkie kryteria funkcjonowania wedle recept klasyków PR-u i reklamy - duetu Lippmana i Bernaysa.
Dzisiejsza nowomowa ma swe źródła w całkowitej banalizacji i karnawalizacji przekazu, m. in. w języku i formach popularnych talk-show, kolejnych klonach Big Brothers, monokulturze myśli przekazywanych wyłącznie w afektywno-emocjonalnych formach, debatach na poważne i skomplikowane sprawy na różnego rodzaju Twitterach, Tik-Tokach i tego typu forach. To wszystko są kierunki podążania ku jednorodności z równoczesnym prymitywnym widzeniem świata i człowieka. Konsument tak podawanej medialnej „papki” nie myśli, a tylko reaguje emocjonalnie na bodźce. I tak samo jest z tsunami newsów różnej proweniencji i jakości, atakujących owego konsumenta. A homogeniczność przekazu – tak pod względem formy jak i treści – w związku z monopolizacją i koncentracją kapitału w sektorze medialnym absolutnie temu sprzyja.
Już w końcu I dekady XXI w. znakomity dziennikarz światowego wymiaru John Pilger (1939-2023) przestrzegał przed koncentracją mediów w obrębie kilku megakoncernów (a przez to poddanie ich kontroli i presji przez gigantyczny kapitał za nimi stojący). Ów proces daje właśnie opisywane wcześniej efekty. W roku 1983 główne światowe media należały do ok. 50 korporacji (w większości amerykańskich). W 2002 r. ta liczba obejmowała już tylko 9-10 korporacji. Robert Murdoch – jeden z rekinów globalnego biznesu, multimiliarder i właściciel korporacji medialnej o światowym zasięgu – uważa, iż w pod koniec trzeciej dekady XXI wieku będą funkcjonowały jedynie 2-3 globalne giganty medialne. Taka koncentracja kapitału i władzy medialnej dotyczy nie tylko USA, ale całego zachodniego świata.
Pilger podaje przykład wojny w Iraku i argumentacji, jaką szerzono powszechnie wokół tej brutalnej, imperialnej agresji. Uzasadniającym tę napaść w 2003 r. całej koalicji zachodnich państw na ten bliskowschodni kraj, zrujnowany wcześniej przez dekadę sankcji i blokad, było stwierdzenie, iż pragnienie niesienia dobra, równoznaczne z akceptacją wartości amerykańskich przez resztę świata - zwłaszcza Bliski Wschód – ma szczególny związek, niemalże mistyczny, z potęga militarną USA.
Waszyngtońskich decydentów rozpoczynających napaść na Irak z prezydentem Bushem jr. na czele media określały jako miłujących demokrację i postęp polityków, szczerze wierzących w potęgę zachodnich zasad i wartości. (Protesty społeczne w krajach zachodnich i Ameryce były w miarę słabe i nikt na to nie zwracał uwagi). Madeleine Albright, sekretarz stanu USA za prezydentury Billa Clintona w końcu XX w. podczas rozmowy z prezenterem TV Lesterem Stahlem na jego pytanie dotyczące dzieci irackich, których ok. 0,5 mln zmarło w wyniku sankcji amerykańskich nałożonych na Irak i w czasie napaści na Irak (zdaniem Stahla było to więcej niż po uderzeniu bomby atomowej w Hiroszimę) odpowiedziała, iż mimo takiej tragicznej ceny warto było prowadzić takie działania w obliczu zysków. Nihilizm, cynizm czy jawnie faszystowska mentalność – trudno jednoznacznie to nazwać.
Media, pokazując dokładnie i uzasadniając jak na przytoczonym przykładzie agresję, napaść, imperialną awanturę dobrem, postępem, szerzeniem wartości demoliberalnych immanentnych zachodniej kulturze i cywilizacji, stały się tym samym z jednej strony apologetą i promotorem takich rozwiązań, a z drugiej – wojna przeobraziła się w grę pokazywaną przez elektroniczne media niczym sztuka w teatrze, bądź fabularny film. Stały się one głównym dyrygentem takich krwawych i brutalnych zapasów. A ludzie mogli się poczuć jak widzowie w rzymskim Coloseum oglądający na żywo walki gladiatorów, zmagania ludzi z drapieżnymi i egzotycznymi zwierzętami, uczestniczący w krwawych igrzyskach.
