Słonie w teatrze

Utworzono: środa, 22 lipiec 2015 Walentyna Trzcińska Drukuj E-mail

Perskim okiem

 
Wala
Teatralny słoń żywemu nie przepuści. Zmarłemu - tym bardziej. A już klasykowi - za nic! Czy on będzie starogrecki, czy staroangielski, starocerkiewny czy staropolski ten klasyk - dla słonia każdy dobry. A im starsza jego porcelana, tym lepsza. Do tłucznia oczywiście, bo co innego słoń może z nią zrobić? Nie zawinie w bibułkę i starej ciotce nie zaniesie. Nie taki jest honor słonia!


Jeśli moda pojawia się nie wiedzieć skąd, to na pewno z innego kontynentu. Na przykład -  z północnoamerykańskiego. Zaczęło się od kartofli i tytoniu, potem przez stonkę przeszło na czarne wiewiórki, co zagryzają nasze rude, ale: czym się skończy - nie wie nikt! Na dziś stanęło na papierosach: coraz więcej gatunków, coraz wyższe ceny, coraz więcej miejsc z zakazem palenia. Są ponoć w Polsce miejsca, gdzie we  na własnym domu dyma puścić się nie da, bo strażnik miejski czyha, żeby palaczowi wlepić mandat.


Historia nie odnotowuje pierwszego słonia, który wszedł do składu porcelany i zaczął tam harcować jak niszczycielski tajfun, ale gdyby poszperać, kto wie? Osobiście podejrzewam, że byłby to na wpół amatorski teatr na nowojorskim Brodwayu lub w Chicago. Nie wiem, czy do Europy teatralne słonie dotarły drogą czarnych wiewiórek czyli - morską, ale przez Polskę szły. Część się nawet okopała, złączyła w grupę i trzyma się mocno. Teatralna porcelana trzeszczy i strzela na boki, aktorzy na wyścigi uczą się publicznego rzygania, pierdzenia, sikania i spółkowania, a dyrektorzy teatrów - boją się. Boją się słoni, bo słonie mogą zniszczyć dyrektora, teatr i cały zespół. 


Był czas, gdy oglądałam w teatrze wszystko, a nawet - jeszcze więcej. To był dla mnie drugi, lepszy świat - mądrzejszy od życia, piękniejszy niż sen. Zapach foyer, szmer widowni przed rozpoczęciem spektaklu, gasnące światła - gong! Kurtyna w górę!


Pierwsza zniknęła kurtyna, za nią - gong. I pojawił się pierwszy słoń. Dla mnie  buszował wówczas w krakowskim Starym Teatrze i nazywał się Krystian Lupa. Choć potem zdarzały się przedstawienia tego reżysera, które aż tak mnie od teatru nie odrzucały (np. „Kalkwerk"), to budowane przez niego na reżyserskie przeświadczenie, że teatr "robi się" dla siebie i garstki przyjaciół, zapączkowało. Tym bardziej, że powierzono mu - kształcenie przyszłych reżyserów. I - poooszło! Zaczęły słonie teatralne wyrastać jak grzyby po deszczu. Dziś po Polsce grasuje ich silna horda. Biorą teatry pod grube nożyska, jak leci. Każdy teatr jest dobry, każda scena i każdy widz -  zdeptać, splugawić, opaskudzić! I - koniecznie - uwspółcześnić! Dama Kameliowa i Dulska, Jontek i Halka, Król Lear i Hamlet - wszyscy noszą trepy lub adidasy, rozbierają się niżej pasa i porozumiewają przez telefony komórkowe! Ten ostatni atrybut - tzw. komóra - wręcz konieczny! Inaczej głupi widz przecież nie skuma, że serwują mu „uwspółcześnioną" wersję teatralnej klasyki.

 

Ostatnio dwa takie słonie wdarły się w warszawski Teatr Żydowski, dokąd zwabiła mnie nowa premiera „Dybuka" Szymona An-skiego. Piszę nowa, bo jak długą moją pamięcią sięgam, akurat w tym teatrze „Dybuk" chadzał od zawsze, a wiele lat w reżyserii Szymona Szurmieja.


Krótkie streszczenie sztuki: „Dybuk" to historia miłości dwojga młodych ludzi, Lei i Chonena, jeszcze przed urodzeniem przeznaczonych sobie przysięgą ich ojców.  Rażony jak piorunem Chonen traci życie na wieść, że ojciec Lei znalazł jej innego kandydata na męża. Odtąd dusza nieszczęśnika nie może zaznać spokoju, dopóki nie wtargnie w ciało Lei - jako dybuk właśnie - by w ten sposób się z ukochaną połączyć. Przerażony ojciec udaje się z córką do Cadyka w Miropolu, by ten odprawił egzorcyzmy i wypędził ducha. Po licznych zmaganiach dybuk opuszcza ciało Lei...

„Dybuk", sztuka przez samego autora nazwana „legendą dramatyczną", była i jest wystawiana w wielu, nie tylko żydowskich, teatrach na świecie. Warto wspomnieć "Dybuka" Andrzeja Wajdy w krakowskim Starym Teatrze, czy w reżyserii Agnieszki Holland w Teatrze Telewizji. Tym razem do „Dybuka" dobrały się dwa słonie: Maja Kleczewska - reżyseria, scenariusz sceniczny (?) i Łukasz Chotkowski (scenariusz sceniczny, dramaturgia (??). Przy takiej masie „odpowiedzialnych" zadań tej pary dziw, że z afisza nie zniknął rzeczywisty autor, czyli An-ski!

 

W każdym razie - słonie wdarły się do kolejnego teatru i rozpoczęło się deptanie kolejnej porcelany. Skoro Cadyk jest z Mariupola,  czyli dzisiejszej Ukrainy wschodniej, musi wyglądać i  zachowywać, jak zdaniem twórców spektaklu zachowuje sie cieć starej kamienicy we współczesnym ukraińskim mieście. Czyli: niechluj w opadających gaciach od piżamy, starym ortalionie i plastikowych klapkach.  A dalej - poszły słonie po betonie! Mnożą się panny młode z różnych epok, towarzyszą im gestapówki i więźniowie w pasiakach, krążą bandziory i postaci z dziecięcych komiksów. Groch, kapusta i nad tym wszystkim - wielka stopa teatralnych słoni. Z impetem tnąca  tekst, miażdżąca jego autorskie przesłanie, melodykę, koloryt i co się jeszcze da. Byle tylko An-skiemu z jego „legendy dramatycznej" nic nie zostało.

 

Po co w takim razie było sięgać po wymagający tylu zmian tekst? Bo łatwiej zrobić tzw. adaptację sceniczną cudzego dramatu, niż samemu go napisać. Dlaczego rżnie się i kastruje  klasykę, a nie sięga po dramaty nowe, czekające wystawienia? Bo na klasykę publika przyjdzie, na autora współczesnego - niekoniecznie. Poza tym, żyjący dramaturg może się stawiać, nie zgodzić na zmiany, nawet wycofać sztukę przed premierą. Co wprawdzie rzadko, ale się zdarza. No i - jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Bo za tzw. „scenariusz sceniczny" wystawianego od stu czy dwustu lat dramatu, za jego „adaptację" i „dramaturgię", można zgarnąć dodatkową kasę. Tym większą za klasykę, że zmarłemu przed laty autorowi płacić nie trzeba. Słonie teatralne są sprytne! A czemu się je do teatrów wpuszcza? Bo słonie teatralne, szczególnie w stadzie, są silne! Po przyłączeniu zaprzyjaźnionej grupy krytyków teatralnych - tym bardziej.  Zaczynają krytycy - od chlastania tego, co dany teatr wystawia. Potem, już wspólnie, domagają się rozpisania konkursu na dyrektora tegoż teatru (co niedawno miało miejsce również w przypadku Teatru Żydowskiego). Bo jak nie, to przed teatrem np. zapalą cmentarne znicze, wybuczą najnowszą premierę itp.
Słonie  teatralne uwielbiają happeningi. I nagle - w tymże teatrze - jeden, albo dwa słonie coś reżyserują, udramatyczniają,  etc. Najchętniej, oczywiście, klasykę. Może być polska, niemiecka, żydowska, czy rosyjska - klasykę i już! Skrzyknięta na premierę klaka bije brawo, słoniowi recenzenci piszą słoniowe recenzje i - jest dobrze! Że widownia po kilku przedstawieniach pustoszeje, a teatr gra sztukę coraz rzadziej, aż cichcem zdejmuje ją z afisza? Haracz został spłacony! Słonie mają się dobrze. Teatr - nieco gorzej, bo zbiedniał, ale wytrzyma. Na szczęście to on jest wieczny.

Walentyna Trzcińska 

 

(Tekst publikowany w Piśmie Społeczno-Kulturalnym "Miesięcznik", nr 178/179, maj/czerwiec 2015 )

 

Odsłony: 1333
Our website is protected by DMC Firewall!