Humanistyka el

"Dewojtylizacja" Kościoła jednak postępuje

Utworzono: niedziela, 22 grudzień 2019 Anna Leszkowska

Media obiegają co chwila newsy dotyczące ewentualnej dekanonizacji Jana Pawła II, do jakiej rzekomo się szykuje Kościół papieża Franciszka. Owa „dewojtylizacja” Kościoła powszechnego jednak postępuje. Przynajmniej w przestrzeni symbolicznej, jak również – strukturalno-decyzyjnej. U nas rok 2020 ogłoszono rokiem Jana Pawła II.

Katolicyzm ze swej istoty jest społeczny.
o. Pedro Arrupe

 

Czarnecki do zajawkiW latach 1979-80 wybuchł ostry konflikt na linii Rzym – zakon jezuitów. Był to konflikt dwóch osobowości: Karola Wojtyły i Pedra Arrupe, ówczesnego generała zakonu, tzw. czarnego papieża. Trzeba tu od razu dodać, iż szef Towarzystwa Jezusowego był zawsze „szarą eminencją” – od chwili założenia zakonu przez św. Ignacego Loyolę (1534) – w całej strukturze kościelnej. Do czasu…

Konflikt rozgorzał z powodu stosunku do teologii wyzwolenia. Ale miał też podłoże w osobowościach obu hierarchów. Pedro Aruppe - Bask, znający doskonale teologię, która doprowadziła do Vaticanum II, do chwili wyboru na generała TJ przebywał głównie na misjach i realizował zadania Towarzystwa w Azji. Zakon jezuitów pod jego kierunkiem stał się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Jezuici stanowili forpocztę prądów, które z czasem nazwano „teologiami wyzwolenia”.

Karol Wojtyła zaś - jak to doskonale pokazał w swej książce Piotr Szumlewicz (Ojciec Nie-święty), ale i wielu zachodnich autorów i watykanistów, miał mentalność prowincjonalnego, zachowawczego proboszcza ze Wschodu Europy. Charakteryzował go skrajny antykomunizm, mesjanistyczna wizja Kościoła i kult bezrefleksyjnej, ludowej religijności w polskim, maryjnym wymiarze. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą jakim był Arrupe wyraźnie mu było nie po drodze.

Pacyfikacja teologii wyzwolenia – teologicznie, personalnie i jurydycznie (tu Wojtyłę wspierał aktywnie kard. Josef Ratzinger, na XX-wieczny sposób watykański „wielki inkwizytor”) – rozpoczęła się od zakonu św. Ignacego Loyoli. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50-tych rodziły się wspomniane „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i ideach socjalistycznych. Pedro Arrupe – osoba niezwykle popularna nie tylko w zakonie, ale w całym Kościele, charyzmatyczna i głęboko oddana idei postępu, rozwojowi ludzkości i sprawiedliwości społecznej (gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z obozem realnego socjalizmu przeciwko prawicowym dyktaturom, zależnym i kreowanym z Waszyngtonu) został przez Papieża Polaka jawnie spostponowany, zlekceważony, zignorowany.

Papież manifestacyjnie pomijał w swych wszystkich enuncjacjach Towarzystwo, a przechodząc lub przejeżdżając obok stojącego „czarnego papieża” ostentacyjnie odwracał głowę, aby go nie pozdrowić. Ze względu na rozległy wylew, w wyniku czego został sparaliżowany, mając kłopoty z komunikacją, (a było to też wynikiem poniżenia, jakiego doznawał podczas uroczystości publicznych), Pedro Arrupe zrezygnował z urzędu (1983). Pacyfikacja jezuitów w tym momencie dobiegała końca. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, narzucani niejako autorytetem biskupa Rzymu Towarzystwu (co wcześniej się nie zdarzało), konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych, samodzielnie myślących, nie ulegających autorytetowi Rzymu.

Uznanie dla Opus Dei i Legionu Chrystusa

Jan Paweł II formalnie Towarzystwo Jezusowe zepchnął na drugi plan. Jego poparcie dla świecko-klerykalnego bractwa Opus Dei (oraz jawna admiracja i ostentacyjna jego celebracja) miała podłoże w doświadczeniach i korzeniach polskiego konserwatyzmu, klerykalizmu i dystansu do wszystkiego, co trąciło jakąkolwiek lewicowością. To Opus Dei, Legion Chrystusa czy Ruch Odnowy w Duchu Świętym zajęły eksponowane miejsca, jakimi od czasów Ignacego Loyoli czy Dominika Guzmana cieszyli się jezuici, bądź dominikanie (czyli klasycznie pojmowana hierarchia i struktura Kościoła katolickiego przejawiająca wówczas skłonności do kontestacji konserwatyzmu, zachowawczości i wizji Kościoła Karola Wojtyły).

O jakiejś symbolicznej „dewojtylizacji” Kościoła można snuć rozważania na kanwie wypowiedzi papieża Franciszka, dotyczącej jakoby tuszowania przez Jana Pawła II spraw związanych z pedofilią, całokształtem wydarzeń mających miejsce w Legionie Chrystusa i najnowszej historii Kościoła katolickiego.
Warto jednak zwrócić uwagę na następujące aspekty tej sprawy, które nie są zresztą żadnymi rewelacjami. Cywilizowany, nieklerykalny świat wiedział i mówił o tych traumatycznych sprawach od dawna.
Tylko w Polsce, gdzie nie rozumie się terminu: wolność słowa i obowiązuje bałwochwalczy, feudalny stosunek do rozumienia pojęcia autorytet, a mainstreamowe media hodowały irracjonalny obraz Watykanu pod rządami Karola Wojtyły, basując jego bałwochwalczemu kultowi, prześcigając się w serwilizmie, ta wypowiedź Franciszka może powodować zaskoczenie. I nie lichą konfuzję. Bo oto teraz, już jawnie „umiłowany syn” Jana Pawła, który o mało co nie trafił na ołtarze świętości Kościoła, Marcial Maciel Degollado, założyciel admirowanego Legionu Chrystusa okazuje się zbrodniarzem-pedofilem. Masowym gwałcicielem nie tylko podopiecznych sierocińców prowadzonych przez ów zakon, ale i własnych dzieci, (których miał – dokładnie nie wiadomo ile – 7 lub 8), bigamistą, finansowym malwersantem, narkomanem i sadystycznym satrapą.

Jest to więc potwierdzenie całokształtu klimatu panującego w Kościele i tuszowania takich zachowań za czasów pontyfikatu – jakoby tysiąclecia.

Ujawnienie pedofilii

To pierwszy zwiastun „dewojtylizacji”, czyli przełamanie hipokryzji i milczenia, w jakiej tkwił Kościół Jana Pawła w tej mierze. Oskarżenia o zaniechanie i jawne ukrywanie owych przestępstw, wręcz zbrodni jak ma to miejsce w przypadku Degollado, dopadły głowy Kościoła katolickiego. Świętego, któremu postawiono tysiące pomników, napisano dziesiątki tysięcy panegiryków na jego temat i uznano w Polsce za „ojca narodu”, synonim wolności i demokracji. Bo święty w Kościele katolickim to osobowy wzór do naśladowania przez wiernych, drogowskaz moralny i etyczny ideał.