Terror
Więc zasadne jest pytanie: czy faszyzm już powrócił? Eco uważał, iż ten scenariusz jest możliwy i zacznie się od mediów. Holenderska żurnalistka śledcza Sonia van den Ende, przebywająca kilkakrotnie na terenach walk na wschodniej Ukrainie, stwierdziła publicznie: „Widziałam wojnę, ale nie możemy mówić prawdy. Jesteśmy cenzurowani w Europie”. Z podobnymi opiniami – w chińskiej gazecie Global Times – wystąpił włoski fotoreporter Giorgio Bianchi. Dodał, iż: „W tej chwili we Włoszech i ogólnie w całej Europie mówienie o motywach Rosji w tym konflikcie oraz winie Unii Europejskiej oraz NATO oznacza, że zostaniesz nazwany „putinistą”. Wcześniej Bianchi pracował w kilkunastu gorących, wojennych punktach: Syria, Burkina Faso Myanmar. I jest profesjonalistą w swoim fachu. Jak podkreśla gazeta, jego zdjęcia były prezentowane w czołowych zachodnich mediach, magazynach i na międzynarodowych wystawach, otrzymując liczne nagrody i wyróżnienia.
Gdy następuje skoncentrowany atak na nasz światopogląd, gdy zostajemy napiętnowani jako inni, gdy dostajemy stygmat zdrajcy lub odszczepieńca, kiedy zaleca się nam milczenie, albo poucza nas, iż mniej nam wolno, tym samym rośnie zagrożenie naszego bezpieczeństwa i zawala się nasz świat. Prof. Janusz Reykowski, psycholog społeczny, zauważa w tym kontekście, iż każde antagonizowanie i polaryzacja zbiorowości dotąd spójnych i w miarę tożsamych czynione przez publikatory w imię oglądalności (i zysków za tym idących) prowadzi do wrogiego nakręcania się po obu stronach tak rysowanej medialnie barykady. Gdy jedni są przekonani o absolutnej racji i prawdzie pozostającej po ich stronie, tym samym odbierają stronie przeciwnej jakąkolwiek legitymizację. Z czasem pozbawiają ją człowieczeństwa. Możliwości kompromisu i porozumienia zanikają. I czy to jest już faszyzm, czy dopiero faszyzacja przygotowująca grunt pod absolutne i czyste panowanie tego ustroju?
Na zakończenie warto zwrócić uwagę jeszcze na jeden aspekt związany z przedstawianym tu zagadnieniem. Fundamentalizm stojący zawsze pod rękę z faszyzmem, to pogląd na świat – nie tylko religijnego chowu – zakładający pewien rodzaj wiary, która może być łatwo doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, w Absolut, w to, że każdy problem musi być dziś rozwiązany wedle naszych prawd i zasad. Zakłada jednocześnie istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą. A ta wiedza nie musi być dostępna dla zwykłych śmiertelników. I są gremia – czyli ów Absolut – który im tę wiedzę i prawdy przekażą.
To immanentny składnik faszystowskiego sposobu myślenia. Rządzący współcześnie mainstream, mimo zapewnień o admiracji wobec takich wartości jak wolności obywatelskie, demokracja, swoboda myśli i wypowiedzi, liberalizm wobec różnych postaw i sposobów interpretacji naszego świata, sobie przypisuje wyłączne prawo do oceny prawdziwości, słuszności czy wiarygodności krążących w przestrzeni publicznej sądów i tez. To swego rodzaju bałwochwalstwo i sakralizacja swoich poglądów. To uznanie siebie za ostateczny autorytet.
Gdy dziś rozejrzymy się wokoło nas, to z przerażeniem zaobserwujemy, iż faszyzacja rzeczywistości postępuje. I to od lat. Przykładów faszyzacji, która jednak w wyniku opisywanych trendów uchodzi za prawidłowość pogłębiającą demokrację i obywatelskie wolności, można podawać mnóstwo. Ale przecież nie tyle chodzi o przykłady, ile o tendencje i źródła powodujące zaistnienie tych nie kończących się procesów.
Radosław S. Czarnecki
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6097
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 246
Religia globalczyka
Prof. Gracjan Cimek konstruując pojęcie „globalczyka” (Sprawy Nauki Nr 2/2023 i 1/2023) zwrócił uwagę na źródła i proces tworzenia się tej konstrukcji, dla której pierwowzorem może być potwór rodem z tradycji judaistycznej zwany Golemem. Charakteryzować go ma życie w postprawdzie, co się wiąże z kompletnym rozproszeniem zasad, wartości, sądów, idei itd., a także labilność wartości (przede wszystkim etycznych), cynizm, nowomowa, hiperindywidualizm i społeczny darwinizm. I przy tym narracja zapewniająca o tworzeniu nowej, na miarę XXI wieku, społeczności globalnej.
Wiele szkodliwych skojarzeń i nieporozumień wniosły tu wydarzenia historyczne z końca XX wieku o wybitnie rewolucyjnym wymiarze. Globalizacja i multikulturalizm, które miały powszechnie zapanować po 1991 r. przerodziły się w fundamentalistyczną religię wyznawaną przez globalczyka, eksportowaną poza świat zachodni jako dogmat pojmowany często przez tych, którym go narzucano jako współczesną formę neokolonializmu. A na dodatek reżim rynku potraktował to, co globalczyk przyjął za aksjomat, narzucając funkcjonowanie innych kultur wedle labilnych, wynikających z postprawdy kanonów uzależnionych od potrzeb, interesów i emocji możnych tego świata.
Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; i kto nie zbiera ze Mną, rozprasza (Ewangelia wg św. Mateusza 12, 30/13)
Trzy podstawowe kanony - wolność, równość i braterstwo – tworzące zasadniczą konstrukcje cywilizacji Zachodu wypracowano de facto w dziejach „ekskluzywnego klubu” (jak nazywa te wydarzenia i te trzy kraje Emmanuel Todd w Klęsce Zachodu), jakim okazały się Anglia - Rewolucja Chwalebna (1688), Ameryka – Deklaracja Niepodległości (1776) i Francja – rewolucja i jej efekty (1789). Tu należy szukać genezy tego, co globalczyk i jego fani nazywają demokracją liberalną. Globalczyk i towarzysząca mu kultura, mentalność i mainstreamowi klakierzy zblatowani z wielkim kapitałem wykastrowali liberalizm z jego głównego, klasycznego, oświeceniowego przesłania.
Dwie najważniejsze cechy politycznego liberalizmu są jego kulą u nogi. Z jednej strony to założenie, że człowiek jest przede wszystkim samotną jednostką, „podczas gdy w rzeczywistości jest istotą z natury społeczną”. Drugim problemem jest rozumienie „praw jednostki”, zwanych potocznie prawami człowieka. Zakłada się w tej formule, iż „każdy powinien być w stanie dostrzec zarówno powszechność jak i wagę praw człowieka”, a to nie do wszystkich, w sposób uniwersalny i jednoznaczny przemawia (John Mearsheimer, Wielkie złudzenie). I jest tego wiele powodów, m.in. pluralizm kulturowy świata, wielość tożsamości tak charakterystycznych i immanentnych poszczególnym społecznościom tworzącym całą populację globalną, czy chociażby rola religii jako znaczącej ich części.
Marzenia i idealistyczne życzenia nie są dobrym i progresywnym w umiarkowanym, a nie przyśpieszonym tempie unifikacji świata, która tak czy siak postępuje naturalnie z racji choćby technologicznych możliwości komunikacji czy przekazywania danych. Bo jak zauważył Arnold Toynbee „Potomkowie nasi nie będą po prostu ludźmi Zachodu, jak my. Będą dziedzicami Konfucjusza i Lao-tsy tak samo jak dziedzicami Sokratesa, Platona i Plotyna; dziedzicami Gautamy-Buddy tak samo jak dziedzicami Deutero-Izajasza i Jezusa Chrystusa; dziedzicami Eliasza i Eliszy, a także Piotra i Pawła” (Civilization on Trail).
Ale globalczyk oprócz personalnej pewności siebie i absolutnej wiarygodności przekonań w rozumieniu liberalnych dogmatów - a de facto neoliberalnych, dalekich od liberalizmu, w dodatku mocno religijno-fundamentalistycznej formie (Radosław S. Czarnecki „Liberalizm jako forma wierzenia religijnego”, [w]: Sprawy Nauki Nr 5 i 6-7/2026) –przejawia niebywałą arogancję dotyczącą uniwersalności tych koncepcji.
Takie rozumienie realiów leży u podłoża tzw. esencjalizmu, zakładającego modelowość, idealność realności jedynie akceptowanej, a jednocześnie wybory ludzkie sprowadza do niepodważalnych kanonów wedle antynomii dobro vs zło, światło vs ciemność, raj vs piekło etc. Ci, którzy nie akceptują takiego sposobu widzenia świata i procesów w nim zachodzących nie mogą mieć racji istnienia. (Radosław S. Czarnecki „Esencjalizm – wrota fundamentalizmu religijnego” [w]: Sprawy Nauki Nr 8-9/2015). Warto dodać, że jest to paradygmat wzięty z kalwińskiego sposobu rozumienia predestynacji. Dziś przejęty przez zdobywających coraz szerszy zasięg i wpływy ewangelikanów i im podobnych wyznawców różnych religii, które z kolei formatują całokształt widzenia rzeczywistości. Przede wszystkim człowieka.
Ta droga prowadzi na manowce, grożąc w najbardziej skrajnym przypadku unicestwieniem cywilizacji, albo jej znaczącym cofnięciem. Zwłaszcza, gdy organizacją i zarządzaniem społeczeństwami mają zająć się struktury typu oligarchiczno-korporacyjnego, pozostające poza jakąkolwiek społeczną kontrolą, nie mające jakiejkolwiek demokratycznej legitymacji. W tym przypadku cała narracja o demokracji liberalnej i jej zasadniczych wartościach, czyli rudymentach Oświecenia, do którego globalistyczny mainstream cały czas się odwołuje – wolność, równość, sprawiedliwość, braterstwo – staje się humbugiem, kalamburem, burleską, co je deprecjonuje i ośmiesza.
