Czy nadchodzi postkapitalizm?

Utworzono: niedziela, 24 lipiec 2022 Anna Leszkowska Drukuj E-mail


Czarnecki do zajawkiPopatrzmy trochę z innej strony na świt nowego globalnego porządku, jaki prezentowano w ostatnich dwóch numerach Spraw Nauki. Grzegorz Kołodko w swej ostatniej książce (Świat w matni. Czwarta część trylogii), stawiając diagnozy dotyczące sytuacji, w jakiej może się znaleźć świat stwierdza m.in.:

"Kapitalizm nie radzi sobie sam ze sobą. Nawet jego poplecznik jak brytyjsko-amerykański opiniotwórczy tygodnik „The Economist” musiał zauważyć, że na Zachodzie kapitalizm nie działa tak dobrze jak powinien. Nie działa, bo nie może, gdyż przeżywa strukturalny kryzys. Bez zmiany swej istoty, a więc przyświecającego mu systemu wartości oraz fundamentalnych zasad funkcjonowania może nie przetrwać obecnego dziejowego zakrętu".

Amerykański politolog i akademik prof. Lester C. Thurow zauważył jeszcze w końcu XX w., że w postnowoczesnych społeczeństwach Zachodu wzrasta zdecydowanie poziom egoizmu (personalnego i zbiorowego) związanego z indywidualizmem oraz funkcjonowaniem współczesnej demokracji. Jeśli – jego zdaniem – nie istnieje jakaś szersza idea, utopia, bądź zewnętrzny wróg (wtedy szuka się nieprzyjaciela zastępczego), to „państwa rozpadają się na wojujące grupy etniczne, rasowe, albo klasowe. Ludzie mówią o odradzaniu się faszyzmu nie dlatego, że faszystowskie rządy miałyby gdzieś wkrótce wrócić, lecz dlatego, że faszyzm był ostatecznym wyrazem poczucia wyższości etnicznej i potrzeby czystek etnicznych (…)

Termity etnicznej jednorodności niemal wszędzie pracowicie obgryzają tkankę społeczną. Dlaczego nie dzielić się na plemienne grupy etniczne i walczyć, aż po ostateczne rozstrzygnięcie? Takie nastroje są legitymizowane przez dzisiejszą gospodarkę światową. Wszyscy dziś rozumieją, że nie potrzeba być wielką gospodarką z wielkim rynkiem wewnętrznym, żeby odnieść sukces. Sukces mogą odnieść miasta-państwa, takie jak Hongkong czy Singapur. Kiedyś wszyscy myśleli, że rozbicie państwa na mniejsze kawałki oznacza obniżenie poziomu życia: dzisiaj wszyscy wiedzą, że tak nie jest” (p. Gazeta Wyborcza, 27-28.09.1997).

Wiemy doskonale, iż z siłą globalnego, transnarodowego, megakapitału (zwłaszcza finansowego i bankowego), który jest immanencją neoliberalnego systemu panującego na świecie, poradzić sobie może tylko silne, sprawne państwo. Nawet nie każde. Najlepiej, kiedy jest to forma imperium czy mocna wewnętrznie i centralistycznie funkcjonująca struktura ponadnarodowa z odpowiednimi, wyspecjalizowanymi i znakomicie opłacanymi (uodpornionymi przez to na korupcję) agendami, służbami i prawodawstwem antymonopolowym czy antytrustowym.

Strukturalny kryzys, jaki majaczył od lat na horyzoncie – o czym wielu nie chciało wiedzieć, bądź nie umiało go sobie uświadomić – współcześnie został akcelerowany przez pandemię CoV-19 i wojnę toczoną na wschodzie Europy. Ona wpisuje się akurat w szereg konfliktów zbrojnych od lat toczonych na obrzeżach świata zachodniego i poza nim. Te konflikty i procesy społeczne, kulturowe i polityczne im towarzyszące świadczyły od dawna o nadchodzącym przeformatowaniu współczesnego świata, upadku wspomnianego systemu królującego od trzech dekad zwanego neoliberalizmem (de facto jest to neokonserwatyzm, niewiele mający wspólnego z klasycznym liberalizmem). Krach tego systemu zapowiada również koniec absolutnej hegemonii cywilizacji Zachodu istniejącej od ok. 500 lat, czyli od 1492 r. (odkrycie Ameryki przez Krzysztofa Kolumba).

Potężne kryzysy zawsze towarzyszyły w historii takim epokowym zmianom o wymiarze tektonicznych ruchów skorupy ziemskiej. I trwać mogły dekadami (by nie rzec wiekami – przejście z gospodarki feudalnej do kapitalistycznej trwało ponad wiek i towarzyszyły temu wojny, rzezie, epidemie, głód i cywilizacyjna zapaść na Starym Kontynencie).

Nadzieja w barbarzyńcach

Trudno bawić się w futurologa i wróżenie co nastąpi po epoce tzw. demokracji liberalnej i splecionego z nią w toksycznej koniunkcji neoliberalnego fundamentalizmu. Czyli nieograniczonej władzy rynku oraz sfery finansowo-bankowej. Ów system zawłaszczył sobie wszystko, co możliwe: gospodarkę, bankowość, kulturę, naukę, sport itd. Tylko materialny, finansowy sukces i rosnące zyski mają jakąkolwiek wartość i są promowane przez wszechwładne media, stanowiące integralną część owego systemu. Postawił też stygmat na naszej ludzkiej świadomości. Można jedynie domniemać czego (i z jakich powodów) nie będzie. Symptomy upadku i degeneracji tego systemu zwanego liberalną demokracją, kojarzonego z cywilizacją euroatlantycką, są na kanwie wspomnianych dwóch wydarzeń aż nazbyt widoczne. CoV-19 i agresja Rosji na Ukrainę są tylko kolejnymi akuszerami owej systemowej zmiany.

Równoczesny i przewidywany krach liberalnej demokracji, jaką szczyci się cywilizacja zachodnia jest właśnie dlatego do przewidzenia. Jak stwierdził onegdaj Zygmunt Bauman (Globalizacja) - „demokratycznie wybrane rządy spisują się znakomicie w roli agentów rynku towarowego oraz akwizytorów jego światopoglądu. Dla zdradzonych przez cywilizację to barbarzyńcy są nadzieją”. I dlatego uwiąd liberalnej demokracji widać od dawna, a jego efekty są namacalne na wielu płaszczyznach życia. Wielu jednak nie chciało, lub nie potrafiło tego dostrzec.

Nie może być inaczej, gdy nie tylko zdaniem znanego brytyjskiego ekonomisty Guy Standinga - o czym mówił wielokrotnie - na samym szczycie globalnej gospodarki rynkowej (czyli planetarnego układu) „znajduje się plutokracja, malutka mniejszość obrzydliwie bogatych oligarchów”. Kilkudziesięciu najbogatszych ma tyle, co ponad połowa populacji światowej.

Inny naukowiec, Dani Rodrigo (Princeton University) – i nie tylko on - zwraca uwagę od lat na zagrożenia dla demokracji leżące w postępującej robotyzacji i sprowadzania organizacji procesu pracy wyłącznie do cyberfizycznej przestrzeni oraz przetwarzania chmurowego. Takie podejście materializuje ideę inteligentnej przestrzeni, w której systemy cyberfizyczne sterują wszystkimi procesami, tworząc wirtualne (cyfrowe) kopie świata realnego i podejmując zdecentralizowane decyzje. Poprzez Internet rzeczy w czasie rzeczywistym komunikują się i współpracują ze sobą oraz z ludźmi, natomiast dzięki przetwarzaniu chmurowemu są oferowane i użytkowane usługi wewnętrzne i międzyoperacyjne.

Inteligencja ludzka w obliczu postępu i wdrażania sztucznej inteligencji będzie coraz mniej potrzebna, (albo ograniczona do minimalnych, rutynowych przedsięwzięć). Po co więc takiemu systemowi tzw. klasa średnia oparta o wykształcenie, świadomość i inteligencję ludzką? Tak więc proces eliminacji osób niewykwalifikowanych obejmie w dalszej kolejności i tę warstwę ludzi.

Zapaść wieży z kości słoniowej

Powiązanie tych procesów z nadchodzącym kryzysem strukturalnym całego systemu widać po spadku realnych dochodów w wielu krajach tzw. bogatego i demokratycznego świata oraz w obniżaniu standardów demokratycznych prowadzących do ograniczania wolności osobistych oraz wzrostu stopnia inwigilacji społeczeństw (Sh. Zubow, Kapitalizm inwigilacji). Musi to spowodować drastyczne obniżenie jakości życia szerokich mas, które do tej pory żyły „w wieży z kości słoniowej”.

Wojny, epidemie, tłumy uchodźców, szalona niepewność i chaos, brak perspektyw i minimalnego poczucia bezpieczeństwa egzystencjalnego, rzezie i konflikty „wszystkich ze wszystkimi” (T. Hobbes, Lewiatan) towarzyszą nam, ludziom Zachodu skupionym w owej „wieży z kości słoniowej” cały czas. Teraz, gdy dotarło to jako forpoczta zmiany systemowej do progów Europy, jesteśmy niebywale i dramatycznie zaskoczeni.
Powszechna niepewność i obawy o przyszłość powiązane z upadkiem poziomu materialnego życia zawsze w historii rodziły zapotrzebowanie na dyktatorów, silnych przywódców, autokratów różnego autoramentu. Zwłaszcza, że system przejścia do postkapitalizmu może trwać wiele dekad.
Fetyszyzowana przez media głównego nurtu tzw. klasa średnia (mająca stanowić osnowę demokracji liberalnej) jest niejako z jednej strony wasalem wspomnianej wcześniej plutokracji w sensie mentalnym, a z drugiej – niesłychanie chybotliwą i niestabilną podstawą demokracji. Wmówiono jej, a ona w to uwierzyła, że demokracja czyni ją automatycznie wyższą, kulturalniejszą, ładniejszą, bogatszą, mądrzejszą, szczęśliwszą. A demokracja jest szara, codzienna, przyziemna i często brutalna oraz wyzuta z tzw. wartości uniwersalnych. Czyli – oświeceniowych i humanistycznych.

Zamiast wolności - religia

Praktyka liberalizmu ostatnich dekad poprzez medialną i retoryczną dogmatyzację oraz aprioryczność przekazu zmistyfikowała – wbrew twórcom i klasykom tej uniwersalnej doktryny - świadomość rzeszy swoich zwolenników, czyniąc z nich wyznawców. Nie krytycznych i racjonalnych admiratorów tej idei.

Wolność, ten naczelny kanon liberalizmu, musi być jak najdalej od dogmatyzmu, opresji czy intelektualnego terroru. Sprowadzono jednak liberalizm do wąskiego, utylitarnego postrzegania doktryny wyłącznie do sfery rynku i związanej z nim jego „niewidzialnej ręki”, która niczym czarnoksiężnik z krainy Oz załatwi wszelkie problemy czy niedogodności życia. To właśnie uczyniło z programu politycznego o pierwotnym prowolnościowym wymiarze – idei wzniosłej i humanistycznej - de facto religijną wiarę. Z całą religijno-instytucjonalną atmosferą opresji i dokuczliwości.

Niechlubna rola mediów

Nie można w tych procesach pominąć niechlubnej roli mediów. Ich toksyczność doskonale pokazuje pozycja amerykańskiej firmy PR-owej Ruder Finn Global Public Affairs wynajętej podczas wojen w b. Jugosławii, a dostarczającej światowym mediom informacje z pól bitewnych i politycznych salonów. Wobec wątpliwości co do prawdziwości przekazywanych informacji, (jak się potem okazało -„fejków”), przedstawiciele owej firmy odpowiadali: „Mamy pracę do wykonania. Nie płacą nam za głoszenie moralności lub prawdy” (M.Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Lustro międzynarodowej polityki) .

Od tamtej pory w mediach głównego nurtu liczy się trend, iż najważniejszy jest pierwszy, nie pogłębiony, często spreparowany pod określone zapotrzebowanie, news. Dementi są absolutnie nieskuteczne w świecie globalnych, komercyjnych, pozostających na smyczy kapitału mediów. I tak ten ważny element liberalizmu i demokracji – dostępność opinii publicznej za pomocą wolnych mediów (tzw. czwarta władza) do prawdziwej i wielopłaszczyznowej informacji celem wyrobienia sobie poglądu – został sprowadzony do manipulacji i propagandy. Przy okazji podeptano kodeks etyczny dziennikarstwa i pominięto w przekazie całkowicie aspekt społeczno-kulturowy na rzecz zysku. Tak relacje z rozbicia Jugosławii stały się grobem rzetelnego, obiektywnego, zbalansowanego przekazu medialnego. Potem było tylko gorzej.

Jeden z nielicznych, w klasycznym tego słowa znaczeniu, adherentów i promotorów liberalizmu w Polsce prof. Andrzej Walicki twierdził (czemu wielokrotnie dawał wyrazy w swoich pracach i wypowiedziach), iż padliśmy ofiarą ideologicznej ofensywy niewielkiej liczebnie mniejszości, agresywnej i dobrze zorganizowanej, dążącej wyłącznie do mnożenia swoich bogactw i możliwości ich stałego powiększania. Bez względu na wszystko i kosztem większości. Nie może się to zdaniem uczonego dobrze skończyć.

Jak zauważył przed laty Christopher Lasch, przyśpieszony bieg historii „nie sprzyja już wyrównywaniu społecznych różnic: coraz częściej kieruje się natomiast w stronę społeczeństwa dwuklasowego, w którym uprzywilejowana garstka monopolizuje korzyści płynące z pieniędzy, wykształcenia i władzy” (Bunt elit). Rozpowszechnianie dobrobytu, wyrównywanie poziomów życia, wykształcenia, humanizacja stosunków międzyludzkich, poszerzanie zakresu wolności osobistych i swobód różnego rodzaju, a tym samym niwelacja różnic cywilizacyjno-kulturowych w skali całego globu jest wyraźnie w defensywie. Postępuje to równolegle z zawłaszczaniem i sposobem jego realizacji przez elity mianujące się jako demoliberalne, które utożsamiane są w świecie niezachodnim jako właśnie Zachód i liberalizm. I nieważne, czy jest to pogląd słuszny czy nie. Tak po prostu jest, a rzesze migrantów ciągnących do tego kręgu kulturowo-cywilizacyjnego o niczym nie świadczą.

Upadek Edenu

Aktualny poziom – na razie - i jakość życia to malutki i współczesny fragment rzeczywistości. Ten Eden się zamyka. Świadczą o tym rosnące mury i zasieki oraz narastająca niechęć wobec obcych w bogatych społeczeństwach Zachodu. One myślą, iż to właśnie ci uchodźcy zabierają im dotychczasowy dobrobyt i spokój. To też element zbliżających się rudymentarnych zmian. Jednak system oparty wyłącznie na pomnażaniu zysku i obniżaniu kosztów pracy musi ciągle poszukiwać nowych rynków zbytu oraz coraz tańszej siły roboczej i surowców. To kolonizacja w modelowym - teraz XXI wiecznym - wydaniu. Te dwie tendencje muszą się zderzyć, bo są a priori antynomiczne.

To są wielopłaszczyznowe, od dawna narastające symptomy upadku całego systemu globalnej organizacji. Z drugiej jednak strony, społeczeństwa zachodnie uśpione słodkim i kuszącym paradygmatem o bezwzględnej i absolutnej (co wiąże się z poczuciem wieczności) wyższości systemu, w jakim im przyszło wygodnie i spokojnie żyć nie zwracały uwagi i nie niepokoiły się tymi zwiastunami zmian. Za ich życia – myślano powszechnie – świat nie zmarnieje. Minął - jak wmawiały wszechwładne media - czas wielkich idei, iluzji, wizji itd. W tej kulturze zwyciężył hedonizm, sybarytyzm, egoizm. Marzeniem pozostało tylko w świętym spokoju przetrwać do końca swego jednostkowego bytu. A potem - po nas choćby potop. Dlatego mówienie o planetarnym, ogólnoludzkim zjednoczeniu w obliczu globalnych, autentycznych egzystencjalnych wyzwań jest mrzonką. Wpierw musi się zmienić diametralnie system, a z nim świadomość.

Jest to sytuacja analogiczna do tej, w jakiej znalazło się Imperium Romanum od przełomu II/III w. n.e. Już wtedy cesarstwo funkcjonowało gorzej niż za Augusta, Trajana czy Hadriana. Rzymianie po prostu wyeksploatowali nie tylko dobra materialne stanowiące o jakości Imperium, ale wyzbyli się idei i „ducha”, które pozwalały na rozwój i postęp. Tak w sferze materialnej jak i kulturowej, ideologicznej, cywilizacyjnej.

Globalizacja po raz kolejny w dziejach ludzkości doszła dziś do swego kresu i się załamuje. Tak jak miało to miejsce w przypadku globalizacji – czyli handel i wymiana ludzi, idei, zysków etc. w skali planetarnej - na bazie podboju Ameryki przez Hiszpanów, potem w wersji holenderskiej supremacji, następnie według modelu Imperium Brytyjskiego, który przejęli Amerykanie. Ostatnie 30 lat po upadku muru berlińskiego była to hegemonia Zachodu z USA na czele.
Globalizacja, utożsamiana również z demokratyzacją i postępem, miała stać się kolejną wersją kulturowego i cywilizacyjnego zglajchszaltowania świata. To przeczy samo w sobie podstawowym zasadom demokracji, czyli pluralizmowi, poszanowaniu odrębności, doświadczeniom (a tym samym – przyzwyczajeniom) i wolności wyboru. Bo czy słuszne hasła demokratyzacji i postępu mogą być kojarzone wyłącznie z westernizacją (by nie rzec – z amerykanizacją w tym najgorszym, prymitywnym i urągającym humanizmowi i uniwersalizmowi wymiarze)?
Radosław S. Czarnecki

Jest to pierwsza część eseju Radosława S. Czarneckiego "Czy nadchodzi postkapitalizm?". Drugą zamieścimy w nastepnym numerze, SN 10/22

Odsłony: 252
Our website is protected by DMC Firewall!