Czy to już faszyzm?

Utworzono: czwartek, 22 wrzesień 2022 Anna Leszkowska Drukuj E-mail


Czarnecki do zajawkiW swoim słynnym eseju Wieczny faszyzm Umberto Eco skonstruował 14 tez charakterystycznych dla prafaszymu, który jego zdaniem jest immanentny cywilizacji i kulturze zachodniej (a tym samym – euroatlantyckiej). Jednym z jego rudymentów jest monoprzekaz sposobu myślenia i odczuwania, narzucane populacji czy społeczności dotkniętej tym syndromem przez tzw. mainstream. Ponieważ faszyzm zdaniem włoskiego intelektualisty może ubierać w „różne palta” zależne od czasów, miejsca, kultury, okoliczności itd. jest totalitaryzmem w wersji fuzzy (i dlatego trzeba go odróżniać od niemieckiego nazizmu). Fuzzy to termin z logiki oznaczający zbiory rozmyte, o niewyraźnych konturach i kształtach, niewyraźne i mętne.

Z ustroju faszystowskiego możemy wyeliminować kilka aspektów a i tak rozpoznajemy go jak faszyzm: tak udowadnia immanencję prafaszyzmu w kulturze Zachodu Umberto Eco.
Media mają w dzisiejszym świecie kolosalną, gigantyczną siłę rażenia. I zdolność do urabiania świadomości odbiorców w pożądanym, celowym oraz konkretnym celu. Na dodatek osiągnięcia nowych technologii pozwalają tak manipulować obrazem i sugestywną prezentacją, iż ta zdolność medialnego rażenia niepomiernie, w sposób nieznany do tej pory, wzrosła.

Ojcowie tzw. public relation – Edward Bernays i Walter Lippman (twórcy schematu jak za pomocą reklamy – także zamaskowanej i żonglerki obrazem, informacją i sugestią -maksymalizować zysk) – byliby dumni z dzisiejszych osiągnięć w medialnej manipulacji.
To Lippman skonstruował polityczną koncepcję polegającą na tym, iż można wykorzystać media do kontrolowania zarówno prezentacji, jak i konceptualizacji, nie tylko do tworzenia głęboko zakorzenionych fałszywych przekonań w populacji, ale także po to, aby całkowicie wymazać niechciane idee polityczne ze świadomości opinii publicznej. Tu był początek nie tylko amerykańskiej histerii na rzecz wolności, demokracji i swobody słowa w specyficznym, utylitarnym znaczeniu. Tu znajduje się geneza politycznych poglądów łącząca bezdyskusyjnie zachodni, liberalno-demokratyczny (dziś implantowano ten pogląd na panujący od 40 lat totalnie neoliberalizm) system polityczno-społeczny z wolnością słowa. Wszystkie inne rozwiązania, idee czy teorie miały być od tej pory z tej racji (przede wszystkim możliwości wpływania na opinię publiczną i świadomość społeczną) złe, niedemokratyczne, demoniczne autorytarne i podlegające totalnemu zwalczaniu.

Z kolei Edward Bernays swój wkład w rozwój technik PR-u, nazwanego „inżynierią konsensusu” dokonał poprzez połączenie teorii psychologii tłumu z psychoanalitycznymi ideami swojego wuja Zygmunta Freuda. Bernays postrzegał społeczeństwo jako irracjonalne i groźne, z niebezpiecznym instynktem stadnym. Uważał, że jeśli wielopartyjny system wyborczy ma przetrwać i nadal służyć określonym celom i grupom z tzw. deep state potrzebna jest masowa manipulacja opinią publiczną. Elity „niewidzialnych ludzi” z deep state miałyby poprzez odpowiednie wpływy na rządy i kontrolę mediów regulować sposób myślenia, wartości i reakcje obywateli. Powinni być oni zalani dezinformacją i naładowaną emocjonalnie propagandą, aby w taki sposób projektować przyzwolenie mas. I w taki oto sposób nimi rządzić.

To teoria o istocie i formach masowej perswazji publicznej, używająca całkowicie wymyślonych „faktów” (zwanych dziś „fejkami”) głęboko wdrukowanych w umysły łatwowiernej (im mniej wykształconej, samoświadomej i ze zdolnościami do samodzielnego i krytycznego myślenia, tym dla „niewidzialnych elit” lepiej) opinii publicznej w celu manipulowania nią i czyniąca ją poddaną owym elitom.

To dzięki Bernaysowi narodził się amerykański marketing wojenny, funkcjonujący do dziś i prezentujący Waszyngton i amerykańską demokrację jako clou rozwoju ludzkości, niedościgły wzór organizacji społecznej, będący znaczącym elementem utwierdzania hegemoni USA na świecie. Ten przypadek potwierdza spostrzeżenie, iż sakralny charakter mitów, mimo swej irracjonalności i wielokrotnej kompromitacji, staje się z czasem wielokrotnych powtórzeń nader trwałym elementem kultury. I dotyczy to również Zachodu Europy mieniącego się racjonalnym i realistycznym.

Dla prafaszyzmu niezgoda na powszechność jest zdradą, przyczyną wykluczenia i stygmatyzowania tych, którzy ośmielają się mieć, a co gorsza głosić publicznie, własne, indywidualne, odmienne (za Bernaysem - od „niewidzialnych elit”) zdania czy opinie.
Eco zwracał w swoim słynnym eseju uwagę na fakt, iż prafaszyzm opiera się głównie na populizmie jakościowym. Demokracja przypisuje obywatelom indywidualne prawa. Także do głoszenia poglądów. Według opcji faszystowskiej, tylko wyznawcy, akolici, monolityczna popierająca daną wizję świata zbiorowość są po stronie prawdy, światła i człowieczeństwa, gdyż stanowią formę nowego, współczesnego „ludu wybranego”.

Eco przestrzegał przed tym jakościowym populizmem rodzącym się z prafaszymu a sączonym według recept Lippmana i Bernaysa przez media elektroniczne: zwłaszcza telewizją i Internetem. Wmówienie wyznawcom, że są jednoznacznie po stronie prawdy, a inne opcje nie mają racji bytu i winne być napiętnowane oraz skazane na wieczne milczenie – co często się równa z eliminacją z życia publicznego czy nieformalną (bo pozasądową) anatemą – jest absolutnie tradycją charakterystyczną dla faszyzmu w każdej wersji.

No i oczywiście uzupełnia współczesną taką przestrzeń istnienie tzw. orwellowskiej nowomowy. Wypełnia ona ją absolutnie, celem efektywniejszego manipulowania „ludem”, dziś tzw. konsumentami produktów medialnych.
Przekaz współcześnie lejący się z mediów spełnia wszelkie kryteria funkcjonowania wedle recept Lippmana-Bernaysa. Dzisiejsza nowomowa ma swe źródła także w banalizacji i karnawalizacji przekazu, m. in. w języku i formach popularnych talk-show, kolejnych klonach Big Brothers, monokulturze myśli przekazywanych wyłącznie w afektywno-emocjonalnych formach, debatach na poważne i skomplikowane sprawy na różnego rodzaju Twitterach, Tik-Tokach itp.
W ostatniej sekwencji kończącej esej Autor stwierdza, iż faszyzm może (i najprawdopodobniej) powróci w najniewinniejszym i najmniej spotykanym przebraniu. W nieoczekiwanej formie i chwili. I będzie tym samym świecić niezasłużonym, odbitym blaskiem niczym planety. Udając gwiazdę.
Radosław S. Czarnecki

 

 

Odsłony: 148
Our website is protected by DMC Firewall!