Kiedy globalczyk, kreujący się cały czas na progresywnego i liberalnego reprezentanta kultury o korzeniach oświeceniowych, prezentuje swą narrację wedle następującego schematu: wszyscy inni poza mną nie mają racji (co wedle religijnego kontekstu oznacza, że są grzeszni), to jego słowo staje się logosem, czyli Bogiem jak w zhellenizowanym judeochrześcijaństwie. Takie wnioski nasuwają się, gdy mamy w pamięci religioznawczy dorobek Bruno Bauera. Również na takie aspekty, zwłaszcza w kontekście zgodności głoszonych tez i praktyki, zwraca uwagę Fryderyk Engels w tekście „Bruno Bauer a wczesne chrześcijaństwo” ([w]: Der Sozialdemokrat nr 19 i 20 /1882). W jednym z listów do Kautskiego zaznaczył on, że w żadnym wypadku obcym nam kulturom nie można narzucać uszczęśliwienia, gdyż wtedy podkopuje się podstawy własnego, przyszłego zwycięstwa. Mówił o proletariacie, ale tę zasadę można uznać ze wszech miar za uniwersalną. Zwłaszcza współcześnie.
Doskonale drogę w tej mierze, jaką przeszedł liberalizm, a wraz z nim podąża globalczyk, opisuje myśl Benedykta Spinozy mówiąca, że „dążymy do czegoś, chcemy, pragniemy, pożądamy czegoś nie dlatego, iż uważamy to za dobre, lecz przeciwnie, dlatego poczytujemy to coś za dobre, że do tego dążymy, tego chcemy i tego pragniemy” (Etyka). To droga od wolnościowych, oświeceniowych, progresywnych myśli i tez do fundamentalizmu i aksjologicznego purytanizmu. Widać wyraźne analogie z chrześcijaństwem i rozchodzenie się wraz ze zdobywaną przez nie władzą teorii i praktyki. A to jest absolutnie nieliberalne i antyhumanistyczne podejście.
Takie rozumienie wyzwań stojącymi przed ludzkością w nowej rzeczywistości będzie musiało mnożyć konflikty społeczne, wykluczać i stygmatyzować kolejne rzesze jednostek, które nie chcą, nie potrafią (bo są nonkonformistyczne) podporządkować się nowemu reżimowi odzianemu w dyktat neoliberalnych, globalistycznych i korporacyjnych dogmatów. Miękkiemu reżimowi (na razie), ale tego typu sygnały i zapowiedzi płynące z ośrodków władzy i splecionego z nimi mainstreamu medialnego pozwalają domniemywać, iż świat George’a Orwella (Folwark zwierzęcy), Jeremy’ego Benthama (Panoptikon, albo Dom Nadzoru) czy Michela Foucaulta (Nadzorować i karać) jest już o krok. Wpierw trzeba przystosować edukację do wychowania rzeszy tzw. nowoczesnych jednostek, uzależnionych od nowych technologii, pozostających w szponach inwigilacji (Sh. Zuboff, Wiek kapitalizmu inwigilacji). Bo jak zauważyła Dale Spender, zajmująca się nowymi technologiami i ich wpływem na edukację, „żadne państwo nie może sobie pozwolić na utrzymywanie klasy ludzi, która nie należy do wspólnoty, nie interesuje się przyszłością kraju”. (Prognozy. Trzydziestu myślicieli o przyszłości).
Ten nurt, którym podążamy pcha nas ku temu, by stwarzać coraz większe możliwości niewielu, pozostawiając wielu ich własnemu losowi. A to zagraża stabilności społeczeństwa i działa destrukcyjnie na wartości społeczne. Więc trzeba tych wielu ukształtować tak, by się z tym cyfrowym niewolnictwem utożsamiali. Sytymi niewolnikami, albo takimi, co uważają się bez względu na rzeczywistość za sytych, kieruje się najskuteczniej i najlepiej. Spender uważa, iż dostęp do informacji i komunikacji interpersonalnych winny być w nowej rzeczywistości zaliczone do podstawowych praw człowieka. Rodzi się pytanie – komu na tym winno zależeć? To jest absolutnie przeciwne temu, w jakim kierunku podąża świat globalczyka.
Niestety, technologie i fascynacje nimi milionów ludzi spowodowa, iż cyfrowe niewolnictwo się pogłębia, kolonizując kolejne sfery kultury, estetyki, świata wartości, a tym samym świadomość ludzi. Coraz więcej z nich patrzy na te sfery, na świat, na jego przyszłość, na ludzkość (o ile w ogóle potrafi się zdobyć na taką refleksję) przez pryzmat swego indywidualnego, wmówionego im sukcesu. Czyli - konsumpcji, posiadania dóbr. To po prostu projektowany przez globalczyka, a implementowany do mentalności setek milionów ludzi, określony model funkcjonowania osoby ludzkiej. „Fakt, że olbrzymia większość ludności akceptuje i jest zmuszona do akceptowania tego społeczeństwa, nie czyni go mniej irracjonalnymi mniej godnym potępienia” (H. Marcuse, Człowiek jednowymiarowy).
