Humanistyka el

"Dewojtylizacja" Kościoła jednak postępuje

Utworzono: niedziela, 22 grudzień 2019 Anna Leszkowska

Media obiegają co chwila newsy dotyczące ewentualnej dekanonizacji Jana Pawła II, do jakiej rzekomo się szykuje Kościół papieża Franciszka. Owa „dewojtylizacja” Kościoła powszechnego jednak postępuje. Przynajmniej w przestrzeni symbolicznej, jak również – strukturalno-decyzyjnej. U nas rok 2020 ogłoszono rokiem Jana Pawła II.

Katolicyzm ze swej istoty jest społeczny.
o. Pedro Arrupe

 

Czarnecki do zajawkiW latach 1979-80 wybuchł ostry konflikt na linii Rzym – zakon jezuitów. Był to konflikt dwóch osobowości: Karola Wojtyły i Pedra Arrupe, ówczesnego generała zakonu, tzw. czarnego papieża. Trzeba tu od razu dodać, iż szef Towarzystwa Jezusowego był zawsze „szarą eminencją” – od chwili założenia zakonu przez św. Ignacego Loyolę (1534) – w całej strukturze kościelnej. Do czasu…

Konflikt rozgorzał z powodu stosunku do teologii wyzwolenia. Ale miał też podłoże w osobowościach obu hierarchów. Pedro Aruppe - Bask, znający doskonale teologię, która doprowadziła do Vaticanum II, do chwili wyboru na generała TJ przebywał głównie na misjach i realizował zadania Towarzystwa w Azji. Zakon jezuitów pod jego kierunkiem stał się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Jezuici stanowili forpocztę prądów, które z czasem nazwano „teologiami wyzwolenia”.

Karol Wojtyła zaś - jak to doskonale pokazał w swej książce Piotr Szumlewicz (Ojciec Nie-święty), ale i wielu zachodnich autorów i watykanistów, miał mentalność prowincjonalnego, zachowawczego proboszcza ze Wschodu Europy. Charakteryzował go skrajny antykomunizm, mesjanistyczna wizja Kościoła i kult bezrefleksyjnej, ludowej religijności w polskim, maryjnym wymiarze. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą jakim był Arrupe wyraźnie mu było nie po drodze.

Pacyfikacja teologii wyzwolenia – teologicznie, personalnie i jurydycznie (tu Wojtyłę wspierał aktywnie kard. Josef Ratzinger, na XX-wieczny sposób watykański „wielki inkwizytor”) – rozpoczęła się od zakonu św. Ignacego Loyoli. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50-tych rodziły się wspomniane „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i ideach socjalistycznych. Pedro Arrupe – osoba niezwykle popularna nie tylko w zakonie, ale w całym Kościele, charyzmatyczna i głęboko oddana idei postępu, rozwojowi ludzkości i sprawiedliwości społecznej (gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z obozem realnego socjalizmu przeciwko prawicowym dyktaturom, zależnym i kreowanym z Waszyngtonu) został przez Papieża Polaka jawnie spostponowany, zlekceważony, zignorowany.

Papież manifestacyjnie pomijał w swych wszystkich enuncjacjach Towarzystwo, a przechodząc lub przejeżdżając obok stojącego „czarnego papieża” ostentacyjnie odwracał głowę, aby go nie pozdrowić. Ze względu na rozległy wylew, w wyniku czego został sparaliżowany, mając kłopoty z komunikacją, (a było to też wynikiem poniżenia, jakiego doznawał podczas uroczystości publicznych), Pedro Arrupe zrezygnował z urzędu (1983). Pacyfikacja jezuitów w tym momencie dobiegała końca. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, narzucani niejako autorytetem biskupa Rzymu Towarzystwu (co wcześniej się nie zdarzało), konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych, samodzielnie myślących, nie ulegających autorytetowi Rzymu.

Uznanie dla Opus Dei i Legionu Chrystusa

Jan Paweł II formalnie Towarzystwo Jezusowe zepchnął na drugi plan. Jego poparcie dla świecko-klerykalnego bractwa Opus Dei (oraz jawna admiracja i ostentacyjna jego celebracja) miała podłoże w doświadczeniach i korzeniach polskiego konserwatyzmu, klerykalizmu i dystansu do wszystkiego, co trąciło jakąkolwiek lewicowością. To Opus Dei, Legion Chrystusa czy Ruch Odnowy w Duchu Świętym zajęły eksponowane miejsca, jakimi od czasów Ignacego Loyoli czy Dominika Guzmana cieszyli się jezuici, bądź dominikanie (czyli klasycznie pojmowana hierarchia i struktura Kościoła katolickiego przejawiająca wówczas skłonności do kontestacji konserwatyzmu, zachowawczości i wizji Kościoła Karola Wojtyły).

O jakiejś symbolicznej „dewojtylizacji” Kościoła można snuć rozważania na kanwie wypowiedzi papieża Franciszka, dotyczącej jakoby tuszowania przez Jana Pawła II spraw związanych z pedofilią, całokształtem wydarzeń mających miejsce w Legionie Chrystusa i najnowszej historii Kościoła katolickiego.
Warto jednak zwrócić uwagę na następujące aspekty tej sprawy, które nie są zresztą żadnymi rewelacjami. Cywilizowany, nieklerykalny świat wiedział i mówił o tych traumatycznych sprawach od dawna.
Tylko w Polsce, gdzie nie rozumie się terminu: wolność słowa i obowiązuje bałwochwalczy, feudalny stosunek do rozumienia pojęcia autorytet, a mainstreamowe media hodowały irracjonalny obraz Watykanu pod rządami Karola Wojtyły, basując jego bałwochwalczemu kultowi, prześcigając się w serwilizmie, ta wypowiedź Franciszka może powodować zaskoczenie. I nie lichą konfuzję. Bo oto teraz, już jawnie „umiłowany syn” Jana Pawła, który o mało co nie trafił na ołtarze świętości Kościoła, Marcial Maciel Degollado, założyciel admirowanego Legionu Chrystusa okazuje się zbrodniarzem-pedofilem. Masowym gwałcicielem nie tylko podopiecznych sierocińców prowadzonych przez ów zakon, ale i własnych dzieci, (których miał – dokładnie nie wiadomo ile – 7 lub 8), bigamistą, finansowym malwersantem, narkomanem i sadystycznym satrapą.

Jest to więc potwierdzenie całokształtu klimatu panującego w Kościele i tuszowania takich zachowań za czasów pontyfikatu – jakoby tysiąclecia.

Ujawnienie pedofilii

To pierwszy zwiastun „dewojtylizacji”, czyli przełamanie hipokryzji i milczenia, w jakiej tkwił Kościół Jana Pawła w tej mierze. Oskarżenia o zaniechanie i jawne ukrywanie owych przestępstw, wręcz zbrodni jak ma to miejsce w przypadku Degollado, dopadły głowy Kościoła katolickiego. Świętego, któremu postawiono tysiące pomników, napisano dziesiątki tysięcy panegiryków na jego temat i uznano w Polsce za „ojca narodu”, synonim wolności i demokracji. Bo święty w Kościele katolickim to osobowy wzór do naśladowania przez wiernych, drogowskaz moralny i etyczny ideał.

Po drugie, na przestrzeni ostatnich lat miały miejsce trzy znamienne wydarzenia. Oto w błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano salwadorskiego abp. Oscara Romero, zamordowanego 24.03.1980 roku przez bojówkę mjr. Roberto D’Aubuissona. Warto przypomnieć, że D’Aubuisson przeszedł przeszkolenie w tzw. Szkole Ameryk, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA (Forty Gulick i Benning), szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama.

