Iwan Groźny i małe "Conieco" (2)

Utworzono: niedziela, 21 luty 2021 Anna Leszkowska Drukuj E-mail

 

Jakie są perspektywy ewentualnego zbliżenia i możliwości pojednania (a nie konfrontacji) cywilizacji Wschodu i Zachodu? Upadek muru berlińskiego napawał takimi nadziejami, ale jak dziś widzimy były to nadzieje płonne.



Życie gatunku Homo Sapiens trwało kilkaset tys. lat. Nigdy nie było łatwe.
Ale w końcu ludzkość nie 
wytrzymała sama ze sobą i doprowadziła do Wielkiego Krachu, który zabił praktycznie wszystko, co organiczne na Ziemi. I do absolutnej niewiary człowieka do człowieka.
Kto więc teraz pierwszy naciśnie przycisk i odpali rakietę ze śmiercionośnym ładunkiem jądrowym?
Ostatni człowiek.


Czarnecki do zajawkiO ostatnim człowieku pisali, mówili, wieszczyli jego nadejście tak różni twórcy, filozofowie czy literaci jak Fukuyama, Nietzche, Shelley, Deutermann, Cioran, Coppola, czy Fermi. Czy nieuchronnie zbliżające się starcie „złego” Iwana Groźnego i „dobrotliwego” Kubusia Puchatka będzie materializacją owych przewidywań?
Po zakończeniu de facto zimnej wojny, która była w zasadzie starciem dwóch różnych koncepcji człowieka i porządków wszechrzeczy, dziś na placu boju pozostało jedynie to, co określamy jako demokracją parlamentarną, liberalnym rynkiem, wolnym światem itd. Niektórzy – zupełnie niesłusznie, co widać wyraźnie u schyłku II dekady XXI w. - zwą ten system demokratyczno-liberalnym kapitalizmem. Poza nim jest tylko ich zdaniem barbaria, Hunowie, dzikusy, których trzeba przymusić do przyjęcia tych właśnie wartości i rozwiązań.
To właśnie koncepcja człowieka była zdaniem Jozefa Tischnera polem starcia komunizmu i Kościoła w Polsce. I to była esencja konfrontacji porządku pojałtańskiego. Marksizm i system powstały (w uwarunkowaniach historycznych, kulturowych, społecznych itd.) na jego bazie, przedstawiał absolutnie różną od dotychczasowych wizji koncepcję osoby ludzkiej. I Tischner to celnie wyartykułował. Tak, komunizm był zupełnie inną koncepcją, zamierzającą się odciąć od tego co niewoliło, co alienowało, co było opresją dla człowieka, a co było jednocześnie źródłem człowieczeństwa. To był kompletny i radykalny plan budowy nowego świata i człowieka. Osadzony w tradycji Oświecenia francuskiego. Marks i Engels oraz ich kontynuatorzy byli w prostej linii dziećmi tej epoki. Jest jedno ale – dziećmi Zachodu i tamtejszej kultury oraz tradycji.

Złudne wyobrażenia

Po 1991 roku, upadku muru berlińskiego i rozpadzie ZSRR wydawało się, iż westernizacja całego Wschodu z Rosją włącznie po wiekach starań Zachodu wreszcie się zmaterializuje. Wynik zimnowojennej konfrontacji nie spowodował, że narody Europy środkowowschodniej (widziane jako pomost między Wschodem a Zachodem) stanęły na redzie portu realnego dobrobytu, państwa prawa, równych szans dla ogółu obywateli, spokoju i bezpieczeństwa materialnego.
Wszystkie elementy charakterystyczne dla welfare states, uosabiające dawny, „reński” model funkcjonowania kapitalizmu (Skandynawia, Benelux, Niemcy czy Francja), do którego tęskno wzdychały społeczeństwa pozostające w sferze wpływów Wschodu (w pojałtańskim porządku) są jednak nierealne. W aktualnej sytuacji nie mogą być równoprawną częścią, przestrzenią świata globalnej wioski, zrównoważonych i równoprawnych rynków, przyjaznej wirtualnej rzeczywistości i sprawiedliwego przepływu oraz podziału kapitałów.

Koniec „zimnej wojny” okazał się także śmiercią świata, do którego dążyły narody zza „żelaznej kurtyny". Stały się pół- lub całkowitą peryferią tego lepszego, zachodniego świata. Może nawet kolonią czy protektoratem w kontekście gospodarczych i finansowych zależności.

A jak zaznaczył historyk brytyjski Norman Davies, „prawo do nazwy „Europa”, podobnie jak do wcześniejszej etykiety „Chrześcijaństwo”, nie może być przywłaszczane przez żadną część kontynentu. Europa Wschodnia nie jest mniej europejska tylko dlatego, że jest uboga, słabiej rozwinięta czy rządzona przez tyranów. Nie można odrzucać także Europy Wschodniej dlatego, że jest inna” (N. Davies, Europa). Dotyczy to również – a może: przede wszystkim – Rosji czy całej poradzieckiej strefy wpływów (inaczej mówiąc – „ruskowo mira”).

Już na przełomie tysiącleci Marion Dönhoff, czołowa reprezentantka niemieckich elit demokratyczno-liberalnych i topowa żurnalistka ubolewała nad kolonizacją dawnego NRD przez Bundesrepublik, przewidując potężne napięcia społeczne i wzrost popularności prawicowego populizmu w zjednoczonych Niemczech. Nazywała nowe, zjednoczone Niemcy państwem asocjalnym (Die Zeit z dn. 20.05.1999).
Po trzech dekadach zmian w Europie widać coraz wyraźniej, że „gros ludzi na Wschodzie o niczym bardziej nie marzyło jak o tym, aby zrównać swój standard życiowy z zachodnim” (B. Barber, Dżihad kontra McSwiat). I samochód oraz jego klasa nie jest dla wielu ludzi jedynie środkiem transportu lecz przede wszystkim symbolem wolności, prestiżu i pozycji społecznej. To samo dotyczy rozległych rezydencji pilnie strzeżonych przez prywatną ochronę. Tu m.in. leżą także problemy z tzw. praworządnością w krajach Wschodu Europy przyjętych po 2004 roku do UE.

Wszechogarniające media kreują jednoznacznie określony model funkcjonowania człowieka sukcesu, wiecznego optymisty patrzącego na świat przez „różowe okulary”, bezrefleksyjnego sybaryty. Wszystko jest bowiem „cool”, „hiper” i „extra”. Każdy ma być młody, piękny i bogaty. Taki obraz współczesnego świata zachodniego został zakodowany w świadomości ludzi Wschodu w pojałtańskiej rzeczywistości. Podanie tego wzoru nastąpiło w formie autorytarnego hedonizmu i jedynie słusznej drogi prowadzącej do osiągnięcia sukcesu. Miała to być alternatywa dla siermiężnej realności Europy Środkowo- Wschodniej. Homo oeconomicus dążyć ma przecież tylko do zaspokajania indywidualnych potrzeb oraz osiągania jak największych korzyści. I to jest jednoznaczne z sukcesem, życiowym spełnieniem. Bo między możliwością wyboru a niezależnym myśleniem, egzemplifikacją czego są nasze działania, zachodzi niezwykle istotny związek: przy rozbieżności naszych dążeń, nadziei i planów z rzeczywistością, dyskomfort okazuje się niebotyczny.
Świetnie tłumaczy to passus o osobie jednowymiarowej, przyjmującej stereotypy kreowane przez „otoczenie” i uznającej je za własne - często „wbrew sobie", popadając tym samym w swoistą niewolę. „Fakt, że olbrzymia większość ludności akceptuje i jest zmuszona do akceptowania tego właśnie społeczeństwa, nie czyni go mniej irracjonalnym i mniej godnym potępienia” (H. Marcuse, Człowiek jednowymiarowy).

Walka ideologii się skończyła

Po prymacie „konfesji” (średniowiecze, reformacja i kontrreformacja), „rasy” (powstanie państw narodowych, epoka kolonialnych zdobyczy, narodziny nacjonalizmów, a w konsekwencji - faszyzmu) i klasy (marksizm, powstanie ZSRR i Chin Ludowych oraz przykłady z europejskich krajów poddanych hegemonii Moskwy w okresie powojennym, a także z Wietnamu, Kuby czy Kampuczy), aktualnie obserwujemy absolutyzację pojęcia kasy.