Klasyczni sybaryci, bo tak owych osobników należy nazywać, nie zainteresowanych czymkolwiek oprócz konsumpcji, coraz bardziej prymitywnej, odrażającej w swym wymiarze, przy jednocześnie wzrastającej liczbie wykluczonych i stygmatyzowanych, to po prostu dekadencja . Minęło ponad 50 lat od premiery kultowego obrazu Marco Ferrerriego pt. „Wielkie żarcie”, a to co pokazuje w nim reżyser stało się w dzisiejszym świecie normalnym obrzędem, kultem, praktyką. Wtedy odbiór filmu jako wizji wyraźnej dehumanizacji człowieka był krytyczny i z tej racji uznany za wątpliwy (idealistyczne poglądy na postęp i cywilizację Zachodu jako clou rozwoju ludzkości). Trzeba tylko dodać, iż ów kult konsumpcji jest typową cechą charakterystyczną jeśli nie dla religii, to parareligii.
W jednym ze swych licznych esejów Umberto Eco zauważył prześmiewczo, aby w żadnym przypadku (dotyczy to paralelnie filozofii, nauk ścisłych, rozważań o kulturze, a także polityki) nie zakochać się w swoim samolocie. Czyli np. we własnej wersji demokracji, tej tzw. liberalnej, także. Bo w realiach nie ma nic stałego, a wszystko ewoluuje. Myśl człowieka i to, co z nią związane, również.
Jeśli liberalizm i to, co go otacza, co mu towarzyszy, co miało stanowić jego istotę po dekadach negacji istnienia diabła, jako uosobienia zła (nie mówiąc już o jego personifikacji) dziś jasno i wyraźnie przeczy tym tezom, także podpierając się demokratycznymi uzasadnieniami, to oznacza ni mniej, ni więcej jego zmierzch (Peter Beyer, Religia i globalizacja). Tym samym konstrukcja globalczyka doznaje skruszenia w kontekście dotychczasowego nimbu uniwersalności i humanizmu. Bo globalczyk - mimo deklarowanego demokratyzmu i admiracji dla liberalnych zasad -postępuje wyraźnie niczym np. Jan Kalwin chcący w XVI w. przywrócić w łonie protestantyzmu katolickie idee uniwersalizmu władzy i związanego z nim autorytaryzmu (Bernard Cotrett, Kalwin). I reaktywuje materialne istnienie diabła w rzeczywistości doczesnej, potwierdzając bankructwo prowadzonej przez dekady narracji i propagandy.
Religia jest zawsze tworem ludzkim i odpowiedzią na czasy bezprawia, chaosu, zwątpienia i klęsk, jakie dotykają ludzi. I rośnie na nią zapotrzebowanie, kiedy wzmaga się poczucie zagrożeń różnych proweniencji i form. Globalczyk i towarzysząca mu ideologia nie pojmuje, nie rozumie, nie kojarzy kilku dekad swych totalnych rządów, formalnych i tzw. rządu dusz i umysłów, powielając drogę jaką przebyło wiele nurtów i doktryn od teorii do praktyki. A które były przez liberałów i globalczyka jako emanacja takiego sposobu myślenia, ostro krytykowane i zwalczane jako tradycjonalizm.
Prof. Gracjan Cimek w swoim dwuczęściowym eseju o globalczyku będącym efektem zwyrodniałego, konsumpcyjnego, imperialnego dyktatu kapitału (teraz wzmocnionego technologią i AI) stawia w podsumowaniu taki oto dylemat, natury uniwersalnej i humanistycznej: „czy mamy pogodzić się z biorobotyzacją, ekonomiczną waloryzacją i duchową indywidualizacją, czy może jednak podjąć próbę zmiany na rzecz organicznego rozwoju społecznego zakorzenionego w różnorodności kulturowej, którego sprężynę stanowi dobrowolne poszukiwanie w świecie tego, co zapewnia relację wygrana – wygrana” (Sprawy Nauki).
Czy świat proponowany miliardom ludzi na Ziemi, według modelu globalczyka i koncepcjom „kultury Davos” (to się zbiega, to jest ten sam projekt rozpisany na różne partytury), który jest czystym symulakrum, w którym realne trudno odróżnić od wirtualnego, jest najlepszym i jedynym światem, który nas ma czekać? Czy ludzkości taka rzeczywistość może odpowiadać? I czy jest to jedyna droga, którą ona ma podążać, pogrążając się w rzeczywistości postoświeceniowej, postmodernistycznej, gdzie wszystko jest poprzedzone przedrostkiem post? Realności skomercjalizowanej burleski, gigantycznych rozpiętości dochodowych, rosnącej frustracji i gniewu mas i coraz bardziej prymitywnych, nic nie rozumiejących poza swoim portfelem i subiektywnym poczuciem (co eliminuje jakąkolwiek odpowiedzialność) jakości życia, politykami.
Radosław S. Czarnecki
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2
Dobry opiekun to nie globalczyk
Budowa godnego, przyjaznego człowiekowi, solidarnego i sprawiedliwego świata to horyzont działań i myślenia tych, co chcą siebie kwalifikować do kręgu admiratorów humanizmu, wyznawców tradycyjnych wartości tworzących człowieczeństwo, ludzi związanych w jakimś sensie z Oświeceniem. Bo jak na razie - i globalczyk jest tego namacalnym dowodem - zwyciężają koncepcje, które unicestwiają rudymenty Oświecenia i humanizmu. Bo byt człowieka nie może się sprowadzać wyłącznie do prymitywnego sybarytyzmu i obserwacji dziejącej się rzeczywistości z takiej właśnie pozycji, a reszta mnie nie obchodzi. Humanizm, demokracja, wolności osobiste, a tym samym człowieczeństwo stają się kotylionem przy surducie globalczyka, który w każdej chwili można odrzucić.
Naukowy racjonalizm nie potrafił dać odpowiedzi na pytanie o ostateczny sens życia, ponieważ znajdowała się ona w domenie mitu. Wulgarne porzucenie mitologii doprowadziło do wytworzenia się pustki, którą Sartre
opisał jako dziurę w kształcie Boga. A ludziom w życiu jest potrzebne poczucie sensu i mythos, a równocześnie niezbędny jest surowy racjonalny logos. (Karen Armstrong)
Trzeba dodać do zacytowanej myśli topowej badaczki zagadnień najszerzej związanych ze społecznym fenomenem religii, iż koncepcja globalczyka oparta o liberalne, konsumpcjonistyczne, wedle korporacyjnych standardów reprezentuje głęboko wierzące, religijne stanowisko, choć do tego nie chce się przyznać i odżegnuje się od takich konotacji.
A człowiek winien być twórcą, homo autocreator. Dotyczy to nie tylko warunków materialnych życia, ale także kształtowania siebie samego. Definicji humanizmu jest wiele, ale obchodząc meandry modnego rozumienia tej wizji człowieka wedle transhumanizmu, rozumienie go w sposób klasyczny jest związane ze społecznym wytworem człowieka. Takim też jest rozumieniem wartości mu towarzyszących, które powstały w historycznym procesie w sposób naturalny, nie zadekretowany przez kogokolwiek. W tym mieści się szczęście, wolność, sprawiedliwość, solidarność i to wszytko co ujęto w Deklaracji Praw Człowieka ONZ z dn. 10.12.1948 r. Wszelkie odgórne zapewnienia i uzasadnienia owych wartości przez jakiekolwiek gremia i środowiska, a tak dziś brzmią kaznodzieje występujący w imieniu globalczyka, są przejawem autokracji i toksycznych, odbierających osobie ludzkiej humanistyczny, postępowy, uniwersalny pierwiastek.
Każdy człowiek ma prawo do swojego pojmowania tych uniwersalnych wartości, wedle swego doświadczenia, tożsamości, kultury, sposobu rozumienia świata i historii. I właśnie o to chodzić powinno w multikulturowym i wielobiegunowym świecie przyszłości. To jest też element alternatywnego modelu wobec uzurpacji promowanej przez globalczyka. Nie pouczajcie nas – miał na jednym z paneli w Davos odpowiedzieć minister spraw zagranicznych Indii Subrahmanyama Jainshankara na liczne pytania reprezentantów zachodnich mediów dotyczących poziomu demokracji w Indiach – epoka kolonizacji już się zakończyła.
Praca jako towar
Skrajne utowarowienie i monetyzacja całej przestrzeni ludzkiej działalności odbija się zwłaszcza w relacjach interpersonalnych sprowadzonych do układu kupujący – sprzedający. To deprecjonuje pracę jako twórczą, humanistyczną i niezbędną dla człowieka aktywność absolutnie zgodną z dewizą homo autocreator. Dziś praca stała się „towarem pozbawionym ochrony żywotnych instytucji demokratycznych a siła robocza została potraktowana jako surowiec, który się używa i po zużyciu wyrzuca” (David Harvey, Neoliberalizm).
Zaistniała więc sytuacja jak w XIX w. kiedy Karol Marks formułował swoją koncepcję kapitalizmu jako systemu wyzysku i eksploatacji. Trudno się więc dziwić, iż plenią się gangi, kartele przestępcze, sieci dilerów narkotyków, sekty religijne i parareligijne, różnego rodzaju Mesjasze i profetycy, religijni kuglarze obiecujący inne, pozasystemowe życie. Chaos i przypadkowość tworzą warunki i przestrzenie dla takich rozwiązań.
To fikcja życia ludzkości mającego być twórczym i powodującym samorealizację. Sytuacja, gdy promuje się taki system, taką demokrację, taką wizję społeczeństwa, negujących godność, sprawiedliwość i równość szans, a tym samym istotę człowieczeństwa okazuje się katastrofalnym wpływem nie tylko na procesy produkcyjne i wytwórstwo czyli na „bazę”, ale niszczy przede wszystkim nadbudowę. W tym najszerzej pojętą kulturę, gdyż „sposób produkcji życia materialnego warunkuje społeczny, polityczny i duchowy proces życia w ogólności” (Karol Marks, Kapitał).
Lokalizacja ludzi pracy najemnej, kobiet, grup rdzennych mieszkańców, tych których się wyklucza poza sferę owego „wyścigu szczurów”, z porządku społecznego pozbawia pracę jej humanistycznego, ogólnoludzkiego wymiaru. Niszczy się tym samym jej rolę w tworzeniu i działaniach na rzecz wspomnianego już bonum communae. Fryderyk Engels napisał, że oprócz źródła bogactwa i przekształcania przyrody „jest praca pierwszym podstawowym warunkiem wszelkiego życia ludzkiego i to w tej mierze, że w pewnym sensie to ona stworzyła człowieka” (Rola pracy w uczłowieczeniu małpy).
Dziś w efekcie zmienionych warunków i szybkiego rozwoju technologii, robotyzacji, sztucznej inteligencji, przed ludzkością stają wyzwania nie tylko dotyczące sprawiedliwej, nie wykluczającej i tym samym pozbawiającej możliwości aktywnego i twórczego bytu miliardy osób, dystrybucji owoców pracy. Wiąże się to ze skalą monetyzacji i utowarowaniem pracy oraz agresywności współczesnego kapitału.
Degradacja człowieka
Zasadnicze dylematy jakie stają przed planetarną populacją, egzystencjalnego, wymiaru brzmią następująco: co zrobić z nadmiarem ludzi, zastępowanych przez humanoidalne roboty wyposażone w samo reprodukującą się AI? Bo zyski i ich maksymalne obniżanie, przy takich trendach kosztów pracy muszą się wiązać z materialną i intelektualną degradacją masy potencjalnych pracowników co najwyżej do sfery usług, jeśli nie na absolutny margines aktywności zawodowej. A to zrodzi gigantyczne napięcia społeczne o niespotykanej skali. Nie wystarczy iść śladem Neila Postmana sprzed 40 laty (Zabawić się na śmierć) wieszczącego odmóżdżenie ludzkiej egzystencji w efekcie wiecznej zabawy, uciech i szczęśliwości, czyli krótko mówiąc sprowadzenie jej do prymitywnej konsumpcji. W takiej perspektywie zanikają wartości takie jak solidarność, godność, empatia, a rośnie egoizm, wsobność, budując społeczeństwo pazerne, indywidualistyczne, a człowiek z homo sapiens przeradza się w homo oeconomicusa w neoliberalnej i postmodernistycznej zbroi. Teflonowej na inne niźli zyskowne bodźce.
Pojęcie wolności (liberte), naczelna idea bezrefleksyjnie i prymitywnie forsowana przez globalczyka i jego akolitów z pominięciem równości, braterstwa i solidarności jest po części kulawa, ślepa i głucha. Ułomna. Tak pojmowana wolność sprowadzono wyłącznie do „wolności zakupów”, albo do ciągle poszerzanej dostępności nowotworzonych, coraz bardziej wyszukanych, dóbr konsumpcyjnych (reklamowanych przez totalne media). Doskonale to prezentuje Benjamin R. Barber w Skonsumowanych.
Równość, solidarność i braterstwo to oprócz wolności te elementy, które kulturę Zachodu czyniły atrakcyjną dla przedstawicieli innych cywilizacji, w których o tak rozumianej jakości życia nigdy nie było mowy, a jednostka ludzka jest traktowana od zawsze nie jako indywiduum i podmiot, czy „miara wszechrzeczy” (za Protagorasem z Abdery), ale jako jeden z elementów składowych danej wspólnoty, jako trybik organizmu zwanego społeczeństwem.