Romero był utożsamiany przez ludność latynoamerykańską z ideami teologii wyzwolenia (choć to jest sąd nie do końca prawdziwy i nie mający pokrycia w dokumentach). Jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości i związany politycznie z interesami USA rządzonymi przez Ronalda Reagana, oprócz typowo kościelnych gestów i słów, nic nie uczynił w tej sprawie. Przeciwnie, wielu watykanistów twierdzi, iż osobiście blokował proces beatyfikacji salwadorskiego hierarchy. Dlatego m.in. akta zebrane w Salwadorze potwierdzające męczeństwo Romero leżały bez żądnej decyzji od 1990 do 1999 roku w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Dopiero po 2000 rok rozpoczęło się wokół tych dokumentów urzędnicze krzątanie. Od beatyfikacji do kanonizacji Romero minęło niespełna 3 lata (2015 do 2018). Porównania z analogicznym przypadkiem ks. Jerzego Popiełuszki cisną się same.

Do miana symbolu urosnąć może fakt, iż obecny papież wywodzi się z Towarzystwa Jezusowego i jest – podobnie jak Pedro Arrupe – Latynosem. Również pełniący od niedawna funkcję generała TJ Arturo Sosa Abascal pochodzi z Ameryki Łacińskiej (jest Wenezuelczykiem). Czyżby zemsta jezuitów?

Decyzje Franciszka

Wspomniany, aktualnie urzędujący, generał jezuitów w jednym ze swoich publicznych wystąpień w 2019 roku stwierdził, iż szatan jest tylko „konstruktem myślowym mającym symbolizować zło”. Na to dictum groźne pomruki oburzenia wydali z siebie egzorcyści na całym świecie, a zwłaszcza w Polsce. Doktryna Kościoła jasno i wyraźnie naucza, że zło nie jest abstrakcją, a szatan istnieje – twierdzą. Powołują się przy tym m.in. na encyklikę Wojtyły (Dominum et Vivificantem). To jawne zaprzepaszczanie dorobku nauki Jana Pawła II. Fakt, negacja istnienia diabła w materialnej rzeczywistości świata czyni ich obecność w Kościele zbędną.

Trzecim elementem procesu, o którym mówi ten materiał jest likwidacja decyzją papieża Franciszka Papieskiego Instytutu im. JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną. Dokumentem likwidującym Instytut i powołującym w jego miejsce nową instytucję (pod nazwą: Papieski Instytut Teologiczny im. JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie) było motu proprio >Summa familiae< (wrzesień 2017). Zmiana nastąpiła w 2019 roku.
To jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie ortodoksów i bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel, filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Nie tylko zwalnia się całą kadrę, powołując wielu nowych, tzw. otwartych teologów i konsultantów.
Najgroźniejszym dlań jest to słowo „dla”. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem otwarcie na inne spojrzenia dotyczące rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. „Jakich nauk? – pyta. - Nie ma przecież nauk o małżeństwie i rodzinie. Ten tytuł mówi tylko o tym, że socjologia, psychologia i tym podobne nauki będą decydowały jak i co należy myśleć o małżeństwie i o rodzinie”. Zatraca się jego zdaniem cały dorobek – w tej materii – Jana Pawła.

Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
Czyli wszystko co dotyczy Jana Pawła ma być dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją, czymś na wzór średniowiecznej scholastyki.

Grygiel i jemu podobni, liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści (różnych odcieni), absolutnie nie rozumieją tego, co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z Wesela Wyspiańskiego - „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym, ogarniętym przestrzenią wirtualną świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach tego świata.
To są zasadnicze elementy postępującej „dewojtylizacji” Kościoła rzymskiego, a nie brak kapelusza kardynalskiego dla metropolity krakowskiego Marka Jędraszewskiego, czy spektakularne enuncjacje watykańskich kurialistów. O newsowych, medialnych doniesieniach nie wspominając.
Radosław S. Czarnecki

 

 

 

 

 

 

 

Agonia demokracji

Utworzono: czwartek, 24 luty 2022 Anna Leszkowska


Czarnecki do zajawkiThatcherowska TINA (nie ma alternatywy) to absolutnie antyliberalne rozumienie wszechrzeczy, dogmatycznie przeczące jakiejkolwiek wolności.

To bon mot, który wraz z opanowaniem mainstreamowego myślenia takim fanatycznym pojmowaniem rzeczywistości – a dogmat zawsze rodzi fanatyzm kończący się prześladowaniami Innego (wykluczenie, stygmatyzacja, napiętnowanie itd. są formą prześladowań) – wykarczował powoli kulturę z wolności i nonkonformizmu myślenia.
A w kulturze człowiek jest zanurzony i to z niej czerpie życiodajne soki dla kreatywnej i twórczej postawy. Na tej bazie wolnorynkowy fundamentalizm - a każdy fundamentalizm jest bratem fanatyzmu – mógł splantować demokrację i wolność do coraz bardziej purytańskiej, nietolerancyjnej w swej istocie i praktyce, realności.
Zwieńczeniem tego procesu jest idiotyczny, po prostu kabotyński, bon mot Fukuyamy o „końcu historii”. Skompromitowany, ale oddający esencję takiego myślenia.



Przyszłością Europy będą Włochy. Włochy Berlusconiego zapowiadają analogiczne sytuacje w innych krajach.
Tam, gdzie demokracja przeżywa kryzys, władza trafia w ręce tych, którzy kontrolują media.
Umberto Eco, 2010

 

 

Gdy włoski intelektualista pisał te słowa, berluskonizacja sfery publicznej w Italii sięgała szczytów. Oto skuteczny i brutalny macher od mediów i manipulacji, miliarder i piekielnie bogaty Włoch monopolizuje na dwie dekady życie publiczne w Italii. Twórca holdingu Fininvest i imperium medialnego Mediaset, kontroluje i narzuca tym samym określony profil nie tylko rozrywce, ale i debacie politycznej, kulturze, pozostałym mediom itd. To czterokrotny premier Włoch, senator, bohater licznych skandali i oskarżany o przestępstwa podatkowe, za które nigdy jednak nie poszedł do więzienia. A bądź co bądź, w Europie na Italię z wielu tytułów patrzy się jako na coś wzorcowego, zwłaszcza z racji rzymskiej przeszłości. Szczególnie w przestrzeni kultury.
Historia Berlusconiego – i ukutego w związku z jego obecnością w życiu publicznym i wpływu na nie terminu berluskonizacja – oddają w wielkiej części przyczyny agonii demokracji. To właśnie berluskonizacja przestrzeni medialnej i jej rozkwit na przełomie tysiącleci ostatecznie pokazała proces staczania się, degrengolady zachodnioeuropejskiego systemu politycznego i jednego z jego podstawowych filarów: mediów, czyli czwartej władzy.

Błędne założenia


Połączenie arogancji neoliberalnego i topowego hasła, o którym mowa we wstępie, systemu zapoczątkowanego przez duet Thatcher – Regan w polityce i kolaps systemu radzieckiego (czyli – porządku pojałtańskiego) spowodowały bezgraniczną wiarę w sprawność i dobro systemu liberalnej demokracji. Jej ponadczasowość i wzorcowość dla innych cywilizacji czy kultur została rozpadem ZSRR potwierdzona w głowach wielu polityków i koncepcji na przyszłość tworzonych na tej bazie.
Na wizję świata, gdzie królować ma wyłącznie ten system polityczny, taka kultura, takie spojrzenie na człowieka i procesy zachodzące w świecie. To miał być świat demokratyczny, pluralistyczny, wolny, lecz z panującym niepodzielnie człowiekiem Zachodu jako homo-oeconomicusem. A to przecież koncepcja jednostki zakładająca, że człowiek jako istota działająca racjonalnie dąży zawsze do maksymalizacji osiąganych zysków, do dokonywania wyborów ze względu na wartość ekonomiczną rezultatów tych wyborów. I tylko to ma się dla niego liczyć.

Gospodarka rynkowa w stylu laissez-faire, jaka zapanowała i zdominowała demokrację zachodnią po 1991 r. (także wg wspomnianej TIN-y) na pierwszym miejscu postawiła pieniądze i karierę. Prezenty czynione poprzez polityków dla bogaczy w postaci poważnego obniżenia podatków zrobiły swoje. Zamiast społeczeństwa o wysokim poziomie cywilizacyjnym wyrastać poczęło społeczeństwo czysto konsumpcyjne, pazerne, zapatrzone w siebie i pomnażanie swego dobrobytu, co podkreśla Marion hr. von Doenhoff, wieloletnia redaktorka naczelna „Die Zeit”.
Ta choroba krótkowzroczności i pazerności dotknęła także media. Powiązanie ich z wielkim kapitałem spowodowało sprowadzenie ich do tuby owego kapitału, bezrefleksyjnej promocji wartości, mających na cele wyłączne pomnażanie zysku. Druga rola – znaną zresztą z historii choćby Rzymu (chleba i igrzysk – Juvenalis, Satyry) – tak zorganizowanych mediów stała się czymś naturalnym.
Najhojniejszymi donatorami tego typu niewyszukanych rozrywek byli w historii cesarstwa m.in. Sulla, Juliusz Cezar, Pompejusz czy Trajan, który miał być autorem cytowanej opinii: „Lud rzymski można utrzymać w spokoju tylko rozdawnictwem zboża i igrzyskami” (Marek Korneliusz Fronton, Principia historiae). Również w rzymskich prowincjach ta zasada była powszechnie stosowana. Widowiska organizowane były zarówno przez dostojników ubiegających się o miejscowe urzędy, jak i przez nowo wybranych prowincjonalnych urzędników.
Znaczny popyt na takie rozrywki zachęcał zamożniejszych i przedsiębiorczych obywateli do podejmowania zyskownej funkcji organizatorów widowisk celem z jednej strony wzbudzenia poparcia, a z drugiej – odsunięcia zainteresowani społecznego od zasadniczych zagadnień społecznych, politycznych, kulturowych etc.

Innowacyjność

Silvio Berlusconi nie wymyślił więc nic nowego. Udoskonalił tylko, w oparciu o technologiczne i nowoczesne osiągnięcia współczesności, model funkcjonowania mediów i polityki. A przestrzeń medialna była uważana za główną osnowę zachodniej demokracji, stanowiąc niezależną zarówno od wielkiego kapitału jak i polityków sferę dostarczającą w miarę niezależnych informacji – przeważnie krytycznych i zmuszających odbiorców do refleksji i samodzielnej oceny sytuacji – na temat polityki i działających w niej polityków.

Kapitał, zwłaszcza ten wielki, ponadnarodowy, biorąc niejako na smycz media spowodował, iż z funkcji kontrolnej stały się transmisją jego interesów i planów. A te ograniczają się głównie do zysków (wpływy polityczne i kontrolne są elementem mnożące owe zyski). Nowoczesne media miały być czwartą władzą kontrolującą pozostałe trzy (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczoną wg koncepcji Monteskiusza - O duchu praw), nie kreatorem określonej rzeczywistości. Wiążąc się bezpośrednio z kapitałem – i tu kazus Berlusconiego jako jego właściciela, potężnego przedsiębiorcy, inwestora, ale także posiadacza i kontrolera imperium medialnego (za pomocą którego zmonopolizował i narzucił społeczeństwu Italii określone wzorce, model i sposób odbioru rzeczywistości prezentowanej przez media) – utraciły ową (domniemaną ?) niewinność (Charlie Le Duff, Shitshow. Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje). Stały się kreatorem, demiurgiem, strażnikiem interesów wielkiego kapitału.

Święty egoizm


Obserwując efekty społeczne, psychologiczne, kulturowe – a przede wszystkim polityczne - TIN-y (zarówno w wymiarze gospodarczym jak i interpersonalnym) i to, co przyniosły ludzkości już w I dekadzie XXI w., Benjamin Barber mógł zauważyć, iż „chciwość ma rację bytu. Działa. Oddaje istotę ewolucji naszego ducha. Egoizm przestał się ukrywać pod szatą religii. Sam się stał religią” (B.Barber, Skonsumowani).
Konsumenci już dotychczas zorganizowanemu i mającemu funkcjonować systemowi nie wystarczyli. Trzeba było – i to się udało m.in. w efekcie sukcesu oraz przyzwolenia struktur państwowych i unio-europejskich na koncentracje kapitału medialnego przez Berlusconiego oraz nie dostrzegania zagrożeń jakie z tym się wiążą – konsumentów przekształcić w wyznawców. Coś co ma kształt wiary religijnej. Świat staje się jednowymiarowy – no bo przecież nie ma alternatywy, historia „się skończyła”, zwyciężyła demokracja liberalna w zachodnim stylu i my – to znaczy zwycięzcy – mamy absolutną rację. Posiedliśmy (z tego tytułu) prawdę.

Jednowymiarowość współczesnej kultury i groźbę niesioną tym procesem dla demokracji oraz kultury człowieka opisał dokładnie przed ponad pół wiekiem Herbert Marcuse w Człowieku jednowymiarowym. Jednowymiarowi ludzie ukształtowani przez „wygodną, uładzoną, rozsądną, demokratyczną nie-wolność” konformizmu oduczą się samodzielnie i krytycznie myśleć. Taki liberalny (z pozoru niegroźny) przymus – homogeniczność przekazu i jego powszechność są formą przymusu – rodzi schizofrenię społeczną, będącą drogą do politycznej, kulturowej, infantylizacji.
Proces ten wzmacniany był cały czas zarówno przez zakorzenianie medialnym przekazem w społecznej świadomości braku alternatywy (i nieważne, iż pierwotnie miało dotyczyć to rozwiązań gospodarczych, lecz właśnie poprzez procesy asymilacji mediów przez wielki kapitał wszczepiono taką wizję rzeczywistości).

Z drugiej strony, infantylizacja dokonała się przez swoiste korumpowanie odbiorcy, konsumenta feerią nowości, gadżetów – często zbędnych i stanowiących typową sztukę dla sztuki - którymi musi się zainteresować. Aby być szczęśliwym, podziwianym, aby jego życie stało się w ten właśnie sposób pełnym.
Sprawami państwowymi, organizacją życia publicznego, jego funkcjonowaniem itd. zajmą się fachowcy, będący wiarygodnymi, sprawdzonymi, odpowiedzialnymi reprezentantami właścicieli kapitału. Oni doskonale bowiem wiedzą czego ludziom potrzeba, gdzie jest dobro, a gdzie zło, kto ma racje (oczywiście MY), a kto kłamie i oszukuje. A poza tym – nie ma alternatywy……

Współczesny liberalizm promowany przez euroatlantycki (czyli zachodni mainstream) – który de facto jest neoliberalizmem i tym samym klasycznym konserwatyzmem (takim sprzed 100 i więcej laty) – dzięki wspomnianej infantylizacji i igrzyskom fundowanym konsumentom przez jednowymiarowe media zamiast rzetelnej debaty publicznej został zdegradowany do pejoratywnego terminu. I tak jest odbierany.
Ten stan utożsamia politykę jako wyłącznie leseferystyczne monstrum, zaniedbujące dobro społeczeństwa z racji wzbudzonej nieufności wobec państwa (jako formy organizacji życia społecznego), przez dążenie do masowej prywatyzacji, deregulacji, zaciskania pasa wydatków publicznych, redukcji podatków oraz przez minimalizację ingerencji politycznych w gospodarkę. I zniechęca – podobnie jak igrzyska, które są w masowym wymiarze efektem i sukcesem berluskonizacji – do udziału w polityce (zarezerwowanej dla kasty bogatych pseudomerytokratów), do uwiądu świadomej i czynnej obywatelskości, do agonii demokracji.

Zielony ład w objęciach kapitału

Nowa koncepcja funkcjonowania świata według tzw. zielonego ładu, polegająca na najszerzej rozumianej dekarbonizacji, ograniczeniu emisji CO2 , drastycznym zmniejszeniu masowej konsumpcji, jest na pewno ideą słuszną. Już na przełomie lat 60. i 70 ub. wieku kolejne raporty rzymskie wspominały o tym problemie, przedstawiając zagrożenia jakie rozbuchany konsumpcjonizm i niczym nieograniczona zachłanność kapitału – zyski i władza – mogą nieść Ziemi i ludzkości.
Jeśli jednak partie proekologiczne, tzw. Zieloni, pozostawać będą w „objęciach kapitału” (podobnie jak media skolonizowane przez berluskonizację) – teraz tego, który liczy na zyski bez względu na koszty, skuteczność przedsięwzięcia w obliczu zmian klimatu, a przede wszystkim z racji strat społecznych (bez których, jak wiadomo, przy wdrażaniu „zielonego ładu” się nie obejdzie) – para pójdzie w popularny gwizdek. Napasie się kapitał (tym razem „zielony”) a straty społeczne będą gigantyczne.
Bo jak mają ograniczyć i tak już minimalną konsumpcję w porównaniu z Zachodem społeczeństwa tych krajów, które ów Zachód przez wieki eksploatował (kolonializm i rabunkowa gospodarka mega koncernów oraz protekcjonizm zachodnich państw) i które są zaliczane do najbiedniejszych regionów świata? Po raz kolejny powie się im: nie ma alternatywy?

Pełzające zawłaszczanie

Wspomnienia o berlusconizacji, jakiej doświadczyły Włochy (i nadal doświadczają, gdyż ten model stał się dominującym), muszą być znamienne. Ten model utrwalił się – bez jakichkolwiek reakcji ze strony Brukseli i agend unijnych, choć zagrożenia były jasne i widoczne (przeciwdziałanie koncentracji kapitału i wpływu tych procesów na przestrzeń medialną w Europie) – tworząc dzień po dniu system rządów oparty na utożsamianiu partii, kraju i państwa z szeregiem interesów w dziedzinie przedsiębiorczości.

Berlusconi zrobił to bez uciekania się do operacji policyjnych czy do aresztowań posłów, ale opanowując stopniowo najważniejsze media (lub usiłując przy pomocy skomplikowanych machinacji finansowych zawładnąć niezależnymi jeszcze organami prasy). Wszystko było zgodne z demokracją, wolnościami prowadzenia biznesu i panującą doktryną (ponoć liberalną). I to stworzyło przyczółki dla społecznego przyzwolenia dla ofensywy populizmu, a często i neofaszyzmu (U.Eco, Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów).

Jean Baudrillard zauważył, że „koniec nowoczesności następuje wtedy, kiedy wszystkie konsekwencje postępu, wzrostu i wyzwolenia stają się dwuznaczne. To wtedy demokracja traci głowę” (Przejrzystość zła). Demokracja staje się - gdy więdnie kontrolna rola mediów a ich niezależność sprowadzona zostaje do transmisji interesów kapitału – baudrilardowskim symulakrem.
Symulakr jest imitacją pozorującym lub tworzącym własną rzeczywistość. Pod koniec XIX wieku termin zaczął być kojarzony z niższością, jako obraz pozbawiony istoty lub cech oryginału. Symulakry wykorzystywane są w celach religijnych, magicznych, naukowych, praktycznych, rozrywkowych, wszędzie tam, gdzie korzystamy z wyobrażenia obiektu, do którego się odwołujemy. Są wyposażone w atrybuty, które stwarzają złudzenie życia, rzeczywistości, relacji interpersonalnych. Specyficznym symulakrem jest więc karykatura.
Radosław S. Czarnecki

 

 

 

 

 

 

 

Angielski "made in Germany"

Utworzono: wtorek, 27 styczeń 2015 Dorota Gonczaronek


Scena w Goethe Institut podczas wakacyjnego kursu języka:
 

Crystel z Kostaryki usiłuje wytłumaczyć nauczycielce, że jedzie do Berlina, aby w niedzielę oglądać w ambasadzie swojego kraju mecz MŚ w piłce nożnej pomiędzy Kostaryką i Holandią.

Nauczycielka kiwa ze zrozumieniem głową i kończy za nią, mówiąc: „Ach, jedziesz do Berlina zum Public Viewing”. Na to odzywa się kompletnie skonsternowany Ethan, Amerykanin,  drapiąc się przy tym po głowie: „Ale o co ci chodzi? To Crystel nie jedzie na mecz?”

Public Viewing jest pozornym anglicyzmem lub też pseudo anglicyzmem; w języku niemieckim zwrot ten oznacza oglądanie na telebimach, szczególnie imprez sportowych transmitowanych na żywo, w miejscach publicznych. Po angielsku zwrot ten oznacza wystawienie zwłok zmarłego na katafalku.  

 

Zapożyczenia językowe, czyli wyrazy, związki wyrazowe,  struktury składniowe przejęte z języka obcego lub wzorowane na nim są jednym ze skutków szerokich kontaktów międzykulturowych i komunikacji. Istniały zawsze, ale obecnie, ze względu na rozwój nowoczesnych technologii, stają się praktycznie niewyczerpalnym polem do badań językoznawczych, szczególnie w odniesieniu do anglicyzmów.
W badaniach językoznawczych pojawiają się określenia skali receptywności lub indeksu receptywności. Jedne języki bronią się przed zapożyczeniami, inne z kolei, jak np. niemiecki, są na zapożyczenia, szczególnie z języka angielskiego, niezwykle otwarte.

 

Sam angielski należałoby umiejscowić na szczycie skali receptywności, ponieważ był zawsze niezwykle otwarty na zapożyczenia. Należałoby również podkreślić, że razem z niemieckim należy do północnogermańskiej grupy językowej. Ma to swoje uzasadnienie historyczne: podboje Wysp Brytyjskich były dokonywane w V w n.e. przez plemiona Anglów, Saksonów oraz Jutów, którzy posługiwali się wczesną formą języka angielskiego. Najważniejsze było dziedzictwo składni, słownictwa i gramatyki. To germańskie dziedzictwo ukształtowało język staroangielski, dziś wymarły, przy czym język ten ulegał dalszym wpływom: języka staronordyjskiego, celtyckiego (skąd zapożyczone zostało określenie m.in.  leprechaun oznaczające małego człowieczka o magicznej mocy – znamy go z sagi o Harrym Potterze autorstwa J.K. Rowling), łaciny  - wskutek kilku wieków okupacji rzymskiej i francuskiego  - po podboju normandzkim.


Wzbogacające zapożyczenia

 

Angielski jest zdecydowanie jednym z najczęściej używanych języków świata, przy czym jego niezwykłe bogactwo i różnorodność  została ukształtowana również na skutek zapożyczeń.  Tak więc transfer nie jest jednostronny – w języku angielskim znajdują się również wyrazy pochodzenia niemieckiego, bynajmniej nie ograniczone do słów z dziedziny życia codziennego, polityki czy filozofii,  jak: hamburger, leitmotif, realpolitik,  lecz również takich, jak: ersatz (namiastka), diesel (diesel), abseil (spuszczać się na linie), feldspar (skaleń), rucksack (plecak), kindergarten (przedszkole) , Weltanschauung (światopogląd), kitsch (kicz), leitmotiv (motyw przewodni), czy wreszcie wunderkind (cudowne dziecko).
W przypadku, gdy zapożyczany wyraz zawiera umlaut, tak jak np. Müsli, jest on najczęściej zapożyczany po zastąpieniu umlautu przez samogłoskę + e (muesli). Wyrazy te nie mają swoich precyzyjnych odpowiedników znaczeniowych w języku angielskim.

 

O ile określenie anglicyzm jest neutralnym określeniem zapożyczenia, to określenia Denglisch, Engleutsch, Germish czy Genglish,  będące połączeniami dwóch wyrazów: Deutsch oraz Englisch,  są zbitkami słownymi o zabarwieniu pejoratywnym odnoszącymi się do tzw. pozornych anglicyzmów, lub pozornych, czy też wymuszonych, zapożyczeń.

 

Zapożyczenia i kalki

 

W języku niemieckim istnieją różne zapożyczenia i stąd ze względu na ich typologię można wyróżnić różne kategorie: zapożyczenia właściwe, gdzie wyrazy wchodzą do danego języka w sposób pośredni lub bezpośredni. Za przykład niech tu posłuży fluffig,  zapożyczony z angielskiego fluffy. Oczywiście,  istnieje w niemieckim leicht oraz luftig, jednakże ich znaczenie jest nieco inne, a po przyjęciu niemieckich końcówek fleksyjnych (ein fluffiges Gebäck) wyraz ten doskonale wpasował się w system języka.


Innym przykładem są zapożyczenia sztuczne, gdzie wyrazy są tworzone ze składników obcej mowy, np. Zeitmanagement  (niem. Zeit  - czas i ang. management - zarządzanie) -  stosowany w języku stosunków handlowych oznacza efektywne gospodarowanie czasem; E-Post
(ang. Electronic,  niem. Post
) to po prostu e-mail;  All-in-one-Lösung (ang. All-in-one, niem. Lösung) to całkowite rozwiązanie.

Zapożyczeniem budzącym najwięcej kontrowersji wśród językoznawców są repliki, czy też kalki językowe. Powstają one wówczas, gdy w języku rodzimym stosowane są dosłowne odwzorowane związki wyrazowe lub konstrukcje składniowe języka obcego. Jako przykład można podać wyrażenie das macht Sinn (zamiast: das hat Sinn w znaczeniu: to ma sens. Podstawą tej kalki językowej jest angielskie wyrażenie this makes sense). Jak na ironię samo określenie w języku angielskim loanword (zapożyczenie) jest kalką językową niemieckiego Lehnwort.

 

Indeks anglicyzmów

 

Jedni postrzegają zapożyczenia z języka angielskiego jako zagrożenie, zadając często, niestety, retoryczne pytanie,  jaki jest powód do zastępowania Schiedsricher angielskim referee, Hauptvekehrszeit angielskim rushhour, ale to nie jest problem.

Verein Dutsche Sprache (Rada Języka Niemieckiego) nie wydaje się bronić przed napływem anglicyzmów w języku niemieckim. Wręcz przeciwnie. Stoi ona na stanowisku, że zapożyczenia, będące swoistym rodzajem wymiany międzyjęzykowej są procesem naturalnym, kreatywnym i wzbogacającym.


Stąd też stworzono Der Anglizismen Index  będący kompendium wiedzy w zakresie anglicyzmów stosowanych w codziennym języku niemieckim. Lista obecnie obejmuje około 7500 haseł i jest na bieżąco aktualizowana.  Ideą przyświecającą  jej utworzeniu była pomoc  zarówno tym, którzy nie rozumieją niemieckich tekstów zawierających anglicyzmy (lub pseudoanglicyzmy) jak i tym, którzy chcieliby stosowania anglicyzmów w niemieckim unikać.

Częstotliwość występowania anglicyzmu nie jest kryterium decydującym o jego wpisaniu do indeksu – istotniejsze  jest bezzwłoczne podanie niemieckiego odpowiednika.

Indeks ten ma również na celu chronienie niemieckojęzycznych podróżnych, udających się do krajów angielskiego obszaru językowego, przed sytuacjami, które mogą być dla nich kłopotliwe w przypadku posługiwania się pseudoanglicyzmami. Takimi, które albo w języku angielskim nie występują, albo też mają zupełnie inne znaczenie.

 

Anglicyzmy podzielono na trzy kategorie: ergänzend - dopełniające (np. fair, googeln, audit, Interview), które stanowią ok. 3,0%  haseł listy; differenzierend - różnicujące (np. audio (guide) system: call center, handicap, tablet), które stanowią 18% haseł, oraz verdrängend - wypierające (np. Basecap – nieistniejące w j. ang. określenie na baseball cap; Swinging – nieistniejące w j. ang. określenie na zmianę partnera, Service Point określające punkt informacji, zamiast angielskiego customer service desk). Hasła tej kategorii stanowią 79%.

Ciekawe jest, że określenie współczesnego wyrazu, które zdominowało życie codzienne, Handy ma niewiele wspólnego z angielskim określeniem mobile, podobnie jak simsen będące odpowiednikiem angielskiego to text, jednakże obydwa zaszeregowano w kategorii 2.

 

Według słownika Duden, najbardziej miarodajnej instancji w zakresie poprawności języka niemieckiego, zaledwie 3,7% kluczowych wyrazów to anglicyzmy. Dlaczego więc to zagadnienie budzi tyle emocji? Są one używane w języku codziennym, a wyrażenia typu die Mails checken, zdołały się tak doskonale wpasować w realia życia codziennego, że nie są postrzegane jako wyrazy obce, lecz rodzime. W dziedzinie marketingu używane są anglicyzmy, ponieważ ich brzmienie budzi pozytywne konotacje. Taka myśl przyświecała zapewne specjalistom od marketingu tworzącym kampanię promującą region narciarski w rejonie Salzburga snow space Flachau. Tylko mała dziewczynka na wyciągu narciarskim musiała zapytać po niemiecku mamy, co znaczy space.

Dorota Gonczaronek

 

Autorka jest tłumaczką języka angielskiego.

 

 

Bizantynizacja hegemona

Utworzono: czwartek, 29 marzec 2018 Anna Leszkowska


Studia nad imperiami to przede wszystkim badania specyficznych form władzy.
Alejandro Colas


Czarnecki do zajawkiZnakomite dzieło Petera Bendera „Weltmacht Amerika – Das Neue Rom” przyrównujące współczesną Amerykę do Imperium Romanum w wymiarze imperialnego panowania nad światem od ponad dekady daje asumpt do dywagacji nad istotą amerykańskiego imperializmu. Wielu autorów i komentatorów politycznych, a także futurologów i „zaklinaczy rzeczywistości” wedle swojego „chciejstwa”, ciągnąc motyw schyłkowości tego państwa i jego hegemonii – przede wszystkim w wymiarze militarnym (za którym idzie pozostała reszta przewag Ameryki nad światem) – odnosi się raczej do „dekadencji w kulturze, w społeczeństwie amerykańskim, polegającej na wypieraniu tradycji białych, anglosaskich protestantów” - jak to nazywa prof. Bronisław Łagowski w „Fałszywej historii, błędnej polityce”.

To głos nie tyle amerykańskich neokonserwatystów i religiantów różnych denominacji chrześcijańskiej proweniencji, nie tyle realistów politycznych czy pragmatyków, co nostalgików za rolą, jaką pełnili we wszystkich dziedzinach amerykańskiego życia w minionych latach tzw. WASP (White Anglo-Saxon Protestant). Białym, konserwatywnym i liberalnym Amerykanom w rodzaju Edwarda Luttwaka, Normana Podhoretza, Patrica Buchanana czy Roberta Kagana trudno jest się pogodzić z myślą o wypieraniu tej tradycji z życia USA od kilku dekad. Z różnych zresztą względów.

Ten scenariusz rozchodzenia się, rozpadania się Zachodu, opisał dokładnie w 2002 roku w listopadowym numerze The Atlantis Charles A. Kupchan („Koniec Zachodu. Amerykanie są z Marsa, Europejczycy z Wenus”), choć żegluje on jedynie po przestrzeniach antynomii europejsko-amerykańskich. Ale nie chodzi tu jedynie o podejście do militariów, do wojny czy narzucania siłą swych przekonań, poglądów, bądź szerzenia poprzez interwencje humanitarne demokracji czy wolności. Tu chodzi głównie o pewną filozofię życiową, polityczną wizję, kulturę oraz związaną z nią mentalność (tak indywidualną jak i zbiorową).

Historyczne porównania

Jeśli już jesteśmy przy poetyce rzymsko-helleńskiej, bo takie porównanie jest w kontekście przywołanego Petera Bendera jak najbardziej uprawnione, niezwykle ciekawe byłoby kompatybilne spojrzenie na sprawy militariów, polityki, a przede wszystkim – kultury najszerzej pojętej. Rzymianie (Zachód) zawsze liczyli na siłę militarną i prawo, Bizantyjczycy (Wschód) – na dyplomację (nawet intrygi i napuszczanie jednych wrogów na drugich). Łacinnik lubił pojęcia ścisłe, jasne, interesował się przede wszystkim praktycznym działaniem, Grek – przeciwnie, lubował się w spekulacjach, dyskusjach, krytycznych refleksjach. Czyniono to wszędzie, nie tylko na salonach, ale na ulicach, hipodromie, rynkach, bo wynikało to przede wszystkim z kultury i religii.

Jak zauważa w książce „Rzym - Konstantynopol na drogach podziału i pojednania” ks. Edmund Przekop, najlepiej ową dychotomię obrazują osoby i dorobek Tertuliana (z jednej strony) i Orygenesa (z drugiej). Obaj to pierwszoplanowi przedstawiciele wczesnochrześcijańskiej myśli teologiczno-doktrynalnej, żyjący na przełomie II i III w. n.e.
Tertulian – reprezentant Zachodu - to prawnik, dialektyk, pisujący dla obywateli rzymskich i poszukujący przede wszystkim drogi do Absolutu i jej uzasadnienia. Ten jurydyczno-praktyczny charakter kontrastuje wyraźnie z dorobkiem Orygenesa, którego nauka ma wyraźnie spekulatywny charakter, oparty o tradycję greckiej filozofii klasycznej. „Zamiast skostniałych prawniczych formuł Tertuliana, proponował on myśl dynamiczną, w której Bóg okazuje się na końcu dziejów miarą wszelkiego ruchu”. I dlatego człowiek musi się mu bezwzględnie, na wiarę, podporządkować. Następuje tak charakterystyczne dla późniejszego prawosławia przebóstwienie rzeczywistości.
Świat grecko-rzymski, będący przedłużeniem świata hellenistycznego z epoki Aleksandra Wielkiego i diadochów nie był nigdy zwartą całością. I to nie tyle nawet z tytułu różnorodności składających się nań tradycji, kultur, tożsamości ludów zamieszkujących poszczególne prowincje.
Ta różnorodność Rzymian, Greków, Syryjczyków, Egipcjan, Gallów, Izauryjczyków, Daków czy Brytów była charakterystyczną cechą tego olbrzymiego imperium. Tak jak to ma miejsce dziś w Ameryce: mieszkaniec Florydy ma zupełnie inne spojrzenie na otaczający go świat niż Amerykanin zamieszkujący Maine czy Vermont, Teksańczyk jest przeciwieństwem Nowojorczyka, a mieszkaniec Kalifornii czy Hawajów – obywatela z Kansas, bądź Alabamy.

Z czasem podział Cesarstwa wedle religijno-teologicznych różnic się pogłębił, (do polaryzacji stanowisk przyczyniło wprowadzenie chrześcijaństwa jako oficjalnej religii państwowej przez Konstantyna Wielkiego), gdyż zachwiała się pozycja jego stolicy – Rzymu. Tu bowiem do tej pory rezydował cesarz. Wraz z przeniesieniem siedziby Imperatora do Konstantynopola i „orientalizacją” dworu cesarskiego oraz kultury propagowanej przez dwór, wraz z rosnącą autokracją i umacnianiem pozycji cesarza w sposobie sprawowanych rządów w stylu azjatyckich satrapii (np. perskiej, chorezmijskiej, bądź muzułmańskich kalifatów), przy przewadze prowincji wschodnich w systemie administrowania krajem zmieniać się poczęły relacje Wschodu i Zachodu.

Silniejsza gospodarczo, kulturowo, a przede wszystkim żywsza w przestrzeni teologiczno-religijnych sporów wschodnia część Imperium zdominowała kulturę i poczęła nadawać jej swoiste, orientalne piętno. Bizancjum się orientalizowało, razem z całym wschodem cesarstwa. Potem doszły do tego podboje Arabów i Seldżuków.
Na Zachodzie, w starej stolicy, pozostał papież, biskup rzymski, który niejako siłą rzeczy pod nieobecność cesarza przejmował prerogatywy władzy (tak religijnej jak i świeckiej). I tylko to powodowało, że stara stolica zachowała jakieś resztki splendoru i znaczenia.

Te różnice widać w dorobku dwóch apologetów chrześcijaństwa: Tertuliana i Orygenesa, uwidaczniały się jeszcze przed przeniesieniem stolicy nad Bosfor przez Konstantyna Wielkiego. Antynomie narastały permanentnie, będąc po prostu immanencją olbrzymiego terenu i różnorodności kulturowo-cywilizacyjnej Imperium Romanum. To cecha niemal każdego imperium, tego dzisiejszego, hegemonistycznego, „nomadycznego” (p. R.S.Cz. - „Postkolonialny pejzaż zachodniego świata”, SN nr 3/18) i USA również.

Specyficzny hegemon

Dochodzimy także do wniosku – wbrew twierdzeniom wielu zaoceanicznych autorów - że specyfiką amerykańskiej hegemonii (a nie imperializmu jak oni twierdzą) są „rządy sprawowane tylko za pośrednictwem innych państw” pozostających w orbicie przyjaźni i sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi. Krajom tym, jeśli w owej zależności korzystnej dla interesów amerykańskich pozostaną zbyt długo, grozi utrata legitymizacji swej suwerenności - tak w oczach wewnętrznej opinii publicznej jak i na arenie międzynarodowej. I w tej sytuacji państwa te będą podważać pozory amerykańskiego nie-imperializmu, dobrej woli, wiary w słowa: wolność, demokracja, prawa człowieka itd. (p. A. Colas, „Imperium”). Widać to dziś w wielu miejscach globu jak na dłoni.

Trzeba podkreślić, iż 11.09.2001 stanowi wyraźną cezurę w tym procesie. Od tego czasu Amerykanie przekształcają swe relacje z otoczeniem (zewnętrznym i wewnętrznym) tak, „ażeby zabezpieczyć światowy porządek, w ramach którego amerykański kapitalizm będzie mógł kwitnąć jako zjawisko społeczno-ekonomiczne, polityczne i ideologiczne”, jawnie powracając do praktyki z apogeum lat „zimnej wojny”. I to bez jakichkolwiek pozorów zachowań nieimperialnych.
W chwilach przerażenia, jakie wywołał atak na WTC w Nowym Jorku, nawet tacy pacyfiści i przeciwnicy zbrojnych interwencji amerykańskich jak Susan Sontag dopuszczać poczęli rozwiązywanie siłowe w takich sytuacjach. „Ameryka ma wrogów. Ma wszelkie prawo obrać nową politykę, tropić sprawców i jej wspólników” (p. S. Sontag, „Prostota, jedność jasność” – Gazeta Wyborcza 05-06.10.02).
Widzimy wiec jak diametralnie wrzesień 2001 zmienił myślenie, świadomość i interpretację procesów zachodzących w świecie współczesnym. W świecie „białych ludzi”.

I tu ponownie musimy wrócić do baumanowskiej „nomadyczności”. Wojna z terroryzmem, jaką ogłosił Georg W. Bush jr i jaką Ameryka miała prowadzić z terrorystyczną międzynarodówką trwa już 16 lat. Ma ona także nomadyczny kontekst i wymiar. Co chwila USA gdzieś interweniują, tworząc nowe pole konfliktu, nowe ognisko chaosu, powodując dramaty i tragedie ludzi. Często już bardzo biednych i cywilizacyjnie upośledzonych.
Takie obrazy tworzyli bracia Tofflerowie w swych książkach, przede wszystkim w bestsellerze „Wojna i antywojna”, ale wówczas były to przepowiednie, science fiction.

Jak sądzi wielu polityków, w czasie wojny i zagrożenia wojną nie dyskutuje się, nie ma potrzeb publicznej debaty o zasadniczych kanonach polityki, więc taki stan rzeczy jest bardzo wygodny dla rządzących dziś konserwatystów, tradycjonalistów i dogmatycznych neoliberałów, którzy zawsze gardzili demokracją i szeroką, publiczną dyskusją. Obojętnie czy to w USA, Europie Zach. czy w Polsce. A poza tym pod hasłem „jedności narodu”, zagrożenia zewnętrznego, retoryką patriotyczno-bogoojczyźnianą zamyka się usta wszelkim oponentom oskarżając ich o zdradę, brak patriotyzmu, Targowicę (w Polsce), agenturalność i sprzedajność obcym. W najlepszym wypadku nazywa się ich „pożytecznymi idiotami”.

Według koncepcji bliskich Białemu Domowi rządzonemu przez neokonserwatystów (nie tylko formalnie), takie role wyznacza się też Polsce (na najbliższą przyszłość), państwom nadbałtyckim (Litwa, Łotwa, Estonia), Ukrainie czy Rumunii, gdyż stąd właśnie USA zamierzają przeciwdziałać żywotnym interesom Rosji (a przede wszystkim jej bezpieczeństwu) jak i ściślejszemu jednoczeniu się Unii Europejskiej (chodzi jednak głównie o Niemcy i ich dominację w Europie).

Pojęcie nomadyczności scharakteryzować możemy jako permanentną zmienność i wędrówkę oraz poszukiwanie: wody, pastwisk, lepszych warunków do życia i funkcjonowania stad oraz pasterzy. Także – za Baumanem – pracy, bądź …wrażeń (turystyka). Dlatego działania kapitału oraz Białego Domu zabezpieczającego jego interesy – tak jak cała przestrzeń wirtualna, w której dziś funkcjonuje ludzkość – dotyczyć muszą całego globu (to jest sens globalizacji). Stąd owo zarządzanie chaosem (p. N. Klein – „Doktryna szoku”) za pośrednictwem innych państw musi mieć również charakter ogólnoświatowy i jest tym samym kolejną cechą nomadyczności „Imperium-Nie-imperium” amerykańskiego. Richard Rorty, znakomity filozof XX-wieczny, w jednym ze swych esejów politycznych określił globalizację jako lansowanie programu służącego przede wszystkim amerykańskiemu mega kapitałowi i próbę zarządzania w taki sposób światowymi procesami.

Skąd my to znamy?

Ale Rzym w czasie swego rozwoju i ekspansji także stosował tego typu rozwiązania wobec państw buforowych, zależnych w jakimś sensie od jego władzy, zabezpieczających jego interesy. Takimi były np. Izrael Herodów, Armenia (periodycznie), Mauretania (po latach takiego „buforowania” włączona do Imperium jako prowincja Mauretania Tingitana) itd. Takim hybrydowym, efemerycznym państwem jest współcześnie np. Kosowo (największa baza wojsk amerykańskich w Europie, Camp Bondsteel / Uroševac została zlokalizowana właśnie tu po ogłoszeniu niepodległości tej serbskiej prowincji). Rosja, idąc tą ścieżką, tworzy na swoich granicach, w miejscach szczególnego zagrożenia jej interesów takie twory quasi-państwowe jak Osetia Poludniowa, Naddniestrze, republiki ludowe we wschodniej Ukrainie, Abchazja.

To wszystko z czym mamy do czynienia w polityce amerykańskiej jest logiczną konsekwencją prowadzonej od dekad polityki. A na pewno od zakończenia I wojny światowej, kiedy to Ameryka po raz pierwszy postawiła stopę na Starym Kontynencie (i chodzi nie tylko o stopę militarną, ale co może ważniejsze – sadowić się poczęła w formie ekspansji kapitału, stylu życia, mody itd.) i której już nie cofnęła. Doskonale ten fakt opisuje K.T. Toeplitz w „Najkrótszym stuleciu”.

Z kolei według Neila Fergusona („Świat bez mocarstwa?”- Gazeta Wyborcza, 23-24.10.04), II wojna światowa i jej wyniki pozwoliły USA sprowadzić grę geopolityczną do układu bipolarnego, na pewno czytelniejszego i łatwiejszego do opanowania i kontrolowania niźli struktura pluralistycznego, rozproszonego na szereg regionalnych imperiów świata czy bezbiegunowego w ogóle świata.

Nie kto inny jak Woodrow Wilson (prezydent USA 1913-21) miał zapowiedzieć, iż Ameryka będzie walczyć o wolny, liberalny, zglobalizowany rynek (korzystny dla Ameryki) i świat ze szczelnymi granicami. Przepływy kapitału i dóbr konsumpcyjnych – jak najbardziej. Żadnej konwergencji kultur, ludzi, idei itd. To też miało być jego zdaniem priorytetem Ameryki. Czy mur Donalda Trumpa nie jest jakąś kontynuacją tej myśli?

Można domyślać się, dlaczego takie wizje przychodziły na myśl elitom rządzącym Stanami Zjednoczonymi w ówczesnym czasie. Po pierwsze – niesłychana popularność na świecie idei rewolucyjnych i socjalistyczno-komunizujących, po drugie – zwycięstwo Rewolucji Październikowej w Rosji, po trzecie – obawa przed zatracaniem charakteru USA jako państwa WASP-ów. Kraju z segregacją rasową, porażonego misjonizmem cywilizacji „białego człowieka”, nieograniczonego niczym rynku, ale protekcjonistycznego wobec amerykańskiego kapitału (i tego co uznaje się za amerykańskie), zbiorowości wyznającej ideę Izaaka Zangwila opisanej jako melting pot, skutkującej tym, iż różnorodne wspólnoty: narodowe, kulturowe, religijne itd. żyją w jednym organizmie obok siebie, spajane przez tzw. american dream i tożsamość niesioną przez kulturę WASP.

Przywoływany tu Neil Ferguson jawi się jako jeden z wielu zwolenników hegemonii amerykańskiej w dotychczasowym stylu i wydaniu. Nic nie powinno się zmienić, dla dobra bezpieczeństwa i stabilizacji świata - zachodniego świata. Ubolewając, iż „amerykańscy wyborcy są dziś jeszcze mniej skorzy do przelewania krwi i wydawania grosza publicznego w obcych krajach niż w czasie wojny wietnamskiej” patrzy tylko przez euroatlantyckie, „białoskóre” i chrześcijańskie okulary. W rozpływaniu się, zatracaniu, dotychczasowej wizji amerykańskiego imperium, (a tym samym utratą zdolności do szerzenia swojej misji), widzi on zagrożenie dla pozycji i hegemonii Ameryki. Określa ją z tej racji – oraz z tytułu zadłużenia USA i niespotykanej konsumpcji społeczeństwa, nie widząc, iż to system neoliberalny kreuje takie postawy i stąd właśnie czerpie swe życiodajne, choć autodestruktywne soki – „miękkim” imperium, kolosem na glinianych nogach, krajem importującym siłę roboczą oraz społeczeństwem z deficytem panświatowej wizji.

Zapominają ci wszyscy konserwatyści, tradycjonaliści, którzy chcą świat zatrzymać w ewolucji, że tego się nie da na dłuższą metę spowodować. Na pewno trwale nie uda się cofnąć go do epok minionych, najlepiej do średniowiecza, gdzie elity w sutannach decydowały jak ma wyglądać życie intelektualne i codzienne na Starym Kontynencie. W strefę ponownej władzy białych mężczyzn, najlepiej bezżennych i stygmatyzowanych religijnymi przykazaniami z epoki neolitu (Stary Testament i zdobycie Kanaanu przez semickie plemiona Izraelitów). Nowoczesność jest jednak pluralizmem i wielością.

Dyktat demografii

Jednak ów kryzys hegemona ma zupełnie inny aspekt - jest pozorny. To kryzys sytuacji do której przyzwyczaili się (i cały świat) konserwatyści, tradycjonaliści, doktrynerzy i purytanie, ale także biali suprematyści, jakich mnóstwo jest w USA, którzy w wyniku polityki neoliberalnej i globalizacji zostali wykluczeni z dotychczasowych ról, jakie im przypisywały tradycja i dzieje Ameryki.

Na kryzys - oprócz czynników polityczno-gospodarczych (zarówno globalizacji, jak i nomadyczności kapitału, umiędzynarodowienia handlu i wytwarzania dóbr konsumpcyjnych, a nade wszystko – neoliberalnego, czysto technokratycznego sposobu myślenia elit) składają się jeszcze takie elementy jak demografia, import siły roboczej oraz nielegalna imigracja do USA z południa od Rio Grande. Także wzrost liczby ludności pochodzenia azjatyckiego (głównie Koreańczycy, Chińczycy, Filipińczycy, Japończycy). Biorąc pod uwagę te zjawiska, jak również liczną mniejszość Afroamerykanów, grupa ludności zaliczanej do rasy białej w USA jest na dobrej drodze do zyskania statusu mniejszościowego. Jak przewidują demografowie, w całym kraju ma to nastąpić ok. 2040 r.

Latynosi stali się największą grupą etniczną w Kalifornii. To najliczniejszy stan w USA, więc i wyznacznik zmian demograficznych w całym kraju. Miejscowi demografowie już od dawna przewidywali, że to proces nieuchronny. Ich przypuszczenia potwierdził lokalny spis ludności dokonany w latach 2014/15. Z tych statystyk wynika, że w Kalifornii mieszka 14,99 miliona Latynosów i 14,92 miliona osób zaliczanych do rasy białej. I są to dane oficjalne, nie uwzględniające imigrantów nielegalnych.

Od 2000 r. populacja latynoska w USA powiększyła się o 57% z 35,3 milionów i obecnie w całych Stanach mieszka ponad 57 milionów ludzi o południowo-amerykańskich korzeniach.
Dlaczego biali spychani są do mniejszości? Dlatego że - jak to widać na przykładzie Latynosów w Kalifornii - od kilku lat więcej rodzi się dzieci kolorowych i należących do mniejszości niż w rodzinach białych pochodzenia nie-latynoamerykańskiego. Co więcej, biali częściej umierają niż się rodzą. Już dziś biali są w mniejszości w takich stanach jak Hawaje, Kalifornia, Nowy Meksyk i Teksas, a w takich stanach jak: Arizona, Newada czy Floryda Latynosi stanowią ok. 1/3 populacji.

Im dalej na Wschód, tym znaczniejszy jest procentowy udział ludności pochodzenia europejskiego: przodują tu stany środkowego Zachodu (Missouri, Minnesota, obie Dakoty), północnego Zachodu (Wyoming, Idaho, Montana) oraz na Wschodzie kraju (New Hampshire, Connecticut, Delaware, Wirginia Zach.).
Wraz z tym zmienia się mentalność, tradycja, wartości jakim hołdują owe mniejszości (a to się przekłada na życie codzienne całej populacji, powodując określone napięcia społeczne), powoli stając się większością. Niebagatelną rolę pełni tu religia – w zdecydowanej większości Latynosi są katolikami (co nie jest bez znaczenia w dziejach Stanów Zjednoczonych i stosunku ortodoksyjnych protestantów do Rzymu) lub wyznawcami galaktyki wyznań zaliczanych do pentekostalizmu.
Już dziś język hiszpański w Nowym Meksyku jest uznanym językiem urzędowym (i to świadczy najlepiej o kierunku i zakresie tych zmian).

Opisane zagadnienia – tylko w demograficzno-religioznawczym profilu – są jasnym przykładem tego, co Umberto Eco („Pięć pism moralnych”) nazywa metysażem kulturowym. I jest to proces nieuchronny w takim wymiarze terytorialnym, w takim zakresie rasowo-kulturowym, w takiej sferze gospodarki, wartości i tradycji, w jakim funkcjonują Stany Zjednoczone AP. Jak na razie, Amerykę spaja, trzyma w karbach, ów konstytucjonalizm oparty o zasady purytańskiej religii WASP i ojców założycieli. Ale zmiany demograficzne - a co za tym idzie religijno-kulturowe, o których tu ledwie wspomniano - muszą go za 2-3 pokolenia zmienić diametralnie. Metysaż kulturowy USA to nic innego jak analogia z bizantynizacją Rzymu.

Ponadto centrum gospodarcze, kulturowe i biznesowe a także „duchowe” przenosi się powoli nad Pacyfik znad Atlantyku, gdzie przybyli pierwsi, biali koloniści z Europy i gdzie powstały – niczym Rzym założony przez legendarnych bliźniaków: Romulusa i Romusa – pierwsze kolonie, które dały początek USA. Wiąże się to, oprócz tych elementów, o których już wspomniano, z rosnącą rolą całego regionu pacyficznego w skali globalnej. Tu leżą Chiny (może już najsilniejsza gospodarka na świecie, o rynku nie wspominając), a także Japonia, Korea Poludniowa, Tajwan, Singapur.

„Kolejny skok” do grona silnych gospodarczo i atrakcyjnych rynków, państw zaliczających się do światowej I-szej ligi, szykują Indonezja i Wietnam. Region atlantycki - stanowiący centrum światowej polityki, kultury, gospodarki - traci na znaczeniu od przynajmniej 500 lat (czyli od momentu odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r.). Traci wraz z Europą, tym małym „półwyspem leżącym daleko na zachodnich krańcach Azji” – jak określił kiedyś Stary Kontynent Mao Zedong.

A Imperium, współczesny hegemon, na razie nim pozostanie, choć osłabione, zmuszone do podzielenia się wpływami i znaczeniem z innymi rosnącymi w siłę hegemonami. Choć będzie to już inne Imperium: tak w wymiarze światowym jak i wewnętrznym. Podobnie jak to było z Rzymem i Bizancjum.
Radosław S. Czarnecki

 

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd