Europa karolińska

Utworzono: poniedziałek, 28 marzec 2016 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail

 

                       East is East and West is West, and never the twain shall meet.*

Rudyard  Kipling

        
Czarnecki-do zajawkiAndrzej Leder w rozmowie z Michałem Sutowskim (Onet.pl) informuje, że pewien Belg z brukselskiego think-tanku zwrócił mu uwagę na istotny aspekt aktualnej sytuacji, w jakiej znajduje się Unia Europejska. W niektórych kręgach politycznych Zachodu na kanwie kryzysu, w jaki popadła UE (nie chodzi tylko o imigrację, ale o samą strukturę, funkcjonowanie technokracji brukselskiej, kryzys ekonomiczny, wzrost nastrojów separatystyczno-nacjonalistycznych, etc.)  powraca ponownie idea Europy karolińskiej.
Jeśli – mówi Lederowi ów Belg – z jednej strony Wielka Brytania ma osobną trajektorię rozwoju, Europa Wschodnia wycofuje się w kierunku pozornej suwerenności państw narodowych, to może w Europie powinna powstać swoista oś, karolińska, oparta na micie Karola Wielkiego: Francja, Niemcy i Beneluks, Austria.
Rozmówca Ledera  przewiduje jeszcze możliwość dokooptowania do tego karolińskiego „jądra Zachodu” Włoch, ewentualnie Hiszpanii, a wtedy „Węgrom i Polakom powie się do widzenia”.
Jeżeli Unia Europejska rzeczywiście dąży do dezintegracji – co widać dziś nader wyraźnie - to na Zachodzie powstanie neokarolińskie państwo z granicą na Odrze, a naszą alternatywą dla jakiejś formy federalizmu europejskiego nie tylko nie będzie żadne Międzymorze - bo nikt polskiej hegemonii tutaj sobie nie życzy - ale nawet nie będziemy mogli wybrać sobie hegemona – konkluduje Leder. Karolińska Europa będzie przede wszystkim współpracować z Rosją i innymi megagraczami światowego orbis terrarum.

To jest poniekąd zbieżne z koncepcją, jaką zaprezentował w 2010 roku prof. Siergiej Karaganow, politolog, dziekan Wydziału Polityki i Gospodarki Światowej moskiewskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej, honorowy przewodniczący znaczącego think-tanku Rada Polityki Zagranicznej i Obronnej Federacji Rosyjskiej. Karaganow pisze: „postawmy na związek”, czyli ścisły sojusz nie tyle polityczny, co gospodarczo-ekonomiczno-kulturowy między Europą a Rosją. Miałby on stanowić w przyszłości konkurencję dla USA – z jednej strony, a Azji z hegemonią Chin – z drugiej.

Karaganow  nie mówił o zakresie czy granicach swej wizji Europy, z którą Federacja Rosyjska miałaby pozostawać w tej bliskiej symbiozie. To była tylko idea takich relacji. Na pewno – choć te słowa explicite nie padają w jego tekście – ma ona w domyśle być konkurencyjną przede wszystkim dla Stanów Zjednoczonych i ich hegemonicznej roli w świecie po 1989 roku. Dla cienia, jaki USA rzucają na Europę - w każdym wymiarze - od końca II wojny światowej.

Skutki demokratycznego mesjanizmu

Mimo, iż Ameryka jest w jakimś sensie klonem tego, co zwiemy kulturą i wartościami europejskimi, zachowuje się jak klasyczny hegemon, szermując pojęciami wartości demokratycznych, wolnościowych, prawami człowieka, narzucając Europie – zgodnie z własnym interesem - przede wszystkim politykę tzw. demokratycznego mesjanizmu.** 
W pozazachodnim świecie takie zachowania i tak prowadzona polityka powodują odżywanie (a tym samym – traumę) w pamięci czasów kolonializmu i brutalnego podporządkowywania innych kultur i cywilizacji panowaniu „białego człowieka”. A nic nie jest „bardziej godne pogardy niż szacunek oparty na strachu” (Albert Camus). Efektem takich działań jest m.in. kryzys migracyjny.      

Ulegając bezkrytycznie Ameryce, Europa pozbawiała się swej odrębnej tożsamości
. Stała się czymś na kształt starożytnej Hellady w Imperium Romanum: podziwianą, szacowną, kulturalną starszą panią, ale miotającą się w swej bezsile i  obsesjach. Po gwałtownym rozszerzeniu Unii i przyjęciu 10 nowych członków, (z których większość nie była absolutnie kompatybilna – przede wszystkim na poziomie społecznego zrozumienia wartości rządzących tzw. Zachodem, zwłaszcza zakorzenionego od dekad stosunku do prawa stanowionego - z dawnym jądrem Unii), dotychczasowa „piętnastka” pogrążała się stopniowo w marazmie, politycznej niesterowalności i porażającej dysfunkcji miedzy oczekiwaniami a realnością.

Kolejne rozszerzenia – o Rumunię, Bułgarię i Chorwację – pogłębiły jedynie te procesy, dodając do dotychczasowych problemy bałkańskie. Przede wszelkim - jad nacjonalizmu i lokalnego trybalizmu (spotęgowany tragicznym rozpadem Jugosławii, w którym Bruksela – a zwłaszcza Niemcy – czynnie uczestniczyły), agresywne religianctwo oraz bardzo niski poziom jakości życia.        
Egzemplifikując i podkreślając alienację brukselskich elit, trzeba zaznaczyć, iż mainstream paneuropejski coś przeoczył, nie zauważył, o czymś zapomniał. Zachłysnął się importowanym zza oceanu neoliberalizmem - doktryną i ideologią widzącą świat jedynie poprzez zrównoważone budżety, konta bankowe, wirtualny pieniądz, giełdy, opinie agencji ratingowych (jaką one mają legitymizację do wydawania autorytatywnych opinii wpływających na życie całych narodów?) - a nie spostrzegł rosnącej w zastraszającym tempie stratyfikacji społecznej, gromadzenia przez nielicznych coraz większego bogactwa kosztem ogółu, niezadowolenia społecznego z obniżającej się jakości życia, „wyścigu szczurów”, zakupizmu”, wreszcie – indywidualizmu skutkującego egoizmem i egotyzmem. I cały czas przy tym głosił hasła wolności, demokracji, swobód, możliwości, itp.     

Prof. Pierre Hassner, filozof i politolog francuski, zauważył, iż problem Ameryki i  blizna, jaką naznaczyła ona Europę polegają na niezwykle szkodliwym mniemaniu o „byciu zarazem niewinną ofiarą i niepokonaną potęgą”. Bo to jest mieszanka piorunująca, sprawiająca że „Amerykanie stali się nieczuli na argumenty z zewnątrz”. Każdy przejaw sprzeciwu, każda inność wydaje im się formą szykan, dybaniem na ich cnotę, a każdy niuans – za przejaw złej woli. I to jest ten cień, ten oddech zarażający Europę na powrót imperializmem, nieomylnością, mesjanizmem cywilizacyjno-kulturowym (tak jak w epoce kolonialnej), rugujący z naszej mentalności sceptycyzm, krytycyzm i dystans przede wszystkim do własnej przeszłości. Powodujący, że stajemy się metrem z Sevres…  To jest właśnie główne źródło wspomnianego szkodliwego i niebezpiecznego „mesjanizmu demokratycznego”.      

Wracając do idei Europy karolińskiej oraz przeciwnej jej koncepcji Karaganowa, warto przypomnieć wypowiedź sprzed lat  Franza-Josefa Straussa. Ten polityk bawarski, niezwykle admirowany w Niemczech, tuż przed swoją śmiercią w 1988 roku mówił o tym problemie w takim samym mniej więcej kontekście, jak Karaganow (p. Sprawy Nauki nr 3/16, Turecki ambaras ).  

Polskie mrzonki  

Nie ma co się obrażać na formułowanie przez Europę Zachodnią takich idei i pomysłów. Polska i Polacy nie przeniosą się na Madagaskar czy na prerie amerykańskie. Należy wyciągać tylko racjonalne, realistyczne i pragmatyczne wnioski z historii i żyć  „tu i teraz".  Żyć nie romantycznymi mrzonkami, irracjonalistycznymi marzeniami, ale szukać przyjaciół i sojuszników po sąsiedzku, a ewentualnych wrogów mieć jak najdalej od swoich granic. 

U podstaw krytyki Polski pod rządami Prawa i Sprawiedliwości idącej z Zachodu (przede wszystkim z Brukseli i Berlina) leżeć mogą echa karolińskiej koncepcji Europy. I to, że akurat dziś rządzi w Polsce formacja konserwatywno-narodowo-neoliberalna, a nie konserwatywno-neoliberalna z twarzą globalnych korporacji (jaką bez wątpienia była koalicja PO-PSL) jest dodatkową okazją dla emanacji tych trendów, które - jak sądzę - nurtują elity Europy Zachodniej od dawna.   

Pomysł na Europę jako postkarolińskiego „twardego jądra”, zdążający ku zwartej, jednolitej i scentralizowanej Europie, powtarza się co jakiś czas w brukselsko-zachodnioeuropejskim mainstreamie. Tym samym porzuca się dotychczasowych partnerów ze środkowej i południowej Europy, partnerów uboższych, jawnie już przyznając im status półkolonii. A aktualna sytuacja w Polsce jest tylko okazją dla oficjalnego zaprezentowania tej idei.

Jak mówi prawicowy amerykański historyk Walter Laqueur – „w polityce nie ma miejsca na wdzięczność”. Polskim elitom cały czas się wydaje (co podtrzymuje bezrefleksyjny i serwilistyczny nadwiślański mainstream i w co zdaje się wierzyć znaczna część naszego społeczeństwa), że Zachód, cały wolny i demokratyczny świat, ma u nas dozgonny dług wdzięczności. Za obalenie komunizmu, demontaż Paktu Warszawskiego, Lecha Wałęsę, Jana Pawła II, itd.
Nic bardziej mylnego. Są to kolejne fantazmaty w polskich głowach. Bo to upadek Muru Berlińskiego – jako połączenie Niemiec – i osoba ostatniego sekretarza KPZR Michaiła Gorbaczowa są symbolami końca zimnej wojny, gdyż egzemplifikują m.in. bliską Europie, a wynikającą z analizy dziejów tej części kontynentu,  ideę „karolińskiego jądra”.
    

Potwierdzeniem tej tezy jest popularność medialna w początkach roku 2016 wypowiedź Guy Verhofstadta dla włoskiego Politico (belgijski liberał, parlamentarzysta i główny playmaker frakcji liberalnej w PE), który zamieszanie wokół Polski związane z naszą polityką wewnętrzną komentuje tak:  „gdyby dziś Polska starała się o akcesję do UE, nie otrzymałaby jej”.
To jest zawoalowana krytyka sytuacji w Polsce, ale równocześnie doskonały argument dla brukselskiej technokracji w celu realizowania takiej właśnie drogi rozwoju Unii.
Jeden z najwybitniejszych niemieckich komentatorów politycznych Wolfgang Münchau (Der Spiegel i Financial Times) napisał w zasadzie to samo: „Gdyby te państwa wybrały Orbana, albo Kaczyńskich 10 lat wcześniej, byłoby nam ich członkowstwa oszczędzone”.      Obu im wtóruje wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, holenderski lewicowiec Frans Timmermans, mówiący o rozpoczęciu przez komisję monitorowania sytuacji w Polsce pod względem przestrzegania europejskiego prawodawstwa w przedmiocie praw i wolności osobistych.     
Z kolei przewodniczący frakcji CDU/CSU w niemieckim Bundestagu Volker Kauder (Spiegel) zauważył, że kraje unijne winne zdobyć się wreszcie na odwagę i sięgnąć po sankcje wobec krajów lekceważących normy państwa prawa i nie utożsamiających się z wartościami europejskimi. Chodziło mu głównie o Polskę i Węgry. A przewodniczący tej samej frakcji, ale w Parlamencie Europejskim, Herbert Reul nie wykluczył sankcji wobec Polski, jeśli polityczne środki dialogu okażą niewystarczające.

Ziemie niczyje     

W coraz szerszych kręgach rozlegają się głosy – wśród polityków tzw. Starej Europy - iż szerokie rozszerzenie w 2004 (i późniejsze przyjęcia Bułgarii, Rumunii oraz Chorwacji) było błędem i przedwczesne w wielu przypadkach. Nie odbiega ta wypowiedź od wielokrotnie powtarzanej frazy przez niezwykle ważnego dla polityki europejskiej francuskiego premiera, byłego szefa KE, Francuza Jacquesa  Delorsa, który zawsze podkreślał (i nadal to czyni) szkodliwość szerokiego rozszerzenia w 2004 roku UE o kraje byłego obozu realnego socjalizmu. W podtekstach zawsze ma na myśli Polskę, Węgry, byłe republiki nadbałtyckie dawnego ZSRR czy Słowację (o Bułgarii, Rumunii i Chorwacji nie wspominając).     

Polskie media – tak mainstreamowe  jak i niszowe – pominęły całkowitym milczeniem lutową wizytę w Moskwie i spotkanie na Kremlu Prezydenta Władimira Putina z delegacją Bawarii (najważniejszy kraj związkowy Niemiec), na czele której stali: premier rządu krajowego, Horst Seehofer oraz niesłychanie ważny polityk bawarskiej CSU (siostrzana partia CDU) konserwatysta, Edmund Stoiber. Bawaria i jej władze wyraźnie kontestują politykę Bonn na wielu płaszczyznach, zarówno w sferze polityki jak i gospodarki. 
     
Jeżeli Unia Europejska rzeczywiście będzie dążyć do dezintegracji – co widać dziś nader wyraźnie - to na Zachodzie może rzeczywiście powstać neokarolińskie państwo z granicą na Odrze. Dla nas alternatywą dla jakiejś formy federalizmu europejskiego nie tylko nie będzie żadne Międzymorze, o czym się roi nad Wisłą, czy kolejne „wizje jagiellońskie”, ale Polska i Polacy nawet nie będą mogli wybrać sobie hegemona.
Karolińska Europa odda tym samym obszary na wschód od Odry może nie tyle we władanie Moskwy, ale pozostawi je jako „ziemię niczyją”. Będą to takie – o różnym stopniu samodzielności, bądź podporządkowania (w zależności od znaczenia poszczególnych regionów) – enklawy o charakterze ćwierć-, pół, czy nawet pełnych kolonii, dostarczające taniej siły roboczej, technologicznie i infrastrukturalnie zapóźnione, oferujące wyłącznie sektor usług lub prostych prac nakładczych. Ewentualnie zaplecze dla turystyki.
Bo mówienie o kapitale narodowym jest absolutną mrzonką. Naczelną zasadą rynkowej gospodarki jest zysk – tzw. wartości pozazyskowe są rzeczą wtórną, retoryką, ornamentowym krasomówstwem. Bo konkurencję trzeba wszelkimi metodami ograniczać, eliminować, trzymać w szachu i na przysłowiowej smyczy. Tu nie ma żadnych sentymentów.   

Warto zaznaczyć przy okazji tych rozważań, iż tzw. proeuropejscy demokraci rządzący po 1989 roku nad Wisłą, Odrą i Bugiem są jak polscy komuniści sprawujący władzę po 1945 roku. Ich deklaracje i zapewnienia o prowolnościowej, prodemokratycznej, zachodnioeuropejskiej świadomości całego narodu lechickiego są tak samo odległe od rzeczywistości jak narracja rządzącej w  PRL elity partyjnej o powszechności internacjonalizmu wśród Polaków.

Od historii i pewnych paradygmatów z nią związanych nie da się uciec. Nie można deklarować oświeceniowych wartości i takiej tożsamości (kojarzonej bezwzględnie z kulturą zachodnią), a jednocześnie np. nie potrafi się, nie chce, oddzielić religii oraz instytucji z nią związanej (będącej nośnikiem i depozytariuszem polskiego autorytaryzmu, tudzież niechęci do Innego) od bieżącej sytuacji państwa i społeczeństwa polskiego, czy bojkotuje się  Europejską Kartę Praw Podstawowych.

Na niekorzyść Polski i jej interesów europejskich działa też bezrefleksyjna promocja  American way of life, bezkrytyczna fascynacja mitem Ameryki i jednoczesne zachowywanie się niczym koń trojański Waszyngtonu w strukturach Unii Europejskiej. Taka postawa i działania (w całym ćwierćwieczu po upadku Muru Berlińskiego)  niczego pozytywnego Polsce – i Unii jako strukturze na przyszłość – przynieść nie może.
Piszę o American way of life, bo to właśnie Ameryka stanowi konkurencję – pod każdym względem - dla zasadniczej idei Unii, dla jej funkcjonowania jako jednolitego organizmu i dla takiej jej roli w przyszłości. A jak wspomniano, konkurencję trzeba osłabiać wszelkimi dostępnymi środkami.
Unia w takiej właśnie formie: socjalna, przyjazna człowiekowi, solidarna, wielokulturowa i widząca człowieka w jego wielowymiarowości ma szanse wygrać z „Wielkim Bratem” zza Oceanu. Wygrać na polu materialnym i duchowym. Pisali na ten temat wielokrotnie Jeremy Rifkin, Zygmunt Bauman, Paul Krugman, Josef Stiglitz czy Grzegorz Kołodko.

 
Polska jako peryferia czy bufor między  Europą karolińską a Rosją szans na rozwój nie ma żadnych. Chyba tylko na bycie czymś w rodzaju karolińskiej  marchii, bądź rosyjskiej bliskiej zagranicy. Takie rozwiązanie to powtórzenie sytuacji z XVI-XVIII wieku, kiedy Europa Środkowa dostarczała głównie nieprzetworzonych produktów dla rozwijającego się w  przyśpieszonym tempie Zachodu, przekraczającego progi od średniowiecza i feudalizmu na pokoje kapitalizmu i gospodarki ponadlokalnej. 

W tym okresie I RP to kraj rolniczy (głównie zboże),  z gigantycznym i niemiłosiernym wyzyskiem i niewolniczą pracą upodlonego do granic dehumanizacji – niczym na plantacjach brazylijskich czy w Alabamie –  chłopa pańszczyźnianego (zwłaszcza na terenach współczesnej Ukrainy).
Z kolei Węgry to hodowla bydła, które pędzono potem na targi w Austrii, Niemczech czy płn. Włoszech, a Czechy – oprócz bitnych wojaków (najemnicy) - to rzemiosło i półprodukty dla gospodarek skupionych w ramach Cesarstwa Habsburgów (i w ich, z racji prokatolickich afiliacji, domenach rodzinnych poza granicami cesarstwa).
Dzisiejsze zapóźnienie cywilizacyjne, kulturowe, społeczne tego regionu jest m.in. efektem tego właśnie zjawiska i takiego segmentowania Starego Kontynentu. 
Radosław S. Czarnecki

 

*Wschód to Wschód a Zachód to Zachód i nigdy się nie spotkają
** Mesjanizm demokratyczny Zachodu

Odsłony: 1802
Our website is protected by DMC Firewall!