III RP Rejtanem stoi

Utworzono: piątek, 29 maj 2015 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail


Polityka jest sztuką tego co możliwe,

a nauką tego, co relatywne.

                                                                                   Henry  Kissinger

 

 

Czarnecki-do zajawkiFantazmat to pewien wyobrażony scenariusz, w którym spełniają się nasze życzenia. Jest on elementem rzeczywistości psychicznej. To, co podmiot uważa za swoje rzeczywiste wspomnienie jest  jedynie jego fantazją.
Pod pojęciem  fantazmatu  rozumieć należy także marzenie dzienne, w którym osoba przedstawia sobie przebieg przyszłych lub przeszłych wydarzeń.
Melchior Wańkowicz mówił o tzw. chciejstwie.  A jak mówi Henry Kissinger, polityka jest z jednej strony sztuką kompromisu, a z drugiej – to nauka permanentna, skierowana ku przyszłości. Poważna i odpowiedzialna polityka wyklucza więc absolutnie jakąkolwiek fantazmatyczność.

Rusofobia, będąca efektem wielu fantazmatów, dotyczy mentalności sporej części polskiego społeczeństwa i egzemplifikuje się co jakiś czas swą irracjonalnością oraz infantylną emocjonalnością (zwłaszcza wśród rządzących elit, ale jak twierdził Joseph de Maistre - „naród ma taki rząd, na jaki zasłużył”). 


Niektórzy starają się nam wmówić, że to immanencja naszej narodowej świadomości, czerpiąca życiodajne soki dla swych fobii i fumów najczęściej z fantazmatów bogato zasiedlających mentalność, tożsamość oraz historię Polaków. „Polskie nieprzejednanie – twierdzi prof. Andrzej Walicki – w sprawach rosyjskich skojarzone zostało z dziedziczną rusofobią, będącą zrozumiałym skądinąd rezultatem trudnej historii, a także z niedojrzałością polityczną Polaków”. I konkluduje, iż postawy moralistyczne obozu postsolidarnościowego sprawującego w Polsce aktualnie rządy (a rządy dusz i umysłów Polaków de facto od 1989 roku) oraz próby połączenia antykomunizmu a priori z rusofobią są wyjątkowo toksyczne dla jakiejkolwiek polityki (A. Walicki - Do wojny potrzeba dwóch stron, Przegląd, 27.04.2015). Nie służy to przede wszystkim polskiej racji stanu i najszerzej pojmowanym naszym interesom.

Już  Arystoteles, jeden z pierwszych teoretyków polityki w naszym kręgu cywilizacyjnym, zalecał, aby ten, kto zajmuje się tą dziedziną wystrzegał się nienawiści „po wieczne czasy, bo sam przecież nie jest wieczny” i aby nigdy „nie mówił uroczyście o sprawach marnych”, bo naraża się wówczas na śmieszność. Jednak polska elita polityczna czyni tak nagminnie – do tego pompatycznie, w sposób nadęty, często kabotyński i tromtadracki – a wtóruje jej medialny mainstream.

 

Szlacheckie Drang nach Osten


Uważam, iż polska rusofobia to rezultat nie tyle krzywd i tragedii – rzeczywistych i wydumanych, jakich polskie społeczeństwo doznało w swych dziejach ze strony imperialnego sąsiada – co raczej tradycji przedrozbiorowej, sarmackiej, kontrreformacyjnej i szlacheckiego Drang nach Osten, wzmocnionego oraz stymulowanego katolicyzmem i Kościołem katolickim w sasko-sarmackiej epoce.

To pokłosie i echo z jednej strony uzurpacji przez elity I RP (czyli narodu szlacheckiego, uważającego siebie za jedynie prawdziwych Polaków, stanowiącego ok. 7-8 % populacji olbrzymiego terytorium Polski przedrozbiorowej) miana antemurale christianitatis (Polska jako przedmurze chrześcijaństwa), do czego współczesne elity aspirują. Rusofobiczna postawa wynika także z pogardy żywionej rzymsko-katolicką domniemaną wyższością wobec wiary „schizmatyckich Greków” (jak nazywano wyznawców prawosławia), mającej stanowić materiał do podboju i nawrócenia na „prawdziwą wiarę rzymską”.

Nie bez znaczenia jest tu także szlachecko-sarmacka megalomania oraz pycha mająca źródło w powszechnej mitomanii, irracjonalizmie oraz manifestacyjnej dewocji kontrreformacyjnego chowu. To one wznoszą zasieki mentalnej zaściankowości, zacofania intelektualnego  „panów-braci szlachty”, czy nienawiści do jakiejkolwiek innowacyjności.  A jak stwierdza Carl G. Jung, zawsze „najbardziej przerażającą rzeczą jest całkowita akceptacja samego siebie”. Prowadzi bowiem na absolutne manowce bezkrytycyzmu i irracjonalizmu.
Anihilacja I RP z mapy Europy pod koniec XVIII wieku była tego namacalnym skutkiem.

Zniknięcie z przestrzeni politycznej Europy tak znaczącego podmiotu, jakim była I RP, jest ewenementem w dziejach świata. Może to być powodem do ogólnonarodowej traumy i psychologicznej skazy  i utrzymywać się przez dekady w świadomości.
Przykładem takich zjawisk jest np. trauma narodów bałkańskich po okupacji tureckiej trwająca po dziś dzień.
Jednak elita, mainstream, ci, których zwą inteligencją, winni tego typu toksyczne, szkodliwe i samobójcze emocje tonować, edukować społeczeństwo „ku przyszłości” i ogólnoeuropejskiej koegzystencji. Nie podsycać tych fobii i nie tuczyć nimi swej jaźni, nie dobywać z przepastnych szaf świadomości historycznej kolejnych szkieletów mających uzasadniać rusofobię oraz nie paść swej nienawiści do wszelkiego co związane jest z rosyjskością.

Ruski jak Żyd

Animozje na linii:  Polak i „ruski” stają się w takiej sytuacji trwałe, a termin „ruski” staje się stygmatem, jak niegdyś w Niemczech Żyd czy w epoce kolonialnej „negr”, Kafr, czarny, Murzyn. Bo jest po prostu Inny.   

Przykłady z ostatnich miesięcy tej fobii - proszę bardzo: szlagwort ministra spraw zagranicznych Polski o wyzwoleniu obozu w Auschwitz przez Ukraińców, zamieszanie wywołane wokół przejazdu przez Polskę grupy rosyjskich motocyklistów (Nocnych Wilków) oraz demonizacja tego faktu w polskich mediach, żądanie jednego z łódzkich radnych (Piotr Adamczyk z sejmiku wojewódzkiego) odwołania koncertu orkiestry symfonicznej z Petersburga (miała wykonać utwór Dymitra Szostakowicza poświecony Komunie Paryskiej, co radny uznał za promocję „rosyjskości” i „radzieckości”), anulowanie przez Radę Miasta Oświęcim koncertu Gorana Bregovića, gdyż miał on się wyrazić pozytywnie o Rosji i Prezydencie Putinie, itd., itp.
 

Demonizacja i szczucie poprzedzają zawsze dehumanizację Innego, a stąd już blisko do postrzegania go jako nie-człowieka, jako kogoś,  komu nie przysługują atrybuty człowieczeństwa, i jako kogoś, kto nie posiada godności. Nie jest więc osobą ludzką. Te procesy zdiagnozowano  i wielokrotnie opisywano (zajmowali się tym m.in. Witkacy, Jose Ortega y Gaset, Mikołaj Bierdiajew, Hannah Arendt, Friedrich Dürrenmatt czy Francis Fukuyama). Wydarzenia w Rwandzie oraz rzeź Tutsich (w 1994 roku) są tego klasycznym i modelowym wręcz przykładem. I nie mówmy, że tu jest Europa, że my jesteśmy cywilizowani, a europejskie wartości wykluczają tego typu zachowania. Konflikty na Bałkanach na przełomie XX i XXI wieku, czyn Andersa Breivika, bądź wydarzenia w Odessie (2.05.2014) udowodniają zupełnie coś innego.  
 

Trzeba jeszcze zauważyć, biorąc pod uwagę pozycję elit rządzących I RP i jej status polityczno-ekonomiczny pod zaborami, że stosunki społeczne – przede wszystkim poddaństwo chłopów, (czyli zwyczajne niewolnictwo i absolutna dehumanizacja ponad  ¾ populacji Polski), zostały zachowane przez zaborców w niezmiennej formie, co w zdecydowanej mierze magnateria i szlachta skwapliwie zaakceptowały (zwłaszcza w zaborze rosyjskim). Mogli bowiem nadal czerpać zyski z niewolniczej pracy swoich poddanych, trwać w błogostanie atmosfery swych ziemiańskich dworków, paść się sarmacką i quasi-europejską, a de facto „upupiającą”, kulturą (infantylizm takiego sposobu przeżywania świata doskonale opisuje Witold Gombrowicz w „Ferdydurke”) oraz oddawać się bez jakiejkolwiek refleksji kontrreformacyjnej bigoterii.  
 

To z tego powodu caryca Katarzyna II Wielka miała o Polakach powiedzieć: „Polska zniknie w samych Polakach wtedy, gdy będzie się im wydawało, że mają wolność”. To stąd właśnie, z oceny ówczesnej sytuacji w Polsce, król pruski Fryderyk II Wielki, jeden z autorów wymazania I RP z kart Europy na prawie 120 lat (w 1772 był głównym wnioskodawcą podpisania traktatu rozbiorowego), stwierdził  złośliwie, iż „za pieniądze można w Polsce wszystko zdziałać”.


Analogie historyczne


Kontrreformacja w Polsce - z racji interesów polityczno-doktrynalnych Rzymu i Kościoła katolickiego - miała przede wszystkim  spowodować (bez względu na interesy polityczne I RP) nawrócenie  Rosji oraz włączenie całego prawosławia w obszar jurysdykcji i dyktatu Watykanu. Analogie z tamtym, tragicznym dla RP okresem, biorąc pod uwagę  mentalność czy postawy powszechne wśród elit sprawujących współcześnie rządy nad Wisłą, Odrą i Bugiem można dostrzec jak na dłoni.

To wtedy, w 1587 r., kanclerz koronny Jan Zamoyski, który poparł wcześniej wybór Zygmunta III Wazy na króla I RP (siostrzeńca Anny Jagiellonki, syna króla szwedzkiego Jana III i Katarzyny Jagiellonki, ortodoksyjnego wychowanka jezuitów oddanego bez reszty interesom papiestwa, opanowanego obsesją rekatolicyzacji Szwecji i nawrócenia Rosji) miał rzec po pierwszym spotkaniu z królem-elektem: „A cóżeście to nam za katolicką marę przywieźli ze Szwecji?”.
 

Tragizm tzw. dymitriad (opisywanych przez Jasienicę w „Rzeczypospolitej obojga narodów”), polega na tym, że zbiegły się z Wielką Smutą w Rosji, a zaplątanie  Polski w wewnętrzne konflikty moskiewskie oraz próba narzucenia Rosjanom polskiej okupacji, masowe mordy oraz prowokacje (głównie na tle religijnym) dokonywane przez najemne wojska pod polsko-magnackimi sztandarami podczas obecności Polaków w Moskwie (1612 r.) rzuciły zupełnie inne światło na dalsze stosunki polsko-rosyjskie. Doszedł przede wszystkim do głosu konflikt religijny do tej pory nieobecny we wzajemnych relacjach.

Mamy przecież wiek XVII. Europę trawią okrutne konflikty religijne z erupcją bestialstwa, bezwzględności i totalizmu w niszczeniu Innego (czego uosobieniem są na wschodzie Europy działania m.in. lisowczyków). 

To jest trwałe dziedzictwo tamtego okresu wzmocnione późniejszą historią naszych krajów i narodów. Wystarczy przypomnieć jak „rany prawosławia” (abp Jeremiasz - „Rany prawosławia”, Gazeta Wyborcza, 28.04.2015) traktują wyznawcy ortodoksyjnego chrześcijaństwa i jak traumatyczne wspomnienia z tym związane – Greków, Macedończyków, Serbów, Bułgarów, Białorusinów, Rosjan czy mieszkańców wschodnich regionów Ukrainy mówiących po rosyjsku (i utożsamiających się z „rosyjskością”) -  wpływają na współczesną mentalność owych narodowości.


Jeśli Polacy mogą żyć mitami Powstania Warszawskiego czy Solidarności, to czemu odbierać prawo do takich samych operacji myślowych np. Serbom (mit Kosowa jako kolebki państwowości serbskiej), Grekom (upokorzenie, grabieże, rabunki i rzezie podczas niesławnej IV wyprawy krzyżowej w 1204 r. i zdobycia Konstantynopola) lub Rosjanom (znaczenie wypędzenia Polaków w 1612 r. z Moskwy czy rola Wojny Ojczyźnianej 1941-45 w budowie współczesnej tożsamości narodowej jako społeczeństwa wielonarodowego, wielorasowego i multikulturowego spojonego mitem zwycięstwa nad faszyzmem).
 

Może więc lepiej i racjonalnie jest pozostawić wszelkie mity sobie samym, niech egzystują na poboczach świadomości i tożsamości, nie odgrzewać ich i nie grać nimi politycznie, nie przerzucać się znaczeniem symbolicznym i ich wagą.  Bo pozostają tylko i zawsze mitami, legendą i fantazmatem.

Dziś rola i postrzeganie roli Polski w konflikcie wewnętrznym na Ukrainie jest także echem tamtych odległych zapasów (zwłaszcza, gdy po stronie władz w Kijowie, przeciwko Noworosji, walczą – jak ponad 400 lat temu – najemnicy, kondotierzy, określani jako zwolennicy „zachodniej demokracji” i „atlantyckiej sprawy”).
 

Przypomniany tu epizod historii stosunków polsko-rosyjskich jest moim zdaniem nie bez znaczenia: właśnie ów szkodliwy efekt kontrreformacyjnej ofensywy Rzymu na Wschód dokonywany wtedy rękami Polaków w czasach potrydenckich, polskie absolutnie utożsamienie się z Rzymem (polityczne, kulturowe, mentalne), rzutują po dziś dzień na naszą sytuację tak wewnętrzną jak i międzynarodową.

Ciasność umysłów polskiej elity w XVII wieku, czasach szalejącego już kontrreformacyjnego obskurantyzmu i umysłowego filisterstwa dała znać m.in. podczas odrzucenia przez polski dwór propozycji uczynienia królewicza Władysława carem Moskwy i zrealizowania unii personalnej I RP i Rosji. Jedynym aspektem oddalenia tej propozycji było przejście Władysława na prawosławie co dla jego ojca, Zygmunta III, żarliwego fundamentalisty katolickiego było despektem nie do przyjęcia. Szczuli przeciwko takiemu rozwiązaniu wszechobecni na polskim dworze jezuici.
A przecież już kilka dekad wcześniej Henryk IV z Nawarry, król Francji wypowiedział słowa stanowiące istotę polityki, iż „Paryż wart jest mszy”. Oto cała różnica w uprawianiu i pojmowaniu polityki przez królestwa zachodnio-europejskie i ówczesną RP. I tak to zostało po dziś dzień…


Polacy – naród wybrany

 

Moralizowanie i uznawanie siebie  za pępek świata  (a na pewno Europy), za naród tragicznie doświadczony w historii i dlatego mający moralne prawo pouczać Innego, to clou przypisanej sobie roli przez nadwiślański mainstream. Egzemplifikuje się w tym cała idea Polski jako Chrystusa narodów, która cierpiąc, odkupuje tym samym (wydumane, fantazmatyczne) winy całego Zachodu, ale tym cierpieniem jednocześnie naucza, daje moralne wskazówki, wytycza szlaki postępowania i drogowskazy dla Europy. Widoczne to jest od dekad w retoryce i działaniach miejscowych elit (a gnieździ się także w  świadomości sporej części tzw. nadwiślańskiego ludu).


Już w końcu XVII stulecia, a na pewno – w XVIII wieku, szlachta uważając siebie za potomków mitycznych Scytów czy Sarmatów, (a niekiedy i Rzymian, co dodać miało splendoru i uzasadniać owe moralizatorstwo, poparte kontrreformacyjnym i jezuickim poczuciem wyższości do wszystkiego co Inne) przypisywała sobie nadnaturalne, niemal boskie wartości związane z ustrojem i porządkami panującymi w I RP wobec sąsiadujących krajów. To jest właśnie istota (niezwykle toksyczna) tego, co zwie się sarmatyzmem.


Ową megalomanię i hieratyzm wzmocniono dziś kolejnymi fantazmatami jak skok Lecha Wałęsy przez płot gdańskiej stoczni im. Włodzimierza Lenina, dzieje Solidarności i pontyfikat Jana Pawła II,  traktując te epizody jako zasadniczą przyczynę porażki systemu radzieckiej dominacji w Europie oraz upadku Muru Berlińskiego.
To jest kolejny dowód na irracjonalność, intencjonalność i życzeniowe postrzeganie historii oraz polityki. Witold Gombrowicz celnie podkreśla, że „gdy człowiek jest podniecony, kocha własne podniecenie, podnieca się nim i wszystko poza tym już nie jest dla niego życiem” („Pornografia”).

Analogicznie brzmi przesłanie prof. Andrzeja de Lazariego, który powtarza: „Przestańmy Rosjan nauczać i pouczać” (A. de Lazari - „Spoglądając na Moskwę”, Przegląd, 14.08.2005).

 

Od lat - co podkreślali wielokrotnie liczni, trzeźwi i racjonalni komentatorzy, lecz nieobecni w mainstreamowej przestrzeni medialnej (wypełnionej infantylnie postrzegającymi zagadnienia Wschodu pseudo-znawcami, agitatorami i propagandzistami) – politycy polscy różnych opcji „przyjęli za pewnik co jest prawdopodobne: Moskwa chce przedstawić Polaków w opinii międzynarodowej jako rusofobów. Jak na to reagują polscy dziennikarze i politycy?

Właśnie dostarczają przy każdej okazji dowodów, iż są zapiekłymi rusofobami” (B. Łagowski „Samozatrucie Polski”, Przegląd, 21.08.2005). Paść muszą tu nazwy: Biesłan, Dubrowka, Czeczenia, Mozdok, Budionnowsk. Przypomnieć też warto reakcję na owe zamachy i traumę obywateli Federacji Rosyjskiej rodzimego, polskiego mainstreamu – zwyczajne schadenfreude (w domyśle: „a dobrze wam tak”).
 

Decydującym elementem stosunku Polski do Rosji (obserwowanym od lat, a nasilonym w czasach władzy elit postsolidarnościowych) jest absurdalne i niczym nie uzasadnione (chyba, że wymienionymi tu fantazmatami) poczucie pogardy i  wyimaginowane poczucie zagrożenia. Te kompleksy są szczególnie szkodliwe. „Chcecie nienawidzić Puszkina? Kwestia gustu, wolno woleć Lermontowa. Natomiast jeśli pogardzacie Rosją, to o was tylko to świadczy. Skorupka – nomen omen – zamiast rozumu” (L. Stomma - „Pogarda idiotów”, Polityka, 21.02.2009).


Megalomańskie przedmurze


Więc nie dziwi, iż dziś Polska niczym Tadeusz Rejtan z obrazu Jana Matejki rozłożyła się szeroko, odkryła pierś, rozciągnęła ręce na obszarze między Bałtykiem, a Tatrami  blokując – jak uważa elita dziś rządząca i wiele umysłów zaczadzonych fantazmatami i irracjonalizmem tzw. polityki historycznej – dostęp do Europy dzikim hordom ze Wschodu. Od Bitwy Warszawskiej minęło przecież niespełna 100 lat, a megalomania i fantazmaty zalęgłe z tej racji w imaginarium polskim trwają na dobre.

Owa poza  a’la Tadeusz Rejtan sporej części nadwiślańskiej opinii publicznej i elit ma zablokować po raz któryś z rzędu w historii dostęp do bezbronnej (bo naiwnej, utylitarnie myślącej, hedonistycznej i bezideowej) Europy Zachodniej pospolitym Azjatom, używającym dziwnego, nie-łacińskiego alfabetu, wierzących w innego Boga, niepodporządkowujących się „od zawsze” Ojcu Świętemu w Rzymie, a nade wszystko – komunistom (większość Polaków nadal uważa, iż w Rosji panuje krypto-komunizm, a odżywianie obywateli Federacji Rosyjskiej stanowią głównie kiszone ogórki służące do zakąszania codziennie pitego, wysokoprocentowego alkoholu i oczywiście – walonki oraz kufajki, jako stały element ubioru Rosjanek i Rosjan).

 

Media i elity polityczne podtrzymują taki prostacki wizerunek naszych wschodnich sąsiadów z wielu powodów: raz – z przyrodzonej i triumfującej rusofobii; dwa – z poczucia owej wyższości i misji (echa kontrreformacyjnego Drang nach Osten) co wiąże się z niesionymi jakoby przez Polskę zachodnimi tzw. wartościami półdzikim rosyjskim Azjatom (tyle, że dziś wiarę w papieża i Rzym zastąpiono retoryką o wolności, demokracji, prawach człowieka, swobodzie wypowiedzi etc.).

 

Minoderii Rejtanowej figury sejmowej i związanej z nią mitologii w polskim imaginarium towarzyszy jednak przemilczany skrzętnie fakt, kompromitujący jednak Tadeusza Rejtana jako niezłomnego i świadomego obrońcę polskiej niepodległości. Jak pisze Ludwik Stomma, 8.08.1780 roku, (czyli w 7 lat po sejmie warszawskim i wydarzeniach uwiecznionych przez Jana Matejkę), Tadeusz Rejtan, poseł nowogrodzki popełnił ze sromoty nad losem ojczyzny samobójstwo „zobaczywszy przed dworem wojsko rosyjskie”.
Nie chodziło o wojsko rosyjskie (umysł Rejtana był już dostatecznie zaślepiony delirium, a jego samego od ponad 5 lat trzymała rodzina w zamkniętym i okratowanym pomieszczeniu, bowiem zagrażał swoim zachowaniem otoczeniu), lecz „o pojedynczego oficera, który zatrzymał się, aby napoić konia”.

Ta informacja oraz powtarzane ataki furii rzucają zupełnie inne światło - dalekie od idealistycznych i bogoojczyźnianych łzawych mitów (jakich nota bene pełno w polskich szafach historii) - na motywy działania posła nowogrodzkiego podczas obrad sejmu 1773 roku.

Stomma stawia zasadnicze w tej kwestii pytanie: „Od kiedy Rejtan był nie  w pełni władz umysłowych?” To dramatyczny dylemat, ponieważ większość świadectw wskazuje na rok 1773 (L. Stomma –„Polskie złudzenia narodowe”).  

 

Ten gest posła nowogrodzkiego jest zbieżny z tworzoną współcześnie atmosferą apokalipsy, jakoby zagrażającej Polsce w kontekście wydarzeń na Ukrainie. Zachowanie elit rządzących dziś nad Wisłą, Odrą i Bugiem jawi się powtórzeniem iście Rejtanowej demonstracji (ze wszystkimi konsekwencjami oraz wydźwiękiem takiego postępowania).
Jest to tyle wymowne co symptomatyczne: z jednej strony to krok pusty, niepolityczny, niedyplomatyczny, infantylny i fanfaroński, zwyczajnie śmieszny, przysparzający nam niechęci nie tylko pośród Rosjan, ale przede wszystkim czyniący Polskę samotnym elementem politycznego ładu europejskiego (eliminacja polskiej dyplomacji z rozmów mińskich, upadek tzw. Wyszehradu i zawiązywanie gospodarczych relacji ponadpaństwowych w naszym regionie – tzw. trójkąt sławkowski – z pominięciem Polski, etc.). Z drugiej strony, to wojenny język mediów i polityków polskich nakręcających napięcie w tej części Starego Kontynentu.
 

Zamiast tonować i tak zaostrzoną oraz zantagonizowaną sytuację, Polska staje się wojennym podżegaczem,  zwolennikiem krucjaty przeciwko Rosji (znów echa tzw. dymitriad i katolicko-kontrreformacyjnego Drang nach Osten), głównym inspiratorem takich tragicznych zawsze poczynań. 

 

Prof. Andrzej Walicki uważa, iż „W naszym kraju (…) przyzwalające dopuszczenie możliwości wojny jest nieodpowiedzialnością godną największego potępienia. Tym bardziej, że Polska dzięki swojemu położeniu geograficznemu mogłaby wnieść do utrwalenia regionalnego pokoju wkład stokroć ważniejszy niż jej siła zbrojna” (A. Walicki, „Do wojny potrzeba obu stron”, Przegląd, 27.04.2015). I to jest niezwykle cenne podsumowanie całej sytuacji wokół Ukrainy, Wschodu Europy oraz klimatu wytwarzanego w związku z tym przez nadwiślański mainstream.

Radosław S. Czarnecki

 

 

 

 

Odsłony: 1740
DMC Firewall is a Joomla Security extension!