Politologia (el)

Afrykański return ISIS

Utworzono: sobota, 20 marzec 2021 Anna Leszkowska


ISIS odrodziło się w Afryce Subsaharyjskiej. Warunki społeczne, polityczne, gospodarcze, kulturowe wyraźnie temu sprzyjają. I dziś Państwo Islamskie może być bardziej zabójcze niż kiedykolwiek.

Jeśli chcesz poznać wierzchołek baobabu, poznaj najpierw jego korzenie. (przysłowie z Sahelu)

Czarnecki do zajawkiOsama ibn Laden jeszcze przed 11.09.2001 zasłynął w Afryce Subsaharyjskiej. To w Sudanie stworzył swoją Islamską Armię Shura, kładąc podwaliny pod prawdziwie globalną sieć terrorystyczną znaną jako Al-Kaida. W dużej mierze to na kontynencie afrykańskim Saudyjczyk zaczął wzywać do dżihadu przeciwko siłom zachodnim i zyskał zdolność eksportowania terroryzmu przeciwko Zachodowi. To stąd inicjowano ataki Al-Kaidy na ambasady USA na Czarnym Lądzie.

Mimo trwającej już ponad dekadę tzw. wojny z terroryzmem prowadzonej przez różne koalicje państw zachodnich i afrykańskich ISIS/DAESH (czyli państwo islamskie) ma się doskonale u progu trzeciego dziesięciolecia XXI w. na terenie Afryki. To kolejna hybryda wyewoluowana z Al-Kaidy, struktura bazująca na radykalizmie społecznym, religijnym, politycznym. W pewnym momencie na terenie Bliskiego Wschodu – Iraku, Syrii – dżihadyści kontrolowali obszar porównywany z Wielką Brytanią. Podobne struktury tworzą się w regionach, gdzie brak jest stabilizacji, trwa chaos administracyjny i polityczny, a na to nakłada się dramatyczna nędza miejscowej ludności. No i trwające humanitarne, mające nieść demokrację i wolność w stylu zachodnim, interwencje krajów NATO. To Afganistan, Jemen, a także subsaharyjska Afryka.

Państwo Islamskie jako quasi-struktura zajmująca określone terytorium, z namiastkami administracji i politycznych struktur na terenie Syrii i Iraku upadło, choć dżihadyści działają tu nadal, w ukryciu. Obserwowana jest jednak na przestrzeni ostatnich miesięcy odbudowa – z procesem powstawania i zanikania państwa ISIS/DAESH mieliśmy na tym obszarze do czynienia już kilkakrotnie – struktur Państwa Islamskiego w Afryce Subsaharyjskiej.
Istnieje szereg organizacji dżihadystycznych luźno powiązanych ze sobą, połączonych jedynie ideą walki z Zachodem i skorumpowanymi elitami rządzącymi w krajach tego regionu. No i oczywiście łącząca je religijna, w wersji fundamentalistycznej, narracja i propaganda.

Rozprawa Zachodu z Kaddafim i Libią

Niemałe znaczenie ma także militarna obecność Francji, realizującej pod hasłem „wojny z terroryzmem” swoje postkolonialne interesy. Afganistan, Syria, Jemen przykryły i wyciszyły w światowym mainstreamie zainteresowanie francuskimi dokonaniami na tych obszarach (zbrodnie wojenne i opresja wywierana na społeczności tych krajów będących dawniej koloniami Paryża). Ma to miejsce od Mauretanii i Senegalu, przez Mali, Burkina Faso, Niger i Czad, aż do Kamerunu i Republiki Środkowoafrykańskiej.

Tracąc wpływy w Afryce Zach., Francja podjęła desperackie działania, które stały się niezwykle brutalne (Wikileaks - 2016, Devecioglu – 2020). Z upublicznionych e-maili Hilary Clinton wynika jasno przyczyna francuskiej polityki zniszczenia Libii i Kaddafiego. To konkurencja dla francuskiej hegemonii w Afryce Zachodniej (a także na obszarze całej północnej części Czarnego Lądu) spowodowała działania polityczne a potem wojskowe Paryża, zakończone zabiciem Mu’ammara Kaddafiego i chaosem oraz rozpadem Libii jako zcentralizowanego państwa.
Korespondencja Hilary Clinton z amerykańskimi dyplomatami w Afryce i politykami francuskimi określa pięć przyczyn dla których Kaddafi musiał być unicestwiony, a Libia przestać zagrażać w tej części świata interesom Zachodu: ropa naftowa, wpływy polityczne i gospodarcze, spadek reputacji Sarkozy'ego oraz potwierdzenie potęgi wojskowej Francji i tym samym powstrzymanie wpływów Kadafiego we frankofońskiej Afryce, której zagroził on projektem nowej waluty regionalnej, wspieranej 143 tonami złota i miliardami petrodolarów. Ta nowa waluta nie tylko wyeliminowałaby frank CFA, ale także konkurowałaby z samym euro i dolarem.

Kartagina musiała w takim wypadku zostać zniszczona, a państwo libijskie jako struktura scentralizowana i ustabilizowana – unicestwione.

Destabilizacji, która trwa już 10 lat bez mała, bardzo obawiają się w Algierii, Tunezji i Egipcie, gdyż z Sahelem Libia graniczy bezpośrednio. Węzłowym problemem rozwiązania kryzysu jest wspomniana sytuacja w Libii. Po usunięciu Mu’ammara Kaddafiego podczas interwencji lotnictwa NATO (głównie Francji i Wielkiej Brytanii), w kraju zapanował chaos trwający po dziś dzień. Miejsce administracji centralnej zajęły bojówki różnych lokalnych kacyków czy organizacji, najczęściej dżihadystów (w tym Al-Kaidy i związanych z nią organizacji).
Z magazynów wypłynęło miliony sztuk broni różnego rodzaju i kalibru, które przeszły w ręce mafii, wspomnianych bojówek, lokalnych milicji, grup przemytniczych etc.
Z kryzysu państwa libijskiego korzystają obecnie nie tylko dżihadyści, ale także handlarze bronią, przemytnicy i handlarze ludźmi i to na całym obszarze Sahary oraz na południe od niej (Sahel).

Rola Francji

Szczytne idee interwencji NATO – demokratyzacja, wolności osobiste obywateli Libii, swobody i państwo prawa – zmaterializowały się właśnie bezprzykładnym chaosem, dezorganizacją i tak kruchej stabilizacji, jaka miała miejsce zawsze w całym regionie. Osiągnięto odwrotne skutki niż zamierzone, propagowane przez globalne media. Główną winę za ten stan rzeczy ponosi Francja - najbardziej i konsekwentnie prąca do „demokratyzacji Libii”, chcąc przy tym realizować swe własne, postkolonialne interesy w całej Afryce Subsaharyjskiej i Zachodniej.
Dziś region ten jest świadkiem bezprecedensowego odrodzenia się grup islamistycznych, a członkowie Państwa Islamskiego (ISIS/DAESH) kontrolują teren zamieszkały przez miliony ludzi, mając swe bazy w sześciu krajach afrykańskich, na terytorium wielkości Beneluksu. Problem ten dotyczy całej Afryki, lecz Sahel i Afryka Zachodnia są klasycznym tego przykładem. Tu ISIS/DAESH od kilku lat umacnia swe wpływy. Nawet w leżącym daleko na południu Mozambiku w 2020 r. odnotowano kilkanaście ataków terrorystycznych (w Nigrze ponad 100).

Ofensywa i zainteresowanie ISIS/DAESH Czarnym Lądem jest nowym etapem w historii tej organizacji. Może się to okazać zjawiskiem bardziej niebezpiecznym niż jej działalność z bliskowschodniej przeszłości. Do społecznych, gospodarczych, kulturowych przyczyn popularności idei państwa islamskiego na tym kontynencie dochodzi jeszcze czynnik religijny: od dawna to islam jest najbardziej progresywnym – tak w sensie ilościowym jak i doktrynalnym – wyznaniem na terenie Afryki.
Sprzyjają temu takie czynniki jak prostota wyznania i kultu, brak postkolonialnego bagażu w religii Mahometa, który wiąże chrześcijańskie denominacje i kościoły, ale i utożsamienie skorumpowanych elit w biednych krajach afrykańskich z postkolonialnymi strukturami religijnymi, czy odrodzenie się imperializmu zachodnioeuropejskiego (zwłaszcza odczuwalnego w krajach frankofońskich ze strony dawnej metropolii), eksploatującego bezwzględnie przy pomocy swych megakoncernów dawne kolonie.

ISIS obecnie ma strategicznie ustalone terytorium na obszarach, gdzie państwo (państwa) abdykowało. Transgraniczność, mobilność, korzystanie z nowoczesnej techniki pozwala jej na przeprowadzanie ataków i znikanie poza granicami danego kraju czy regionu. Czyni to z dżihadystów faktycznie nietykalną strukturę dla wszystkich krajów Sahelu - jednych z najbardziej ubogich państw na świecie, pod żadnym względem nieprzygotowanych na tego typu zagrożenia. Niewydolne struktury państwowe, klanowość i megakorupcja dopełniają reszty.
Na dodatek kraje te są obszarem ponownej kolonizacji, choć dziś to przebiega w innym wymiarze – głównie ze strony koncernów francuskich (to była domena do lat 60. XX wieku władzy Paryża – tylko Nigeria i Ghana oraz tzw. Kamerun Brytyjski pozostawały we władaniu Londynu) – i właśnie z tym wiąże się wojskowa obecność Francji w Sahelu. Paryż prowadzi tu od lat regularne działania wojskowe, z licznymi ofiarami wśród ludności cywilnej, ocierające się o zbrodnie wojenne.

Francuską reakcją na kryzys w Mali (2013 r.) była operacja wojskowa pod kryptonimem „Serwal” (Opération Serval). Jej celem było odparcie ofensywy fundamentalistycznych bojowników islamskich, którzy podczas wojny domowej w Mali zajęli północny region tego kraju, Azawad. Na sytuację w Mali nałożyła się wspomniana wcześniej „arabska wiosna” w Libii oraz powstanie Tuaregów (lud berberyjskiego pochodzenia, który od wieków mieszka na terenie kilku krajów zachodnioafrykańskich - głównie w Algierii, Mali, Libii i Nigrze).
Francuzi są stale od tego czasu obecni militarnie w regionie i podejmują co jakiś czas działania przeciwko wzbierającej fali islamizmu oraz działających w oparciu o radykalny islam bojówek. Al-Kaida jawi się jedynie jako symbol walki z Zachodem (nie tylko politycznym, ale przede wszystkim cywilizacyjno-kulturowym). Głównie chodzi o tzw. koncepcję państwa islamskiego (znanej z Bliskiego Wschodu jako ISIS/DAESH).

Boko Haram

Francuzi zaczęli tworzyć panafrykańskie siły zbrojne wywodzące się z krajów będących w przeszłości ich koloniami. Aktualnie tworzą je żołnierze z Beninu, Kamerunu, Nigru, Nigerii i Czadu (tylko Nigeria nie była kolonią francuską). Wojska te używane są do walk z różnymi grupami dżihadystów, jakie funkcjonują na tym terenie. Ale główną organizacją, stanowiącą o sile dżihadyzmu na tym obszarze jest owiane złą sławą wywodzące się z północnej Nigerii Boko Haram, na czele którego stoi Abubakar Shekau. To salafita, osobnik owiany złą sławą, religijny fanatyk, podobnie jak Joseph Kony, przez kilkanaście lat pustoszący ze swoją młodocianą armią rejony Ugandy, Konga i Południowego Sudanu.

Jak podają różne źródła, w ciągu ostatniej dekady Boko Haram zabiło ok. 40 tys. ludzi, wysiedliło 2,5 miliona cywilów, próbując ustanowić kalifat. Początkowo Al-Kaida starała się w jakimś sensie koordynować działania dżihadystów na terenie Afryki Zachodniej, ale po 2016 r. nastąpił podział i jakiekolwiek, w sensie strategicznym, współdziałanie tych grup nie jest obecnie możliwe. Boko Haram skupiło się na obaleniu rządów w Nigerii, może podziale kraju na muzułmańską północ i chrześcijańskie południe, które z kolei rozpadłoby się wg narodowych i plemiennych tradycji. Organizacja Abubakara Shekau działa też na północy Kamerunu.

Nigeria nie jest w stanie sama powstrzymać Boko Haram choć to najludniejszy kraj Afryki, z olbrzymim potencjałem gospodarczo-społecznym, posiadający jedną z najmocniejszych i najlepiej (jak na warunki afrykańskie) wyszkoloną armię. Inne kraje regionu się absolutnie w tej mierze nie liczą: gdy wojsko Nigerii zajmuje 42. miejsce na 138 badanych krajów, pozostałe zajmują najdalej 87. miejsce. Brakuje im również środków finansowych, bo są to państwa najbiedniejsze na świecie. Pod względem PKB na mieszkańca Nigeria i Kamerun plasują się na 141. i 145. miejscu, a Czad i Niger poniżej 174. Nie wspominając już o tym, że Czad, następny pod względem jakości sił militarnych w regionie, boryka się od dekad z kolosalnymi trudnościami gospodarczymi, pustynnieniem północnych i środkowych części kraju, falami głodu i katastrofą humanitarną w wyniku konfliktu granicznego z Sudanem i masy uchodźców z Darfuru w obozach na wschodzie kraju.

I to jest źródło (oprócz cienia jaki rzuca na całą Afrykę subsaharyjską rozpad i unicestwienie Libii w 2011 r.) popularności radykalnego islamu w tej części kontynentu: powszechna bieda i obszary nędzy, beznadzieja, abdykacja władzy centralnej na rzecz lokalnych wodzów, książąt, naczelników plemion itd. Taki obraz dopełnia wszechogarniająca korupcja kasty urzędniczej pozostającej w symbiozie z korporacjami zachodnimi kolonizującymi na nowo swe dawne terytoria zależne. Antykolonialne – nie tylko w wymiarze religijnym i politycznym, ale przed wszystkim kulturowym i społecznym - hasła dżihadystów padają na żyzne podłoże. Wystarczy obejrzeć film dokumentalny „Delta Nigru: wojna o ropę” (jest na YT), pokazujący jak megakorporacje zachowują się w tej części świata. To wszystko tłumaczy.

Nigeria bowiem pełni – z racji swego potencjału ludnościowego (ponad 200 mln ludzi), gospodarczego, kulturowego, a zwłaszcza pozyskiwania ropy naftowej na południu kraju (10 państwo na świecie pod względem wydobycia) – niezwykle ważną rolę w skali całego kontynentu afrykańskiego. To kolejny, potencjalny światowy gracz w geopolityce (po RPA, która już do tego „klubu” w jakimś sensie weszła). 40% benzyny używanej w USA pochodzi w węglowodorów nigeryjskich. We Francji to ponad 10%.
Teraz widać, jakie znaczenie ma ten kraj dla potentatów światowej gospodarki. I dlatego wszelkimi silami Zachód stara się zahamować rosnące wpływy Chin na Czarnym Lądzie. Pekin już umocnił się w Afryce Wschodniej (Sudan, Sudan pd., Etiopia, Dżibuti). Teraz sięga po Afrykę Centralną i Zachodnią, do tej pory zdominowaną przez wpływy francuskie.

Następni do majdanu

Wzmożenie działań dżihadystów różnej maści oraz ich aktywność – podobnie ma się sprawa z Somalią czy niepokojami w Etiopii – wielu komentatorów i analityków wiąże z próbami powstrzymywania ofensywy (obecności gospodarczej) Chin w Afryce. Chiny, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, interesują się jedynie gospodarczymi inwestycjami i swoim interesem ekonomicznym. Nie obchodzą ich absolutnie sprawy praw człowieka, wewnętrzne stosunki w poszczególnych krajach, ich problemy językowe, rasowe, religijne. Są w tej mierze kompletnie asertywni politycznie, co daje im przewagę nad Zachodem uwikłanym w szerzenie demokracji. To na fali antykolonializmu i oferty ze strony narastających nacjonalizmów jest nie bez znaczenia.

W niezależnych analizach można znaleźć pytanie o zainteresowanie mediów fenomenem akurat Boko Haram: co to jest, czyj interes jest w działalności tej organizacji (ponad 20 lat)? Niektórzy wysuwają przypuszczenia, popierane różnymi mniej lub bardziej wiarygodnymi informacjami – iż jest to tajna operacja spec służb Zachodu (zwłaszcza USA), która oprócz swych agenturalnych korzeni poczęła żyć swoim życiem i działa często na rachunek różnych grup interesów. Takie przypuszczenia można np. spotkać już w połowie II dekady XXI w. w African Renaissance News czy Global Reaserch.

W tym samym czasie Wikileaks upubliczniła raporty ambasady USA w Nigerii, gdzie dokładnie opisano, jakie przedsięwzięcia należy podejmować wobec Nigerii i Nigeryjczyków, aby zaczęli działać w interesie Stanów Zjednoczonych. Był tam także akapit o sponsorowaniu grup „wywrotowych”, działaniach na rzecz podziałów językowych, religijnych i społecznych etc .([za]: Mavengira, op. Cit. – to obywatelski wolontariat, w skład którego wchodzą Nigeryjczycy ze wszystkich grup etnicznych i wyznań religijnych).
Celem amerykańskich tajnych operacji w tym kraju jest wyeliminowanie Nigerii jako potencjalnego strategicznego rywala Zachodu na kontynencie afrykańskim.

Z kolei Greenwhite Coalition – nigeryjska organizacja non profit prowadząca śledztwo w sprawie Boko Haram – doszła do konkretnego wniosku, że kampanie Boko Haram były oraz są tajną operacją zorganizowaną przez CIA i koordynowaną przez ambasadę amerykańską w Nigerii.

Raport Greenwhite Coalition w tej sprawie ujawnił trzystopniowy plan Narodowej Rady Wywiadu Stanów Zjednoczonych, który miał w ostatecznym celu segmentację Nigerii, umiędzynarodowienie kryzysu i podział kraju pod mandatem ONZ i sił okupacyjnych.
Plan ten zakładał docelowo rozpad Nigerii. To standard realizowany przez USA (i nie tylko) w Afryce. Np. konsulat w Benghazi okazał się swego czasu bazą dla tajnej organizacji zaopatrującej w broń najemników walczących w Syrii (atak na niego nastąpił we wrześniu 2012).

Podobne informacje dochodziły z Kijowa, gdzie ambasada amerykańska koordynowała przebieg zajść na Majdanie (2013/14). Również dziś wiadomo, iż członkowie Al-Kaidy i Libijskiej Islamskiej Grupy Walczącej – części libijskich rebeliantów - otrzymywali bezpośrednio broń i wsparcie logistyczne od państw bloku NATO podczas konfliktu w Libii w 2011 r.

Wzrost znaczenia Państwa Islamskiego akurat w tym regionie, mimo poważnych różnic doktrynalno-ideowych i sfer zainteresowania poszczególnych grup dżihadystów (Boko Haram jest najbardziej znane i jemu to media światowe poświęcają najwięcej miejsca), układa się w jakąś całość.

Faktem jest, iż postkolonialna mapa zachodniej Afryki (i nie tylko) nijak się ma do kultury, tradycji, tożsamości (o religii czy językach nawet nie warto wspominać) jakże rozdrobnionej tej części kontynentu. Ofensywa – najszerzej rozumiana (przede wszystkim ilościowa) – islamu jest faktem od dekad. I to kosztem wszystkich denominacji europejskich, chrześcijańskich. Przyśpieszyła ona, zwłaszcza po wydarzeniach w Rwandzie, gdzie Kościół rzymski się absolutnie skompromitował, dając wyraz swym postkolonialnym, nie afrykańskim, tradycjom w stylu divida et impera.
Wzbierająca fala nacjonalizmu afrykańskiego, mająca ponownie (jak w latach 50 - 60. XX wieku) ostrze antykolonialne – co jest samo przez się wymierzone w neokolonialne interesy państw zachodnich – w pewnych przestrzeniach jest kompatybilna z wieloma argumentami islamistów. Oba te zjawiska padają na podatny grunt wśród populacji wszystkich krajów Afryki.
Radosław S. Czarnecki

Bałkanizacja

Utworzono: niedziela, 29 maj 2016 Claudio Mutti


W swojej słynnej książce na temat eurazjatyckiej „Wielkiej Szachownicy”
Zbigniew Brzeziński nakreśla  „geostrategiczne imperatywy” amerykańskiego supermocarstwa. Rozdział, w którym autor sugeruje Stanom Zjednoczonym, by zdominowały cały kontynent, wykorzystując i szerząc etniczną, religijną i polityczną anarchię, nosi wymowny tytuł: „Eurazjatyckie Bałkany” (The Eurasian Balkans). 

„W Europie – pisze Brzeziński – słowo Bałkany przywodzi na myśl obrazy konfliktów etnicznych i regionalnych rywalizacji między wielkimi potęgami. Także Eurazja ma swoje Bałkany, jednakże eurazjatyckie Bałkany są jeszcze większe, bardziej zaludnione, jeszcze bardziej zróżnicowane pod względem religijnym i etnicznym. Położone są one na owym rozległym, podłużnym terytorium, które stanowi centrum globalnej niestabilności (...), obejmującym część południowo-wschodniej Europy, Azji Środkowej, Azji Południowej, obszar Zatoki Perskiej i Bliskiego Wschodu”.

Natomiast badacz geopolityki François Thual, analizując zjawisko kształtowania się państw na świecie i związanej z nim politycznej fragmentaryzacji globu, porównuje powstanie państw Ameryki Łacińskiej do narodzin krajów bałkańskich. Ponadto stosuje pojęcie bałkanizacji w odniesieniu do dezintegracji arabskiej części Imperium Osmańskiego: „upadek Imperium Osmańskiego na Bałkanach, a później w świecie arabskim, zapoczątkował proces rozpadu, który trwał przez 90 lat w części europejskiej i 140 lat w pozostałej”.

Dwa przytoczone przykłady wystarczająco dobrze obrazują, w jaki sposób język geopolityki korzysta z metafory Bałkanów i pojęcia bałkanizacji, by opisać obszary, które borykają się z chronicznym zamętem i brakiem stabilności z uwagi na etniczne i religijne konflikty, a także, by nazwać powiązany z nimi proces rozpadania się państw.

Termin bałkanizacja powstał w kancelariach europejskich pod koniec I wojny światowej, która przypieczętowała upadek czterech imperiów i narodziny pewnych nieistniejących przedtem bytów państwowych, takich jak Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców, lecz nawet poprzedzający te wydarzenia okres stu lat (między rewolucją serbską z 1815 r. a końcem drugiej wojny bałkańskiej w 1913 r.) był czasem ostatecznego osłabienia Imperium Osmańskiego, kiedy ukształtowało się sześć nowych państw: Grecja, Serbia, Czarnogóra, Rumunia, Bułgaria oraz Albania.

Niemniej jednak nawet Wielka Wojna nie zakończyła definitywnie bałkańskiego procesu dezintegracji. Rozpad Jugosławii, do którego doszło w latach 1991–2008, dał początek siedmiu państewkom: Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie, Serbii, Czarnogórze, Macedonii oraz Kosowu. Postępujący rozpad dodatkowo utwierdził zachodnioeuropejską opinię publiczną co do trafności pojęcia bałkanizacja, wzmacniając jego negatywne konotacje, które nie odnoszą się jedynie do zjawiska terytorialnej dezintegracji czy niestabilności politycznej, ale również do etniczno-religijnych konfliktów oraz czystek etnicznych.

Region, którego nazwa stała się metaforą wyżej wspomnianych zjawisk, to wyspa otoczona przez Morze Egejskie na wschodzie, Morze Śródziemne na południu oraz Morze Jońskie i Adriatyk na zachodzie. Jeśli chodzi natomiast o północ, granicę półwyspu zwykło się wytyczać wzdłuż umownej linii Triest-Odessa; niekiedy przyjmuje się jednak, że północna granica przebiega wzdłuż dolnego biegu Dunaju, Sawy i jej dopływu – rzeki Kupa (między Słowenią a Chorwacją, nieopodal Rijeki).
Zgodnie z drugim punktem widzenia za państwa w pełni bałkańskie można uznać Bułgarię, Albanię, Grecję i kraje powstałe po rozpadzie Jugosławii (za wyjątkiem Słowenii, którą zalicza się do grupy „państw alpejskich”, choć z różnych powodów można uznać ją za integralną część Bałkanów). Do krajów częściowo bałkańskich należą natomiast Rumunia i Turcja.

Terytorium Bałkanów zamieszkuje kilkanaście narodowości, a także wiele pomniejszych grup etnicznych. Używa się tam języków różnego pochodzenia (trzech lub czterech języków słowiańskich, rumuńskiego, albańskiego, języka nowogreckiego oraz tureckiego) i wyznaje różne religie (prawosławie, katolicyzm, islam).

Skomplikowana mozaika, na którą składa się ogromna różnorodność grup etnicznych i kultur, daje zwolennikom „zderzenia cywilizacji” możliwość rozniecania szczególnego rodzaju konfliktów nazywanych „wojnami kresowymi”. I rzeczywiście – to właśnie federacja jugosłowiańska, najbardziej charakterystyczna dla bałkańskiej mozaiki forma państwowa, „na początku lat dziewięćdziesiątych stała się widownią najbardziej złożonego i kompletnego zestawu wojen kresowych”.

Ze względu na swoje położenie geograficzne Półwysep Bałkański, nazywany „przedłużeniem Azji Przedniej na terytorium Europy” , jest – o wiele bardziej niż inne regiony – narażony na uderzenie destabilizujących fal migracyjnych, które podążają w głąb Europy.
W pierwszych dwóch miesiącach 2016 r. Grecja odnotowała przybycie 132.200 osób, podczas gdy w poprzednim roku w tym samym okresie były to 3.952 osoby. Jeśli chodzi o inne państwa tzw. szlaku bałkańskiego, dane za okres od początku 2016 r. do końca lutego przedstawiają się następująco: Macedonia – 89.000, Serbia – 93.600, Chorwacja – 103.200, Słowenia – 98.400 osób. Na Węgry i do Austrii przybyło natomiast odpowiednio 3.600 i 110.700 osób.

Sytuacja, do której doprowadziły owe fale migracyjne sprawiła, że sam europejski komisarz ds. migracji i spraw wewnętrznych, Dimitris Awramopoulos, zaczął mówić o ryzyku całkowitego załamania się systemu.
W tym samym czasie były minister obrony Włoch, Mario Mauro, ujawnił, że siły zbrojne misji KFOR otrzymały rozkaz przetransportowania 150 tys. nielegalnych imigrantów, którzy utknęli między Kosowem a Albanią, na włoskie wybrzeże.
27 stycznia sam dowódca wspomnianej misji NATO, generał Guglielmo Luigi Miglietta, powiadomił komisję obrony Senatu Włoch, że zgodnie z informacjami dostarczonymi przez europejskie tajne służby w tłumie imigrantów mogło ukryć się około kilkuset terrorystów tzw. Państwa Islamskiego. 

Fakt, że siły zbrojne NATO przyczyniają się do migracyjnego chaosu, jest kolejnym dowodem na to, iż /…/  opracowane przez USA  „planowane migracje przymusowe” (coercive engineered migrations) to swego rodzaju broń niekonwencjonalna, która, podobnie jak inne niekonwencjonalne narzędzia stosowane w tzw. wojnie bez ograniczeń, wykorzystywana jest przeciwko Europie.

Claudio Mutti 

Przekład: Martyna Pałys

Prof. Claudio Mutti, kulturoznawca,  jest redaktorem  naczelnym czasopisma  Eurasia. Rivista di studi geopolitici.

Źródło: http://www.eurasia-rivista.org/i-balcani-3/22557/


Pełna wersja – http://www.geopolityka.org/analizy/claudio-mutti-geopolityczny-wymiar-wspolczesnych-balkanow

 

Tytuł pochodzi od Redakcji SN.




 

Boskie przeznaczenie

Utworzono: wtorek, 25 wrzesień 2018 Anna Leszkowska


Z prof. Longinem Pastusiakiem, dyrektorem Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Akademii Finansów i Biznesu Vistula rozmawia Anna Leszkowska


- Panie Profesorze, John Perkins, autor bestsellerowej książki Hitman, były „ekonomista od brudnej roboty”, twierdzi, że dzisiejszy ekspansjonizm USA wynika z doktryny Boskiego Przeznaczenia, która od początków państwowości Stanów Zjednoczonych Ameryki odgrywa decydującą rolę w kształtowaniu polityki zagranicznej tego państwa. Czy rzeczywiście jej znaczenie nie maleje od ponad 170 lat?


pastusiak2- Doktryna Boskiego Przeznaczenia – Manifest Destiny - pojawiła się później niż powstały Stany Zjednoczone Ameryki (1776) i odegrała bardzo ważną rolę w zagospodarowaniu terytorium Ameryki Północnej przez Stany Zjednoczone.
Autorem pierwszej wersji Boskiego Przeznaczenia był John O’Sullivan, redaktor nowojorskiego dziennika Democratic Review, który w jednym ze swoich artykułów w 1845 roku pisał, że „naszym Boskim Przeznaczeniem jest rozprzestrzenić się i zająć cały kontynent, który Opatrzność ofiarowała nam. Bóg natury i narodów określił te prawa dla nas. Z jego błogosławieństwem zdecydowanie podtrzymamy obowiązki nałożone przez niego”.
W różnych okresach doktryna ta miała jednak różne wersje: najpierw celem było dojście Amerykanów do rzeki Missisipi, potem – do Oceanu Spokojnego, a później ambicje ekspansjonistów amerykańskich coraz bardziej rosły i wykraczały poza półkulę zachodnią.

Trzeba pamiętać, że Stany Zjednoczone pojawiły się na mapie politycznej świata jako kraj bardzo słaby, nieduży, złożony z 13 kolonii. Ekspansja na terytorium prawie całego kontynentu zajęła kolonistom kilkadziesiąt lat, bo przecież Północna Ameryka nie była terytorium całkowicie wolnym. Swoje kolonie mieli tam Hiszpanie, Francuzi, Anglicy. Jednak duży napływ imigrantów do Stanów Zjednoczonych powodował, że zwiększały się ich ambicje i potrzeby terytorialne, zwłaszcza że na kontynencie amerykańskim były bardzo żyzne ziemie.
To oczywiście rodziło konflikty i z Indianami, których Amerykanie spychali do rezerwatów, i z kolonistami, co skończyło się wojną z Anglią w roku 1812. Jej podłożem były właśnie ambicje amerykańskie związane z wyzwoleniem Kanady, która była kolonią angielską. Anglicy się temu przeciwstawili, zajęli wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, w tym Waszyngton, i spalili Kapitol. Nie zniszczyli Białego Domu, ale zabrali z niego całe wyposażenie – ocalał jedynie portret Jerzego Waszyngtona, uratowany przez żonę prezydenta Madisona.


- W 1785 roku John Adams twierdził, że USA jest przeznaczona rola największej potęgi na Ziemi, z kolei dyplomata Joel Barlow przepowiadał, że owoce rewolucji amerykańskiej zostaną rozciągnięte na cały obszar kuli ziemskiej…
Propagatorzy Boskiego Przeznaczenia ten ekspansjonizm tłumaczyli potrzebą wprowadzenia wszędzie republiki, sprawiedliwości i równości społecznej, społeczeństwa bezklasowego, państwa bez wyzysku, w którym panują swobody i równość.


- Pamiętajmy, że Stany Zjednoczone pojawiły się na politycznej mapie świata jako zwycięzca nad ustrojem monarchistycznym, jako republika sprawiedliwa, ludzi wolnych, która respektuje prawa człowieka. W związku z tym ta ideologia w sposób naturalny była zawarta w doktrynie Boskiego Przeznaczenia.
USA jednak, jako kraj kapitalistyczny, przede wszystkim dbały o swoje interesy gospodarcze. Kiedy rozwinęły się gospodarczo i po opanowaniu kontynentu szukały rynków zbytu w różnych regionach świata, doktryna Manifest Destiny zmieniła swój charakter na ekspansję zewnętrzną i dała temu religijne uzasadnienie.
Zwycięska wojna hiszpańsko - amerykańska w 1898 roku, w której Hiszpanie stracili większość swoich posiadłości w Ameryce Środkowej i nad Pacyfikiem, uzasadniła poczynania Stanów Zjednoczonych jako kraju, który ma obowiązek walczyć z kolonializmem, wspierać wszystkie społeczności uciskane. Świat wówczas już był podzielony, ale Amerykanie zaczęli interesować się wzmocnieniem swojej pozycji przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej i Azji, gdzie próbowali „wypchnąć” Anglików m.in. z Chin.


- Ekspansjonistyczna doktryna Boskiego Przeznaczenia, podkreślająca szczególną rolę USA jako państwa woli Boga, niosącego innym wolność i sprawiedliwość, jest niejako rewersem wcześniejszej, z 1823 roku, doktryny Monroe’a, zakładającej désintéressement USA w wojnach i polityce europejskiej, także kolonialnej. Zatem z jednej strony izolacjonizm, a z drugiej –ekspansjonizm – co przeważa w polityce USA?


- Doktryna Monoroe’a dotyczyła wyłącznie Ameryki Południowej i Środkowej – ich wyzwolenia spod panowania Hiszpanów, Portugalczyków czy Anglików. Nie miała zresztą praktycznego znaczenia, bo jak wspominałem, Stany Zjednoczone były krajem słabym i nie były w stanie wyzwolić krajów tego kontynentu. O tej doktrynie Stany Zjednoczone przypomniały sobie w połowie XIX wieku, bo dopiero wówczas zaczęła ich interesować ekspansja w kierunku południowym i zaczęli lansować hasło „Ameryka dla Amerykanów”.

Ta zmiana doktryny z izolacyjności na ekspansjonizm wynikała ze wzmocnienia pozycji USA. Początkowo państwo musiało przede wszystkim zadbać o wewnętrzną konsolidację, stąd USA trzymały się z dala od wszelkich konfliktów światowych, obawiając się porażki. Było to zgodne z doktryną zawartą w pożegnalnym przemówieniu (nb. nigdy nie wygłoszonym) pierwszego prezydenta USA, Jerzego Waszyngtona, że podstawowym zadaniem Stanów Zjednoczonych jest trzymanie się z dala od konfliktów z mocarstwami europejskimi.

Doktryna izolacjonizmu w gruncie rzeczy towarzyszyła amerykańskiej myśli dyplomatycznej do wybuchu II wojny światowej. USA trzymały się z dala od konfliktów w Europie w latach 30. XX w., także wówczas, kiedy Niemcy rozpoczęły II wojnę światową - zadeklarowały wtedy neutralność. Zaangażowały się w wojnę dopiero wówczas, kiedy same zostały zaatakowane. Historycy amerykańscy uważają, że doktryna izolacjonizmu dotrwała do grudnia 1941 roku, do ataku na Pearl Harbour.


- Dr Alicja Curanović z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW uważa, że zarówno USA jak i Rosję cechują mesjanizmy, które można metaforycznie przedstawić jako miecz (USA) i tarczę (Rosja). Ich cel jest taki sam, różnią się tylko typem misji – USA akcentują krucjatę, Rosjanie – zamknięcie się w twierdzy, aby uchronić misję.


- Amerykanie w pewnym sensie są mistykami i w polityce USA ten mesjanizm jest ciągle widoczny. Uważają, iż są narodem wybranym przez Boga, że mają misję do spełnienia w świecie. Stąd też popularność w USA różnych misjonarzy, religii, sekt, które akcentują tę misję. Żaden kraj nie ma na świecie tylu aktywnych misjonarzy co USA. Amerykanie uważają, iż mają moralny obowiązek szerzyć prawdę, religię, prawa człowieka itd., choć sami mają w tym względzie wiele do zrobienia w swoim kraju, do czego rząd amerykański rzadko się przyznaje.
Ekspansja Stanów Zjednoczonych miała różne etapy, ale dopiero II wojna światowa pozwoliła USA zająć pierwsze miejsce w świecie i zdobyć pozycję mocarstwa globalnego o globalnych interesach. Stąd też późniejszy konflikt ze ZSRR, Wschód-Zachód, stworzenie NATO, doktryna globalizmu, powstrzymania komunizmu, itd. - wszystko to służyło umacnianiu pozycji USA. Nigdy wcześniej kraj ten nie zajmował tak dominującej pozycji w świecie jak w pierwszym dziesięcioleciu po II wojnie światowej.

Ale kraje Europy Zachodniej nie stały w miejscu, odbudowały się i dystans między Europą Zachodnią a USA zmniejszał się, podobnie z Chinami. I dzisiaj mamy taką sytuację, że Stany Zjednoczone są bogatsze i silniejsze niż kiedykolwiek przedtem, ale ich pozycja w międzynarodowym układzie sił jest słabsza niż 20 - 30 lat temu. To jest zjawisko relatywnego słabnięcia pozycji amerykańskiej w świecie, bo inni zmniejszyli dystans do USA rozwijając się szybciej.
Prezydent Trump zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że dzisiaj możliwości ekspansji amerykańskiej są ograniczone i nie do utrzymania jest ta pozycja, którą USA zajmowały przez ostatnie kilkadziesiąt lat po II wojnie światowej. Stąd ta zapowiedź lekkiego wycofywania się USA z pozycji światowych.


- A czy wskutek tego zmienia się doktryna USA znów na izolacjonizm?


- Hasłem wyborczym i politycznym prezydenta Trumpa jest America first! Ale to można rozumieć dwojako. Albo jako zajęcie się przede wszystkim sprawami wewnętrznymi, albo jako próbę odzyskania pozycji globalnych USA. Jednak prezydent Trump jest człowiekiem wyjątkowo nieprzewidywalnym, więc tę jego doktrynę America first! można rozumieć różnie, tak jak on różnie ją interpretuje w swoich wypowiedziach.


- Czy w zglobalizowanym świecie, gdzie rządzą silne ponadnarodowe koncerny, doktryny polityczne państw – często słabszych niż one - mają jeszcze znaczenie?


- Tak, gdyż te koncerny oczekują, iż właśnie państwa będą je wspierać. I tak się dzieje. Jeżeli interesy jakiegoś amerykańskiego koncernu gdzieś na świecie są zagrożone, to Amerykanie nie mają żadnych zahamowań, żeby wysłać tam interwencyjny korpus w celu przywrócenia pozycji koncernu. I to zjawisko będzie trwało.
Dziękuję za rozmowę.

 

 

Chocholi taniec

Utworzono: środa, 28 marzec 2018 Anna Leszkowska

Twórcy Polski Odrodzonej stanęli w obliczu wielu zadań, które wyrażały się przede wszystkim w budowaniu nowej tożsamości międzynarodowej, w odniesieniach do bliższych i dalszych uczestników gry międzynarodowej, pośród których trzeba było rozpoznać potencjalnych sojuszników i ewentualnych wrogów. W trudnych warunkach zagrożeń zewnętrznych u progu odrodzonej państwowości trzeba było określić się wobec najważniejszych problemów międzynarodowych, do których należała choćby rewolucja rosyjska i wojna z bolszewizmem, ale także szybko odradzające się tendencje mocarstwowe i rewizjonistyczne Niemiec. Wroga polityka mocarstw rozbiorowych, zwłaszcza Rosji bolszewickiej, a potem hitlerowskich Niemiec, wymagała od Polski determinacji w obronie swojej reason d’etre.

Determinacja w obronie racji bytu

Problem ze zbudowaniem nowej polskiej tożsamości polegał na tym, że wszystkie mocarstwa europejskie, w tym zaborcze, przez ponad 100 lat nieobecności Polski na mapach świata przywykły do przedmiotowego traktowania Polaków w swoich grach geopolitycznych. Rok 1918 przyniósł upodmiotowienie Polski, co oznaczało, zwłaszcza w przypadku Niemiec i Rosji, konieczność przewartościowania ich strategii, aby państwo polskie uwzględniać w kalkulacjach sąsiedzkich. Negatywny, a nawet wręcz wrogi stosunek do Polski determinował ich politykę przez cały okres międzywojenny. Po latach łatwo jest wydawać krytyczne sądy na temat nieskuteczności gwarancji, jakie międzywojenne państwo polskie było w stanie zabezpieczyć, ale niejeden ze współczesnych nie umiałby inaczej postąpić w obliczu piętrzących się trudności i zagrożeń, jakie spotkały II Rzeczypospolitą.

W konfrontacji z zastaną rzeczywistością elity przywódcze, jakie wyłoniły się u schyłku I wojny światowej, były nadzwyczaj dojrzałe w ocenie bieżącej sytuacji, zwłaszcza że nie było wówczas takiego dostępu do informacji, z jakim mamy do czynienia obecnie. Fenomenem było to, że mimo uprzedzeń i negatywnych doświadczeń potrafiły one po traumie zaborów wyjść poza świat historycznych fobii.
Okazało się to niemożliwe jedynie w stosunku do Rosji, którą postrzegano przez pryzmat kontynuacji imperialnego despotyzmu carskiego. Ton takiemu pojmowaniu Rosji nadali piłsudczycy, którzy uważali, że Rosja carska przekazała bolszewikom „knut, więzienie, bagnet, cenzurę i cały system dławienia wolności”. Doświadczenia wojny 1920 roku umocniły te przeświadczenia.

Pojawia się w tym kontekście pewna paralela historyczna, gdyż także po rozpadzie ZSRR w 1991 roku elity polskie przyjęły świadomie to samo założenie, że „nowa” Rosja jest kontynuatorką poprzedniego wcielenia ustrojowego. Tak jak w przypadku bolszewików zaadaptowano wtedy pierwiastki nacjonalizmu rosyjskiego z czasów carskich, tak dzisiejszej Rosji przypisuje się pozostawienie i w doktrynie, i w praktyce pierwiastków sowietyzmu i totalizmu. W obu przypadkach chodzi jednak o tę samą obawę przed wielkoruskim szowinizmem i imperializmem.

Ład międzynarodowy, jaki ukształtował się w wyniku pokoju wersalskiego, od początku miał charakter rywalizacyjny i konfliktogenny. Wymagał zdecydowanego reagowania na szkodliwe działania państw rewizjonistycznych, łącznie z użyciem siły. Pod egidą niereprezentatywnej Ligi Narodów próbowano zbudować „pokój przez prawo”, gdy w rzeczywistości o rozwiązaniu najważniejszych problemów miała zdecydować konfrontacja zbrojna. Kształt terytorialny państwa i jego granice były wypadkową wielu złożonych czynników – od faktów dokonanych, przez batalie dyplomatyczne, do krwawych powstań i wojny. Jak pisał Eugeniusz Romer, nie wystarczyło „wykroić kawałek ziemi i Polską go zatytułować”. Odbudowa państwowości wymagała zmysłu politycznego i autentycznego wysiłku mobilizacyjnego, aby państwo to obronić w obliczu narastających zagrożeń.

Priorytetem była zatem budowa potencjału gospodarczego i wojskowego, a także konsolidacja wewnętrzna, wyrażająca się w „pokoju społecznym”, identyfikacji społeczeństwa z prowadzoną przez władze państwowe polityką. Nie bez znaczenia było przywoływanie w patriotycznym uniesieniu historii męczeństwa kolejnych pokoleń Polaków oraz emocjonalne, a nawet patetyczne, znajdujące odbicie w poezji i pieśni, przywiązanie do wolności. Ład ten został także poddany presjom ideologicznym w skali niespotykanej dotąd w historii.
Liberalne wizje Woodrowa Wilsona musiały ustąpić projektom mającym pretensje ekspansjonistyczne, tj. komunizmowi i faszyzmowi. Polska znalazła się w potrzasku. Sama uległa tendencjom autorytarnym, ale musiała dokonać własnej oceny totalitaryzmu oraz uwarunkowanych nim zmian w geopolitycznym układzie sił, który postawił na porządku dziennym polskiej polityki „zdystansowanie się” wobec „każdego zła” – na wschodzie i na zachodzie.

Wszystkie problemy związane z identyfikacją statusu państwa wiązały się przede wszystkim ze skutecznością likwidowania pozostałości po zaborach i okupacji oraz tworzenia nowego porządku ustrojowego. Trudno to było uczynić bez przewartościowania tego, co było dziedzictwem przeszłości, a więc sarmackiej megalomanii, romantycznego mesjanizmu, czy konserwatywnego nacjonalizmu. Nie bez znaczenia było dziedzictwo narodu wieloetnicznego i wielowyznaniowego, co musiało determinować koncepcje państwowości pluralistycznej (stąd projekty federalistyczne bądź inkorporacyjne).
Ze względu na kataklizmy wojenne, kwestia odbudowy, tak po I, jak i po II wojnie światowej miała związek ze scalaniem narodu polskiego w nowych realiach geograficznych i geopolitycznych. Można więc zauważyć, że dopiero powołanie III RP w 1989 roku nie wymagało wysiłków konsolidacyjnych w nowym kształcie terytorialnym. Oczekiwania dotyczyły raczej modernizacji cywilizacyjnej i wzrostu dobrobytu społeczeństwa.

Historyczne paralele

W kontekście nawiązania do tradycji I Rzeczypospolitej pojawia się kolejna paralela historyczna. Sternicy Polski Odrodzonej – mimo rozmaitych animozji i uprzedzeń – byli w stanie wznieść się ponad różnice ideowe i w historii zaborów dostrzec pierwiastki pozytywne – od Księstwa Warszawskiego począwszy, poprzez Królestwo Kongresowe, autonomię galicyjską czy Wielkie Księstwo Poznańskie.
Przede wszystkim akceptowali uwarunkowania miejsca i czasu oraz doceniali zaangażowanie Polaków w różne drogi do niepodległości. Nawet gdy ktoś pozostawał w służbie zaborcy, miał szanse dzięki swoim kompetencjom sprawdzić się w odbudowie polskiej państwowości. Dzięki mądrym przywódcom politycznym II RP dorobek wielu pokoleń czasu zaborów - nie tylko insurekcyjny, ale i pozytywistyczny – nie poszedł na marne, bo Polska Odrodzona wszystkich Polaków starała się wykorzystać w służbie państwu, nie dzieląc na patriotów lepszych i gorszych.

Większość polityków III RP zgodnym chórem zanegowała natomiast dorobek PRL, traktując tę formację ustrojową Polski jak „czarną dziurę”, choć państwo to miało pełne uznanie międzynarodowe i cieszyło się respektem ze strony Zachodu, w tym USA (czego dowodem były wizyty wielu prominentnych polityków zachodnioeuropejskich i amerykańskich w Warszawie). Ciągłe nawracanie do lustracji i zabiegi na rzecz „pozbywania się komunistycznych złogów” świadczą bardziej o cynicznym niszczeniu kapitału społecznego, niż o racjonalnej polityce.
Zwyczajna uczciwość wobec milionów rodaków odbudowujących Polskę powojenną nakazuje stwierdzić, że państwo polskie doby PRL, choć zwasalizowane przez ZSRR i posiadające ograniczoną suwerenność - nie tylko istniało, ale stanowiło całkiem realną podstawę obecnego stanu posiadania, a nawet dobrobytu. Kamieniem węgielnym III RP były obrady „okrągłego stołu”, czyli wielki kompromis historyczny między „starymi”, komunistycznymi elitami władzy a ruchem politycznym wywodzącym się z „Solidarności”. Jest osobliwą ślepotą dzisiejszych liderów politycznych polskiej prawicy zjawisko niedostrzegania w tym akcie początków własnego panowania. Legitymizacja władzy politycznej ma bardziej złożone źródła niż się wielu politykom wydaje.

Pamięć o heroizmie niepodległościowych zrywów powstańczych wpływała niewątpliwie na poczucie misji kulturowej i cywilizacyjnej w Europie, natomiast wiedza o doświadczeniach i dorobku ustrojowym państw zachodnich sprzyjała konstruowaniu podstaw konstytucyjnych odrodzonego państwa. Każda z ustrojowych formacji państwowości polskiej w okresie minionych 100 lat nie była wszak wolna od różnych słabości i mankamentów. Trzeba doprawdy być ignorantem w sferze historii, aby nie dostrzegać błędów politycznych polskich władz i w okresie II RP, i w czasach PRL, czy wreszcie w III RP, łącznie z etapem „dobrej zmiany”. Idealizowanie jednej formacji kosztem negowania innej zawsze prowadzi do zafałszowania historii i świadczy o cynicznym kłamstwie pod szyldem oficjalnej polityki i propagandy.

Geografia a polityka

Nowy geopolityczny układ sił po I wojnie światowej zaczął kształtować się z jednej strony pod wpływem zagrożenia ze strony rosyjskiego bolszewizmu, a z drugiej strony weimarskiego rewizjonizmu i hitlerowskiego ekspansjonizmu. Te dwa główne uwarunkowania przyczyniły się w zasadniczej mierze do ukształtowania w polskiej polityce zagranicznej koncepcji „dwustronnego zagrożenia”, „obcości kulturowo-cywilizacyjnej” i determinizmu wynikającego z „położenia między” dwiema „totalitarnymi bestiami” - Niemcami a Rosją. Od początku istnienia II RP uświadamiano więc sobie konieczność zachowania własnego oblicza ze względu na położenie „na skrzyżowaniu obcych wpływów”, aby nie stać się „obiektem cudzej woli i myśli”.

Nie bez znaczenia dla inspirowania praktyki politycznej były koncepcje polskich geografów jeszcze z czasów rozbiorowych, a to Wacława Nałkowskiego i Eugeniusza Romera, dowodzących „przejściowości” i „pomostowości” Polski.
Przejściowość wskazywała na położenie Polski wzdłuż ważnej granicy fizjograficznej, oddzielającej Europę Zachodnią od Wschodniej. Z koncepcji tej wypływały takie funkcje geopolityczne Polski jak „przepustowość”, „korytarz dla wędrówek i przemarszów”, „tranzytowość” czy „pole bitewne”. Z tych funkcji wynikała z kolei rola „strażnika” zachodniej części kontynentu przeciw wschodnim „azjatyckim barbarzyńcom”, rola „przedmurza” (antemurale) czy „kordonu sanitarnego”. Z koncepcji Nałkowskiego naturalnie wypływała wizja wyjątkowości oraz obsesja na tle zagrożeń ze strony największych sąsiadów, a także „zdrady Zachodu”. U schyłku II Rzeczypospolitej stały się one samospełniającym się proroctwem.
W koncepcji „pomostowości”, odnoszącej się do „zwężenia (pomostu) czarnomorsko-bałtyckiego” zawierała się szansa zrealizowania misji państwa integrującego inne organizmy państwowe, spoiwa między cywilizacjami Wschodu i Zachodu oraz kulturami Północy i Południa. W ten sposób Romer uzasadniał też jako naturalny kierunek wschodni i południowo-wschodni ekspansji Polski.

Obydwa sposoby konceptualizacji tożsamości międzynarodowej Polski z wykorzystaniem jej geograficznej „fizjologii” i specyfiki cywilizacyjnej na styku Wschodu i Zachodu plasowały Polskę Odrodzoną „w kontraście”, a nie współzależności z sąsiadami, programowały elity polityczne do poszukiwania odrębności i akcentowania „obcości” zarówno wobec zachodniego materializmu i praktycyzmu, jak i wschodniego mistycyzmu i afektywności. Polska znalazła się „na krzyżownicy silnych gradientów kulturalnych i komunikacyjnych”.

Jednocześnie, według innego polskiego geografa – Michała Janiszewskiego - właśnie owo „kontrastowe” położenie pozwalało Polsce na wykorzystanie wszystkich atutów, jakimi dysponuje i Wschód, i Zachód, spojenie dodatnich i ujemnych cech obu części Europy. W ten sposób próbowano tworzyć „mariaż zachodniego racjonalizmu ze wschodnim idealizmem”, aby wykorzystując atrybuty geograficzne i kulturowe doprowadzić do „nowej syntezy w Europie”.
Tak, jak w wielu polskich wizjach, przejawiała się tu stara romantyczna idea mesjanistyczna. Tyle, że w warunkach Polski Odrodzonej chodziło o to, aby za wszelką cenę wyzbyć się kompleksu peryferyjności na rzecz włączenia się Polski w projekty integracyjne, aby będącą przekleństwem słabość wobec wielkich sąsiadów i starych potęg europejskich przekuć w siłę, nawet gdy miała ona wyłącznie charakter aspiracyjny.

Polska myśl geopolityczna

Polska myśl geopolityczna dostrzegła we wczesnej fazie niepodległości państwowej, że Polsce przypada rola powstrzymywania dwu wrogich jej ekspansjonizmów: Niemiec ku wschodowi, i Rosji – ku zachodowi. Tym samym Polska identyfikowała siebie, jako ważny czynnik równowagi politycznej.
Wybitny geograf Stanisław Pawłowski ostrzegał, że nacisk silniejszych sąsiadów jest groźny dla położenia Polski, stąd postulował zgodne współżycie z każdym z nich, uzupełnione mądrymi sojuszami.

Polskie elity polityczne, niezależnie od ideologicznej proweniencji, poszukiwały na tym tle sposobów uwiarygodnienia się na arenie międzynarodowej w różnych formacjach ustrojowych XX wieku. Próbowano stworzyć wizerunek państwa o nastawieniu pokojowym i zdolnym do kompromisów. Temu służyły międzywojenne koncepcje „rozbrojenia moralnego”, czy powojenna idea strefy bezatomowej. Polska wpisywała się w nurt tradycji rozbrojeniowych. Miała reputację autora pomysłów koncyliacyjnych i odprężeniowych.
Ostatecznie uznanie opcji atlantyckiej w III RP za bezalternatywną zwolniło polskich strategów z poszukiwania bardziej zniuansowanej polityki, gwarantującej Polsce bezpieczeństwo, ale i dobre stosunki sąsiedzkie na wszystkich kierunkach.

Dyskusje wokół tożsamości międzynarodowej Polski Odrodzonej od początku wskazywały na istotny dylemat posiadania wyraźnej indywidualności geograficznej, wynikającej z jednej strony – z centralnego położenia w Europie, na dodatek między wielkimi sąsiadami na wschodzie i na zachodzie, a z drugiej – peryferyjnego położenia na najbardziej wysuniętej na wschód rubieży Europy Zachodniej. To narażało ją na status „państwa frontowego”.
Nietrudno zauważyć, że ten dylemat powrócił w nowej postaci w III RP po 1989 roku. Dylemat ten oznacza nieustanną ucieczkę od statusu peryferyjnego, do liczącego się sojusznika - najsilniejszego mocarstwa zachodniego, czyli USA, co naturalnie czyni Polskę państwem frontowym w zderzeniu z Rosją.

Polska myśl geopolityczna pierwszych lat Polski Niepodległej miała charakter oryginalny, ale przede wszystkim służebny wobec odbudowywanej państwowości i statusu międzynarodowego. Gorzej jest ze współczesnym myśleniem, gdyż w świetle zniewolenia Polski w latach 1944/45-1989, co skutkowało niemożliwością prowadzenia wówczas niezależnej polityki zagranicznej, brakuje rozsądnej argumentacji na rzecz ciągłości państwa polskiego. Państwo takie przetrwało nawet podczas okupacji niemieckiej, zachowując rudymentarne struktury w postaci rządu na uchodźstwie i jego krajowej delegatury oraz armii.

Trzeba w końcu zdobyć się na jakiś kompromis w pojmowaniu powojennego państwa polskiego o ograniczonej suwerenności i bronić tej ciągłości jako jednego z ważnych atutów statusu międzynarodowego Polski w XX wieku! To są rudymentarne elementy polskiej reason d’état.
Jeśli sami Polacy podważają rację stanu pod szyldem walki z „komunistyczną uzurpacją”, to stwarzają dogodne pole dla ataku na Polskę ze wszystkich stron, nawet z tych najmniej spodziewanych – od sojuszników i partnerów.

Kolejne ekipy rządzące w III RP mają kłopoty z definicją polskiej tożsamości państwowej, głównie z powodów zacietrzewienia ideologicznego. Brakuje przede wszystkim realistycznego pojmowania interesu narodowego. Nie mają one wiedzy o tym, jaką rolę Polska odegrała na przykład w koalicji antyhitlerowskiej, ale także podczas „odwilży” w okresie destalinizacji, w okresie détente, normalizacji stosunków z RFN czy w zwołaniu KBWE. O tych dokonaniach coraz mniej mówią podręczniki do nauczania historii, co w sumie oznacza działanie na własną szkodę. Przywołane zjawisko świadczy o swoistym „rozdwojeniu jaźni” współczesnych polskich polityków, gdyż z jednej strony uznają oni pewne dokonania w polityce międzynarodowej (na przykład aktywność w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w charakterze niestałego członka), a z drugiej kwestionują sam fakt istnienia Polski Ludowej.
Stanisław Bieleń

Jest to pierwsza część eseju prof. Stanisława Bielenia na temat geopolitycznych implikacji polskiej niepodległości. Druga część zatytułowana "Historia nauczycielką życia" ukaże się w numerze 5/18 SN.

Tytuł, śródtytuły i podkreślenia pochodzą od Redakcji.

 

Our website is protected by DMC Firewall!