Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 100
Myśl polityczna jest obciążona idealistycznym przekonaniem, że państwu polskiemu, w kolejnych jego edycjach historycznych i ustrojowych, należą się szczególne względy ze strony innych jednostek geopolitycznych, zwłaszcza mocarstw. Na skutek niewoli rozbiorowej ukształtowała się bowiem powszechnie hołubiona wśród poszlacheckich elit mitologia o ofiarności i poświęceniu dla innych (w myśl lelewelowskiego hasła „za naszą i waszą wolność”), która akcentuje maksymalistyczne oczekiwania na wdzięczność i lojalność ze strony obcych.
Jednostkowy i heroiczny udział Polaków w wojnach narodowo-wyzwoleńczych Stanów Zjednoczonych, epopei napoleońskiej czy Wiośnie Ludów, nie mówiąc o masowym i równie bohaterskim udziale na frontach wojen światowych w XX wieku, stanowi doskonałą pożywkę dla roszczeń, a nawet żądań, aby Polskę traktować w sposób szczególny.
Tymczasem zgodnie z tradycją realistyczną mocarstwa kierują się przede wszystkim swoimi interesami, nie zważając na sentymenty i altruizmy. Polityką mocarstw rządzi dopasowywanie celów do realnych okoliczności (Realpolitik), nawet gdy dzieje się to kosztem słabszych partnerów czy sojuszników. Zobowiązania wobec nich mają zawsze charakter (tym)czasowy i podlegają dramatycznym rewizjom właśnie ze względu na zmieniającą się rzeczywistość.
Ta sytuacja rodzi jednak wśród słabszych uczestników stosunków międzynarodowych naturalne rozczarowania i poczucie krzywdy. Mają one związek z popularyzowaną przez Witolda Modzelewskiego polityczno-historyczną metaforą, używaną w polskim dyskursie narodowym od ponad stu lat - „zdrady Zachodu wobec Polski” (Polska-Rosja. Czy czeka nas ‘czwarta zdrada Zachodu’?, Warszawa 2025). Podkreślam tu metaforyczny charakter tego zjawiska, gdyż „zdrada” nie jest kategorią wyjaśniającą w stosunkach międzynarodowych. To raczej przenośnia ze sfery społecznych relacji między ludźmi, operująca na gruncie moralności i emocji.
Czym jest zdrada
Zdrada w znaczeniu słownikowym, to świadome złamanie przysięgi, to odstępstwo od przyjętych w danej grupie odniesienia norm, wartości czy idei. W świecie polityki znany jest koncept zdrady stanu (także zdrady głównej), odnoszącej się do czynu godzącego w podstawy egzystencjalne państwa. Chodzi o przestępstwo (zbrodnię) wobec żywotnych interesów państwa, jego niepodległości, całości terytorialnej bądź konstytucyjnego ustroju politycznego. W różnych systemach prawnych za zdradę stanu przewiduje się najwyższe kary. W Polsce te kwestie reguluje Kodeks karny w art. 127, przewidujący kary od 10 lat pozbawienia wolności do dożywocia. Innym pojęciem jest zdrada dyplomatyczna (odpowiednio art. 129).
Historyczne konotacje „zdrady” mają przede wszystkim wymiar wewnętrzny, sięgający konfederacji targowickiej – spisku magnackiego z 1792 roku. Odtąd nazwa „Targowica” stała się synonimem zdrady narodowej, grożącej realną zagładą państwa. Paradoksem jest to, że każdy z dzisiejszych obozów politycznych na scenie politycznej gra przeciw drugiemu argumentem „zdrady”, co w istocie oznacza podejrzenie kolaboracji z protektorami zewnętrznymi i liczenie na ich wsparcie w razie potrzeby.
Obie strony duopolu Koalicja Obywatelska-Prawo i Sprawiedliwość odbierają jako normalność poparcie zewnętrzne dla swoich kandydatów na najwyższe stanowiska w państwie. Nie wywołuje to specjalnych protestów ani oburzenia. Dowodzi raczej słabości i podatności polskich elit politycznych, braku ich wewnątrzsterowności oraz niewiary w samodzielną moc sprawczą. Źródła tego tkwią w PRL, kiedy siły opozycyjne wychodziły z przekonania, że antykomunistyczny i antysowiecki Zachód może je skutecznie wspierać w konfrontacji z ówczesną władzą. W zmienionych uwarunkowaniach geopolitycznych szukanie wsparcia u tych samych protektorów zewnętrznych doprowadziło do samowasalizacji. Warto zauważyć, że nigdy dotąd nie było tyle zarzutów w przestrzeni publicznej o wiernopoddańcze afiliacje amerykańskie, niemieckie, rosyjskie czy izraelskie głównych sił politycznych i ich notabli.
W stosunkach międzynarodowych zdrada odnosi się do wrogiej polityki, polegającej najczęściej na jawnym bądź skrytym odwróceniu zobowiązań sojuszniczych. Pojawiający się przy tym dysonans poznawczy oznacza, że każda ze stron inaczej postrzega sprzeczność między deklaracjami i normami a stanem faktycznym. Kierowanie się wyłącznie własnym interesem przekreśla wagę zobowiązań prawnych i politycznych, przyjętych w określonych uwarunkowaniach sytuacyjnych. Zdradzający zwykle nie mają sobie nic do zarzucenia, a zdradzonym pozostaje rozczarowanie i poczucie krzywdy.
Historyk Andrzej Nowak upowszechnił w książce z 2015 roku „pierwszą zdradę Zachodu”, odnoszącą się do polityki Wielkiej Brytanii i części zachodnich elit podczas wojny polsko-bolszewickiej, które były gotowe przehandlować losy Polski (Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement, Kraków 2015).
Drugą zdradę wiąże się z wrześniem 1939 roku i następstwami regulacji Wielkiej Trójki z Teheranu, Jałty i Poczdamu. Zwłaszcza konferencję jałtańską przywołuje się jako przykład skrajnie przedmiotowego potraktowania Polski, „oddanej do sowieckiej strefy wpływów”. Zapomina się przy tym, że wszystkie warunki pokojów znanych z historii, które legły u podstaw nowych porządków geopolitycznych, były dyktowane przez zwycięzców.
Trzecia zdrada Zachodu to przejęcie Polski po 1989 roku pod kuratelę neokolonialną. Polska stała się znowu pionkiem w układzie sił, rynkiem zbytu, strefą taniej pracy, a nie pełnoprawnym partnerem.
Czwarta zdrada Zachodu dzieje się na naszych oczach. Znów wietrzeją gwarancje bezpieczeństwa, deklaracje są składane na wyrost, a wiarygodność zobowiązań podszyta jest narastającą nieufnością. Używanie metafory „zdrady” nie ułatwia niestety zrozumienia zmieniających się motywacji działań mocarstwowych. W dobie otwartych kryzysów i gorących konfliktów o implikacjach globalnych, oskarżanie Zachodu o kolejną zdradę staje się wygodnym sposobem przerzucania odpowiedzialności za brak własnej dalekowzrocznej polityki.
Kłopoty z samookreśleniem
Polska podobnie jak inne państwa europejskie, stanęła w obliczu „podwójnego szoku”, wywołanego z jednej strony przez odcięcie się USA od wojny na Ukrainie, a z drugiej przez faktyczne wypowiedzenie amerykańskich zobowiązań w ramach sojuszu północnoatlantyckiego. Jego podstawą jest kolektywna solidarność, gwarantowana w razie napaści na któregokolwiek z członków koalicji. Nikt nie przypuszczał, że może zaistnieć taka sytuacja, iż lider sojuszu wystąpi przeciw pozostałym i zmieni kwalifikację Rosji z wroga na partnera w grze mocarstwowej. W świetle dezynwoltury Donalda Trumpa NATO jest na granicy utrzymania swojej skuteczności. To sprawia, że obsesja na tle zdrady sojuszniczej na rzecz Rosji powraca ze zdwojoną siłą.
Źródła zdrady Zachodu tkwią w rozmaitych sferach – egoizmów narodowych, cynicznych interesów, ale także naturalnych przewag w rywalizacji o status potęgi. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej były w historii raczej przedmiotem niż podmiotem imperialistycznych gier. Polskę już w XVII wieku nazwano „Bożym igrzyskiem” (Krzysztof Opaliński), gdy ówczesne mocarstwa zdobyły dominację w środku Europy. Rzeczpospolita nigdy nie zaistniała jako ważny i samodzielny uczestnik systemu powestfalskiego, dlatego w zachodnich podręcznikach znajdujemy śladowe informacje o tej części świata na przestrzeni dziejów.
Ciągle żywe są więc kompleksy rodaków wynikające z peryferyjnego położenia w systemie zachodnim. Wpływają one na poczucie odrębności, a nawet obcości, nie mówiąc o niższości. Brakuje bowiem wspólnej tożsamości zachodniej. Zachód jest postrzegany przez pryzmat mitów i fantazmatów, życzeniowości i chciejstwa. W zbiorowej wyobraźni istnieje jako monolityczny zbiór, w którym wspólne cechy cywilizacyjne przeważają nad regionalnym odrębnościami. Tymczasem inaczej rozumie się pojęcie Zachodu w wymiarze geopolitycznym i instytucjonalnym, inaczej natomiast w wymiarze kulturowym czy religijnym. W pojęciu Zachodu mieści się i Japonia, i Turcja, choć przecież należą one do innych cywilizacji i tylko pozornie dzielą wartości ze Starą Europą.
W podejściu Polski do Zachodu dominuje pierwiastek instytucjonalny – przynależność sojusznicza i integracyjna do NATO i Unii Europejskiej. W dyskursie politycznym pobrzmiewa jednak dychotomia „my i oni”, co świadczy o słabym umocowaniu w kulturze wspólnotowej. Obserwację tę potwierdza także odbiór Polski na Zachodzie. W wielu miejscach i sytuacjach można odczuć, że nie wszędzie uznają Polaków za równoprawnych członków wspólnoty. Może właśnie z tego powodu, aby się uwiarygodnić, uciekamy z premedytacją od swojej oryginalnej tożsamości słowiańskiej i środkowoeuropejskiej.
Mimo prób pogodzenia jedności i odmienności, trudno nie zauważyć, że wymiana gospodarcza, współpraca polityczna, podróże, turystyka i migracje nie wytworzyły spontanicznie dotąd wspólnej dla wszystkich wizji świata. Ciągle dają o sobie znać dziedziczone i przekazywane z pokolenia na pokolenie urazy i pretensje, podsycane przez nacjonalistyczne doktryny i ruchy polityczne. Zwłaszcza stosunki polsko-niemieckie pełne są takich asocjacji.
Rozczarowania wynikają z poczucia ogromnej asymetrii bogactwa i dystansów cywilizacyjnych oraz różnic w strategiach bezpieczeństwa. Polska niestety, nigdy nie wpisała się ze swoim potencjałem i zasobami w praktykowanie europejskiego (czyli zachodniego) systemu równoważenia sił (‘balance of power’). Zwłaszcza brytyjska i francuska tradycja dostarczają wiele przykładów, jak rozgrywano mniejsze i słabsze państwa, aby samemu wynieść jak najwięcej korzyści. Protekcjonalne i przedmiotowe traktowanie państw słabszych jest do dziś na porządku dziennym.
Przed piątą „zdradą”
Państwa „średniej rangi”, takie jak Polska, podejmują wiele wysiłku, aby udowodnić, że ich potencjał może mieć znaczenie w bilansie sił sojuszniczych. Temu służy mobilizacja zbrojeniowa, która jednak nie jest w stanie zapewnić państwu pełnego bezpieczeństwa w bardzo niebezpiecznym czy zagrożonym środowisku międzynarodowym. O wszystkim decyduje bowiem stosunek sił, którego ze względów obiektywnych nie można zmienić. Determinizm geopolityczny jest tu nieubłagany. Z tego powodu fałszywa jest teza, że gigantyczne zbrojenia automatycznie uczynią Polskę bezpieczną.
Tym bardziej, że syndrom zdrady Zachodu pozostaje trwałym obciążeniem polskiej psychiki narodowej. Wynika on z twardych uwarunkowań strukturalnych hierarchicznie zorganizowanego systemu międzynarodowego. Polska nie jest samodzielnym (wewnątrzsterownym) graczem (tak jak na przykład neosmańska Turcja), gdyż swoje bezpieczeństwo opiera na strategii ‘bandwagon’, czyli przyłączania się do jednego silnego protektora (tj. USA). Temu schronieniu się pod „parasolem” największego mocarstwa podporządkowane są wszystkie interesy zewnętrzne oraz podziały wewnątrzpolityczne w państwie.
Zachód jest jednak rozdarty między opcją hegemoniczną (atlantycką), związaną z potęgą Ameryki, i opcją europejską (kontynentalną), szukającą oparcia w Unii Europejskiej, a w istocie w trójkącie Francja-Niemcy-Wielka Brytania. To rozdwojenie jest przyczyną napięć i dylematów, zwłaszcza podczas kryzysów, których jesteśmy świadkami.
Wyjściem z pułapek zastawianych na Polskę jest zbudowanie autonomicznej doktryny bezpieczeństwa, która pozwoli na nowo zdefiniować priorytety sąsiedzkie oraz zrewidować szkodliwe antynomie, zwłaszcza bezmyślny antagonizm w stosunkach z Rosją i Białorusią. Szczególnie szkodliwym jest to, że Polska stała się zakładnikiem misyjności ideologicznej Zachodu przeciw Rosji, nawet gdy USA zmieniają w tej sprawie stanowisko. Jej neoprometeizm, neojagiellonizm, czy irracjonalna rusofobia są dużym obciążeniem w poszukiwaniu jakiegoś modus vivendi w stosunkach Zachodu z Rosją.
Warunkiem uniknięcia kolejnych rozczarowań jest rezygnacja rządzących z ról międzynarodowych, przypisywanych Polsce przez Zachód. To niezwykle trudne zadanie i niebezpieczna operacja psychologiczna, grożąca „utratą twarzy”. Nie bez powodu liderzy największych ugrupowań politycznych z obawą spoglądają na partie „antysystemowe” (obie konfederacje), gdyż tylko one będą zdolne do rewizji dotychczasowej strategii i polityki.
