Demokracja w liberalnym uniformie (2)

Utworzono: niedziela, 24 kwiecień 2016 Jerzy Niesiobędzki Drukuj E-mail

                                                                                                               

Fałszywa demokracja


Nie wszyscy demokraci przepadają za demokracją. Kilka lat temu w bibliotece Le Monde diplomatique ukazał się zbiór esejów, „Co dalej z demokracją?”  Ich autorzy - Goirgio Agamben, Alain Badiou, Daniel Bensaid, Wendy Brown, Jean-Luc Nancy, Jaques Rancière, Kristin Ross, Slavoj Żiżek - różniąc się w szczegółowych opiniach zgodni są, że działając pod szyldem demokracji można być w konflikcie z demokracją, że racjonalność pojęcia zwierzchności ludu przestaje się liczyć, że królująca dzisiaj idea demokracji przedstawicielskiej preferuje formę rządów oligarchicznych, gwarantujących ciągłość dominacji kapitału, że demokracja liberalna nie kwestionuje już świata podzielonego na dwie części skupiające po jednej stronie zdolnych do rządzenia, najlepszych, zaś po drugiej pozbawionych owej zdolności, że mamy do czynienia z procesem dedemokratyzacji.

Wśród autorów książki „Co dalej z demokracją?” pojawia się Jacques Rancière. Udziela wywiadu. Ten - w porównaniu z towarzyszącymi mu esejami - wypada skromnie. Ale Rancière jest też autorem szerszej pracy o demokracji. Jej tytuł - „Nienawiść do demokracji” – brzmi alarmująco. 
W zachodnim świecie – czytamy w pracy Rancière’a - nie ma dziś miejsca na inny ustrój jak hołdującą zasadom liberalizmu, demokrację przedstawicielsko - oligarchiczną.

System przedstawicielski – pisze Rancière - okazuje się o tyle demokratyczny, o ile deklaruje: „krótkie i nieodnawialne mandaty wyborcze, których nie można łączyć; monopol przedstawicieli ludu na opracowanie ustaw; zakaz kandydowania w wyborach dla funkcjonariuszy państwa; redukcję do minimum kampanii wyborczych i wydatków na kampanię oraz kontrolę ingerencji sił ekonomicznych w proces wyborczy”.
Ustawodawcy, proponując powyższe reguły, nie kierują się umiłowaniem ludu. Zmierzają do rozdzielenia woli powszechnej od interesów partykularnych.  Do zabezpieczenia się przed rządami najgorszych: „tych, którzy kochają władzę i potrafią ją zagarnąć”. Tyle teoria.

 

A praktyka? 

To, co realizuje się w państwach pretendujących dziś do miana demokratycznych budzi rozbawienie Rancière’a. Wszystko w nich przecież działa odwrotnie: „kandydaci zostają wybrani raz na zawsze, łączą lub zajmują naprzemiennie funkcje w samorządach, prawodawstwie lub ministerstwach, a ich zasadniczy związek z ludem zasadza się na reprezentacji interesów lokalnych.
Rządy same stanowią prawo (…) Ministrowie  lub ich współpracownicy zajmują również posady w przedsiębiorstwach publicznych lub półpublicznych. (…) Krótko mówiąc: zawłaszcza się dobro wspólne (…) przez trwałe przymierze oligarchii państwowej i ekonomicznej”.  

No, może nie pod każdym względem jest aż tak źle. W demokracjach europejskich – rozjaśnia nieco Rancière czarną wizję - daje się żyć, bo władza oligarchiczna organizuje wolne wybory, respektuje prawo do zakładania stowarzyszeń, manifestacji i zgromadzeń do funkcjonowania niezależnych mediów.
Wszystkie owe wolności nie są atoli rezultatem oligarchicznej wielkoduszności. „Zostały zdobyte na drodze działania demokratycznego i tylko przez to działanie zachowują swoją skuteczność.  Prawa człowieka i obywatela są prawami tych, którzy wprowadzają je w życie czynem.”

Ale są też, raz po raz, kwestionowane. I to właśnie głównie w aspekcie - tak do niedawna gorliwie eksploatowanych dla zaprowadzenia neoliberalizmu - wolności indywidualnych.  Tuż po upadku radzieckiego komunizmu - zauważa Rancière - prawa człowieka traktowano jako symbol ostatecznego zwycięstwa demokracji.

Następnie, z hasłem demokracji na ustach, przystępowano do krytyki demokracji, odwołując się do bogatej w owym zakresie tradycji.  Powołując się – między innymi - przewrotnie na marksizm, podważano prawa wolności jednostki; podstawiano wolne jednostki w miejsce posiadaczy środków produkcji, dla których kapitalistyczne państwo praw człowieka stanowi narzędzie panowania.

I tak prawa jednostki utożsamiały się z prawami do egoizmu
. Prawa wyzyskującej społeczeństwo burżuazji zostawały przeinterpretowywane w prawa żarłocznych konsumentów aprobujących wolne relacje rynkowe, jako wszechwładny sposób zaspokajania swych roszczeń.
Rancière wyłuszcza, że socjologia - odwołując się do „Manifestu komunistycznego” - „zastępuje burżuazję innym podmiotem człowiekiem demokratycznym”. I dowodzi, że dalej „na tej podstawie można zamienić panowanie wyzysku w panowanie równości (…), utożsamić demokratyczną równość z równą wymianą cechującą usługi handlowe”.  Utożsamianie demokratycznej równości z równą wymianą handlową ma oligarchiczność sytemu maskować. 

Są na to i inne sposoby. Rancière postrzega je miedzy innymi w działaniach partii. Wyłanianie przez partie, w rytmie parlamentarnych wyborów, rządowych ekip „zaspokaja demokratyczne upodobanie zmiany”. 
Z drugiej jednakże strony, różnice między charakterem zmieniających się rządów bywają problematyczne. Członkowie partii rządowych orientują się na opinie ekspertów od zarządzania, przyjmują rozwiązania, jeśli nie identyczne, to w każdym bądź razie podobne.  Przyjmują „pierwszeństwo (…) uczoności ekspertów nad namiętnościami ludzkiej masy”.  W liberalnych demokracjach wyborcze procedury, ekspercki konsensualizm - dowodzi Rancière - służą głównie legitymizacji władzy.    

Co to za nauka?   
 

Rządy oligarchiczne,  opowiadając się za modernizacją, widzą ją jako zespolenie „zasady bogactwa i zasady nauki”.   Chodzi o to, by władzę rządu „legitymizowaną na mocy powszechnego głosowania” legitymizowała też „zdolność wyboru najlepszych rozwiązań (…) problemów społecznych”.   

Zdolność będąca rezultatem „znajomości obiektywnego stanu rzeczy, wiedzy eksperckiej, nie zaś wyboru powszechnego”.   Kiedyś - przypomina Rancière - suwerenność ludu i nauka koegzystowały ze sobą.
Dziś oligarchiczne przymierze bogactwa i nauki upomina się o całą władzę”.  Jeśli ludzie odrzucają zasadę sprzyjającej oligarchom naukowej konsensualności,  ogłaszani są populistycznymi ignorantami.
Przypisuje się im, że nie nadążają za postępem, nie rozumieją konieczności globalizacji, że nie chcą rozwoju świata.   Nazwa  populizm „ujawnia pragnienie oligarchii, by rządzić bez ludu, to znaczy (…) – rządzić bez polityki”.

Oligarchia chce rządzić naukowo?  Rancière uważa, że warto zastanowić się, co to za nauka?  O ile „łatwo nam przyznać – powiada - iż wzrost kapitału i interesy inwestorów mają swoje prawa uzależnione od uczonych równań matematycznych”, to już trudniej o jasną odpowiedź, czy owe prawa gwarantują  przyszły dobrobyt, czy uzasadniają likwidację państwowych zabezpieczeń socjalnych, czy oznaczają historyczną  konieczność?

Otóż odpowiedź twierdząca – według francuskiego filozofa - jest tu bardziej przedmiotem wiary niż nauki. „Ignorancja zarzucana ludowi to po prostu brak wiary”. 
Wiarę w historyczną konieczność - ironizuje Rancière - porzucili ludowi trybuni oczekujący nadejścia socjalizmu, podchwycili prominenci kapitału.
Nieuchronna konieczność kapitalistycznej globalizacji jest połączeniem ekspansji kapitału ze wzrostem władzy oligarchicznej. 
Jest to proces, który - likwidując opiekuńczość socjalną - dąży do ograniczenia działań o charakterze politycznym. Ma je zastąpić konsens porządkujący społeczeństwo według reguł administracyjno- technokratycznych i zarazem usuwający ruch polityczny. 

Usłużni wobec oligarchów uczeni przykładają się do unicestwienia owego ruchu. I są, niestety, skuteczni. We Francji „samozwańcza partia intelektualistów uzurpowała sobie pozycję medialną, co daje jej niesłychaną siłę interpretowania,  dzień po dniu, wydarzeń i kształtowania dominującej opinii”.  Samozwańcy ci wierzą w postęp, tym razem mający oznaczać „triumf światowego rynku”,  głoszą, że „bieg rzeczy jest racjonalny, że postęp jest postępowy i że przeciwstawiają mu się tylko spóźnialscy”. 

Bóg Zysk i konsumpcja

A co z egoistycznym konsumpcjonizmem?  Dawniej – przypomina Rancière - dominował pogląd, że zachowania konsumpcyjnych jednostek warunkuje całokształt dominującego systemu. Tak było dawniej.
Ale kryzys lewicy spowodował, że ci sami ludzie - opowiadając się nadal za postępem – tym razem postępem kapitalistycznym - odwracają argumentację: to nie jednostki są ofiarami systemu, lecz wręcz przeciwnie: „to one są za [system] odpowiedzialne, to one narzucają demokratyczną tyranię konsumpcji”.

W rezultacie – kontynuuje Rancière – „ Prawa wzrostu kapitału oraz typ produkcji i cyrkulacji towarów (…) stały się prostymi konsekwencjami grzechów konsumentów. (…) To dlatego, że człowiek demokratyczny jest istotą pozbawioną miary, nienasyconym pożeraczem towarów, praw człowieka, i spektakli telewizyjnych, prawo kapitalistycznego profitu zapanowało nad światem.

Nowi prorocy nie skarżą się na to panowanie
. Nie skarżą się ani na oligarchów finansowych, ani na państwowych. Skarżą się przede wszystkim na tych, którzy ich oskarżają”.   Przedstawiają demokratyczną jednostkę, jako „młodego i głupiego konsumenta reality TV, popcornu, bezpiecznego seksu, opieki społecznej, prawa do różnicy oraz antykapitalistycznych i alterglobalistycznych złudzeń”.  

W jednostce opanowanej rządzą konsumpcji wykrywają złowieszcze sprzeczności: „orzekają, (…), że jest komunitarystką  i że nie zna wspólnoty, że utraciła poczucie wartości rodzinnych i sens ich przekraczania, poczucie świętości i uczucie świętokradztwa”.
Tymczasem - według Rancière’a - demokracja „nie jest ani formą rządów pozwalającą oligarchii panować w imię ludu, ani formą społeczeństwa, które reguluje władza towarów. Jest działaniem kwestionującym monopol oligarchicznych rządów, wyrywającym nasze życie z wszechwładzy bogactwa. Jest siłą, która musi, dziś bardziej niż kiedykolwiek, walczyć przeciwko zlaniu się tych władz w jedno prawo dominacji”.  

Ćwierć wieku złudzeń


Lektura książki Rancière’a prowokuje do uogólnień i do porównań. Czytamy „Nienawiść do demokracji” i myślimy o Polsce. O neoliberalizmie, który w polskim wydaniu wzorowo wręcz potwierdza tezy Rancière’a.
Ponad 25 lat polskiej transformacyjnej rzeczywistości pozbawia złudzeń, zaostrza perspektywę widzenia. Aby krytyka neoliberalizmu nabrała u nas rumieńców, trzeba było zastąpienia teorii przez praktykę,  trzeba było, by „neoliberalnych dobrodziejstw” - ujmując rzecz kolokwialnie - obywatele polscy doświadczyli na własnej skórze. Tak więc pojawienie się w Polsce krytyki neoliberalizmu w zachodnim wymiarze warunkował po prostu bieg czasu, nawarstwianie się neoliberalnych realiów.

Całkiem głucho o neoliberalnych pułapkach oczywiście w Polsce nie było. Jeśli jednak dyskurs dotyczący neoliberalnych zagrożeń również i u nas (vide cytowany na wstępie Andrzej Walicki - Demokracja w liberalnym uniformie (1) ) dawał o sobie znać, to początkowo raczej jako rezultat informacji płynących z zewnątrz. Świecił światłem odbitym. Jaskrawo zapłonął podsycony miejscowym paliwem, kiedy zaczęto się zastanawiać, czy kurs transformacji, respektującej wraz z liberalizmem neoliberalne reguły gry, był dla Polaków bezwarunkowo pożądany? Czy wkroczenie na drogę cywilizacyjnych powabów musiało też przynieść szereg społecznych zapaści? Kiedy pełni doświadczeń zapragnęliśmy bilansu. Obiektywnego. A w każdym bądź razie, oczyszczonego z komunałów propagandy sukcesu.

To niełatwe, lecz przecież możliwe. Dowody? Oto jeden z jaskrawszych - książka Andrzeja Szahaja: „Kapitalizm drobnego druku”.  Zastanawiając się na ile, w ponad dwudziestoletnim okresie transformacji,  Polska została odmieniona, toruński filozof stwierdza, że - podliczając zyski i straty - trzeba przede wszystkim wziąć pod uwagę, że znaczna część społeczeństwa podlega frustracji.

Prawda, że zadowoleni - i to całkiem głośno – też dają o sobie znać.  Ale „grupa wyraźnych beneficjentów ustrojowych zmian okazuje się za mała, aby [transformację] uznać (…) za pełny sukces.
I dlatego mnożą się publikacje (tu Szahaj wskazuje na książki Witolda Kieżuna, Jacka Tittenbruna, Leokadii Oręziak), które pokazują, że w procesie transformacji popełniono liczne i bardzo poważne błędy”. 

Mimo to, wybór innej drogi był problematyczny, bo na to jak mamy się transformować - powiada Szahaj - decydowaliśmy się w dość osobliwym momencie. W latach 90. ubiegłego stulecia wszechstronnie oddziaływała neoliberalna doktryna; „mieliśmy pecha, (…) nasze reformy przypadły na okres, kiedy wydawało się, że ekonomia znalazła sposoby pozwalające panować nad gospodarką bez końca, w sposób wykluczający raz na zawsze głębokie kryzysy”.

„Nienawiść do demokracji” Rancièrea bliska jest modelowemu ujęciu zagrożeń związanych demoliberalizmem.  „Kapitalizm drobnego druku” wprowadza czytelnika w krąg teorii i praktyk neoliberałów działających nad Wisłą.
Centralną postacią w tym nowym widnokręgu  okazuje się, oczywiście,  prof. Leszek Balcerowicz.  Andrzej Szahaj komplementuje Balcerowicza jako człowieka odważnego i na tyle skutecznie  urabiającego opinię publiczną, że „ wiele osób (…) traktuje wszystkie jego słowa jak niepodważalne prawdy, które wypada jedynie powtarzać z nabożnym szacunkiem”. 

Ale skoro z oddziaływaniem profesora jest aż tak dobrze, to równocześnie jest bardzo źle. Dalej więc następuje zmiana tonacji.  Już bez uprzejmościowych duserów i rewerencji, Szahaj punkt po punkcie  dowodzi, że główne balcerowiczowskie idee - opatrywane mianem neoliberalizmu, mającego oznaczać powrót do klasycznego liberalizmu - po prostu nie wytrzymują konfrontacji z faktami.  Balcerowicz nawołuje do demontażu państwa, gdyż ono - jego zdaniem - występując w roli kontrolera procesów ekonomicznych, organizatora programów socjalnych - dekomponuje i ogranicza wolny rynek. 

Wolność rynkowa ma być wolnością bez ograniczeń, a jeśli ogarnia i pozostałe obszary społecznej rzeczywistości nie należy się przeciwstawiać, gdyż staje się tam rękojmią swobód obywatelskich. Neoliberalne poszerzanie wolności rynkowej to przywracanie klasycznego liberalizmu.  Jest ono – według guru polskiej transformacji – źródłowo zgodne z nauką, bo w swoim nastawieniu na nieograniczoną wytwórczość, skorelowaną z równie nieograniczonym konsumpcjonizmem, pozostaje w zgodzie z podstawowymi skłonnościami ludzkiej natury.

Kryzys ekonomii


Wszystko to aż puchnie od naukowości. Ale nie dajmy się uwieść.   Neoliberalizm jako powrót do klasycznego liberalizmu?  Nic bardziej fałszywego!  O klasycznym liberalizmie (wspominałem już o tym na wstępie) prawili Ludwig von Meis, August Freidrich von Hayek, Milton Friedman. To ich dziełem (dla podniesienia perswazyjności głoszonych poglądów) było stworzenie pojęcia klasycznego liberalizmu z wolnym rynkiem jako sprawcy ładu spontanicznie kształtującego się „w wyniku dobrowolnie zawiązywanych stosunków (głównie umów) pomiędzy ludźmi, zapośredniczonych wyłącznie przez (…) rynek”.
 
Powołując się na krytyczną wobec neoliberalizmu „Wielką transformację” Karla Polany’ego i szereg dzieł innych ekonomistów, Andrzej Szahaj dowodzi, że „nigdy nie istniał tak pojmowany rynek”. Owszem, za klasyków liberalizmu można i trzeba uznać Johna Stuarta Milla i Adama Smitha. Ale wzorotwórcze dla poglądów Friedmana czy Hayeka - bliskie teoriom darwinowsko - spencerowskim - spontaniczne wolnorynkowe rozpasanie nie należało do ich ideałów. Kiedy się pojawiało, widzieli w nim systemowe zwichniecie, przyczynę narastania rażących majątkowych nierówności, wyzysku, zaostrzania się konfliktów społecznych. 

Balcerowicz twierdzi, że liberalizm socjalny, z rynkiem sterowanym przez państwo, przekreśla wolności ekonomiczne i całą resztę liberalno - demokratycznych wolności.  Szahaj sypie szeregiem przykładów, które dowodzą odwrotnej prawidłowości. I wyjaśnia, że optowanie za rozwiązaniami rynkowymi,  jako najlepszymi we wszystkich dziedzinach życia, nie jest optowaniem za najbardziej naturalnym dla człowieka stanem rzeczy, lecz za pewną, stronniczą światopoglądowo oraz aksjologicznie,  wizją dobrego życia. To jedna z wielu ideologii (…) I jak każda ideologia (…) próbuje ukryć swą ideologiczność pod płaszczykiem opisywania tego, co naturalne, oczywiste czy jakoś inaczej niepodlegające dyskusji”.

Puenty, przysłowiowej kropki nad i, dostarcza ostatni kryzys.  Jest on - komentuje Andrzej Szahaj - „nie tylko kryzysem praktyki ekonomicznej, ale także kryzysem ekonomii jako nauki. Okazało się bowiem wyraźnie, że (…) nie można jej uprawiać jako nauki ścisłej, na wzór fizyki czy matematyki, jest to bowiem nauka społeczna (…) jak socjologia, filozofia, kulturoznawstwo, psychologia czy antropologia. (…) Jej skłonność do posługiwania się modelami i idealizacjami doprowadziła do sytuacji, że modele te zaczęto  brać za rzeczywistość”.

Pryska wolność jednostki

Tymczasem rzeczywistość - jeśli nie w całej Europie,  to w każdym bądź razie na znacznych obszarach kontynentu – po neoliberalnych bachanaliach zaczyna podlegać odkształceniom nacjonalistyczno-autorytarnym.  Neoliberalna Platforma Obywatelska - nie tak dawno pusząca się w Polsce, że nie ma z kim przegrać - w parlamentarnych wyborach sromotnie przegrała z Prawem i Sprawiedliwością - partią tyleż aprobującą demokrację, co i oświadczającą, że polskie demokratyczne status quo zdecydowanie jej nie odpowiada. 

Nie da się ukryć – demokracja aktualnie jest zagrożona. Jednak uprzednio też wcale nie było z nią dobrze. Liberalizm do spółki z neoliberalizmem nie są przesadnie demokratyczne.  W demoliberalnych ustrojach zasadzie równości obywatelskiej przeciwstawia się idę wolności jednostki.  Co następuje dalej, mówiłem już cytując Davida Harveya.

Na zakończenie dorzucę tylko, że to dalej - nie bez dozy ponurej malowniczości – w „Życiu na przemiał” - objaśnia też Zygmunt Bauman. Odwołuje się do George’a Orwella. Wychodząc z konstatacji, że perspektywę ograniczania swobód obywatelskich zawiera zarówno rzeczywistość społeczna wtłaczana w rygory autorytarne, jak i rzeczywistość wyzwalana z takowych metodami neoliberalnymi, Bauman stwierdza, że zmienność metod nie zmienia konsekwencji, z jaką owe metody działają.

Symbolizujący reżimy totalitarne Wielki Brat w powieści Orwella osacza jednostkę metodami więzienno-koszarowymi. Dziś zmieniły się one w przymus ekonomiczny. I tak pryska wolność jednostki. Pod naporem ekonomicznego przymusu zmienia się w elastyczność jednostki wymuszaną zmiennością sytuacji na rynku pracy. Człowiek nieelastyczny wylatuje za burtę. Ktoś musi go dozorować.  I w tym momencie Wielki Brat czuje się zobowiązany działać znów tak jak dawniej, czyli autorytarnie.
Jerzy Niesiobędzki

Pierwszą część eseju Autora - Demokracja w liberalnym uniformie (1)  zamieściliśmy w numerze 4/16 SN.

Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

Odsłony: 1299
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd