Odwrócona kolonizacja

Utworzono: niedziela, 29 maj 2016 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

O imigracji i polityce imigracyjnej z ekonomistką i politolożką,  dr hab. Adrianą Łukaszewicz z Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Anna Leszkowska

 

lukaszewicz- Pani Doktor, w obliczu masowej emigracji do Europy zarysowały się dwa spojrzenia na to zjawisko. Jedno to dostrzeganie jego pozytywów – migranci są pożądani dla gospodarki, poza tym zwiększają wielokulturowość. Ale jest też i narracja negatywna: że zwiększają przestępczość, mogą obniżyć nasz poziom życia z powodu kosztów, jakie musimy ponieść na ich utrzymanie. Z czego wynikają takie postawy i która z nich ma racjonalne podstawy?
 

- Powiedziałabym inaczej: jeśli dla Europy argumentem za imigracją jest brak rąk do pracy, to podjęcie takiej decyzji powinno być poprzedzone gruntowną analizą potrzeb europejskiej gospodarki, tego, na jakie zawody jest popyt, na jaką siłę roboczą, o jakich kwalifikacjach?
Na świecie istnieją z grubsza dwa sposoby podejścia do kwestii migracji ekonomicznych. Jeden z nich to podejście państw Zatoki Perskiej, a drugi - USA.

W Zatoce Perskiej państwa posiłkują się ogromną liczbą pracowników cudzoziemskich, ale są oni zapraszani przez firmy, które za nich w pełni odpowiadają. Jeśli oceniają, że dla danego biznesu potrzeba  np. 1000 pracowników budowlanych, ściągają tylu z zagranicy i dla każdego z nich w pełni organizują pracę. Jeśli pracownik przestaje być potrzebny i staje się bezrobotny, ma dwa tygodnie na opuszczenie kraju. Innymi słowy: państwa te nie dopuszczają do sytuacji, w której przybysze mieszkają na ulicach, żyją na koszt społeczeństwa. Inaczej, niż to jest w Europie, bo UE nie ma pomysłu na to, w jaki sposób zorganizować kontrolowaną migrację.

Z kolei w Stanach Zjednoczonych władze odpowiedzialne za politykę imigracyjną biorą pod uwagę zdolności absorpcyjne państwa. Czyli państwo dokładnie wie, że nie można zezwolić na zbyt szeroki napływ migracji w jednym momencie, ponieważ może ona rozsadzić tkankę społeczną. W konsekwencji imigracja jest dozowana, imigranci są przyjmowani planowo, metodycznie, w takich ilościach, aby można ich było bezkonfliktowo włączyć w społeczeństwo. Każdy chętny może się starać o legalny przyjazd do USA w ramach tzw. loterii wizowej, choć musi spełniać konkretne, określone przez władze, kryteria. Ze względu jednak na fakt, że obowiązuje określona pula miejsc,  nie ma pewności, że otrzyma on taką zgodę w pierwszym roku. Może się jednak starać o legalne prawo pobytu w kolejnej loterii.

Tak prowadzona polityka migracyjna generalnie nie powoduje sytuacji, w której ludzie zaczynają szturmować granice, czy rozkwita ich przemyt. Pewnym problemem są tereny przygraniczne, w przypadku USA to granica  z Meksykiem, gdzie są kłopoty z nielegalną imigracją. Jednak ta migracja stwarza nieco mniejsze problemy adaptacyjne, wynikające z odmienności kulturowych, niż w przypadku muzułmanów.  Z drugiej strony, jest trudna do skontrolowania, bo migrantom łatwo jest się ukryć w diasporze meksykańskiej i funkcjonować w szarej strefie.
Warto podkreślić, że w przypadku migracji jest bardzo istotne,  z jakiej kultury wywodzą się imigranci. Bliskość kulturowa zwiększa szanse na szybką integrację.

Patrząc na Europę: nie został przeanalizowany lub wzięty pod uwagę żaden z tych modeli. Europa nie przyjęła żadnej ze znanych polityk imigracyjnych. Z wielu powodów, także natury historycznej, w tym spuścizny kolonialnej, godzi się na imigrację także osób, które nie spełniają ani kryteriów uchodźczych, ani nie podejmują w Europie pracy zawodowej.
Brak dokładnie przemyślanej i sprecyzowanej polityki migracyjnej spowodował, że imigracja, która ma dzisiaj przyczyny obiektywne (takie, jak wojny, destabilizacja polityczna, czy katastrofa ekologiczna), dosłownie zalała Europę.

Inną sprawą jest, że winniśmy mieć świadomość swojej odpowiedzialności w tym względzie – przecież to także my przyczyniliśmy się do destabilizacji krajów dzisiejszych imigrantów, czy ich środowiska naturalnego. Polska także uczestniczyła w interwencjach w Afganistanie czy Iraku, w związku z czym politycy i obywatele powinni sobie uświadamiać, że jest naszym obowiązkiem pomagać imigrantom, szczególnie pochodzącym z tych krajów, których państwa niszczyliśmy. Winniśmy ponieść choćby fragment odpowiedzialności za skutki naszych działań. Tymczasem nie widać w Polsce takiej refleksji.
 

- Zwłaszcza, że Europa od wieków była otwarta na imigrantów, co jest zgodne z wartościami, jakie się tu wyznaje.
 

- Migracje nie są wyłącznie czymś złym, wzbogacają także społeczeństwa państw przyjmujących. Uważam, że społeczeństwo wieloetniczne może być wielką wartością. Nasza dzisiejsza spójność etniczna wydaje się być wręcz balastem, bo w społeczeństwie nie ma innych punktów widzenia, doświadczeń, kultur.

W rozważaniach o migracji kluczowym zagadnieniem jest jednak pytanie o skalę napływu, czas i rozłożenie geograficzne. To determinuje społeczne podejście do migracji. Jeśli w naszym sąsiedztwie pojawia się paru obcych, to powiemy, iż oni nas wzbogacają, dodają kolorytu, natomiast jeśli obcy zaczną dominować, to z dużym prawdopodobieństwem poczujemy się zagrożeni i uznamy to za najazd. W efekcie zwrócimy się przeciwko nim. Kiedy migracja do Europy wynosiła 200 – 300 tys. osób rocznie, to nie wywoływała poczucia zagrożenia, bo taką liczbę imigrantów rynek mógł wchłonąć, a jednocześnie mogło być utrzymane status quo między grupami etnicznymi, społeczeństwem przyjmującym a napływowym.
 

W tej chwili konfrontujemy się z wielką falą migracji spotęgowaną wypowiedzią kanclerz Merkel, zapraszającą oficjalnie wszystkich chętnych/migrantów bez spełnienia warunków brzegowych. Zaproszenie tak niefortunnie sformułowane  to największy błąd, jaki można było popełnić w polityce migracyjnej. Decyzja kanclerz Merkel zmieniła oblicze Europy i zapoczątkowała proces postępującej i bardzo głębokiej zmiany charakteru naszego kontynentu.

Nie ma powrotu do stanu ex ante – tego procesu nie da się odwrócić, bo nie da się odesłać z Europy 1,5 miliona ludzi, którzy napłynęli do niej w ostatnich kilkunastu miesiącach. Nawet, jeśli część z przybyszów  się deportuje, to jednak większość z nich zostanie. Do tego wciąż napływają nowi migranci  – Frontex na ten rok przewiduje napływ do Europy co najmniej 1,5 mln ludzi. I choć zmniejszyła się skala migracji przez Turcję i Grecję, to wzrosła migracja przez Włochy, bo mamy do czynienia ze zdesperowanymi ludźmi.
Chyba, że pojawi się w Europie – czego początki już widzimy - radykalizm, faszyzm i może pogromy, wtedy ludzie ci uciekną. Ale czy takiej Europy chcemy?

Cała Unia Europejska ma w tej chwili gigantyczny problem wskutek nałożenia obiektywnych czynników, zmuszających ludzi do ucieczki ze swoich domów, na decyzję kanclerz Niemiec. Decyzję nieprzemyślaną, nieprzeanalizowaną i nieuzgodnioną z innymi krajami europejskimi, choć wszystkie one ponoszą  dzisiaj tego konsekwencje.
Był to kluczowy błąd, bo na dobrą sprawę nie wiadomo, kogo kanclerz Merkel zapraszała. Jeśli z powodów humanitarnych zapraszała klasycznych uchodźców, to w jaki sposób to zrobiła? Zamiast zorganizować im transport, napędziła zyski przemytnikom (imigranci płacą 3-3,5 tys. euro za miejsce w pontonie, a drugie tyle – w drodze, wskutek szantażu wyrzucenia za burtę).
Jeśli chciało się pomóc ofiarom wojen, to należało zagwarantować przyjazd kobietom, dzieciom, starcom, zorganizować obozy, itp. Jednak tego nie uczyniono, zezwolono na spontaniczny, rodzący szereg patologii i znajdujący się poza jakąkolwiek kontrolą Unii przepływ ludzi przez granice.

Jeśli  z kolei chodziło o pozyskanie rąk do pracy, czyli o migrację ekonomiczną, to taka specyficzna „antypolityka migracyjna” z pewnością nie pomoże starzejącej się Europie. Niekontrolowany napływ ludzi spowodował, że do Europy przybyli w większości ludzie bez wykształcenia (może z wyjątkiem części Syryjczyków i Irakijczyków), a zatem jaką wartość rynkową oni przedstawiają? Przecież są statystyki, wiadomo, jaka jest struktura wykształcenia przybyłych w ostatniej fali imigrantów. Poza tym, pojawił się problem odmienności kulturowej większości z nich - niedopasowania do naszej zachodniej kultury. Czy zatem obecna migracja stała się dla Europy zyskiem czy kosztem?

Obecnie coraz częściej mówi się o odsyłaniu ludzi do ich krajów, co jest już procesem bardziej cywilizowanym, bo odbywa się drogą lotniczą, a migranci otrzymują pieniądze na zagospodarowanie u siebie. Ale to niesie za sobą także ogromne koszty.
Można więc powiedzieć, że jeśli komuś chcieliśmy pomóc, to może należało pomagać w obozach w Libanie, Jordanii, czy Turcji – dać pieniądze ludziom, którzy przebywali blisko swoich domów, czekając na zakończenie wojny, zorganizować im godne warunki pobytu. Prawdą jest bowiem, że większość z tych ludzi nie chce uciekać do Europy – ok. 95% z nich jest w obozach w pobliżu swojego kraju, chcą  jak najszybciej wrócić do domu. Warunkiem ich powrotu jest jednak pokój - jak np. w Syrii. Na to jednak nie mamy większego wpływu, gdyż w Syrii mieszają się interesy co najmniej pięciu państw.
 

- Ale nawet jeśli w Syrii będzie pokój, to za chwilę wojna – i masowe migracje -  może być w każdym innym państwie i to nie tylko Bliskiego Wschodu czy północnej Afryki…

- Jakby na to nie spojrzeć, destabilizacja wielu państw, z których pochodzą dzisiaj migranci jest wynikiem mieszania się w ich politykę USA i  Europy. Warto zaznaczyć, że rozpad Libii nastąpił tylko wskutek działań Europy. A przecież należy przypomnieć, że Libia, dzisiejsze państwo upadłe, które de facto istnieje już tylko na mapach, było do niedawna najbogatszym państwem afrykańskim.
 

- Błędy w polityce imigracyjnej nie dotyczą jednak tylko problemu: ile, kogo i kiedy przyjmuje Europa. To także kwestia integracji przybyszy, pokonania barier kulturowych, religijnych, obyczajowych, językowych…
 

- Podstawowym problemem rzutującym na integrację jest to, w jaki sposób podchodzi się do swojego pobytu w kraju emigracji – czy jest to decyzja na czas określony, czy nieokreślony. W przypadku, kiedy nie planuje się długiego pobytu, nie planuje się również integracji – pozostaje się gościem na krótki czas.
Teraz mamy jednak do czynienia z długimi pobytami ludzi planujących zmienić kraj pobytu być może na stałe. I widzę w tym kolejny aspekt problemu  imigracji – swoistą  „czarną dziurę” w polityce europejskiej i poszczególnych krajów. Jest oczywiste, że aby prowadzić politykę integracyjną, trzeba wiedzieć kto do nas przybył, na jaki czas, kim jest, jakie ma zwyczaje – jakoś tych ludzi opisać i zrozumieć. Otóż my – poza zgrubną oceną, ilu obywateli jakiego kraju do nas  przybywa, nic więcej nie wiemy i nie chcemy wiedzieć.

Polityka integracyjna musi być celowana, a zatem trzeba tych ludzi rozumieć. Tymczasem  nie bardzo wiemy ilu imigrantów napłynęło do Europy, ani kim ci ludzie są i dlaczego przybyli.
Można powiedzieć, że po obu stronach panuje podobny sposób rozumienia: my uważamy, że muzułmanie przybywają do Europy, żeby nas indoktrynować, narzucić  nam swoją kulturę i religię, a z drugiej strony, oni się boją dokładnie tego samego. Jedni boją się chrystianizacji, drudzy – islamizacji i niezmiernie rzadko dochodzi do przełamania tej bariery lęku.

Polityki integracyjnej nie da się zadekretować, nie można nakazać integracji, co najwyżej można stworzyć do tego narzędzia. Wędką  może być edukacja, praca, ale czy przybysze będą chcieli z tego skorzystać – na to nie mamy wpływu. Chyba, że zostaną zmienione przepisy europejskie, mówiące np. o tym, że prawo pobytu będą mieć tylko ci, którzy zdadzą egzamin z historii i języka danego kraju, w którym chcą być.
 

- Takie obostrzenia wprowadza Francja, natomiast bardziej liberalnie podchodzą do imigracji Niemcy, które – mimo to - mają mniej problemów z imigrantami  niż Francja. Te różne polityki dają różne efekty.
 

- Przykład francuski jest dość przygnębiający, bo z jednej strony, jest to państwo przyjmujące wszystkich, którzy akceptują francuską konstytucję, prawo i sposób funkcjonowania społeczeństwa (stąd taki nacisk kładzie się na państwo świeckie, neutralne światopoglądowo, akceptowalne dla wszystkich). Z drugiej strony, to właśnie Francja jest obarczona ogromnym prawdopodobieństwem infiltracji ze strony ISIS i rekrutowania swych zwolenników spośród Francuzów pochodzenia arabskiego. I paradoksalnie, ISIS ma obecnie znacznie mniejszą siłę oddziaływania wśród ludzi z obecnej fali migracyjnej. Może dlatego, że większość z nich marzy po prostu o normalności i spokoju? Największe przenikanie ISIS jest w drugim i trzecim pokoleniu francuskich imigrantów. Pokazuje to fiasko polityki integracyjnej Francji.
 

- Ale tłumaczy się to tym, że państwo francuskie spychało i spycha imigrantów na niziny ekonomiczne, zamyka ich w gettach. Nawet imigranci w trzecim pokoleniu nie są zintegrowani z rdzennymi Francuzami, żyją w swoich społecznościach.
 

- Tu mamy do czynienia z oddziaływaniem dwustronnym: państwo tworzy mechanizmy, wskutek których imigranci chętniej wybierają miejsce zamieszkania wśród podobnych do nich, niż wśród rdzennych Francuzów. Ale z drugiej strony, imigranci, obawiając się rdzennych mieszkańców danego obszaru, wolą mieszkać wśród swoich, czują się w takiej społeczności bezpieczniej.
Czyli gettoizacja jest procesem dwustronnym, my jej nie wymuszamy, ale tworzymy mechanizmy, które sprzyjają temu, żeby imigranci znaleźli się w jednym miejscu i z dala od nas, a z drugiej strony – imigranci nie mają takiego parcia, aby wejść między nas, wolą żyć w swoim świecie. Być może tak właśnie funkcjonują społeczeństwa, że ludzie wolą żyć między tymi, których znają,  w świecie, który rozumieją, który działa według znanych im reguł.
 

- Zatem na jakich płaszczyznach możliwa jest współpraca między tubylcami a imigrantami, skoro pełna integracja jest niemożliwa?
 

- Jeśli mówimy o integracji, to musimy mieć świadomość, że przebiega ona w różnym tempie i że jest kwestią osobniczą. Mamy przykłady imigrantów lub kolejnego pokolenia przybyszów, którzy odnieśli sukces - najlepszym dowodem jest prezydent USA - syn imigranta z Kenii - który osiągnął najwyższe stanowisko w państwie i zarówno on, jak i jego żona należą do elity politycznej i intelektualnej USA. Integracja nigdy nie uda się w stu procentach, bo jedni będą bardziej wylęknieni i lepiej będą się czuli w swoim otoczeniu, a drudzy będą chcieli i umieli się wtopić w społeczeństwo tubylcze.
 

Jest jeszcze jeden aspekt związany z integracją, jeśli przez nią rozumieć włączanie imigrantów w krwioobieg ekonomiczny, bo w tym celu część imigrantów przybyła do Europy. Pierwsza sprawa - co ci ludzie sobą reprezentują, jakie mają kwalifikacje jako siła robocza (łatwiej nam włączyć na rynek pracy wykształconych Syryjczyków czy Irakijczyków, trudniej  - ludzi z Azji), a drugi to sprawa zatrudnienia. Europejskim przedsiębiorstwom bowiem nie można narzucić obowiązku zatrudniania cudzoziemców. To są firmy prywatne i ich właściciele sami decydują, kogo chcą zatrudniać.

Z opowieści imigrantów wynika, że jeśli otrzymali status uchodźcy i mogą się już starać o pracę, drastycznie spada dla nich pomoc ze strony państw przyjmujących. Ale z racji innego niż europejskie pochodzenie, konfrontują się z wielkim problemem w znalezieniu pierwszej pracy. Jak zatem może dojść do integracji w przestrzeni ekonomicznej, skoro pracodawcy nie chcą zatrudniać imigrantów? Co może w tej sytuacji zrobić państwo? Jak zmienić postawy obu stron?
 

Alergia na zatrudnianie obcych jest tym większa, im większa jest liczba imigrantów – przedsiębiorcy szybciej zatrudnialiby ich, gdyby do Europy trafiły setki tysięcy, a nie 1,5 mln ludzi.
Niefrasobliwa polityka wobec migrantów doprowadziła do wystraszenia pracodawców europejskich, odgrywających kluczową rolę w całym procesie integracyjnym.
W dodatku migracje zostały wykorzystane przez niektórych polityków do zmiany politycznego status quo. Zobaczmy, jak w Polsce rozgrywa się kartę migracyjną do celów politycznych, kreując wirtualny problem imigrantów, których u nas nie ma.
 

- Poza Ukraińcami, których oficjalnie jest ok. jednego miliona. Ale tutaj nie widzimy problemu.
 

- Mówię o imigrantach odmiennych kulturowo, których niemal nie mamy. Wytworzona u nas psychoza antymuzułmańska służy celom czysto propagandowym i politycznym, gdyż niemalże nie mamy imigrantów ze świata islamu.
Jest jeszcze jeden aspekt dotyczący Polski; wbrew pozorom, większość migrantów – głównie z Syrii i Iraku – bardzo dobrze posługuje się Internetem i zna język angielski. Ma też bardzo dobre rozeznanie, co słychać w którym kraju – kto ich przyjmie, jak są traktowani, gdzie jest lepiej, gdzie gorzej. Oni doskonale wiedzą, co się u nas dzieje i żaden nie będzie ryzykował przyjazdu do kraju, gdzie może się spotkać z agresją.

Skutki rozgrywania karty migracyjnej w walce politycznej widać  znakomicie w naszych obozach dla uchodźców. Jeśli popatrzeć, kto do nich trafia i w nich przebywa, to okazuje się, że w ogromnym stopniu są to analfabeci, bez wiedzy i kwalifikacji, nieumiejący posługiwać się Internetem, nie mający pojęcia o kraju, w którym przebywają. Nie ma żadnych szans by tych ludzi zintegrować z naszym społeczeństwem. Stanowią dla nas prawdziwy koszt.

Paradoksalnym efektem rozbudzania przez polityków antyimigranckich nastrojów jest napływ najmniej wykształconych i najgorzej rokujących imigrantów – zamiast przyjmować ludzi, którzy mogliby się włączyć w krwioobieg gospodarki i w ten sposób służyć społeczeństwu. Taka polityka jest dla Polski wyjątkowo kosztowna.
 

Tak więc integracja i gettoizacja mają dwie strony. Pewnie kluczem do zrozumienia naszych obaw przed napływem imigrantów, zwłaszcza z państw islamskich, jest to, że nasza cywilizacja zachodnia dryfuje w stronę modelu świeckiego, zlaicyzowanego, z którego każda religia  została właściwie wyparta.
 

- Nikt nie chce czekać na raj po śmierci…
 

- … skoro może sobie budować raj za życia. Ta racjonalność i zakorzeniona myśl oświeceniowa jest kluczem do zrozumienia rozwoju i sukcesu Zachodu, czego nie przeżył islam. Dzisiaj jednak coraz częściej widzimy na Zachodzie zagubienie ludzi, brak jasnych drogowskazów, czy  systemu wartości. Względność , dowolność i bezideowość w ostatnich latach boleśnie dotknęła młode pokolenie.
 
Do tego w ostatnich dekadach procesy globalizacyjne i liberalizm doprowadziły do wzrostu rozwarstwienia dochodowego, dotykającego w dużym stopniu ludzi młodych. Można domniemywać, że dla niektórych  młodych, wykluczonych społecznie, znajdujących się na marginesie gospodarki i społeczeństwa, retoryka islamska może mieć powab. Tego obawiają się społeczeństwa Zachodu.
Oferta islamu – choć może ją nie do końca rozumiemy – jest bardzo atrakcyjna, znacznie bardziej, niż oferta współczesnego chrześcijaństwa. Szczególnie dla osób biednych, wykluczonych, gdyż daje nadzieję. Islam bowiem obiecuje szczęście w życiu przyszłym.
 

- Chyba wszystkie religie obiecują takie cuda… Czy tu jednak większej roli nie odgrywa czynnik ekonomiczny? Czy to nie jest wyrównanie rachunku krzywd, skoro te biedne państwa były kiedyś koloniami dziś bogatego – ich kosztem – Zachodu?
 

- Tak, jest nawet termin nazywający to zjawisko – to odwrócona kolonizacja. Najpierw myśmy ich skolonizowali, teraz oni nas kolonizują. I choć może nie należy nazywać imigracji kolonizacją, to zapewne należy się imigrantom pewna rekompensata choćby za zniszczenie ich krajów, nie mówiąc już o latach kolonializmu.
Ale mało kto wie, że kapitał z państw rozwijających się, które były przez nas kolonizowane, obecnie bardzo intensywnie infiltruje rynek europejski i amerykański. Bardzo wiele firm zachodnich jest wykupionych przez państwowe fundusze majątkowe krajów rozwijających się, w tym pochodzących z państw arabskich i afrykańskich (w przypadku Polski warto wspomnieć, że Orange jest własnością Kataru).
 

- Czy można przewidzieć co nas czeka? Jak się skończy ta wędrówka ludów?
 

- Na pewno to, z czym mamy do czynienia to jest przejście do nowego świata, do nowej tożsamości, która się ukształtuje. Nie wiemy, czy będzie to tożsamość gorsza, czy lepsza, ale na pewno inna. Jesteśmy świadkami odchodzenia od tego, co znamy i zmierzania w stronę niepoznanego. To zapewne wywołuje tak paniczną reakcję społeczeństw,  które chcą pozostać w świecie, który jest im znany, oswojony.

Globalizacja pokazuje, że dzisiaj na wszystkich płaszczyznach następuje przejście do czegoś nowego. Z dnia na dzień przechodzimy do nowej równowagi sił, nowej pozycji mocarstw, pojawiają się nowe problemy. I to nowe nas najbardziej niepokoi, stąd mamy ruchy partii konserwatywnych, narodowych, których głównym przekazem jest „zostańmy przy oswojonym, stwórzmy granice, mury, odgrodźmy się od świata”. Tylko że przy wielomilionowych migracjach obrona granic jest niemożliwa.
 

Migracje – te obecne i przyszłe – będą mieć ogromy wpływ na Europę i jej tożsamość. Z jednej strony jest szansa, że ta nowa tożsamość zredefiniuje się samoistnie pod wpływem wymieszania się społeczeństw przyjmujących z imigrantami, pochodzącymi z różnych kultur. Tym samym nie będzie narodowa, bo wszystkie społeczeństwa porzucą dawne tożsamości narodowe i utworzą swoistą tożsamość uniwersalną, multi-kulti, choć dzisiaj ten termin działa na Europejczyków, jak płachta na byka.

Ale choć jest on obecnie tak niepopularny, to trudno sobie wyobrazić świat bez pluralizmu kulturowego, skoro coraz większe obszary kuli ziemskiej nie nadają się do zamieszkania. Gdzie ci ludzie mają się podziać?
Mało tego: to przecież my, naszym rozwojem ekonomicznym zniszczyliśmy tym społeczeństwom i państwom środowisko naturalne. Pora im to wynagrodzić. Jest to proces nieuchronny i być może za chwilę, a może za 50 lat okaże się, że Europa jest tym kontynentem, gdzie wszyscy będą się gnieździć, bo gdzie indziej nie będą mogli żyć.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że na tle tych przeobrażeń będziemy jednak obserwować postępujący radykalizm, ksenofobię, a nawet  faszyzację. Skutek wspomnianego już zaproszenia, wystosowanego pod adresem migrantów przez kanclerz Merkel był łatwy do przewidzenia, a jej decyzja jest tym dziwniejsza, że Europa ma zupełnie niedawne doświadczenie holokaustu. Wiek XX był dla niej najgorszym okresem w historii.
Wydaje się, że my, Europejczycy, jesteśmy pacyfistami i potrafimy żyć w pokoju, tymczasem rana po holokauście jest ledwie zabliźniona. Bardzo łatwo jest ją ponownie otworzyć, wywołać nastroje nacjonalistyczno-faszystowskie, doprowadzić do pogromów, przemocy, czy nawet ludobójstwa. Tyle, że zamiast na żydów będziemy polować na muzułmanów, czy jakichkolwiek Innych.
 

- Niemcy pierwszych imigrantów umieścili w dawnych obozach koncentracyjnych…
 

- Jest to swoistą perwersją. Historia zatoczyła koło. To porażające, że tragiczny splot okoliczności:  niefrasobliwość słowna, spowodowana współczuciem lub biznesem w wykonaniu jednego człowieka, nałożona na czynniki obiektywne, dała skutek nie tylko w postaci gigantycznego problemu migracyjnego, ale i ogromnych konsekwencji politycznych, wzmożenia rasizmu, nacjonalizmu w Europie. Więc czy to nowe nie skończy się tragicznie?
Pocieszać może tylko fakt, że jeśli w Internecie pojawi się przekaz o zagrożeniach dla migrantów ze strony „niecywilizowanych” Europejczyków fala migracji osłabnie. Czy będzie to jednak nasze zwycięstwo, czy też porażka zachodniej cywilizacji?

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Odsłony: 1839
Our website is protected by DMC Firewall!