Chodzi o to, aby odrzucić role harcownika, prowokatora i podżegacza wojennego, lokowania się w pozycji „rygla” Zachodu wobec Rosji, „klina” między Rosją a Niemcami oraz gorliwego obrońcy „wschodniej flanki” NATO i „państwa frontowego” jako ekspozycji zbrojnej Zachodu. Z tym wiąże się odejście od myślenia „wąskotunelowego”, opartego na militaryzacji i stosowaniu szkodliwej strategii rywalizacyjnej. Bezpieczeństwo państwa zależy przecież także od skutecznej dyplomacji, współpracy i współdziałania oraz akomodacji, a jak trzeba, to i uników. Widać zresztą przydatność tej palety środków w stosunkach między państwami BRICS czy Globalnego Południa.
Będzie jak zwykle?
Patrząc z perspektywy konstruktywistycznej Polska mogłaby wykorzystać wiele nowych pomysłów na siebie, stając się rzeczywistym „centrum” Europy. Potrzebny jest powrót do inicjatyw w dziedzinie łączenia a nie dzielenia, zamykania konfliktów a nie jątrzenia. Tu wystarczyłaby jedna decyzja o zamknięciu ośrodka zaopatrzenia dla ukraińskiego frontu.
Aby uniknąć kolejnych rozczarowań, trzeba pozbyć się fałszywej świadomości, że Polska jest najważniejszym protektorem Ukrainy z nadania Zachodu. Nie ma dowodów na to, że „koalicja chętnych” przewiduje dla Polski jakieś szczególne preferencje czy korzyści w powojennej odbudowie Ukrainy.
Jest pewne, że wszystkie inwestycje infrastrukturalne będą oparte na kredytach, zatem polskie firmy będą zależne od pomocy rządowej. To oznacza kolejne zadłużenie Polski na rzecz Ukrainy, co spotyka się ze sprzeciwem społecznym, gdyż kredyty te należą do niespłacalnych. Polskie władze muszą wiedzieć już dziś, że największe korzyści na Ukrainie osiągną ci, którzy opanowali zasoby tego państwa, od ziemi rolnej po surowce oraz kontrolują ośrodki przemysłowe. Niemałą, a może najważniejszą rolę w tej sferze interesów mają do odegrania Niemcy, które bynajmniej nie skrywają swoich apetytów.
Mimo różnych przeciwności i niejako w obronie przed kolejną zdradą Zachodu polskie rządy będą usilnie trzymać się kwestii ukraińskiej, choćby miała ona przynieść więcej szkód niż pożytku. Rządzący Polską boją się bowiem pozostania ze swoimi problemami bez wsparcia państw zachodnich, zwłaszcza gdy władzę w perspektywie kolejnych wyborów może zdominować antyeuropejska prawica. Z tego powodu kontynuacja wojny na Ukrainie leży w interesie dzisiejszych władz, gdyż mogą straszyć społeczeństwo ciągłym zagrożeniem ze strony Rosji, a na Zachodzie utrzymywać przekonanie o swojej niezawodności i niezastępowalności.
Obecnie przycichły wprawdzie głosy o sojuszu polsko-ukraińskim, ale to nie oznacza, że w kręgach rządowych nie projektuje się różnych formatów zbliżenia po tak czy inaczej zakończonej wojnie. Dla wielu powojenna rekonstrukcja miałaby być impulsem do trwałego związania obu państw siecią wspólnych interesów transportowych, logistycznych i gospodarczych.
Oswajanie z banderyzmem jako ideologią państwową, branie na swoje barki coraz większych zobowiązań finansowych czy rezygnacja strony polskiej z rozliczenia się Ukraińców z tragiczną historią, to oznaki coraz silniejszego identyfikowania się polskich rządów z interesami kijowskiego establishmentu. To działanie asekuracyjne przed osamotnieniem, na wypadek, gdyby także Europa po Stanach Zjednoczonych porzuciła Ukrainę. Już dzisiaj wiele wskazuje na to, że Rosja osiągnie swój główny cel, tj. uniemożliwienie Ukrainie przystąpienia do sojuszu północnoatlantyckiego. Zachowa swoje zdobycze terytorialne i będzie wywierać wpływ na system polityczny, jaki powstanie na Ukrainie po konflikcie.
Wbrew umocnieniu Rosji w globalnym układzie sił, Polska nie zrezygnuje ze swojego „mesjanizmu” i „parcia na Wschód”. Chodzi przede wszystkim o wykorzystanie nacjonalistycznej Ukrainy na rzecz konsolidacji działań antyrosyjskich w przestrzeni bałtycko-czarnomorskiej. W tym sprzężeniu nie ma miejsca na jakąkolwiek racjonalność, czyli poszukiwanie zbieżnych interesów z Federacją Rosyjską. Nie ma też mowy na tym etapie działań wojennych na jakąkolwiek normalizację stosunków wzajemnych, nie mówiąc o pojednaniu.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2360
ISIS odrodziło się w Afryce Subsaharyjskiej. Warunki społeczne, polityczne, gospodarcze, kulturowe wyraźnie temu sprzyjają. I dziś Państwo Islamskie może być bardziej zabójcze niż kiedykolwiek.
Jeśli chcesz poznać wierzchołek baobabu, poznaj najpierw jego korzenie. (przysłowie z Sahelu)
Osama ibn Laden jeszcze przed 11.09.2001 zasłynął w Afryce Subsaharyjskiej. To w Sudanie stworzył swoją Islamską Armię Shura, kładąc podwaliny pod prawdziwie globalną sieć terrorystyczną znaną jako Al-Kaida. W dużej mierze to na kontynencie afrykańskim Saudyjczyk zaczął wzywać do dżihadu przeciwko siłom zachodnim i zyskał zdolność eksportowania terroryzmu przeciwko Zachodowi. To stąd inicjowano ataki Al-Kaidy na ambasady USA na Czarnym Lądzie.
Mimo trwającej już ponad dekadę tzw. wojny z terroryzmem prowadzonej przez różne koalicje państw zachodnich i afrykańskich ISIS/DAESH (czyli państwo islamskie) ma się doskonale u progu trzeciego dziesięciolecia XXI w. na terenie Afryki. To kolejna hybryda wyewoluowana z Al-Kaidy, struktura bazująca na radykalizmie społecznym, religijnym, politycznym. W pewnym momencie na terenie Bliskiego Wschodu – Iraku, Syrii – dżihadyści kontrolowali obszar porównywany z Wielką Brytanią. Podobne struktury tworzą się w regionach, gdzie brak jest stabilizacji, trwa chaos administracyjny i polityczny, a na to nakłada się dramatyczna nędza miejscowej ludności. No i trwające humanitarne, mające nieść demokrację i wolność w stylu zachodnim, interwencje krajów NATO. To Afganistan, Jemen, a także subsaharyjska Afryka.
Państwo Islamskie jako quasi-struktura zajmująca określone terytorium, z namiastkami administracji i politycznych struktur na terenie Syrii i Iraku upadło, choć dżihadyści działają tu nadal, w ukryciu. Obserwowana jest jednak na przestrzeni ostatnich miesięcy odbudowa – z procesem powstawania i zanikania państwa ISIS/DAESH mieliśmy na tym obszarze do czynienia już kilkakrotnie – struktur Państwa Islamskiego w Afryce Subsaharyjskiej.
Istnieje szereg organizacji dżihadystycznych luźno powiązanych ze sobą, połączonych jedynie ideą walki z Zachodem i skorumpowanymi elitami rządzącymi w krajach tego regionu. No i oczywiście łącząca je religijna, w wersji fundamentalistycznej, narracja i propaganda.
Rozprawa Zachodu z Kaddafim i Libią
Niemałe znaczenie ma także militarna obecność Francji, realizującej pod hasłem „wojny z terroryzmem” swoje postkolonialne interesy. Afganistan, Syria, Jemen przykryły i wyciszyły w światowym mainstreamie zainteresowanie francuskimi dokonaniami na tych obszarach (zbrodnie wojenne i opresja wywierana na społeczności tych krajów będących dawniej koloniami Paryża). Ma to miejsce od Mauretanii i Senegalu, przez Mali, Burkina Faso, Niger i Czad, aż do Kamerunu i Republiki Środkowoafrykańskiej.
Tracąc wpływy w Afryce Zach., Francja podjęła desperackie działania, które stały się niezwykle brutalne (Wikileaks - 2016, Devecioglu – 2020). Z upublicznionych e-maili Hilary Clinton wynika jasno przyczyna francuskiej polityki zniszczenia Libii i Kaddafiego. To konkurencja dla francuskiej hegemonii w Afryce Zachodniej (a także na obszarze całej północnej części Czarnego Lądu) spowodowała działania polityczne a potem wojskowe Paryża, zakończone zabiciem Mu’ammara Kaddafiego i chaosem oraz rozpadem Libii jako zcentralizowanego państwa.
Korespondencja Hilary Clinton z amerykańskimi dyplomatami w Afryce i politykami francuskimi określa pięć przyczyn dla których Kaddafi musiał być unicestwiony, a Libia przestać zagrażać w tej części świata interesom Zachodu: ropa naftowa, wpływy polityczne i gospodarcze, spadek reputacji Sarkozy'ego oraz potwierdzenie potęgi wojskowej Francji i tym samym powstrzymanie wpływów Kadafiego we frankofońskiej Afryce, której zagroził on projektem nowej waluty regionalnej, wspieranej 143 tonami złota i miliardami petrodolarów. Ta nowa waluta nie tylko wyeliminowałaby frank CFA, ale także konkurowałaby z samym euro i dolarem.
Kartagina musiała w takim wypadku zostać zniszczona, a państwo libijskie jako struktura scentralizowana i ustabilizowana – unicestwione.
Destabilizacji, która trwa już 10 lat bez mała, bardzo obawiają się w Algierii, Tunezji i Egipcie, gdyż z Sahelem Libia graniczy bezpośrednio. Węzłowym problemem rozwiązania kryzysu jest wspomniana sytuacja w Libii. Po usunięciu Mu’ammara Kaddafiego podczas interwencji lotnictwa NATO (głównie Francji i Wielkiej Brytanii), w kraju zapanował chaos trwający po dziś dzień. Miejsce administracji centralnej zajęły bojówki różnych lokalnych kacyków czy organizacji, najczęściej dżihadystów (w tym Al-Kaidy i związanych z nią organizacji).
Z magazynów wypłynęło miliony sztuk broni różnego rodzaju i kalibru, które przeszły w ręce mafii, wspomnianych bojówek, lokalnych milicji, grup przemytniczych etc.
Z kryzysu państwa libijskiego korzystają obecnie nie tylko dżihadyści, ale także handlarze bronią, przemytnicy i handlarze ludźmi i to na całym obszarze Sahary oraz na południe od niej (Sahel).
Rola Francji
Szczytne idee interwencji NATO – demokratyzacja, wolności osobiste obywateli Libii, swobody i państwo prawa – zmaterializowały się właśnie bezprzykładnym chaosem, dezorganizacją i tak kruchej stabilizacji, jaka miała miejsce zawsze w całym regionie. Osiągnięto odwrotne skutki niż zamierzone, propagowane przez globalne media. Główną winę za ten stan rzeczy ponosi Francja - najbardziej i konsekwentnie prąca do „demokratyzacji Libii”, chcąc przy tym realizować swe własne, postkolonialne interesy w całej Afryce Subsaharyjskiej i Zachodniej.
Dziś region ten jest świadkiem bezprecedensowego odrodzenia się grup islamistycznych, a członkowie Państwa Islamskiego (ISIS/DAESH) kontrolują teren zamieszkały przez miliony ludzi, mając swe bazy w sześciu krajach afrykańskich, na terytorium wielkości Beneluksu. Problem ten dotyczy całej Afryki, lecz Sahel i Afryka Zachodnia są klasycznym tego przykładem. Tu ISIS/DAESH od kilku lat umacnia swe wpływy. Nawet w leżącym daleko na południu Mozambiku w 2020 r. odnotowano kilkanaście ataków terrorystycznych (w Nigrze ponad 100).
Ofensywa i zainteresowanie ISIS/DAESH Czarnym Lądem jest nowym etapem w historii tej organizacji. Może się to okazać zjawiskiem bardziej niebezpiecznym niż jej działalność z bliskowschodniej przeszłości. Do społecznych, gospodarczych, kulturowych przyczyn popularności idei państwa islamskiego na tym kontynencie dochodzi jeszcze czynnik religijny: od dawna to islam jest najbardziej progresywnym – tak w sensie ilościowym jak i doktrynalnym – wyznaniem na terenie Afryki.
Sprzyjają temu takie czynniki jak prostota wyznania i kultu, brak postkolonialnego bagażu w religii Mahometa, który wiąże chrześcijańskie denominacje i kościoły, ale i utożsamienie skorumpowanych elit w biednych krajach afrykańskich z postkolonialnymi strukturami religijnymi, czy odrodzenie się imperializmu zachodnioeuropejskiego (zwłaszcza odczuwalnego w krajach frankofońskich ze strony dawnej metropolii), eksploatującego bezwzględnie przy pomocy swych megakoncernów dawne kolonie.
ISIS obecnie ma strategicznie ustalone terytorium na obszarach, gdzie państwo (państwa) abdykowało. Transgraniczność, mobilność, korzystanie z nowoczesnej techniki pozwala jej na przeprowadzanie ataków i znikanie poza granicami danego kraju czy regionu. Czyni to z dżihadystów faktycznie nietykalną strukturę dla wszystkich krajów Sahelu - jednych z najbardziej ubogich państw na świecie, pod żadnym względem nieprzygotowanych na tego typu zagrożenia. Niewydolne struktury państwowe, klanowość i megakorupcja dopełniają reszty.
Na dodatek kraje te są obszarem ponownej kolonizacji, choć dziś to przebiega w innym wymiarze – głównie ze strony koncernów francuskich (to była domena do lat 60. XX wieku władzy Paryża – tylko Nigeria i Ghana oraz tzw. Kamerun Brytyjski pozostawały we władaniu Londynu) – i właśnie z tym wiąże się wojskowa obecność Francji w Sahelu. Paryż prowadzi tu od lat regularne działania wojskowe, z licznymi ofiarami wśród ludności cywilnej, ocierające się o zbrodnie wojenne.
Francuską reakcją na kryzys w Mali (2013 r.) była operacja wojskowa pod kryptonimem „Serwal” (Opération Serval). Jej celem było odparcie ofensywy fundamentalistycznych bojowników islamskich, którzy podczas wojny domowej w Mali zajęli północny region tego kraju, Azawad. Na sytuację w Mali nałożyła się wspomniana wcześniej „arabska wiosna” w Libii oraz powstanie Tuaregów (lud berberyjskiego pochodzenia, który od wieków mieszka na terenie kilku krajów zachodnioafrykańskich - głównie w Algierii, Mali, Libii i Nigrze).
Francuzi są stale od tego czasu obecni militarnie w regionie i podejmują co jakiś czas działania przeciwko wzbierającej fali islamizmu oraz działających w oparciu o radykalny islam bojówek. Al-Kaida jawi się jedynie jako symbol walki z Zachodem (nie tylko politycznym, ale przede wszystkim cywilizacyjno-kulturowym). Głównie chodzi o tzw. koncepcję państwa islamskiego (znanej z Bliskiego Wschodu jako ISIS/DAESH).
Boko Haram
Francuzi zaczęli tworzyć panafrykańskie siły zbrojne wywodzące się z krajów będących w przeszłości ich koloniami. Aktualnie tworzą je żołnierze z Beninu, Kamerunu, Nigru, Nigerii i Czadu (tylko Nigeria nie była kolonią francuską). Wojska te używane są do walk z różnymi grupami dżihadystów, jakie funkcjonują na tym terenie. Ale główną organizacją, stanowiącą o sile dżihadyzmu na tym obszarze jest owiane złą sławą wywodzące się z północnej Nigerii Boko Haram, na czele którego stoi Abubakar Shekau. To salafita, osobnik owiany złą sławą, religijny fanatyk, podobnie jak Joseph Kony, przez kilkanaście lat pustoszący ze swoją młodocianą armią rejony Ugandy, Konga i Południowego Sudanu.
Jak podają różne źródła, w ciągu ostatniej dekady Boko Haram zabiło ok. 40 tys. ludzi, wysiedliło 2,5 miliona cywilów, próbując ustanowić kalifat. Początkowo Al-Kaida starała się w jakimś sensie koordynować działania dżihadystów na terenie Afryki Zachodniej, ale po 2016 r. nastąpił podział i jakiekolwiek, w sensie strategicznym, współdziałanie tych grup nie jest obecnie możliwe. Boko Haram skupiło się na obaleniu rządów w Nigerii, może podziale kraju na muzułmańską północ i chrześcijańskie południe, które z kolei rozpadłoby się wg narodowych i plemiennych tradycji. Organizacja Abubakara Shekau działa też na północy Kamerunu.
Nigeria nie jest w stanie sama powstrzymać Boko Haram choć to najludniejszy kraj Afryki, z olbrzymim potencjałem gospodarczo-społecznym, posiadający jedną z najmocniejszych i najlepiej (jak na warunki afrykańskie) wyszkoloną armię. Inne kraje regionu się absolutnie w tej mierze nie liczą: gdy wojsko Nigerii zajmuje 42. miejsce na 138 badanych krajów, pozostałe zajmują najdalej 87. miejsce. Brakuje im również środków finansowych, bo są to państwa najbiedniejsze na świecie. Pod względem PKB na mieszkańca Nigeria i Kamerun plasują się na 141. i 145. miejscu, a Czad i Niger poniżej 174. Nie wspominając już o tym, że Czad, następny pod względem jakości sił militarnych w regionie, boryka się od dekad z kolosalnymi trudnościami gospodarczymi, pustynnieniem północnych i środkowych części kraju, falami głodu i katastrofą humanitarną w wyniku konfliktu granicznego z Sudanem i masy uchodźców z Darfuru w obozach na wschodzie kraju.
I to jest źródło (oprócz cienia jaki rzuca na całą Afrykę subsaharyjską rozpad i unicestwienie Libii w 2011 r.) popularności radykalnego islamu w tej części kontynentu: powszechna bieda i obszary nędzy, beznadzieja, abdykacja władzy centralnej na rzecz lokalnych wodzów, książąt, naczelników plemion itd. Taki obraz dopełnia wszechogarniająca korupcja kasty urzędniczej pozostającej w symbiozie z korporacjami zachodnimi kolonizującymi na nowo swe dawne terytoria zależne. Antykolonialne – nie tylko w wymiarze religijnym i politycznym, ale przed wszystkim kulturowym i społecznym - hasła dżihadystów padają na żyzne podłoże. Wystarczy obejrzeć film dokumentalny „Delta Nigru: wojna o ropę” (jest na YT), pokazujący jak megakorporacje zachowują się w tej części świata. To wszystko tłumaczy.
Nigeria bowiem pełni – z racji swego potencjału ludnościowego (ponad 200 mln ludzi), gospodarczego, kulturowego, a zwłaszcza pozyskiwania ropy naftowej na południu kraju (10 państwo na świecie pod względem wydobycia) – niezwykle ważną rolę w skali całego kontynentu afrykańskiego. To kolejny, potencjalny światowy gracz w geopolityce (po RPA, która już do tego „klubu” w jakimś sensie weszła). 40% benzyny używanej w USA pochodzi w węglowodorów nigeryjskich. We Francji to ponad 10%.
Teraz widać, jakie znaczenie ma ten kraj dla potentatów światowej gospodarki. I dlatego wszelkimi silami Zachód stara się zahamować rosnące wpływy Chin na Czarnym Lądzie. Pekin już umocnił się w Afryce Wschodniej (Sudan, Sudan pd., Etiopia, Dżibuti). Teraz sięga po Afrykę Centralną i Zachodnią, do tej pory zdominowaną przez wpływy francuskie.
Następni do majdanu
Wzmożenie działań dżihadystów różnej maści oraz ich aktywność – podobnie ma się sprawa z Somalią czy niepokojami w Etiopii – wielu komentatorów i analityków wiąże z próbami powstrzymywania ofensywy (obecności gospodarczej) Chin w Afryce. Chiny, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, interesują się jedynie gospodarczymi inwestycjami i swoim interesem ekonomicznym. Nie obchodzą ich absolutnie sprawy praw człowieka, wewnętrzne stosunki w poszczególnych krajach, ich problemy językowe, rasowe, religijne. Są w tej mierze kompletnie asertywni politycznie, co daje im przewagę nad Zachodem uwikłanym w szerzenie demokracji. To na fali antykolonializmu i oferty ze strony narastających nacjonalizmów jest nie bez znaczenia.
W niezależnych analizach można znaleźć pytanie o zainteresowanie mediów fenomenem akurat Boko Haram: co to jest, czyj interes jest w działalności tej organizacji (ponad 20 lat)? Niektórzy wysuwają przypuszczenia, popierane różnymi mniej lub bardziej wiarygodnymi informacjami – iż jest to tajna operacja spec służb Zachodu (zwłaszcza USA), która oprócz swych agenturalnych korzeni poczęła żyć swoim życiem i działa często na rachunek różnych grup interesów. Takie przypuszczenia można np. spotkać już w połowie II dekady XXI w. w African Renaissance News czy Global Reaserch.
W tym samym czasie Wikileaks upubliczniła raporty ambasady USA w Nigerii, gdzie dokładnie opisano, jakie przedsięwzięcia należy podejmować wobec Nigerii i Nigeryjczyków, aby zaczęli działać w interesie Stanów Zjednoczonych. Był tam także akapit o sponsorowaniu grup „wywrotowych”, działaniach na rzecz podziałów językowych, religijnych i społecznych etc .([za]: Mavengira, op. Cit. – to obywatelski wolontariat, w skład którego wchodzą Nigeryjczycy ze wszystkich grup etnicznych i wyznań religijnych).
Celem amerykańskich tajnych operacji w tym kraju jest wyeliminowanie Nigerii jako potencjalnego strategicznego rywala Zachodu na kontynencie afrykańskim.
Z kolei Greenwhite Coalition – nigeryjska organizacja non profit prowadząca śledztwo w sprawie Boko Haram – doszła do konkretnego wniosku, że kampanie Boko Haram były oraz są tajną operacją zorganizowaną przez CIA i koordynowaną przez ambasadę amerykańską w Nigerii.
Raport Greenwhite Coalition w tej sprawie ujawnił trzystopniowy plan Narodowej Rady Wywiadu Stanów Zjednoczonych, który miał w ostatecznym celu segmentację Nigerii, umiędzynarodowienie kryzysu i podział kraju pod mandatem ONZ i sił okupacyjnych.
Plan ten zakładał docelowo rozpad Nigerii. To standard realizowany przez USA (i nie tylko) w Afryce. Np. konsulat w Benghazi okazał się swego czasu bazą dla tajnej organizacji zaopatrującej w broń najemników walczących w Syrii (atak na niego nastąpił we wrześniu 2012).
Podobne informacje dochodziły z Kijowa, gdzie ambasada amerykańska koordynowała przebieg zajść na Majdanie (2013/14). Również dziś wiadomo, iż członkowie Al-Kaidy i Libijskiej Islamskiej Grupy Walczącej – części libijskich rebeliantów - otrzymywali bezpośrednio broń i wsparcie logistyczne od państw bloku NATO podczas konfliktu w Libii w 2011 r.
Wzrost znaczenia Państwa Islamskiego akurat w tym regionie, mimo poważnych różnic doktrynalno-ideowych i sfer zainteresowania poszczególnych grup dżihadystów (Boko Haram jest najbardziej znane i jemu to media światowe poświęcają najwięcej miejsca), układa się w jakąś całość.
Faktem jest, iż postkolonialna mapa zachodniej Afryki (i nie tylko) nijak się ma do kultury, tradycji, tożsamości (o religii czy językach nawet nie warto wspominać) jakże rozdrobnionej tej części kontynentu. Ofensywa – najszerzej rozumiana (przede wszystkim ilościowa) – islamu jest faktem od dekad. I to kosztem wszystkich denominacji europejskich, chrześcijańskich. Przyśpieszyła ona, zwłaszcza po wydarzeniach w Rwandzie, gdzie Kościół rzymski się absolutnie skompromitował, dając wyraz swym postkolonialnym, nie afrykańskim, tradycjom w stylu divida et impera.
Wzbierająca fala nacjonalizmu afrykańskiego, mająca ponownie (jak w latach 50 - 60. XX wieku) ostrze antykolonialne – co jest samo przez się wymierzone w neokolonialne interesy państw zachodnich – w pewnych przestrzeniach jest kompatybilna z wieloma argumentami islamistów. Oba te zjawiska padają na podatny grunt wśród populacji wszystkich krajów Afryki.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 411
Różnica pokoleniowa między politykami w różnym wieku w krajach europejskich, a zwłaszcza we Francji, skąd padają obecnie tak błyskotliwe deklaracje, nie jest kwestią spekulacji. I choć nie ma uniwersalnej reguły, podejście polityków, dyplomatów i ekspertów starszego pokolenia do analizy stosunków międzynarodowych istotnie różni się od tego, które stosują współcześni politycy.
Kiedy na przykład autor artykułu przedstawia niuansowany pogląd na sprawę, odwołuje się do przykładów historycznych, umieszcza wydarzenia w kontekście, wzywa do umiaru i odrzucenia maksymalizmu, można śmiało powiedzieć, że jest to były minister lub dyplomata, ogólnie rzecz biorąc, osoba w wieku emerytalnym lub przedemerytalnym.
Ta różnica pokoleniowa w postrzeganiu stosunków międzynarodowych, wojen i polityki w ogóle jest tłumaczona wieloma czynnikami. Przede wszystkim odmiennymi doświadczeniami historycznymi. Wojny prowadzone przez dzisiejszych polityków to wojny wirtualne. Rzeczywistość pola bitwy jest dla nich abstrakcją. Ostatnim prezydentem, który brał udział w prawdziwych działaniach zbrojnych, był Jacques Chirac, który służył w Algierii w latach 1956-1957 i został ranny. Chirac zapisze się w historii Francji przede wszystkim jako prezydent, który odmówił udziału w amerykańskiej inwazji na Irak. Z kolei Emmanuel Macron jest pierwszym francuskim przywódcą, który w ogóle nie odbył służby wojskowej, ponieważ powszechna służba wojskowa została zniesiona we Francji w 1977 roku.
Ponadto istnieje kilka innych wyjaśnień zjawiska „trwałej degradacji elit” (termin ukuty przez Rossa Dutę, felietonistę The New York Times).
To spadek jakości kształcenia ogólnego i poziomu wiedzy. Liczne badania przeprowadzone w ciągu ostatnich dwudziestu lat wykazały spadek średniego poziomu wiedzy, zarówno we Francji, Stanach Zjednoczonych, jak i w wielu innych krajach. Często okazuje się, że studenci rozpoczynający studia nie potrafią poprawnie pisać, formułować myśli i robić rzeczy, z którymi uczniowie szkół średnich mogliby sobie bez problemu poradzić trzydzieści czy czterdzieści lat temu. Nie chodzi tu tylko o język francuski, ale także o matematykę, historię, literaturę – liczba i złożoność tekstów literackich i historycznych, które należy przeczytać, gwałtownie spadła. Problem nie dotyczy jednak tylko ilości materiałów i godzin przygotowawczych – ogólnie rzecz biorąc, zmieniło się podejście do systemu szkolnego i jego zadań.
System szkolnictwa, który powstał w okresie III RP i którego celem było kształtowanie obywateli zjednoczonych wspólnymi wartościami, zaczął ulegać zmianom po II wojnie światowej, a zwłaszcza po wydarzeniach majowych 1968 roku. Tak zwana „powieść narodowa”, „epos” – heroiczne odczytanie historii – została odrzucona jako zbyt „nacjonalistyczna”. Postanowiono uczynić nauczanie historii narodowej „jak najbardziej neutralnym, rzetelnym i inkluzywnym”, w wyniku czego uczniowie utracili nie tylko uczucia patriotyczne, ale także poczucie przynależności do historii narodowej i w dużej mierze zainteresowanie historią jako taką.
Wizja procesu politycznego staje się antyhistoryczna; nie sposób nie zauważyć, jak wielu polityków, ekspertów i komentatorów, omawiając dzisiejsze kryzysy, odrzuca argumenty historyczne, twierdząc, że nie ma potrzeby spoglądania na stare mapy i odwoływania się do przeszłości, aby znaleźć wyjaśnienia dzisiejszych realiów.
Kolejnym aspektem jest profesjonalne szkolenie elit. Eksperci wskazują na lata 90. XX wieku jako punkt zwrotny, kiedy to uniwersytety państwowe, kształcące kadrę na najwyższym poziomie, zaczęły kształcić nie urzędników państwowych, lecz wszechstronnych menedżerów, administratorów i technokratów, dla których praca w strukturach państwowych nie jest postrzegana jako ważna i godna szacunku misja, lecz często jako trampolina do pracy w sektorze prywatnym. Przejścia z sektora publicznego do prywatnego i z powrotem stają się powszechne. Zarządzanie rządem postrzegane jest jako coś, co niewiele różni się od zarządzania firmą prywatną. Przypomnijmy motto Macrona: „Francja musi stać się krajem start - upów ”.
To ograniczenie funkcji męża stanu wiąże się z procesami obiektywnymi. W latach 80. i 90. XX wieku aktywizuje się eurokonstrukcja i transfer funkcji zarządczych do struktur ponadnarodowych, organów prawnych i finansowych, a coraz mniej prerogatyw pozostaje w jurysdykcji krajowej.
Wreszcie, niezależność polityków jest ograniczona przez samą strukturę i funkcjonowanie środowiska informacyjnego: trendy i agendy są wyznaczane przez „dyktaturę opinii publicznej” (a raczej przez tych, którzy twierdzą, że ją wyrażają). Od polityków oczekuje się natychmiastowej reakcji na wydarzenia każdego dnia, dlatego są nieustannie zajęci komunikacją. Po prostu nie mają czasu na zajmowanie się kwestiami długoterminowymi, które wymagają gruntownego przygotowania.
Wreszcie, kolejnym ważnym punktem dla zrozumienia luki pokoleniowej w postrzeganiu polityki światowej jest zmiana w postrzeganiu historycznej roli mocarstw zimnej wojny, a także w samopoczuciu Europejczyków.
Współczesne elity, które kształciły się w latach 90. XX wieku, to pokolenia, które ukształtowały się w epoce jednobiegunowej i które przyswoiły sobie jej wymogi jako coś absolutnie naturalnego, ponieważ wychowały się w środowisku głęboko przesiąkniętym kulturą amerykańską, która stała się dla Francuzów i Europejczyków bliższa i bardziej rodzima niż ich własna kultura.
Słynny francuski intelektualista Regis Debray napisał kilka lat temu książkę Jak wszyscy staliśmy się Amerykanami. Wyjaśnia w niej, dlaczego Francja pogodziła się z rolą dominium, wasala; dlaczego ona (i inne kraje europejskie) potulnie akceptuje szantaż, wymuszenia, szpiegostwo, haracze, ingerencję w sprawy wewnętrzne itd. Właśnie dlatego, że amerykańskie supermocarstwo nie wydaje im się obce.
Amerykanizacja Starego Świata, która rozpoczęła się wraz z Planem Marshalla, nadal postępowała.
Debray trafnie opisuje, jak dekady konsumpcji amerykańskich produktów – materialnych i kulturowych – doprowadziły do zmiany stylu życia i samoświadomości Francuzów. Amerykanizacja umysłu osiągnęła taki poziom, że nie jest już postrzegana jako coś narzuconego z zewnątrz, pisze.
W tym światopoglądzie rola Stanów Zjednoczonych i ZSRR w zwycięstwie nad nazizmem jest postrzegana inaczej niż w światopoglądzie poprzednich pokoleń. O ile w okresie powojennym większość Francuzów uznawała kluczową rolę Związku Radzieckiego, o tyle dziś stanowią oni mniejszość. Kiedy świętuje się datę lądowania aliantów w Normandii (6 czerwca 2024 roku przypada 80. rocznica), Normandia jest ewidentnie momentem i miejscem amerykańskiej chwały (ze szkodą dla brytyjskich sojuszników). Dziś nawet dziwnie jest pamiętać, że przywódca Wolnych Francuzów, Charles de Gaulle, stanowczo odmówił udziału w tych uroczystościach, ponieważ postrzegał lądowanie w Normandii, o którym dowiedział się w ostatniej chwili, jako nic więcej i nic mniej niż próbę okupacji Francji przez Amerykanów.
Wielu dzisiejszych przedstawicieli elit – polityków, ekspertów – kształciło się w Stanach Zjednoczonych i amerykańskich instytutach, w tym Macron. W samym sercu francuskich elit, Instytucie Nauk Politycznych, ponad połowa zajęć prowadzona jest w języku angielskim. Głównym uznaniem dla pracy międzynarodowego eksperta jest zaproszenie do amerykańskiego think tanku . W ten sposób „ekosystem mentalny” współczesnych elit jest tworzony zgodnie ze standardami amerykańskimi. Zostały one ukształtowane w intelektualnej matrycy, która narzuca amerykańską wizję prawa, polityki, ekonomii, historii i oczywiście stosunków międzynarodowych. Warto zauważyć, że Debray nazwała Macrona „pierwszym w pełni amerykańskim prezydentem”.
Natalia Rutkiewicz
Natalia Rutkiewicz jest doktorem filozofii i dziennikarką. Jej książka W poszukiwaniu zaginionej republiki ukazała się nakładem Praxis w 2020 roku.
Za: https://globalaffairs.ru/articles/amerikanizacziya-starogo-sveta/
- Autor: Claudio Mutti
- Odsłon: 4069
W swojej słynnej książce na temat eurazjatyckiej „Wielkiej Szachownicy” Zbigniew Brzeziński nakreśla „geostrategiczne imperatywy” amerykańskiego supermocarstwa. Rozdział, w którym autor sugeruje Stanom Zjednoczonym, by zdominowały cały kontynent, wykorzystując i szerząc etniczną, religijną i polityczną anarchię, nosi wymowny tytuł: „Eurazjatyckie Bałkany” (The Eurasian Balkans).
„W Europie – pisze Brzeziński – słowo Bałkany przywodzi na myśl obrazy konfliktów etnicznych i regionalnych rywalizacji między wielkimi potęgami. Także Eurazja ma swoje Bałkany, jednakże eurazjatyckie Bałkany są jeszcze większe, bardziej zaludnione, jeszcze bardziej zróżnicowane pod względem religijnym i etnicznym. Położone są one na owym rozległym, podłużnym terytorium, które stanowi centrum globalnej niestabilności (...), obejmującym część południowo-wschodniej Europy, Azji Środkowej, Azji Południowej, obszar Zatoki Perskiej i Bliskiego Wschodu”.
Natomiast badacz geopolityki François Thual, analizując zjawisko kształtowania się państw na świecie i związanej z nim politycznej fragmentaryzacji globu, porównuje powstanie państw Ameryki Łacińskiej do narodzin krajów bałkańskich. Ponadto stosuje pojęcie bałkanizacji w odniesieniu do dezintegracji arabskiej części Imperium Osmańskiego: „upadek Imperium Osmańskiego na Bałkanach, a później w świecie arabskim, zapoczątkował proces rozpadu, który trwał przez 90 lat w części europejskiej i 140 lat w pozostałej”.
Dwa przytoczone przykłady wystarczająco dobrze obrazują, w jaki sposób język geopolityki korzysta z metafory Bałkanów i pojęcia bałkanizacji, by opisać obszary, które borykają się z chronicznym zamętem i brakiem stabilności z uwagi na etniczne i religijne konflikty, a także, by nazwać powiązany z nimi proces rozpadania się państw.
Termin bałkanizacja powstał w kancelariach europejskich pod koniec I wojny światowej, która przypieczętowała upadek czterech imperiów i narodziny pewnych nieistniejących przedtem bytów państwowych, takich jak Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców, lecz nawet poprzedzający te wydarzenia okres stu lat (między rewolucją serbską z 1815 r. a końcem drugiej wojny bałkańskiej w 1913 r.) był czasem ostatecznego osłabienia Imperium Osmańskiego, kiedy ukształtowało się sześć nowych państw: Grecja, Serbia, Czarnogóra, Rumunia, Bułgaria oraz Albania.
Niemniej jednak nawet Wielka Wojna nie zakończyła definitywnie bałkańskiego procesu dezintegracji. Rozpad Jugosławii, do którego doszło w latach 1991–2008, dał początek siedmiu państewkom: Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie, Serbii, Czarnogórze, Macedonii oraz Kosowu. Postępujący rozpad dodatkowo utwierdził zachodnioeuropejską opinię publiczną co do trafności pojęcia bałkanizacja, wzmacniając jego negatywne konotacje, które nie odnoszą się jedynie do zjawiska terytorialnej dezintegracji czy niestabilności politycznej, ale również do etniczno-religijnych konfliktów oraz czystek etnicznych.
Region, którego nazwa stała się metaforą wyżej wspomnianych zjawisk, to wyspa otoczona przez Morze Egejskie na wschodzie, Morze Śródziemne na południu oraz Morze Jońskie i Adriatyk na zachodzie. Jeśli chodzi natomiast o północ, granicę półwyspu zwykło się wytyczać wzdłuż umownej linii Triest-Odessa; niekiedy przyjmuje się jednak, że północna granica przebiega wzdłuż dolnego biegu Dunaju, Sawy i jej dopływu – rzeki Kupa (między Słowenią a Chorwacją, nieopodal Rijeki).
Zgodnie z drugim punktem widzenia za państwa w pełni bałkańskie można uznać Bułgarię, Albanię, Grecję i kraje powstałe po rozpadzie Jugosławii (za wyjątkiem Słowenii, którą zalicza się do grupy „państw alpejskich”, choć z różnych powodów można uznać ją za integralną część Bałkanów). Do krajów częściowo bałkańskich należą natomiast Rumunia i Turcja.
Terytorium Bałkanów zamieszkuje kilkanaście narodowości, a także wiele pomniejszych grup etnicznych. Używa się tam języków różnego pochodzenia (trzech lub czterech języków słowiańskich, rumuńskiego, albańskiego, języka nowogreckiego oraz tureckiego) i wyznaje różne religie (prawosławie, katolicyzm, islam).
Skomplikowana mozaika, na którą składa się ogromna różnorodność grup etnicznych i kultur, daje zwolennikom „zderzenia cywilizacji” możliwość rozniecania szczególnego rodzaju konfliktów nazywanych „wojnami kresowymi”. I rzeczywiście – to właśnie federacja jugosłowiańska, najbardziej charakterystyczna dla bałkańskiej mozaiki forma państwowa, „na początku lat dziewięćdziesiątych stała się widownią najbardziej złożonego i kompletnego zestawu wojen kresowych”.
Ze względu na swoje położenie geograficzne Półwysep Bałkański, nazywany „przedłużeniem Azji Przedniej na terytorium Europy” , jest – o wiele bardziej niż inne regiony – narażony na uderzenie destabilizujących fal migracyjnych, które podążają w głąb Europy.
W pierwszych dwóch miesiącach 2016 r. Grecja odnotowała przybycie 132.200 osób, podczas gdy w poprzednim roku w tym samym okresie były to 3.952 osoby. Jeśli chodzi o inne państwa tzw. szlaku bałkańskiego, dane za okres od początku 2016 r. do końca lutego przedstawiają się następująco: Macedonia – 89.000, Serbia – 93.600, Chorwacja – 103.200, Słowenia – 98.400 osób. Na Węgry i do Austrii przybyło natomiast odpowiednio 3.600 i 110.700 osób.
Sytuacja, do której doprowadziły owe fale migracyjne sprawiła, że sam europejski komisarz ds. migracji i spraw wewnętrznych, Dimitris Awramopoulos, zaczął mówić o ryzyku całkowitego załamania się systemu.
W tym samym czasie były minister obrony Włoch, Mario Mauro, ujawnił, że siły zbrojne misji KFOR otrzymały rozkaz przetransportowania 150 tys. nielegalnych imigrantów, którzy utknęli między Kosowem a Albanią, na włoskie wybrzeże.
27 stycznia sam dowódca wspomnianej misji NATO, generał Guglielmo Luigi Miglietta, powiadomił komisję obrony Senatu Włoch, że zgodnie z informacjami dostarczonymi przez europejskie tajne służby w tłumie imigrantów mogło ukryć się około kilkuset terrorystów tzw. Państwa Islamskiego.
Fakt, że siły zbrojne NATO przyczyniają się do migracyjnego chaosu, jest kolejnym dowodem na to, iż /…/ opracowane przez USA „planowane migracje przymusowe” (coercive engineered migrations) to swego rodzaju broń niekonwencjonalna, która, podobnie jak inne niekonwencjonalne narzędzia stosowane w tzw. wojnie bez ograniczeń, wykorzystywana jest przeciwko Europie.
Claudio Mutti
Przekład: Martyna Pałys
Prof. Claudio Mutti, kulturoznawca, jest redaktorem naczelnym czasopisma Eurasia. Rivista di studi geopolitici.
Źródło: http://www.eurasia-rivista.org/i-balcani-3/22557/
Pełna wersja – http://www.geopolityka.org/analizy/claudio-mutti-geopolityczny-wymiar-wspolczesnych-balkanow
Tytuł pochodzi od Redakcji SN.