Jeśli na dotychczasową stratyfikację kulturową, religijną czy światopoglądową nakłada się zróżnicowanie materialne, mieszanka ta w połączeniu z frustracją z powodu odrzucenia i niespełnienia nadziei okazuje się wybuchową. Człowiek z Mitteleuropy dostał wyczekiwaną wolność, lecz popadł w nową niewolę, a na dodatek przeżywać musi jeszcze dyskomfort psychicznego rozdarcia między oczekiwaniami a realnym światem. Dlatego guru współczesnego liberalizmu, zdecydowany zwolennik wolnego rynku i prominentny propagator (a nawet współtwórca) cywilizacji końca XX wieku George Soros ostrzegał już w latach 90. przed tym groźnym zjawiskiem, będącym zagrożeniem dla demokracji, tzw. społeczeństwa otwartego w skali całego globu, wolności osobistych.
Innym aspektem jest na ile te jego ostrzeżenia były szczere. XXI-wieczna praktyka pokazuje bowiem co innego: „W Rosji nastąpiło zaś takie rozczarowanie Zachodem i otwarciem na międzynarodowy handel i inwestycje, że może to doprowadzić do ksenofobii i odwrócenia się od świata. I jakiś dyktator może spróbować zapobiec rozkładowi państwa za pomocą brutalnych środków” (wywiad z G. Sorosem, Gazeta Wyborcza z dn. 16-17.01.1999).

Skutki triumfalizmu (przedwczesnego)

Opozycyjny wobec Kremla, liberalny i znany dziennikarz rosyjski Władymir Pozner w McMillan Center Uniwersytetu Yale wygłosił znaczący wykład (20.08.2018.) o tym, jak nieodpowiedzialna i krótkowzroczna polityka Białego Domu w latach 90. XX wieku wykreowała prezydenturę Putina i okres dwóch dekad tzw. putinizmu w Rosji. Mimo rozkładu i gospodarczej zapaści tuż po kolapsie ZSRR nastroje w społeczeństwie rosyjskim były wyjątkowo prozachodnie, prodemokratyczne, charakteryzujące się niebywałą jak na historię i kulturę Rosji otwartością. Nauki czołowego dysydenta rosyjskiego, tak admirowanego przez cały Zachód, Aleksandra Sołżenicyna, w materii tzw. ruskowo mira, rosyjskiej duszy i prawosławnej tradycji były marginalnymi, mającymi niewielkie poparcie i społeczny wydźwięk. Początkowe lata prezydentury W. Putina potwierdzały – zdaniem Poznera – tylko ten trend. Rosja usilnie zabiegała o reset relacji NATO i Rosji, celem stworzenia wspólnego euroatlantycko-azjatyckiego systemu bezpieczeństwa.

Wy Putinu skazali, idi gulaj – mówił Pozner. Podobnie Zachód zachował się wobec prób bliskiego związku UE i Federacji Rosyjskiej na płaszczyźnie współpracy gospodarczej proponowanej przez Kreml. Takie rozwiązanie sugerował jeszcze na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku prof. Siergiej Karagnow, rosyjski politolog i geostrateg doradzający Kremlowi. Toteż nie można się dziwić, że nadeszła słynna mowa Putina w Monachium (12.02.2007) a z nią zwrot o 180 stopni w polityce Rosji i przestawienie optyki Moskwy na zbliżenie z Chinami i Azją. Polityka Kremla przybrała pozycję nastroszonego jeża, reagując w ten sposób na stanowisko Zachodu w węzłowych zagadnieniach geopolitycznych i odbierając politykę Zachodu wobec Rosji jako chęć kolonizacji, podporządkowania, marginalizacji, nie liczenia się z jej kulturą i doświadczeniami cywilizacyjnymi . Nawet Karaganow w drugiej połowie dekady 2011-20 mówi już o rozejściu się dróg Moskwy, Brukseli i Waszyngtonu na dobre. Czyli powrót do wielowiekowej konfrontacji Zachodu z Rosją.

Podobne zdanie wyraził w jednym z wywiadów były prezydent USA George Bush senior w początku XXI wieku, krytycznie w tej mierze opiniując stanowisko swego następcy Billa Clintona. Zwłaszcza w relacjach z Rosją i popieranie oligarchizacji, jaka miała miejsce w owym czasie na gruzach ZSRR. Bush i jego doradcy byli zdania, że należy wspierać demokrację w Rosji i utrzymywać - o ile nie Związek Radziecki w pierwotnym wymiarze, to nie dopuszczać do rozpadu Rosji i wzbierania tym samym w społeczeństwie poradzieckim resentymentów oraz fali rewanżyzmu towarzyszącej takim procesom. Stało się inaczej. Biały Dom realizował typowy schemat tego, co Naomi Klein zaprezentowała w swej słynnej książce Doktryna szoku.

Reprezentanci Zachodu, podobnie jak Kubuś Puchatek (miś o bardzo małym rozumku), boją się, nie mogą, nie umieją czy wręcz nie chcą — z pobudek egoistyczno-konsumpcyjnych - wyjść poza „błotko”, którym tytułowy bohater opowiadań Milne'a wysmarował się, chcąc udawać „coś”, czym w rzeczywistości nie był. „Puchatek wysmarował się błotkiem, złapał sznurek balonika i uniósł się z nim do góry. Czy można mnie wziąć za deszczową chmurkę? - dopytywał się. Niezupełnie - odrzekł Krzyś. Ale gdybyś ty spacerował tam w dole pod parasolem, pszczoły na pewno dałyby się nabrać - powiedział Puchatek, lecąc w kierunku drzewa z dziuplą. Udało się - pomyślał, wygrzebując z zapałem garść miodu. Aż tu nagle znowu usłyszał bardzo głośne - Bzzzzz” (A. Milne, Kubuś Puchatek).
Uważają, że są chmurkami oddzielonymi od tej „innej”, „gorszej” części Starego Kontynentu i świata. Stereotypy z minionych wieków utrwalone przez pojałtański porządek świetnie pasowały do idei izolacji, zamknięcia, swoistego społecznego poczucia wyższości, kolonialnego paternalizmu państw i tak cywilizacyjnie przodujących z tytułu historii, rozwoju społecznego czy postępu technicznego. Dziś to jest eksport demokracji, wartości zachodnich, kultury politycznej itd.

Ale co jest większym zagrożeniem dla demokracji i społeczeństwa obywatelskiego: jawnie autorytarne zapędy Iwana czy płynność Puchatkowego „Conieco” - odmóżdżająca, oplatająca jaźń stereotypami i reklamowymi obrazami, czyniącymi z człowieka infantylną, bezkrytyczną jednostkę żyjącą tylko po to, by konsumować?
Muszą zrozumieć, że w kulturach, takich jak islam czy wschodnie chrześcijaństwo, granicę między jednostką a zbiorowością są rozmyte, człowiek nie odróżnia się wyraźnie od zbiorowości. Jest częścią większego organizmu. Jednostka nie ma praw wobec zbiorowości - raczej ma jej służyć.
„Istnieją dwa rodzaje istot żyjących – organizm i kolonia. W organizmie komórka może istnieć wyłącznie w nim. Chcąc przeżyć, musi mu służyć. Około 90% jej potencjału genetycznego jest represjonowane. Z drugiej strony jednak ten organizm może lepiej i dłużej żyć. Kolonia z kolei, taka np. gąbka, jest stowarzyszeniem komórek, które mogą przetrwać samodzielnie, ale jednoczą się, by wspólnie zdobywać pokarm” (wywiad z W. Osiatyńskim, Znak nr 9/1999).

Ale czy ktokolwiek w świecie zysku, sybarytyzmu, potrzebuje zrozumienia i refleksji mogących zburzyć święty spokój Kubusia Puchatka? Czy antidotum dla takiego spojrzenia na świat i ludzi może być mroźny oddech Iwana Groźnego? Są to lęki historyczne, kulturowe, swe źródło czerpiące z doświadczeń epoki kolonialnej i podbudowywane przekonaniem o swej wyjątkowości, wyższości, misji cywilizacyjnej. Często irracjonalne i nierzeczywiste. Z pewnością nie na miarę XXI wieku. Nie są to też dylematy Argonautów mających wybierać między Scyllą a Charybdą. Są to pytania i zadania mające wytyczyć kierunek rozwoju i postępu - lub regresu i marazmu – ludzkości en bloc, w skali globalnej.

Rozwód Wschodu z Zachodem

Byłoby absurdem wyobrażać sobie, że odrodzone wspólnoty polityczne powstające na Wschodzie po upadku muru berlińskiego staną się repliką tych, które istnieją od dekad na Zachodzie. Odrodzenie dawnych cywilizacji czy kultur przybiera zawsze nowe formy, często niezrozumiale dla zadufanych w sobie ludzi Zachodu. Wycofywanie się państwa narodowego w łacińsko-atlantyckim kręgu cywilizacyjno-kulturowym (utożsamianym powszechnie z Zachodem) z kolejnych prerogatyw na rzecz z jednej strony dobrowolnych wspólnot ponadpaństwowych, a z drugiej - mniejszych wspólnot, często nigdy nie posiadających swej państwowości, nie musi przebiegać na Wschodzie w sposób linearny.

Alternatywą takiej sytuacji muszą być częste nawroty plemiennego trybalizmu, narodowych nienawiści i szowinizmu. W połączeniu z renesansem wierzeń religijnych, zawsze na tym obszarze zabarwionych nacjonalistycznie, w połączeniu z poczuciem paternalizmu i dyktatu (by nie rzec – skolonizowania) przez „starszych i bogatszych” braci z Zachodu, jest to żyzne źródło dla hodowli i rozwoju wszelkiej maści fundamentalizmów i pól dla konfliktów.
Ten proces i te zjawiska dotykają także – choć tu geneza jest inna – społeczeństw zachodnich: dylemat elit, co począć z rozszerzającą się strefą bierności społecznej oraz wrogości wyalienowanych z życia społecznego grup tzw. odrzuconych.

Dodatkowym elementem sprzyjającym ponownemu rozchodzeniu się Zachodu i Wschodu to nadmiernie rozbudzony indywidualizm, zwłaszcza w sferze wiary we własne „Ja” i jego materialną kreację. To on właśnie zabił w społecznościach Zachodu nieodpartą potrzebę pozamaterialnej wizji przyszłości. Bez niej nastąpić musi (prędzej czy później) paraliż społeczny i gospodarczy. Bo „kasa” to nie wszystko. Gdy jej brak, wszyscy starają się realizować własne, wąsko pojęte mikroplany, których celem jest jedynie powiększanie indywidualnego dochodu i osobistego bogactwa. Umiera więź interpersonalna, solidarność i współczucie. Wszystko staje się interesem, zyskiem, pozycją i potrzebą sukcesu. Wschód tego nie rozumie, choć reklama i kolonialny nacisk elektronicznych i społecznościowych mediów zrobiły już swoje.

Amerykański politolog Lester Thurow dokonał doskonałego porównania miedzy upadkiem Rzymu z współczesną sytuacją Zachodu. Model cesarskiego miasta Rzym w chwilach największego triumfu ukazuje równowagę między budynkami publicznymi a prywatnymi. Jest to bardzo odmienne od tego, co ujrzelibyśmy na modelu jakiejkolwiek współczesnej metropolii. W Rzymie było proporcjonalnie znacznie więcej przestrzeni publicznej i o wiele mniej przestrzeni prywatnej . Cytuje Cycerona: „Rzymianie nie znoszą prywatnego luksusu, a kochają publiczną świetność”.
Współczesna praktyka ukazuje raczej tendencje zbliżone do procesów zachodzących w schyłkowym okresie Cesarstwa Rzymskiego (III - V w. n.e.). Te rozmiary, tendencje i efekty są niezauważalne z jednostkowej perspektywy, lecz przewidywane skutki mogą być analogiczne jak w ówczesnym Rzymie (L. Thurow, Przyszłość kapitalizmu).

Wschodni Europejczycy, często małe wspólnoty, posiadające przez wieki swe ojczyzny jako „państwa sezonowe” nie zrozumieją (bo nie mogą) tych trendów. I w tym widać kolejne pole dla nieporozumień, konfliktów i podejrzeń o kolonializm, paternalizm, prób narzucania obcych (co nie oznacza wrogich i niepotrzebnych) rozwiązań.
Radosław S. Czarnecki

 

 

Odsłony: 221
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd