Porażki Oświecenia (2) Zwycięstwo dogmatyzmu

Utworzono: środa, 27 styczeń 2016 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail

Zwycięstwo dogmatyzmu *

 

Czarnecki-do zajawkiAby sprowadzić kontrowersje dotyczące porażek Oświecenia do wspólnego mianownika, potrzebne jest zdefiniowanie dwóch pojęć, nieusuwalnie związanych z kontekstem prezentowanych tu refleksji: chodzi o pojęcia doktrynerstwa i dogmatyzmu.

D
oktryner (fr. doctrinaire, czyli nauka, z łac. doctrina) to osoba zawzięcie broniąca wąskiego, często nieaktualnego lub subiektywnie wyolbrzymionego fragmentu wiedzy, mająca przekonania oparte na ściśle określonej doktrynie, nie uwzględniająca upływu czasu. Z owym pojęciem związane są takie terminy jak agitator, czciciel, fanatyk, fundamentalista, idealista, ideolog, konserwatysta, purytanin, propagandzista.

Także pojęcie dogmatyka, czyli osoby o niezmiennych, stałych poglądach, przekonanej w zupełności o swych racjach, jest niezwykle pomocne w zakreśleniu ram tego dyskursu. W sferze filozoficznej mianem dogmatyka określa się człowieka fanatycznie oddanego swoim przekonaniom, wroga sceptycyzmu. W kwestiach religioznawczych jest to osoba bezgranicznie oddana pewnikom swojej religijnej wiary, czyli fundamentalista.

     Dogmatyczny neoliberalizm
sam stał się współczesną formą sekularnej religii ze swoiście pojmowanym kościołem, świątyniami, kapłanami, rytuałami, liturgią oraz określoną retoryką doktrynersko-fundamentalistycznego chowu. Kojarzony z liberalizmem przyczynia się do jego kompromitacji poprzez propagowanie wszelkich dogmatycznych idei i sposobów opisu świata, w tym - religii.

     Religia, zwłaszcza monoteistyczna, chce czystości w każdym wymiarze, tępiąc przy tym herezje, inności, pluralizm. Czystość idei religijnego chowu to odzwierciedlenie doskonałego stanu materii, stanu, gdzie już nic dodać, nic ująć nie będzie trzeba. Bez takiej dogmatycznej wizji, czystość nie ma sensu. Czystość zawsze wymagała i wymaga ingerencji, pielęgnacji, pouczenia, ale i wykluczenia, piętnowania Innego: heretyka, schizmatyka, sceptyka, prześmiewcy, dysydenta, czy tylko tego, co nie chce się poddać powszechnie obowiązującej narracji.
 

Jak zauważył Piotr Kuczyński, (pisze to na przykładzie sprawy ukraińskiej i jej percepcji w Polsce), trzy czwarte populacji ulega przeważnie opinii większości i „zaprzecza własnym oczom czy interesom”  („Jeśli chcemy, by wszytko pozostało tak jak jest, wszystko musi się zmienić”, Studio Opinii, 24.02.14).
Czystość idei religijnego chowu połączona jest zawsze z doktrynerstwem i dogmatyzmem, co wymaga jednocześnie posłuszeństwa, pokory i poddania autorytetowi kapłana, guru, przewodnika czy egzegety ksiąg świętych (i idei w nich zawartych). Dziś są nimi agencje ratingowe, fundusze hedgingowe, konsultanci i doradcy różnej maści przewijający się przez media, znani żurnaliści (teoretycznie niezależni, acz pozostający na żołdzie – finansowym, bądź mentalnym - korporacji i owych agencji czy funduszy) i tzw. autorytety  szerzące kult tej doktryny i jej teoretyków.
 

     Gustaw Le Bon (1841-1931) w Psychologii tłumu  zwrócił uwagę na zadziwiające zjawisko: w „Galii za panowania rzymskiego Rzymianie dzierżyli swą władzę nie dzięki sile, lecz religijnemu uwielbieniu, jakie potrafili wzbudzić. W całym państwie rzymskim powstała religia, w której bogami byli cesarze. Na długo przed zapanowaniem chrześcijaństwa 60 plemion galijskich wybudowało wspólnie w okolicy Lyonu świątynię ku czci Augusta. Kapłani tej świątyni, wybrani przez zgromadzenie plemion galijskich, zajmowali pierwsze miejsce w kraju”.

Każdy kult, obojętnie czy to „Kult Stalina, Hitlera, Mao, Jezusa (w ruchu Jesus People), Bhagwana, Rona Hubbarda (w Scientology Church), Yogi, maharadży Mahesha (medytacja transcendentalna), Wojtyły – podobnie jak kult Chomeiniego – był i jest jednak  podporządkowany prawidłowościom  fundamentalistycznym” (H. Mynarek, Zakaz myślenia). Te zachowania i mentalność odnieść można do współczesnych propagatorów i akolitów neoliberalizmu.


Obowiązująca  narracja

 

     Taką jest neoliberalna, powszechnie obowiązująca, narracja. Takie też niesie ze sobą rezultaty. Kapłani tej formy religijności przekształcili człowieka (i on sam temu ochoczo się poddał) w towar i traktują jego życie jak kapitał inwestowany z zyskiem, ale dla właścicieli kapitału prawdziwego, finansowego.

Jeśli człowiekowi się powiedzie – mówi się mu, że odniósł tzw. sukces, bo stworzono mu możliwości, jeśli nie – jest gorszym, niedostosowanym,  wykluczonym, patrzy się nań z politowaniem. Bo jak w świecie tylu szans nie można odnieść sukcesu, jak można nie być cool, nie być (choć na chwilę) na szczycie? 

I jak można nie oddawać czci i nie poddać się tej bezalternatywnej doktrynie, tej jedynie słusznej ideologii, która jest Samą Prawdą? Jak wskazuje  Erich Fromm, wynika to ze sprowadzenia wartości człowieka do atrakcyjności rynkowej, a nie wartości humanistycznych. Sytuuje się go wyłącznie w kategoriach komercyjno-materialno-biznesowych.
    Ale przecież, jak pisze M. Doenhoff: „gospodarka  rynkowa  nie  może  być  treścią  i  sensem  życia.  Tymczasem   na  pierwszym  miejscu  znalazły  się  pieniądze  i  kariera,  pogłębiająca  się  przepaść  między bogactwem, a  biedą,  prezenty  dla  bogaczy  w  postaci  poważnego  obniżenia  podatków.  Zamiast  społeczeństwa  o  wysokim  poziomie  cywilizacyjnym  wyrasta  społeczeństwo czysto  konsumpcyjne,  pazerne” („Ziviliziert den Kapitalismus”, Grenzen den Freiheit).

   Tzw. sukces  zależy od czynników zewnętrznych, często od człowieka absolutnie niezależnych, takich jak przypadek, dobre urodzenie, przychylność mediów. Często chwilowe poczucie bezpieczeństwa i komfortu wewnętrznego jakie on daje (zagłuszającego głos sumienia, wyznawane wartości i głoszone wcześniej poglądy) wynika z konformizmu. Z bojaźni oddalenia się od swego stada, z akceptacji obrazu rzeczywistości stworzonej przez możnych tego świata - banksterów, serwilistyczne media. 

Erich Fromm w książce O byciu człowiekiem ponad pół wieku temu pisał, że człowiek umarł, niech żyją rzeczy, towary. Dziś można to powtórzyć, jedynie zamiast rzeczy i towary wstawić – banki (i wszystko to co się z nimi wiąże). Dogmat zabija. Z dogmatem  w głowie nie możemy w żaden sposób mówić o wolności.  

     Dogmatyzm (a tym samym – doktrynerstwo będące zaprzeczeniem wolności myśli i wypowiedzi) znów święci triumfy w starej Europie. Dogmatyzm  sugeruje, że istnieje gdzieś jakaś Prawda Absolutna, niepodważalna, której trzeba się bez dyskusji podporządkować. Trzeba do niej dostosować porządek i ład społeczny, a w razie możliwości (to ideał wszystkich dogmatyków i doktrynerów) doprowadzić zbiorowość do Benthamowskiego  Panoptikonu lub rzeczywistości orwellowskiej, gdzie nadzorcy mogą kontrolować nawet myśli inwigilowanych jednostek, dbając tym samym o homogeniczność społeczeństwa w każdym wymiarze.

Kapitalizm a demokracja

     Georg Soros, prominentny przedstawiciel elity światowych rekinów finansowych w skali globalnej, nazywający siebie filantropem, zajmujący się dziś już tylko promocją wolności, demokracji i idei „społeczeństwa otwartego”, stwierdził u schyłku swego życia (Kryzys światowego kapitalizmu), iż „związek demokracji z kapitalizmem jest co najwyżej wątły”. Rozbieżności te materializują się np. w celach zaspokojenia potrzeb.
Celem kapitalizmu jest dobrobyt, w demokracji – polityczny autorytet. W kryteriach, jakimi mierzone są oba pojęcia: w kapitalizmie to pieniądze, w demokracji – głos wyborczy obywatela. W interesach - w kapitalizmie to interes prywatny, indywidualny, w demokracji – interes publiczny.

     Ową bezwzględną kompatybilność kapitalizmu z liberalną demokracją ukuły elity europejskie en bloc (i bezrefleksyjnie) na podstawie epoki złotego wieku kapitalizmu (1945-89). W tym czasie welfare state na Zachodzie funkcjonowało w najlepsze, dając pokój społeczny, rozwój i postęp, a także znaczny wzrost jakości życia tamtym społeczeństwom (E. Hobsbawm, Wiek skrajności).  Mogło się wydawać, że ideały Oświecenia i Rewolucji Francuskiej (z całym późniejszym dorobkiem intelektualno-jurydyczno-mentalnym) ostatecznie uległy materializacji i będą jedynie ugruntowywane.   

     Fundamentaliści rynkowi – to pojęcie ukute przez G. Sorosa – tak obficie zaludniający współczesną przestrzeń publiczną,  zawsze chcą wartości społeczne zdyskredytować, sprowadzając je wyłącznie do zjawisk rynkowych. To droga donikąd. Bo tu rządzi pogoń za zyskiem, prywata, drapieżność,  egoizm, zaborczość, wyrachowanie, komercja i egotyzm.

Anonimowy uczestnik rynków finansowych nigdy nie musi rozważać pozaindywidualnych skutków swoich działań. To, iż są one bolesne dla innych nie ma znaczenia, gdyż obowiązują zasady skuteczności i  konkurencji rynkowej. Nie można brać pod uwagę żadnych - poza komercyjnymi - względów, gdyż wstrzemięźliwość, czy moralne opory powodują, iż miejsce wahającego się zajmie ktoś inny.
A decyzje na rynku – zwłaszcza na globalnym rynku finansowym  – zawsze mają skutki społeczne. Niewielu wygrywa, większość jest przegranych.
Demonizowanie rynku powoduje jednak więdnięcie demokracji, interesów publicznych, dobra wspólnego. Powoduje to agonię Oświecenia opisanego triadą: liberté, fraternité, égalite, a z nim – racjonalizmu i realizmu. 
   Dlatego ten wspaniały system uchodzi za „instrument retoryczny: pokój jest wieczną wojną, globalny oznacza imperialny. Niegdyś pełne nadziei pojęcie reform teraz jest synonimem regresu, a nawet destrukcji. Oszczędności są narzuceniem ekstremalnego kapitalizmu biednym oraz podarowaniem socjalizmu bogatym.

Pomysłowy system, w którym większość obsługuje zadłużenie mniejszości”, jak pisze J. Pilger, znany dziennikarz i publicysta australijski („Świat, który stworzyliśmy wykracza poza koszmar Georga Orwella”, Exignorant’s blog, 16.07.14).
Zatem to także tutaj trzeba szukać powolnej śmierci Oświecenia i jego ideałów. Bo gdzie w takim przypadku miejsce dla narzędzia potrzebnego i użytecznego przede wszystkim w  „moralnym kształtowaniu się ludzkości”? (A.C. Robert, „Co się stało z Oświeceniem (rozum w niełasce)?”, Le Monde diplomatique, 2/15)

Nowa religia

     Prof. Paweł Kozłowski – ekonomista, socjolog (Uniwersytet Warszawski), współpracownik prof. Grzegorza Kołodki – uważa, iż dzisiejszy „kapitalizm jest podobny do religii („Debata dialogowa”, Res  Humana,  4/137/15). Związek Boga z  życiem ziemskim wyraża Opatrzność. W kapitalizmie jest nią rynek. Jego propagatorzy już dawno podkreślali tworzony przez niego pokój i przyjazne stosunki miedzy ludźmi.  Później dodano inną, nadprzyrodzoną właściwość: doskonałość wynikającą z samoregulacji. Rynek się opiekuje, rynek prowadzi do sukcesu. Tylko on. Tym, którzy się mu oddali.

Nie ma zbawienia poza Kościołem, tak jak nie ma udanego, wartościowego życia poza rynkiem. Ma swoje budowle sakralne. Należy je odwiedzać, szanować i w ich wnętrzach pokornieć. To banki. Jak wszystkie świątynie wyrastają z wiary. Odnosi się ona do ich wyobrażonej zawartości, a więc pieniądza.
Jego siła, znaczenie i ekspansja opiera się na zaufaniu i na wierze, a nie na doświadczeniu, zwłaszcza gdy zrezygnowano z wiązania pieniądza ze złotem i uniezależniono od wielkości zgromadzonego bogactwa materialnego.

Religia ma (w każdym razie powinna mieć) wyraz intelektualny. Nadaje mu ją teologia. We współczesnym kapitalizmie tę rolę pełni zarządzanie oraz inne nie mniej ważne, również akademickie dyscypliny, jakimi są wspomniany PR oraz marketing.
Zarządzanie staje się, zostańmy przy religijnej analogii, integrystyczne. Dąży do objęcia wszystkiego: życia prywatnego, zdrowia, stanu uczuciowego, relacji z małżonkiem, relacji z  dziećmi, spędzania wakacji czy słuchania muzyki. Także rozwiązywania konfliktów wartości, gdyż również na to oferuje odpowiednie przepisy.

Kapitalizm jak religia – osądza. Ma do tego specjalne instytucje, w których pracują interpretatorzy woli nadrzędnej istoty, otrzymujący wynagrodzenie z agencji ratingowych, centrów analiz, firm konsultingowych, a także z budżetu państwa.
Rozbudowaną sieć instytucji tworzą rozmaite ciała wymierzające wartość, wyznaczające pozycje i znające w sposób równie niepodważalny, przyszłość. Należą do nich m.in. duże banki i międzynarodowe fundusze. Za podstawę swego sądzenia wskazują zawsze coś obiektywnego i zewnętrznego, nie podlegającego krytyce i niemożliwego do zakwestionowania przez wiernych.

Jest wszakże cecha specyficzna kapitalizmu jako religii. Nie ma w nim miłosierdzia, brakuje także miejsca na odkupienie. Życie to gra, w której liczy się sukces, albo porażka. Nie przewidziano odwołań. Nad tym światem nie ma innego: wszystko jest w nim ostateczne, również to, co zmienia się z dnia na dzień. Dodajmy, by nie tracić nadziei, jeszcze jedną rzecz upodabniającą: herezje. Należy je doceniać – bo kruszą ortodoksje”.

     Doktryna chrześcijańska zawiera prawdy objawione uwierzytelnione przez autorytet instytucji Kościoła. W neoliberalnym porządku rynku, królującego niepodzielnie we współczesnym świecie, też mamy do czynienia z prawdami objawionymi, niepodważalnymi, nie podlegającymi kwestionowaniu. Czyli z dogmatami.

     Celem naszym – tak zawsze twierdzą fundamentaliści, dogmatycy i ortodoksi różnej proweniencji - jest  stworzenie takiego porządku rzeczy, który utwierdzi powszechną skłonność do dobra. Ale to dobro jest przez nas wyłożone, przez nas opisane, przez nas zadekretowane, jak pisał A. Camus w Człowieku zbuntowanym.


Stworzymy nowego boga na powrót (jak w XIX-wiecznym kapitalizmie) -  liczy się tylko kasa, zysk, obrót kapitałem. Każda rewolucja (i każda kontrrewolucja i z nią związana, restauracja) po części ma w sobie pierwiastek irracjonalności, emocji i mistycznego mesjanizmu. I to samo stało się z liberalizmem, który przybrał neoliberalne szaty, moszcząc drogę neokonserwatyzmowi. To z kolei implikuje odchodzenie i porzucanie kanonów Oświecenia w coraz to nowych przestrzeniach. Oświecenia, które przecież skompromitować miało – i skompromitowało na moment, jak widać - konserwatyzm jako ostoję monarchii i feudalnego, statycznego i gnuśnego porządku, intelektualnej inercji.

Egzystencjalny banał

     Jednym z podstawowych elementów tej neoliberalnej (vel – liberalnej) religii jest konsumpcjonizm. Jak podaje Z. Bauman (44 listy ze świata płynnej nowoczesności), jest on wytworem na wskroś społecznym, a nie częścią naturalnego jestestwa człowieka, biologicznie „wiecznie przyrodzonym” prawem i potrzebą.

Jak to się ma do zaklęć neoliberałów nad niebytem zagadnień zwanych społecznymi? Jak to się ma do thacherowskiego szlagwortu mówiącego, że czegoś takiego jak społeczeństwo nie ma i nigdy nie było?
Apel G. W. Busha jr. po 9/11: „Wracajcie na zakupy”, to apel o normalność, ale świadczący o tym, iż normalnością jest zakupizm. On i tylko on – funkcja dobrobytu i perspektyw rozwoju (B. R. Barber, Dżihad  kontra McŚwiat, Skonsumowani). To clou tej formy gospodarowania, tej formy funkcjonowania społeczeństw, tej mentalności elit. Trzeba przyznać – koncepcja nader uboga intelektualnie, funkcjonalnie płaska, nie posiadająca niczego ze wzniosłości rudymentarnych kanonów Oświecenia.

    To aspekt sprowadzający egzystencję ludzką do banału, wiecznej zabawy i pogoni za nowym dobrem, nową zabawką. A miała być ona wg Oświecenia - przede wszystkim u  elit - „oświecona”, świadoma, racjonalna i prowadzić ku obywatelskości. Tymczasem objawia się w prozaiczny i prostacki sposób: kupujcie, bądźcie szczęśliwi, bo  kupiliście coś nowego. Jak w reklamie – oddajcie się emocjom.

     A emocje sprzyjają rozwojowi i szerzeniu się kultów religijnych. Bo te na emocjach, afektach, namiętnościach, na łatwych receptach szczęścia żerują, pasą się nimi, budują na nich swe jestestwo. Według recepty prezydenta USA wypowiedzianej w obliczu traumy 9/11: idźcie na zakupy. Ta recepta poraża brakiem empatii, płytkością myślenia. I to właśnie jest exemplum  tego, co uważam za kulturę neoliberalną i  wizję człowieka przez nią preferowaną.

Bo każda religia z jednej strony przedstawia człowiekowi własny wizerunek raju, mówiąc mu: uwierz tylko nam, zaufaj (bo tylko my mamy rację i tylko my cię doprowadzimy do tego raju),  my cię zbawimy. Ale z drugiej strony, totalnie kolonizuje jego jaźń. Nie tylko kolonizuje formalnie (czyli ciało), ale zaprzęga jego świadomość w służbę tego nowego boga, jakiego proponuje. Oczywiście, innych bogów deprecjonując, brutalnie depcząc, odmawiając im jakichkolwiek wartości i przymiotów w aureoli zapewnień o wolności, prawdzie, dobru i szczęściu powszechnym.

     Każda świętość, a tak traktują neoliberalizm jego liczni akolici, jest elementem rzeczywistości apriorycznej niebiańskiego chowu, nie podlegającej dyskusji. Religijność owego patrzenia na świat precyzyjnie pokazuje Rudolf Otto (Świętość), przypisując każdej świętości przejaw zdolności widzenia rzeczywistości w kategoriach „wszechogarniającego dobra”. Owa zdolność widzenia (czyli rozpoznawalność czegoś jako znaku) jest dogmatem, który jest przypisany tylko naszej interpretacji tej Prawdy, objaśniającej ów znak.

   Człowiek, a zwłaszcza tłum (czyli ludzie bez świadomości jednostkowej), potrzebuje religii dla emocjonalnego karmienia swej jaźni. Potrzeba do  umiejscowienia siebie  w jakiejś zbiorowej tożsamości jest na tyle silna, iż zagłusza niedostatecznie wykształconą zdolność sceptycznego myślenia, czym osłabia ich racjonalizm (choć oni uważają się za super racjonalistów). Pomaga im w tym towarowość, zakupizm i konsumpcjonizm neoliberalizmu. Materialne, doczesne elementy tej rzeczywistości stają się czymś na kształt sacrum, totemu, fetyszu.

     Fundamentalizm rynkowy to połączenie religii i rynku: tu i tu mamy do czynienia z prezentacją rzeczywistości doskonałej, do której można dojść jedynie drogą konkurencji doskonałej, bezwarunkowemu oddaniu się pracy zawodowej, bo tylko doskonałość uczni nas lepszymi, sprawniejszymi (na rynku zorganizowanym wg doskonałej neoliberalnej konkurencji). Rodzi się jednak dylemat. Jeśli człowiek spędza w pracy 280-300 godzin w miesiącu, to jak może się doskonalić w „obywatelskości”?  W demokracji to jednostka świadoma decydować ma o jej jakości. I  jak to ma uczynić człowiek, który za 280-300 godzin pracy otrzymuje wynagrodzenie około 1200-1400 złotych netto?

     Steven Bruce (prof. socjologii, Uniwersytet w Aberdeen) ujmuje wszelkie fundamentalizmy jako twory oparte o „pewne źródło idei, zazwyczaj jakiś tekst” (Fundamentalizm), które jest nieomylne i kompletne. Towarzyszy im zawsze coś w rodzaju premillenaryzmu czy profetyzmu połączone z silną wiarą w swoją misję i nieomylność. Nieomylność daną od Boga.

Ironią jest jego zdaniem fakt, iż wyznawcy takich idei i poglądów łączą z nimi (wybiórczo co prawda) jednocześnie silne zafascynowanie nowoczesnymi technologiami. Przy neoliberalnym światopoglądzie widać to wyraźnie: egzemplifikacją złotego wieku jest dla jego akolitów  apologetyczny stosunek np. do idei Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana,  do rynku i konkurencji jako pojęć traktowanych w sposób sakralny, z równoczesną idolatrią wobec pomysłów  Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana, a nawet „osiągnięć” wolnorynkowych reform Pinocheta.
A jednocześnie nie przeszkadza owym akolitom i medialnym suflerom neoliberalizmu deklarować się po stronie szczerych demokratów, propagatorów  wolności, a nawet zwolenników i sukcesorów Oświecenia, tudzież racjonalizmu (co zakrawa na kpinę i groteskę).

Krok wstecz

 

     Na zakończenie warto wrócić do refleksji z początkowej części tekstu*, a dotyczącej pojęcia „lud”. Jean Jaures, socjalista i założyciel znanej gazety lHumanite, zamordowany przez nacjonalistę i militarystę Raoula Villaina w 1914 roku, twierdził również, że nie ma innego władcy w kraju niźli „lud”.

Nawiasem mówiąc, przypadek Jauresa to uniwersalne ostrzeżenie przed jakimikolwiek zorganizowanymi akcjami opluwania Innego, przy użyciu obelżywych określeń, knajackich pomówień czy niskich skojarzeń, w których media robią polowanie z nagonką. Krucjata antylewicowa, antyoświeceniowa, antyracjonalistyczna ma zawsze moc dehumanizującą, odczłowiecza ludzi i przestrzeń, w jakiej egzystują. Degeneruje myśl, sprowadzając wszystko do jednego  wymiaru.

     W taki też sposób, obrzucając inwektywami, obarczając go popełnionymi (i nie popełnionymi) w jego imieniu mordami i ludobójstwem,  odsądzając od czci i jakiejkolwiek wiary, deprecjonując jego wartości, zamordowano rozum. A wraz z nim racjonalność, realizm oraz balans, jaki wnosił on do ludzkiej codzienności.

Konserwatyści, tradycjonaliści, ruchy skrajnie prawicowe, od samego początku pracowali nad jego unicestwieniem i przywróceniem porządków opartych na Bogu, Honorze i Ojczyźnie, gdzie jednostka jest (musi  być) tylko elementem wąsko pojętej wspólnoty. To wspominana pogoń wszelkiej maści religiantów, fundamentalistów, reakcjonistów za ową czystością,  homogenicznością.
Społeczeństwa jako suwerena – czyli oświeceniowo-rewolucyjnego „ludu” - nie ma, są tylko rozproszone jednostki. Spajają je w zbiorowość wyłącznie symbole, które serwują im tzw. autorytety, kapłani, guru, nowocześni magowie, bądź medialni czarownicy. Rządzą emocje.

     Oto co spowodowało, iż Oświecenie osunęło się w cień rzucany przez owe tendencje i współczesny, heglowski „duch czasów”.  Ten „pra-faszyzm” - obecny „od zawsze w kulturze Zachodu” – jak mówi Umberto Eco – dziś bierze górę, idąc do zwycięstwa pod innymi zgoła sztandarami. Odziany w inne barwy bojowe i używając (o zgrozo) często oświeceniowo-modernistycznej retoryki. My, XX- i XXI-wieczni sukcesorzy Oświecenia na to sami zezwoliliśmy. 

Radosław S. Czarnecki


*Pierwszą część eseju zamieściliśmy w SN Nr 1/16  Rozum w niełasce, czyli porażki Oświecenia (1)

 

Odsłony: 1865
Our website is protected by DMC Firewall!