Po drugie, na przestrzeni ostatnich lat miały miejsce trzy znamienne wydarzenia. Oto w błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano salwadorskiego abp. Oscara Romero, zamordowanego 24.03.1980 roku przez bojówkę mjr. Roberto D’Aubuissona. Warto przypomnieć, że D’Aubuisson przeszedł przeszkolenie w tzw. Szkole Ameryk, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA (Forty Gulick i Benning), szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama.

Romero był utożsamiany przez ludność latynoamerykańską z ideami teologii wyzwolenia (choć to jest sąd nie do końca prawdziwy i nie mający pokrycia w dokumentach). Jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości i związany politycznie z interesami USA rządzonymi przez Ronalda Reagana, oprócz typowo kościelnych gestów i słów, nic nie uczynił w tej sprawie. Przeciwnie, wielu watykanistów twierdzi, iż osobiście blokował proces beatyfikacji salwadorskiego hierarchy. Dlatego m.in. akta zebrane w Salwadorze potwierdzające męczeństwo Romero leżały bez żądnej decyzji od 1990 do 1999 roku w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Dopiero po 2000 rok rozpoczęło się wokół tych dokumentów urzędnicze krzątanie. Od beatyfikacji do kanonizacji Romero minęło niespełna 3 lata (2015 do 2018). Porównania z analogicznym przypadkiem ks. Jerzego Popiełuszki cisną się same.

Do miana symbolu urosnąć może fakt, iż obecny papież wywodzi się z Towarzystwa Jezusowego i jest – podobnie jak Pedro Arrupe – Latynosem. Również pełniący od niedawna funkcję generała TJ Arturo Sosa Abascal pochodzi z Ameryki Łacińskiej (jest Wenezuelczykiem). Czyżby zemsta jezuitów?

Decyzje Franciszka

Wspomniany, aktualnie urzędujący, generał jezuitów w jednym ze swoich publicznych wystąpień w 2019 roku stwierdził, iż szatan jest tylko „konstruktem myślowym mającym symbolizować zło”. Na to dictum groźne pomruki oburzenia wydali z siebie egzorcyści na całym świecie, a zwłaszcza w Polsce. Doktryna Kościoła jasno i wyraźnie naucza, że zło nie jest abstrakcją, a szatan istnieje – twierdzą. Powołują się przy tym m.in. na encyklikę Wojtyły (Dominum et Vivificantem). To jawne zaprzepaszczanie dorobku nauki Jana Pawła II. Fakt, negacja istnienia diabła w materialnej rzeczywistości świata czyni ich obecność w Kościele zbędną.

Trzecim elementem procesu, o którym mówi ten materiał jest likwidacja decyzją papieża Franciszka Papieskiego Instytutu im. JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną. Dokumentem likwidującym Instytut i powołującym w jego miejsce nową instytucję (pod nazwą: Papieski Instytut Teologiczny im. JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie) było motu proprio >Summa familiae< (wrzesień 2017). Zmiana nastąpiła w 2019 roku.
To jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie ortodoksów i bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel, filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Nie tylko zwalnia się całą kadrę, powołując wielu nowych, tzw. otwartych teologów i konsultantów.
Najgroźniejszym dlań jest to słowo „dla”. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem otwarcie na inne spojrzenia dotyczące rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. „Jakich nauk? – pyta. - Nie ma przecież nauk o małżeństwie i rodzinie. Ten tytuł mówi tylko o tym, że socjologia, psychologia i tym podobne nauki będą decydowały jak i co należy myśleć o małżeństwie i o rodzinie”. Zatraca się jego zdaniem cały dorobek – w tej materii – Jana Pawła.

Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
Czyli wszystko co dotyczy Jana Pawła ma być dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją, czymś na wzór średniowiecznej scholastyki.

Grygiel i jemu podobni, liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści (różnych odcieni), absolutnie nie rozumieją tego, co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z Wesela Wyspiańskiego - „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym, ogarniętym przestrzenią wirtualną świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach tego świata.
To są zasadnicze elementy postępującej „dewojtylizacji” Kościoła rzymskiego, a nie brak kapelusza kardynalskiego dla metropolity krakowskiego Marka Jędraszewskiego, czy spektakularne enuncjacje watykańskich kurialistów. O newsowych, medialnych doniesieniach nie wspominając.
Radosław S. Czarnecki

 

 

 

 

 

 

 

Angielski "made in Germany"

Utworzono: wtorek, 27 styczeń 2015 Dorota Gonczaronek


Scena w Goethe Institut podczas wakacyjnego kursu języka:
 

Crystel z Kostaryki usiłuje wytłumaczyć nauczycielce, że jedzie do Berlina, aby w niedzielę oglądać w ambasadzie swojego kraju mecz MŚ w piłce nożnej pomiędzy Kostaryką i Holandią.

Nauczycielka kiwa ze zrozumieniem głową i kończy za nią, mówiąc: „Ach, jedziesz do Berlina zum Public Viewing”. Na to odzywa się kompletnie skonsternowany Ethan, Amerykanin,  drapiąc się przy tym po głowie: „Ale o co ci chodzi? To Crystel nie jedzie na mecz?”

Public Viewing jest pozornym anglicyzmem lub też pseudo anglicyzmem; w języku niemieckim zwrot ten oznacza oglądanie na telebimach, szczególnie imprez sportowych transmitowanych na żywo, w miejscach publicznych. Po angielsku zwrot ten oznacza wystawienie zwłok zmarłego na katafalku.  

 

Zapożyczenia językowe, czyli wyrazy, związki wyrazowe,  struktury składniowe przejęte z języka obcego lub wzorowane na nim są jednym ze skutków szerokich kontaktów międzykulturowych i komunikacji. Istniały zawsze, ale obecnie, ze względu na rozwój nowoczesnych technologii, stają się praktycznie niewyczerpalnym polem do badań językoznawczych, szczególnie w odniesieniu do anglicyzmów.
W badaniach językoznawczych pojawiają się określenia skali receptywności lub indeksu receptywności. Jedne języki bronią się przed zapożyczeniami, inne z kolei, jak np. niemiecki, są na zapożyczenia, szczególnie z języka angielskiego, niezwykle otwarte.

 

Sam angielski należałoby umiejscowić na szczycie skali receptywności, ponieważ był zawsze niezwykle otwarty na zapożyczenia. Należałoby również podkreślić, że razem z niemieckim należy do północnogermańskiej grupy językowej. Ma to swoje uzasadnienie historyczne: podboje Wysp Brytyjskich były dokonywane w V w n.e. przez plemiona Anglów, Saksonów oraz Jutów, którzy posługiwali się wczesną formą języka angielskiego. Najważniejsze było dziedzictwo składni, słownictwa i gramatyki. To germańskie dziedzictwo ukształtowało język staroangielski, dziś wymarły, przy czym język ten ulegał dalszym wpływom: języka staronordyjskiego, celtyckiego (skąd zapożyczone zostało określenie m.in.  leprechaun oznaczające małego człowieczka o magicznej mocy – znamy go z sagi o Harrym Potterze autorstwa J.K. Rowling), łaciny  - wskutek kilku wieków okupacji rzymskiej i francuskiego  - po podboju normandzkim.


Wzbogacające zapożyczenia

 

Angielski jest zdecydowanie jednym z najczęściej używanych języków świata, przy czym jego niezwykłe bogactwo i różnorodność  została ukształtowana również na skutek zapożyczeń.  Tak więc transfer nie jest jednostronny – w języku angielskim znajdują się również wyrazy pochodzenia niemieckiego, bynajmniej nie ograniczone do słów z dziedziny życia codziennego, polityki czy filozofii,  jak: hamburger, leitmotif, realpolitik,  lecz również takich, jak: ersatz (namiastka), diesel (diesel), abseil (spuszczać się na linie), feldspar (skaleń), rucksack (plecak), kindergarten (przedszkole) , Weltanschauung (światopogląd), kitsch (kicz), leitmotiv (motyw przewodni), czy wreszcie wunderkind (cudowne dziecko).
W przypadku, gdy zapożyczany wyraz zawiera umlaut, tak jak np. Müsli, jest on najczęściej zapożyczany po zastąpieniu umlautu przez samogłoskę + e (muesli). Wyrazy te nie mają swoich precyzyjnych odpowiedników znaczeniowych w języku angielskim.

 

O ile określenie anglicyzm jest neutralnym określeniem zapożyczenia, to określenia Denglisch, Engleutsch, Germish czy Genglish,  będące połączeniami dwóch wyrazów: Deutsch oraz Englisch,  są zbitkami słownymi o zabarwieniu pejoratywnym odnoszącymi się do tzw. pozornych anglicyzmów, lub pozornych, czy też wymuszonych, zapożyczeń.

 

Zapożyczenia i kalki

 

W języku niemieckim istnieją różne zapożyczenia i stąd ze względu na ich typologię można wyróżnić różne kategorie: zapożyczenia właściwe, gdzie wyrazy wchodzą do danego języka w sposób pośredni lub bezpośredni. Za przykład niech tu posłuży fluffig,  zapożyczony z angielskiego fluffy. Oczywiście,  istnieje w niemieckim leicht oraz luftig, jednakże ich znaczenie jest nieco inne, a po przyjęciu niemieckich końcówek fleksyjnych (ein fluffiges Gebäck) wyraz ten doskonale wpasował się w system języka.


Innym przykładem są zapożyczenia sztuczne, gdzie wyrazy są tworzone ze składników obcej mowy, np. Zeitmanagement  (niem. Zeit  - czas i ang. management - zarządzanie) -  stosowany w języku stosunków handlowych oznacza efektywne gospodarowanie czasem; E-Post
(ang. Electronic,  niem. Post
) to po prostu e-mail;  All-in-one-Lösung (ang. All-in-one, niem. Lösung) to całkowite rozwiązanie.

Zapożyczeniem budzącym najwięcej kontrowersji wśród językoznawców są repliki, czy też kalki językowe. Powstają one wówczas, gdy w języku rodzimym stosowane są dosłowne odwzorowane związki wyrazowe lub konstrukcje składniowe języka obcego. Jako przykład można podać wyrażenie das macht Sinn (zamiast: das hat Sinn w znaczeniu: to ma sens. Podstawą tej kalki językowej jest angielskie wyrażenie this makes sense). Jak na ironię samo określenie w języku angielskim loanword (zapożyczenie) jest kalką językową niemieckiego Lehnwort.

 

Indeks anglicyzmów

 

Jedni postrzegają zapożyczenia z języka angielskiego jako zagrożenie, zadając często, niestety, retoryczne pytanie,  jaki jest powód do zastępowania Schiedsricher angielskim referee, Hauptvekehrszeit angielskim rushhour, ale to nie jest problem.

Verein Dutsche Sprache (Rada Języka Niemieckiego) nie wydaje się bronić przed napływem anglicyzmów w języku niemieckim. Wręcz przeciwnie. Stoi ona na stanowisku, że zapożyczenia, będące swoistym rodzajem wymiany międzyjęzykowej są procesem naturalnym, kreatywnym i wzbogacającym.


Stąd też stworzono Der Anglizismen Index  będący kompendium wiedzy w zakresie anglicyzmów stosowanych w codziennym języku niemieckim. Lista obecnie obejmuje około 7500 haseł i jest na bieżąco aktualizowana.  Ideą przyświecającą  jej utworzeniu była pomoc  zarówno tym, którzy nie rozumieją niemieckich tekstów zawierających anglicyzmy (lub pseudoanglicyzmy) jak i tym, którzy chcieliby stosowania anglicyzmów w niemieckim unikać.

Częstotliwość występowania anglicyzmu nie jest kryterium decydującym o jego wpisaniu do indeksu – istotniejsze  jest bezzwłoczne podanie niemieckiego odpowiednika.

Indeks ten ma również na celu chronienie niemieckojęzycznych podróżnych, udających się do krajów angielskiego obszaru językowego, przed sytuacjami, które mogą być dla nich kłopotliwe w przypadku posługiwania się pseudoanglicyzmami. Takimi, które albo w języku angielskim nie występują, albo też mają zupełnie inne znaczenie.

 

Anglicyzmy podzielono na trzy kategorie: ergänzend - dopełniające (np. fair, googeln, audit, Interview), które stanowią ok. 3,0%  haseł listy; differenzierend - różnicujące (np. audio (guide) system: call center, handicap, tablet), które stanowią 18% haseł, oraz verdrängend - wypierające (np. Basecap – nieistniejące w j. ang. określenie na baseball cap; Swinging – nieistniejące w j. ang. określenie na zmianę partnera, Service Point określające punkt informacji, zamiast angielskiego customer service desk). Hasła tej kategorii stanowią 79%.

Ciekawe jest, że określenie współczesnego wyrazu, które zdominowało życie codzienne, Handy ma niewiele wspólnego z angielskim określeniem mobile, podobnie jak simsen będące odpowiednikiem angielskiego to text, jednakże obydwa zaszeregowano w kategorii 2.

 

Według słownika Duden, najbardziej miarodajnej instancji w zakresie poprawności języka niemieckiego, zaledwie 3,7% kluczowych wyrazów to anglicyzmy. Dlaczego więc to zagadnienie budzi tyle emocji? Są one używane w języku codziennym, a wyrażenia typu die Mails checken, zdołały się tak doskonale wpasować w realia życia codziennego, że nie są postrzegane jako wyrazy obce, lecz rodzime. W dziedzinie marketingu używane są anglicyzmy, ponieważ ich brzmienie budzi pozytywne konotacje. Taka myśl przyświecała zapewne specjalistom od marketingu tworzącym kampanię promującą region narciarski w rejonie Salzburga snow space Flachau. Tylko mała dziewczynka na wyciągu narciarskim musiała zapytać po niemiecku mamy, co znaczy space.

Dorota Gonczaronek

 

Autorka jest tłumaczką języka angielskiego.

 

 

Bizantynizacja hegemona

Utworzono: czwartek, 29 marzec 2018 Anna Leszkowska


Studia nad imperiami to przede wszystkim badania specyficznych form władzy.
Alejandro Colas


Czarnecki do zajawkiZnakomite dzieło Petera Bendera „Weltmacht Amerika – Das Neue Rom” przyrównujące współczesną Amerykę do Imperium Romanum w wymiarze imperialnego panowania nad światem od ponad dekady daje asumpt do dywagacji nad istotą amerykańskiego imperializmu. Wielu autorów i komentatorów politycznych, a także futurologów i „zaklinaczy rzeczywistości” wedle swojego „chciejstwa”, ciągnąc motyw schyłkowości tego państwa i jego hegemonii – przede wszystkim w wymiarze militarnym (za którym idzie pozostała reszta przewag Ameryki nad światem) – odnosi się raczej do „dekadencji w kulturze, w społeczeństwie amerykańskim, polegającej na wypieraniu tradycji białych, anglosaskich protestantów” - jak to nazywa prof. Bronisław Łagowski w „Fałszywej historii, błędnej polityce”.

To głos nie tyle amerykańskich neokonserwatystów i religiantów różnych denominacji chrześcijańskiej proweniencji, nie tyle realistów politycznych czy pragmatyków, co nostalgików za rolą, jaką pełnili we wszystkich dziedzinach amerykańskiego życia w minionych latach tzw. WASP (White Anglo-Saxon Protestant). Białym, konserwatywnym i liberalnym Amerykanom w rodzaju Edwarda Luttwaka, Normana Podhoretza, Patrica Buchanana czy Roberta Kagana trudno jest się pogodzić z myślą o wypieraniu tej tradycji z życia USA od kilku dekad. Z różnych zresztą względów.

Ten scenariusz rozchodzenia się, rozpadania się Zachodu, opisał dokładnie w 2002 roku w listopadowym numerze The Atlantis Charles A. Kupchan („Koniec Zachodu. Amerykanie są z Marsa, Europejczycy z Wenus”), choć żegluje on jedynie po przestrzeniach antynomii europejsko-amerykańskich. Ale nie chodzi tu jedynie o podejście do militariów, do wojny czy narzucania siłą swych przekonań, poglądów, bądź szerzenia poprzez interwencje humanitarne demokracji czy wolności. Tu chodzi głównie o pewną filozofię życiową, polityczną wizję, kulturę oraz związaną z nią mentalność (tak indywidualną jak i zbiorową).

Historyczne porównania

Jeśli już jesteśmy przy poetyce rzymsko-helleńskiej, bo takie porównanie jest w kontekście przywołanego Petera Bendera jak najbardziej uprawnione, niezwykle ciekawe byłoby kompatybilne spojrzenie na sprawy militariów, polityki, a przede wszystkim – kultury najszerzej pojętej. Rzymianie (Zachód) zawsze liczyli na siłę militarną i prawo, Bizantyjczycy (Wschód) – na dyplomację (nawet intrygi i napuszczanie jednych wrogów na drugich). Łacinnik lubił pojęcia ścisłe, jasne, interesował się przede wszystkim praktycznym działaniem, Grek – przeciwnie, lubował się w spekulacjach, dyskusjach, krytycznych refleksjach. Czyniono to wszędzie, nie tylko na salonach, ale na ulicach, hipodromie, rynkach, bo wynikało to przede wszystkim z kultury i religii.

Jak zauważa w książce „Rzym - Konstantynopol na drogach podziału i pojednania” ks. Edmund Przekop, najlepiej ową dychotomię obrazują osoby i dorobek Tertuliana (z jednej strony) i Orygenesa (z drugiej). Obaj to pierwszoplanowi przedstawiciele wczesnochrześcijańskiej myśli teologiczno-doktrynalnej, żyjący na przełomie II i III w. n.e.
Tertulian – reprezentant Zachodu - to prawnik, dialektyk, pisujący dla obywateli rzymskich i poszukujący przede wszystkim drogi do Absolutu i jej uzasadnienia. Ten jurydyczno-praktyczny charakter kontrastuje wyraźnie z dorobkiem Orygenesa, którego nauka ma wyraźnie spekulatywny charakter, oparty o tradycję greckiej filozofii klasycznej. „Zamiast skostniałych prawniczych formuł Tertuliana, proponował on myśl dynamiczną, w której Bóg okazuje się na końcu dziejów miarą wszelkiego ruchu”. I dlatego człowiek musi się mu bezwzględnie, na wiarę, podporządkować. Następuje tak charakterystyczne dla późniejszego prawosławia przebóstwienie rzeczywistości.
Świat grecko-rzymski, będący przedłużeniem świata hellenistycznego z epoki Aleksandra Wielkiego i diadochów nie był nigdy zwartą całością. I to nie tyle nawet z tytułu różnorodności składających się nań tradycji, kultur, tożsamości ludów zamieszkujących poszczególne prowincje.
Ta różnorodność Rzymian, Greków, Syryjczyków, Egipcjan, Gallów, Izauryjczyków, Daków czy Brytów była charakterystyczną cechą tego olbrzymiego imperium. Tak jak to ma miejsce dziś w Ameryce: mieszkaniec Florydy ma zupełnie inne spojrzenie na otaczający go świat niż Amerykanin zamieszkujący Maine czy Vermont, Teksańczyk jest przeciwieństwem Nowojorczyka, a mieszkaniec Kalifornii czy Hawajów – obywatela z Kansas, bądź Alabamy.

Z czasem podział Cesarstwa wedle religijno-teologicznych różnic się pogłębił, (do polaryzacji stanowisk przyczyniło wprowadzenie chrześcijaństwa jako oficjalnej religii państwowej przez Konstantyna Wielkiego), gdyż zachwiała się pozycja jego stolicy – Rzymu. Tu bowiem do tej pory rezydował cesarz. Wraz z przeniesieniem siedziby Imperatora do Konstantynopola i „orientalizacją” dworu cesarskiego oraz kultury propagowanej przez dwór, wraz z rosnącą autokracją i umacnianiem pozycji cesarza w sposobie sprawowanych rządów w stylu azjatyckich satrapii (np. perskiej, chorezmijskiej, bądź muzułmańskich kalifatów), przy przewadze prowincji wschodnich w systemie administrowania krajem zmieniać się poczęły relacje Wschodu i Zachodu.

Silniejsza gospodarczo, kulturowo, a przede wszystkim żywsza w przestrzeni teologiczno-religijnych sporów wschodnia część Imperium zdominowała kulturę i poczęła nadawać jej swoiste, orientalne piętno. Bizancjum się orientalizowało, razem z całym wschodem cesarstwa. Potem doszły do tego podboje Arabów i Seldżuków.
Na Zachodzie, w starej stolicy, pozostał papież, biskup rzymski, który niejako siłą rzeczy pod nieobecność cesarza przejmował prerogatywy władzy (tak religijnej jak i świeckiej). I tylko to powodowało, że stara stolica zachowała jakieś resztki splendoru i znaczenia.

Te różnice widać w dorobku dwóch apologetów chrześcijaństwa: Tertuliana i Orygenesa, uwidaczniały się jeszcze przed przeniesieniem stolicy nad Bosfor przez Konstantyna Wielkiego. Antynomie narastały permanentnie, będąc po prostu immanencją olbrzymiego terenu i różnorodności kulturowo-cywilizacyjnej Imperium Romanum. To cecha niemal każdego imperium, tego dzisiejszego, hegemonistycznego, „nomadycznego” (p. R.S.Cz. - „Postkolonialny pejzaż zachodniego świata”, SN nr 3/18) i USA również.

Specyficzny hegemon

Dochodzimy także do wniosku – wbrew twierdzeniom wielu zaoceanicznych autorów - że specyfiką amerykańskiej hegemonii (a nie imperializmu jak oni twierdzą) są „rządy sprawowane tylko za pośrednictwem innych państw” pozostających w orbicie przyjaźni i sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi. Krajom tym, jeśli w owej zależności korzystnej dla interesów amerykańskich pozostaną zbyt długo, grozi utrata legitymizacji swej suwerenności - tak w oczach wewnętrznej opinii publicznej jak i na arenie międzynarodowej. I w tej sytuacji państwa te będą podważać pozory amerykańskiego nie-imperializmu, dobrej woli, wiary w słowa: wolność, demokracja, prawa człowieka itd. (p. A. Colas, „Imperium”). Widać to dziś w wielu miejscach globu jak na dłoni.

Trzeba podkreślić, iż 11.09.2001 stanowi wyraźną cezurę w tym procesie. Od tego czasu Amerykanie przekształcają swe relacje z otoczeniem (zewnętrznym i wewnętrznym) tak, „ażeby zabezpieczyć światowy porządek, w ramach którego amerykański kapitalizm będzie mógł kwitnąć jako zjawisko społeczno-ekonomiczne, polityczne i ideologiczne”, jawnie powracając do praktyki z apogeum lat „zimnej wojny”. I to bez jakichkolwiek pozorów zachowań nieimperialnych.
W chwilach przerażenia, jakie wywołał atak na WTC w Nowym Jorku, nawet tacy pacyfiści i przeciwnicy zbrojnych interwencji amerykańskich jak Susan Sontag dopuszczać poczęli rozwiązywanie siłowe w takich sytuacjach. „Ameryka ma wrogów. Ma wszelkie prawo obrać nową politykę, tropić sprawców i jej wspólników” (p. S. Sontag, „Prostota, jedność jasność” – Gazeta Wyborcza 05-06.10.02).
Widzimy wiec jak diametralnie wrzesień 2001 zmienił myślenie, świadomość i interpretację procesów zachodzących w świecie współczesnym. W świecie „białych ludzi”.

I tu ponownie musimy wrócić do baumanowskiej „nomadyczności”. Wojna z terroryzmem, jaką ogłosił Georg W. Bush jr i jaką Ameryka miała prowadzić z terrorystyczną międzynarodówką trwa już 16 lat. Ma ona także nomadyczny kontekst i wymiar. Co chwila USA gdzieś interweniują, tworząc nowe pole konfliktu, nowe ognisko chaosu, powodując dramaty i tragedie ludzi. Często już bardzo biednych i cywilizacyjnie upośledzonych.
Takie obrazy tworzyli bracia Tofflerowie w swych książkach, przede wszystkim w bestsellerze „Wojna i antywojna”, ale wówczas były to przepowiednie, science fiction.

Jak sądzi wielu polityków, w czasie wojny i zagrożenia wojną nie dyskutuje się, nie ma potrzeb publicznej debaty o zasadniczych kanonach polityki, więc taki stan rzeczy jest bardzo wygodny dla rządzących dziś konserwatystów, tradycjonalistów i dogmatycznych neoliberałów, którzy zawsze gardzili demokracją i szeroką, publiczną dyskusją. Obojętnie czy to w USA, Europie Zach. czy w Polsce. A poza tym pod hasłem „jedności narodu”, zagrożenia zewnętrznego, retoryką patriotyczno-bogoojczyźnianą zamyka się usta wszelkim oponentom oskarżając ich o zdradę, brak patriotyzmu, Targowicę (w Polsce), agenturalność i sprzedajność obcym. W najlepszym wypadku nazywa się ich „pożytecznymi idiotami”.

Według koncepcji bliskich Białemu Domowi rządzonemu przez neokonserwatystów (nie tylko formalnie), takie role wyznacza się też Polsce (na najbliższą przyszłość), państwom nadbałtyckim (Litwa, Łotwa, Estonia), Ukrainie czy Rumunii, gdyż stąd właśnie USA zamierzają przeciwdziałać żywotnym interesom Rosji (a przede wszystkim jej bezpieczeństwu) jak i ściślejszemu jednoczeniu się Unii Europejskiej (chodzi jednak głównie o Niemcy i ich dominację w Europie).

Pojęcie nomadyczności scharakteryzować możemy jako permanentną zmienność i wędrówkę oraz poszukiwanie: wody, pastwisk, lepszych warunków do życia i funkcjonowania stad oraz pasterzy. Także – za Baumanem – pracy, bądź …wrażeń (turystyka). Dlatego działania kapitału oraz Białego Domu zabezpieczającego jego interesy – tak jak cała przestrzeń wirtualna, w której dziś funkcjonuje ludzkość – dotyczyć muszą całego globu (to jest sens globalizacji). Stąd owo zarządzanie chaosem (p. N. Klein – „Doktryna szoku”) za pośrednictwem innych państw musi mieć również charakter ogólnoświatowy i jest tym samym kolejną cechą nomadyczności „Imperium-Nie-imperium” amerykańskiego. Richard Rorty, znakomity filozof XX-wieczny, w jednym ze swych esejów politycznych określił globalizację jako lansowanie programu służącego przede wszystkim amerykańskiemu mega kapitałowi i próbę zarządzania w taki sposób światowymi procesami.

Skąd my to znamy?

Ale Rzym w czasie swego rozwoju i ekspansji także stosował tego typu rozwiązania wobec państw buforowych, zależnych w jakimś sensie od jego władzy, zabezpieczających jego interesy. Takimi były np. Izrael Herodów, Armenia (periodycznie), Mauretania (po latach takiego „buforowania” włączona do Imperium jako prowincja Mauretania Tingitana) itd. Takim hybrydowym, efemerycznym państwem jest współcześnie np. Kosowo (największa baza wojsk amerykańskich w Europie, Camp Bondsteel / Uroševac została zlokalizowana właśnie tu po ogłoszeniu niepodległości tej serbskiej prowincji). Rosja, idąc tą ścieżką, tworzy na swoich granicach, w miejscach szczególnego zagrożenia jej interesów takie twory quasi-państwowe jak Osetia Poludniowa, Naddniestrze, republiki ludowe we wschodniej Ukrainie, Abchazja.

To wszystko z czym mamy do czynienia w polityce amerykańskiej jest logiczną konsekwencją prowadzonej od dekad polityki. A na pewno od zakończenia I wojny światowej, kiedy to Ameryka po raz pierwszy postawiła stopę na Starym Kontynencie (i chodzi nie tylko o stopę militarną, ale co może ważniejsze – sadowić się poczęła w formie ekspansji kapitału, stylu życia, mody itd.) i której już nie cofnęła. Doskonale ten fakt opisuje K.T. Toeplitz w „Najkrótszym stuleciu”.

Z kolei według Neila Fergusona („Świat bez mocarstwa?”- Gazeta Wyborcza, 23-24.10.04), II wojna światowa i jej wyniki pozwoliły USA sprowadzić grę geopolityczną do układu bipolarnego, na pewno czytelniejszego i łatwiejszego do opanowania i kontrolowania niźli struktura pluralistycznego, rozproszonego na szereg regionalnych imperiów świata czy bezbiegunowego w ogóle świata.

Nie kto inny jak Woodrow Wilson (prezydent USA 1913-21) miał zapowiedzieć, iż Ameryka będzie walczyć o wolny, liberalny, zglobalizowany rynek (korzystny dla Ameryki) i świat ze szczelnymi granicami. Przepływy kapitału i dóbr konsumpcyjnych – jak najbardziej. Żadnej konwergencji kultur, ludzi, idei itd. To też miało być jego zdaniem priorytetem Ameryki. Czy mur Donalda Trumpa nie jest jakąś kontynuacją tej myśli?

Można domyślać się, dlaczego takie wizje przychodziły na myśl elitom rządzącym Stanami Zjednoczonymi w ówczesnym czasie. Po pierwsze – niesłychana popularność na świecie idei rewolucyjnych i socjalistyczno-komunizujących, po drugie – zwycięstwo Rewolucji Październikowej w Rosji, po trzecie – obawa przed zatracaniem charakteru USA jako państwa WASP-ów. Kraju z segregacją rasową, porażonego misjonizmem cywilizacji „białego człowieka”, nieograniczonego niczym rynku, ale protekcjonistycznego wobec amerykańskiego kapitału (i tego co uznaje się za amerykańskie), zbiorowości wyznającej ideę Izaaka Zangwila opisanej jako melting pot, skutkującej tym, iż różnorodne wspólnoty: narodowe, kulturowe, religijne itd. żyją w jednym organizmie obok siebie, spajane przez tzw. american dream i tożsamość niesioną przez kulturę WASP.

Przywoływany tu Neil Ferguson jawi się jako jeden z wielu zwolenników hegemonii amerykańskiej w dotychczasowym stylu i wydaniu. Nic nie powinno się zmienić, dla dobra bezpieczeństwa i stabilizacji świata - zachodniego świata. Ubolewając, iż „amerykańscy wyborcy są dziś jeszcze mniej skorzy do przelewania krwi i wydawania grosza publicznego w obcych krajach niż w czasie wojny wietnamskiej” patrzy tylko przez euroatlantyckie, „białoskóre” i chrześcijańskie okulary. W rozpływaniu się, zatracaniu, dotychczasowej wizji amerykańskiego imperium, (a tym samym utratą zdolności do szerzenia swojej misji), widzi on zagrożenie dla pozycji i hegemonii Ameryki. Określa ją z tej racji – oraz z tytułu zadłużenia USA i niespotykanej konsumpcji społeczeństwa, nie widząc, iż to system neoliberalny kreuje takie postawy i stąd właśnie czerpie swe życiodajne, choć autodestruktywne soki – „miękkim” imperium, kolosem na glinianych nogach, krajem importującym siłę roboczą oraz społeczeństwem z deficytem panświatowej wizji.

Zapominają ci wszyscy konserwatyści, tradycjonaliści, którzy chcą świat zatrzymać w ewolucji, że tego się nie da na dłuższą metę spowodować. Na pewno trwale nie uda się cofnąć go do epok minionych, najlepiej do średniowiecza, gdzie elity w sutannach decydowały jak ma wyglądać życie intelektualne i codzienne na Starym Kontynencie. W strefę ponownej władzy białych mężczyzn, najlepiej bezżennych i stygmatyzowanych religijnymi przykazaniami z epoki neolitu (Stary Testament i zdobycie Kanaanu przez semickie plemiona Izraelitów). Nowoczesność jest jednak pluralizmem i wielością.

Dyktat demografii

Jednak ów kryzys hegemona ma zupełnie inny aspekt - jest pozorny. To kryzys sytuacji do której przyzwyczaili się (i cały świat) konserwatyści, tradycjonaliści, doktrynerzy i purytanie, ale także biali suprematyści, jakich mnóstwo jest w USA, którzy w wyniku polityki neoliberalnej i globalizacji zostali wykluczeni z dotychczasowych ról, jakie im przypisywały tradycja i dzieje Ameryki.

Na kryzys - oprócz czynników polityczno-gospodarczych (zarówno globalizacji, jak i nomadyczności kapitału, umiędzynarodowienia handlu i wytwarzania dóbr konsumpcyjnych, a nade wszystko – neoliberalnego, czysto technokratycznego sposobu myślenia elit) składają się jeszcze takie elementy jak demografia, import siły roboczej oraz nielegalna imigracja do USA z południa od Rio Grande. Także wzrost liczby ludności pochodzenia azjatyckiego (głównie Koreańczycy, Chińczycy, Filipińczycy, Japończycy). Biorąc pod uwagę te zjawiska, jak również liczną mniejszość Afroamerykanów, grupa ludności zaliczanej do rasy białej w USA jest na dobrej drodze do zyskania statusu mniejszościowego. Jak przewidują demografowie, w całym kraju ma to nastąpić ok. 2040 r.

Latynosi stali się największą grupą etniczną w Kalifornii. To najliczniejszy stan w USA, więc i wyznacznik zmian demograficznych w całym kraju. Miejscowi demografowie już od dawna przewidywali, że to proces nieuchronny. Ich przypuszczenia potwierdził lokalny spis ludności dokonany w latach 2014/15. Z tych statystyk wynika, że w Kalifornii mieszka 14,99 miliona Latynosów i 14,92 miliona osób zaliczanych do rasy białej. I są to dane oficjalne, nie uwzględniające imigrantów nielegalnych.

Od 2000 r. populacja latynoska w USA powiększyła się o 57% z 35,3 milionów i obecnie w całych Stanach mieszka ponad 57 milionów ludzi o południowo-amerykańskich korzeniach.
Dlaczego biali spychani są do mniejszości? Dlatego że - jak to widać na przykładzie Latynosów w Kalifornii - od kilku lat więcej rodzi się dzieci kolorowych i należących do mniejszości niż w rodzinach białych pochodzenia nie-latynoamerykańskiego. Co więcej, biali częściej umierają niż się rodzą. Już dziś biali są w mniejszości w takich stanach jak Hawaje, Kalifornia, Nowy Meksyk i Teksas, a w takich stanach jak: Arizona, Newada czy Floryda Latynosi stanowią ok. 1/3 populacji.

Im dalej na Wschód, tym znaczniejszy jest procentowy udział ludności pochodzenia europejskiego: przodują tu stany środkowego Zachodu (Missouri, Minnesota, obie Dakoty), północnego Zachodu (Wyoming, Idaho, Montana) oraz na Wschodzie kraju (New Hampshire, Connecticut, Delaware, Wirginia Zach.).
Wraz z tym zmienia się mentalność, tradycja, wartości jakim hołdują owe mniejszości (a to się przekłada na życie codzienne całej populacji, powodując określone napięcia społeczne), powoli stając się większością. Niebagatelną rolę pełni tu religia – w zdecydowanej większości Latynosi są katolikami (co nie jest bez znaczenia w dziejach Stanów Zjednoczonych i stosunku ortodoksyjnych protestantów do Rzymu) lub wyznawcami galaktyki wyznań zaliczanych do pentekostalizmu.
Już dziś język hiszpański w Nowym Meksyku jest uznanym językiem urzędowym (i to świadczy najlepiej o kierunku i zakresie tych zmian).

Opisane zagadnienia – tylko w demograficzno-religioznawczym profilu – są jasnym przykładem tego, co Umberto Eco („Pięć pism moralnych”) nazywa metysażem kulturowym. I jest to proces nieuchronny w takim wymiarze terytorialnym, w takim zakresie rasowo-kulturowym, w takiej sferze gospodarki, wartości i tradycji, w jakim funkcjonują Stany Zjednoczone AP. Jak na razie, Amerykę spaja, trzyma w karbach, ów konstytucjonalizm oparty o zasady purytańskiej religii WASP i ojców założycieli. Ale zmiany demograficzne - a co za tym idzie religijno-kulturowe, o których tu ledwie wspomniano - muszą go za 2-3 pokolenia zmienić diametralnie. Metysaż kulturowy USA to nic innego jak analogia z bizantynizacją Rzymu.

Ponadto centrum gospodarcze, kulturowe i biznesowe a także „duchowe” przenosi się powoli nad Pacyfik znad Atlantyku, gdzie przybyli pierwsi, biali koloniści z Europy i gdzie powstały – niczym Rzym założony przez legendarnych bliźniaków: Romulusa i Romusa – pierwsze kolonie, które dały początek USA. Wiąże się to, oprócz tych elementów, o których już wspomniano, z rosnącą rolą całego regionu pacyficznego w skali globalnej. Tu leżą Chiny (może już najsilniejsza gospodarka na świecie, o rynku nie wspominając), a także Japonia, Korea Poludniowa, Tajwan, Singapur.

„Kolejny skok” do grona silnych gospodarczo i atrakcyjnych rynków, państw zaliczających się do światowej I-szej ligi, szykują Indonezja i Wietnam. Region atlantycki - stanowiący centrum światowej polityki, kultury, gospodarki - traci na znaczeniu od przynajmniej 500 lat (czyli od momentu odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r.). Traci wraz z Europą, tym małym „półwyspem leżącym daleko na zachodnich krańcach Azji” – jak określił kiedyś Stary Kontynent Mao Zedong.

A Imperium, współczesny hegemon, na razie nim pozostanie, choć osłabione, zmuszone do podzielenia się wpływami i znaczeniem z innymi rosnącymi w siłę hegemonami. Choć będzie to już inne Imperium: tak w wymiarze światowym jak i wewnętrznym. Podobnie jak to było z Rzymem i Bizancjum.
Radosław S. Czarnecki

 

Bohaterowie są zmęczeni

Utworzono: niedziela, 26 listopad 2017 Anna Leszkowska

Trudno jednoznacznie dzisiaj zdefiniować pojęcie bohaterstwa. Według angielskiego publicysty i znanego propagatora historii Paula Johnsona, wyróżnikiem bohatera winno być powszechne, długotrwałe i entuzjastyczne uznanie, ale jednocześnie jest tu miejsce na indywidualizm.

Co więcej, Johnson przekonuje, że cechami bohatera są: krytyczny stosunek do stereotypów oraz odwaga i konsekwencja w głoszeniu nawet najbardziej kontrowersyjnych poglądów.

Czy zatem można w jednym szeregu ustawić na przykład Juliusza Cezara, Boudikę, Giordana Bruna, Mikołaja Kopernika, Galileusza, Napoleona, Adolfa Hitlera, Lenina i Mao Zedonga? Wydaje się to wielkim nadużyciem, gdyż trzej wymienieni na końcu dopuścili się ogromnych zbrodni, choć nadal mają swoich wielbicieli i dla nich na pewno uchodzą za bohaterów.

Zresztą osoby Juliusza Cezara i Napoleona również budzą kontrowersje, gdyż obaj mieli na rękach krew milionów, a od najbardziej znanych zbrodniarzy oddziela ich tylko perspektywa czasowa. Podobnie rzecz wygląda z Winstonem Churchillem, który jako pierwszy w historii, w 1920 roku potraktował gazami bojowymi ludność cywilną Kurdystanu, a dla Brytyjczyków jest największym w XX wieku ich rodakiem.

Bohaterowie niekontrowersyjni

Znacznie łatwiej jest z Mikołajem Kopernikiem, który w powszechnym mniemaniu „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”, choć w kulistość naszej planety wierzyli zarówno pitagorejczycy, a w III wieku p.n.e. dowiódł jej Eratostenes z Cyreny. Starożytni Grecy mieli również niejasne przekonania na temat wzajemnego ruchu obu tych ciał niebieskich, choć pewnie nie tak precyzyjne jak Kopernik. Co więcej, w swoich pracach nasz wielki rodak wykorzystał dość dokładne obliczenia Ptolemeusza, tyle, że zmienił punkt odniesienia i Słońce uczynił centrum ówcześnie znanego wszechświata.
Bronił jednak swoich poglądów konsekwentnie, a jego dzieło "O obrotach sfer niebieskich" jeszcze w XIX wieku było na indeksie ksiąg zakazanych Watykanu.

Podobnie rzecz ma się z Giordanem Brunem, który swój upór w głoszeniu „herezji” o nieskończoności wszechświata i wielości światów przypłacił męczeńską śmiercią na stosie. Z kolei Galileusz wprawdzie przed trybunałem inkwizycji odżegnał się od heliocentrycznej wizji Kopernika, ale i tak końcówkę swego długiego życia spędził w areszcie domowym, a Kościół katolicki zrehabilitował go dopiero w 1965 roku! Takich przykładów w historii mamy wiele.

Gorzej jest z politykami, nawet tymi, o których pamięć jest jeszcze bardzo świeża.
Amerykanie czują sentyment do Ronalda Reagana, a konserwatywni Brytyjczycy do Margaret Thatcher, ale już związkowcy ze Zjednoczonego Królestwa nie podzielają tego entuzjazmu. Reagan zaś uchodzi za pogromcę komunizmu, ale Michaił Gorbaczow w swojej własnej ojczyźnie jest obecnie gorzej postrzegany nawet od… Stalina.
W zapomnienie popadł prezydent Wilson, choć przedwojenna Liga Narodów powstała w dużej mierze z jego inicjatywy. Tyle, że nie wstąpiły do niej Stany Zjednoczone.

Nawet na naszym polskim podwórku mamy wielkie i małe spory o to, kto był większy patriotą: Piłsudski czy Dmowski, choć niezaprzeczalnie obaj położyli wielkie zasługi w procesie odzyskiwania niepodległości. Mieli wprawdzie różne wizje przyszłej Polski. Pierwszy dążył do federacji z racji zróżnicowania etnicznego odrodzonej Rzeczpospolitej , drugi do inkorporacji jak największych ziem zaboru rosyjskiego i polonizacji zamieszkujących je mniejszości.

Obecnie umysły Polaków rozpala spór o Lecha Wałęsę i ten podział mniej więcej pokrywa się z polaryzacją ideologiczną naszego społeczeństwa, choć jednak większość, bez względu na wiarę lub powątpiewanie w jego współpracę z SB, uznaje jego prezydenturę za słabą. Trudno zresztą o inne podejście, skoro w pierwszych wyborach wygrał w pierwszej turze, a w drugich otrzymał nieco ponad 1% głosów.

Przepis na idola

Obecnie za bohaterów uchodzą różnej maści celebryci, wykreowani przez media oraz młodych fanów różnej odmiany współczesnej muzyki czy form protestu.

Młodzież jest grupą, którą najłatwiej krytykować. Nie bardzo może i umie się bronić, a reguł gry rządzących światem dorosłych nie chce zaakceptować. Jedynie pisma młodzieżowe, które są do niej adresowane biorą ją w obronę i czasami dają jej się wypowiedzieć.
W ostatnich latach narzekania na młodzież znalazły wyraz w decyzjach politycznych. Akcja „Małolat” miała zapobiec przestępczości wśród młodzieży, a ochroniarze i kamery śledzące ruch na szkolnych korytarzach - narkomanii. Tak się jednak nie stało.
Również oficjalnie lansowane autorytety i postawy nie znajdują zrozumienia u młodych ludzi. Oni nie chcą odgórnie narzuconych wzorów zachowań i podstarzałych mentorów, którzy z wystudiowanym uśmiechem przekonują ich, że są fajni. Spornych obszarów jest zresztą więcej. Weźmy choćby nową generację muzyków rockowych. Nie przypadła ona do gustu pokoleniu rodziców dzisiejszych nastolatków, chociaż wykonawcy często są w ich wieku. To samo dotyczy kontrowersyjnych wystaw, czy szokujących filmów, które cieszą się największym uznaniem młodego widza.

Nie ma jak dotąd na rynku podręcznika zatytułowanego Jak zdobyć popularność wśród młodzieży. Ktoś, kto próbowałby go napisać napotkałby na ogromne trudności w ustaleniu kryteriów, według których miałby zbudować portret idola. Różnorodność stylów współczesnej muzyki i innych dziedzin sztuki sprawia, że trudno znaleźć jakieś wiodące przymioty „bohatera epoki”.
Pewne wspólne cechy można jednak zauważyć. Pierwszą jest sprzeciw wobec rzeczywistości i istniejących stosunków międzyludzkich.
Drugą jest autentyzm, bądź pozowanie na autentyzm. Trudno odróżnić jedno od drugiego w czasach, gdy ekshibicjonizm psychiczny stał się normą twórczej wypowiedzi, a wywlekanie intymnych szczegółów życia w niewybrednych słowach, czy szokujących obrazach uznaną kategorią estetyczną.
Trzecią jest komunikatywność. Pomimo krytyki, jakiej są poddawani dzisiejsi awangardowi artyści trzeba przyznać, że wiedzą jak przemawiać do swoich odbiorców. Wspólny żargon, niekiedy zredukowany do prostych komunikatów, wielu z nich gwarantuje estradowy sukces.
Oprócz wymienionych „predyspozycji” do zostania idolem niezbędnym warunkiem do osiągnięcia sukcesu jest wsparcie medialne. Bez promocji nawet najbardziej uzdolniony debiutant nie ma żadnej szansy.

Entuzjaści klasyki

Jednym z mitów lansowanych przez niektóre media jest przekonanie o niechęci młodzieży do sztuki tradycyjnej. Przeczy temu jednak liczba sprzedawanych każdego roku płyt Elvisa Presleya, czy zespołów „The Beatles”, „Pink Floyd”, „Led Zeppelin”, „The Animals” i wielu innych. To samo dotyczy polskich wykonawców, którzy latami nie schodzą z list przebojów, jak Czesław Niemen, Urszula, Maryla Rodowicz, czy grupy „Manaam”, „Budka suflera” i „Bajm”. A przecież artyści ci zaczynali często przeszło 20, 30 lat temu i obecnie należą do kanonu polskiego rocka.

Miłośników klasyki wśród młodzieży jest zatem wielu i stanowią bardzo odporną grupę na naciski awangardy. Wystawa impresjonistów w warszawskim Muzeum Narodowym przyciągnęła tysiące młodych ludzi i to nie tylko w ramach szkolnych wycieczek. Niewiele mniejszym powodzeniem cieszył się Andy Warhol, uważany swojego czasu za symbol sprzeciwu wobec mieszczańsko-filisterskiemu stylowi życia. Równie chętnie młodzież odwiedza „Zachętę”, czego wyrazem były tłumy licealistów i studentów na wystawie poświęconej najwybitniejszym twórcom XX wieku. Młodych ludzi można spotkać w Starej Kordegardzie, na Zamku Królewskim, a także w licznych galeriach sztuki, słowem wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego.
Podobnie jest z muzyką. Wspólny koncert koncert Ewy Małas-Godlewskiej i José Cury w Teatrze Wielkim zgromadził tłumy młodych ludzi na Placu Teatralnym, nie zniechęciła ich nawet niezbyt sprzyjająca aura. Można powiedzieć, że każdy tradycyjny styl sztuki, włącznie z muzyką dawną i malarstwem realistycznym, ma swoich fanów wśród młodego i bardzo młodego pokolenia.

Czyli sztuka - zarówno tradycyjna, jak i współczesna - znajduje odbiorców w każdym wieku. W zasadzie przyciąga tych, których nie zraża jej hermetyczny język, prowokacja i łamanie wszelkich konwencji artystycznych.

Między poszukiwaniem a frustracją

Polityka już od paru dekad przestała być wylęgarnią bohaterów. Unią Europejską targają coraz nowe wstrząsy, których ukoronowaniem był Brexit oraz zaostrzająca się polityka na temat relokacji uchodźców, przybierająca niekiedy histeryczne tony. Dla wielu Rosjan bohaterem jest Władimir Putin, który po latach stagnacji i niezbyt chlubnych rządów Borysa Jelcyna przywrócił „wielkoruską” wiarę mieszkańcom swego kraju.
Ale już w USA od czasów Reagana żaden prezydent nie cieszy się estymą i nawet jeśli pełnił swój urząd przez dwie kadencje, to najczęściej wygrywał niewielką liczbą głosów. Pozostają zatem odwołania do historii i prowadzenie tego, co określa się mianem polityki historycznej. W Polsce widać to szczególnie wyraźnie.

Jedno jest pewne. Niektórzy bohaterowie historyczni pozostaną, choć w zależności od dziejowego kontekstu mogą być różnie interpretowani. Media, a zwłaszcza Internet, będą kreować coraz nowych idoli - jednodniowych skandalistów, albo zgoła wirtualne bóstwa.
Leszek Stundis

DMC Firewall is a Joomla Security extension!