Dziś takie rozumienie o genezie oświeceniowej: człowieka i społeczeństwa wraz z ich osiągnięciami w przedmiocie humanizacji, jakości życia, bezpieczeństwa socjalnego i tym samym do stałego kulturowego rozwoju, w zderzeniu z globalczykiem wyraźnie przegrywa, więdnie, popieleje. Bo wolność to nie tylko możliwość chodzenia do pracy, ale przed wszystkim oddanie się wynalazczości, wchodzenia w relacje interpersonalne, kreowaniu wartości (nie tylko materialnych ale i duchowo-ideowych). Wolność - bez świadomości znaczenia tego pojęcia i tego stanu - jest kolejnym humorzastym bożkiem losu uczynionym sobie przez człowieka na swe własne udręczenie, nie dla poszerzenia swojej wolności. Bożkiem spychającym człowieka w otchłanie infantylizmu, niekontrolowanych afektów i irracjonalnych zachowań.
Zagubiona etyka
Oświecenie było potwierdzeniem tez renesansowego powrotu do idealizowanych antycznych wartości i wzorców z jednoczesnym przyśpieszeniem, jak chciano wierzyć, procesów humanizacji i demokratyzacji. Ograniczono te przemiany i ich rozumienie do Starego, Zachodniego Świata wykluczając, stygmatyzując, wedle kanonów elitaryzmu, jednostki, zbiorowości, społeczeństwa spoza tego kręgu kulturowo-cywilizacyjnego. Koncepcje judeochrześcijańskie wyparły wartości i przekonania pochodzące z rzymsko-helleńskich źródeł, a które są nieodłączną częścią europejskiej cywilizacji. (Georges Corm, Religia i polityka w XXI wieku). Zwłaszcza chodzi o mesjanizm i religijną nietolerancję. Także w przedmiocie sięgania po przemoc symboliczną przez środowiska globalczyka. A to jest klasycznym przykładem deprecjacji innych mniemań i sądów niż te które one same propagują. Monopol zawsze jest toksyczny, a to niesie sobą zawsze purytańsko rozumiana tradycja judeochrześcijańska.
Globalczyka ma charakteryzować fundamentalistycznie traktowany ekonomizm, religijnie i dogmatyczne podejście do zasad utylitaryzmu, gdzie wyłącznie rynek i jego bezwzględne oparte wyłącznie na zysku kanony porządkują realność. To jest model fałszu, depersonalizujący ludzkie życie. Każda wiara w absolutną doskonałość, w to że każdy problem musi być aktualnie rozwiązany wedle utylitarnych i korzystnych dla globalczyka rozwiązań jest zwyczajnym fundamentalizmem. Bo zakłada istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą niedostępną dla zwykłych śmiertelników, których traktuje się jako profanów.
Tadeusz Kotarbiński przed ponad wiekiem postawił uniwersalny dylemat wynikający w chwilach wyboru miedzy utylitaryzmem a tym co nazwał „etyką litości”. Co jest ważniejsze – szczęście dziesięciu i jednoczesna sromota jednego? Czy mamy prawo doprowadzać do obniżenia poziomu subiektywnego zadowolenia wielu kosztem nieszczęścia tej jednostki? Ekonomia sił musi się poddać temu, co Kotarbiński uznał za „spolegliwość”. Bo etyczny człowiek musi być obowiązkowo „człowiekiem spolegliwym”, opiekuńczym, solidarnym. Nie może być „to egoista lecz mający serce dla kogoś, człowiek rzetelny, odważny, dzielny i opanowany. Kto te cechy posiada jest dobrym opiekunem” („Zasady etyki niezależnej” [w]: Żyć zacnie).Globalczyk na pewno nie jest egzemplifikacją cech, jakie największy polski filozof XX w przypisuje pożądanej w nowym świecie, w nowym porządku osobie ludzkiej.
Jeśli chodzi o internacjonalizm najszerzej o nim wspomina marksizm. Pojmuje on internacjonalizm jednak dość wąsko, zawężając go do tzw. proletariatu, klasy która stanowiła w XIX i na początku XX wieku radykalną siłę rewolucyjną. W każdym wymiarze.
Jak zawsze w historii, miało to miejsce, gdy dotyczyło to wykluczonych, stygmatyzowanych, usuniętych na margines społeczny dużych grup ludzi. Ideologicznie, w klasycznym rozumieniu internacjonalizm proponuje tworzenia więzi ponadnarodowych, globalnych, często utożsamiany z progresywnymi ideami, związanym z Oświeceniem Z postawami i myśleniem, będąc jednocześnie sprzeciwem wobec nadmiernie rozbudowanych interesów państwa narodowego. Nie zakładającą jednak żadnej dominacji, hegemonii, nie mówiąc o narzucaniu swych rozwiązań innym kulturom, społeczeństwom, zbiorowością itd. Figura globalczyka jest tym ideom absolutnie przeciwna (p. Fryderyk Engels, Der Sozialdemkrat).
Radosław S. Czarnecki
Od Redakcji: jest to druga część eseju Autora pt. Globalczyk kontra internacjonalista. Pierwszą opublikowaliśmy w SN Nr 8-9/26 .

